Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Riverside - Wasteland

  • Kategoria: Rock
  • Paweł Kłodnicki

Riverside - Wasteland

Riverside to dość wyjątkowy okaz w młodym polskim środowisku muzycznym. W przeciwieństwie do większości rodzimych zespołów powstałych już w tym stuleciu, działa nie tylko poza podziemiem, ale także wyłącznie polskim mainstreamem. Jego popularność za granicą jest w zasadzie większa niż u nas, a to nawet w czasach świetności polskiego jazzu, stojącego na światowym poziomie, nie zdarzało się zbyt często. Muszę przyznać, że zdumiewa mnie tak duże uznanie dla tej właśnie grupy. Nie znaczy to, że uważam ją za całkowicie bezwartościową. Podejrzewam, że jako nieliczny plasuję się dokładnie pomiędzy częstymi zachwytami a rzadką miażdżącą krytyką wobec Riverside. Dla mnie jest to zespół z bardzo dużym, ale źle ukierunkowanym potencjałem, pozbawiony przede wszystkim własnej tożsamości, świeżości i szerszych inspiracji. Te czerpią głównie z twórczości Deep Purple i Stevena Wilsona, uznawanego często za zbawcę rocka progresywnego i jedno z największych muzycznych objawień lat 90. Wzorce bardzo zacne (choć w przypadku Wilsona nie jest to oczywiste), jednak nasi rodacy przetwarzają je w maksymalnie wtórny sposób, mieszając charakterystyczne dla tych artystów elementy, bez jakiegokolwiek własnego wkładu. A należy dodać, że sam Wilson nie tworzy rocka progresywnego w ścisłym tego wyrażenia znaczeniu, więc odtwórcze czerpanie z jego twórczości jest bardzo niebezpieczne. Również Riverside nie uniknął popadnięcia w tak zwaną neoprogresywę, wypaczającą założenia pierwowzoru niemal pod każdym względem.

Jeszcze na wydanym pięć lat temu "Shrine of New Generation Slaves" głównym wzorcem dla Riverside był Deep Purple, ale "Love, Fear and the Time Machine" z 2015 roku to już oczko wyraźnie puszczone do fanów wilsonowskiego Porcupine Tree. W takim właśnie kierunku, niestety, podąża wydany wczoraj "Wasteland", choć nie jest to album identyczny jak poprzedni - zmianie uległ przede wszystkim nastrój, znacznie bardziej posępny, smutny, wręcz dramatyczny. Jest to związane ze śmiercią Piotra Grudzińskiego, gitarzysty grupy należącego do niej od samego początku. "Wasteland" to pierwszy album nagrany bez jego udziału, co mocno odbiło się na jego charakterze - nie tylko pod kątem atmosfery, ale także tekstów, poruszających tematykę post-apokaliptyczną (na co wskazuje już sam tytuł). Naturalnie, zmianę słychać również w partiach gitarowych - tutaj odpowiada za nie głównie lider i basista Riverside, Mariusz Duda, z niewielką pomocą paru muzyków, w tym Macieja Mellera, aktualnego członka koncertowego składu grupy. Słychać także wyraźny zwrot w kierunku brzmień akustycznych.

"Wasteland" jest, jak zwykle w przypadku tej grupy, kompletnym przeglądem cech i wad rocka neoprogresywnego. Popadanie w wymuszony patos, przeciąganie utworów, sklejanie ze sobą niepasujących do siebie motywów, często pozbawione sił witalnych wykonanie, wtórność stylistyczna - z tym wszystkim się tu spotkamy, prędzej czy później. Jednak nawet taką muzykę można wykonywać lepiej lub gorzej i w tym przypadku różnie z tym bywa. Riverside uporczywie miesza udane, piękne i autentycznie ujmujące fragmenty z fatalnymi i pochrzanionymi pomysłami, obnażając braki kompozytorskie i niezdolność do nagrania równego, spójnego dzieła. Słychać to już w "Acid Rain", dzielącym się na dwie odrębne części. Najpierw rozbrzmiewa metalowe riffowanie z elektroniką w tle i kompletnie niepasującym do niego śpiewem, by po kilku minutach przejść do znacznie łagodniejszej części. Nie mam pojęcia, jak muzycy chcieli sklecić to w całość, ale nie udało się - miałem wrażenie, że słucham dwóch różnych piosenek lub ich kawałków. I o ile pierwsza część ze względu na nijaką melodię i toporność nie nadaje sie do niczego, tak druga jest bardzo przyjemna. Nie drażniła mnie nawet wokaliza "ło-ooo-ooooo-ooooooo", której jest tu trochę za dużo.

Takiego niezdecydowania i zagubienia można dostrzec znacznie więcej. Najjaskrawszym tego przykładem jest "Vale Of Tears", chyba największa pomyłka tego albumu. Tym razem materiał nie na dwie, a trzy różne kompozycje. Ociężałe, niemalże pozbawione melodii metalowe fragmenty przeplatają się z akustycznymi smętami, a do tego w drugiej połowie dochodzi charakterystyczna galopada, żywcem zaczerpnięta ze stylu Iron Maiden. Nie ma niczego, co dałoby choćby cień szansy na połączenie tego w spójną całość, a żaden z fragmentów nawet sam w sobie nie jest udany. Bardzo przyjemną niespodzianką po tak bałaganiarskich utworach był akustyczny "Guardian Angel" z bardzo ładną melodią i ciekawym śpiewem Dudy na granicy melodeklamacji, kojarzącym się z Leonardem Cohenem i Nickiem Cave'em. W końcu zespół się określił i podążył w konkretnym kierunku, zamiast kilku różnych, o czym świadczy także "Lament" - kolejny utwór łączący ostre fragmenty z delikatnymi (podobnie jak "Vale Of Tears" promował album na singlu), lecz w znacznie lepszy sposób. Nie jest to nic wybitnego, ale przynajmniej tworzy jednolitą kompozycję, nierozbitą na kilka kawałków. Partie gitary akustycznej i mocne riffy płynnie między sobą przechodzą, nie ma też bezsensownego szarżowania melodiami i motywami. Świetnie pasuje tu też partia skrzypiec w wykonaniu Michała Jelonka, która jednak nie odgrywa zbyt dużej roli. Gdyby dać jej większe pole do popisu i podążyć w takim kierunku, jak na "Lament", mógłby to być znacznie lepszy album.

Nie mogło również zabraknąć długich, rozbudowanych (przynajmniej pozornie) utworów. Na "Wasteland" są takie dwa, choć spokojnie wystarczyłby jeden. Tym bardziej że "The Struggle For Survival" to w gruncie rzeczy chaotyczne granie dla samego grania, trwający ponad 9 minut instrumental, pozbawiony jakiejkolwiek myśli przewodniej. Pojawiający się kilka razy krótki motyw rodem z kryminału to za mało, by uczynić jeden utwór z tego zlepku przypadkowych dźwięków i pozbawionych kontekstu solówek. Znacznie lepiej wypada utwór tytułowy, także długi i niejednostajny brzmieniowo, lecz oparty na jednej melodii, spajającej wszystkie dźwięki. Fajnym urozmaiceniem jest typowo westernowy motyw w drugiej części, idealnie pasujący do tematyki i tytułu albumu (radzę wziąć poprawkę na fakt, że uwielbiam wszystko, co kojarzy się z westernami, w tym także muzykę). Udany mógłby być także folkowy "River Down Below", gdyby nie miał tak schematycznej melodii, którą można usłyszeć w milionach tego typu utworów. Miłe, organowo-melotronowe tło nie ratuje sytuacji, brakuje jakiegokolwiek rozwinięcia, a solówka gitarowa pojawia się zbyt późno, by powstrzymać uczucie znużenia. Dobrze chociaż, że umieszczony na końcu "The Night Before" czaruje piękną partią fortepianu i aż szkoda, że zespół nie połączył go z otwierającym "The Day After" (początkowo śpiewanym a capella, później przy akompaniamencie elektroniki i skrzypiec), który skończył jako zbędna miniaturka, w dodatku niepasująca do następującego po nim "Acid Rain".

Trudno mi ocenić to wydawnictwo. Są tu momenty, których słuchało mi się naprawdę świetnie. Dominowało jednak znudzenie, a czasem wręcz poczucie straconego czasu. Riverside wciąż nie jest w stanie prawidłowo wykorzystać swoich umiejętności i bardziej przyłożyć do tworzenia stabilnych kompozycji. Znamienne jest też to, że zespół zacznie lepiej radzi sobie z graniem akustycznym, a jednocześnie wciąż mocno trzyma się mocnego, quasi-metalowego brzmienia, w którym często popada w całkowity chaos. Nawet wokal Mariusza Dudy świetnie się sprawdza w spokojnych momentach, za to wymięka przy dynamicznych, nie nadążając za nimi ani tempem, ani intensywnością. Dziwne, że grupa po kilkunastu latach działalności wciąż jest tak nieświadoma swoich mocnych stron, a podkreśla głównie słabe.

Artysta: Riverside
Tytuł: Wasteland
Wytwórnia: InsideOut Records
Rok wydania: 2018
Gatunek: Rock
Czas trwania: 50:49

Ocena muzyki
Poziomy3

Komentarze (8)

  • 1piotr13

    No proszę, jeszcze kilka godzin temu pisałem, że czekam na recenzję tej płyty a tu proszę już jest ;) ''Przeciąganie utworów, sklejanie ze sobą niepasujących do siebie motywów...'' - osobiście mam wrażenie, że bardzo dużo kapel grających progresywnego rocka w ten właśnie sposób wykonuje ten rodzaj muzyki, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że większość, przez co czasami mam wrażenie, że w tym gatunku o to właśnie chodzi - to oczywiście tylko moje zdanie. Generalnie nie za bardzo przepadam za tym gatunkiem, ale ten album akurat mi się spodobał, może właśnie przez to, że jest nieco inny od poprzednich. Tak to już jest, że każdemu co innego ''gra''. Co do wokalu, to muszę się zgodzić. Miejscami nie pasuje, jest zbyt słaby, płaski i za mało wyrazisty. Jak dla mnie cały album w skali od 1 do 10 oceniam na 7.

    0
  • Tomasz

    "Trudno mi ocenić to wydawnictwo. Są tu momenty, których słuchało mi się naprawdę świetnie. Dominowało jednak znudzenie, a czasem wręcz poczucie straconego czasu." To zdanie znakomicie recenzuje nową płytę Riverside. Wcześniejsze zapowiedzi Mariusza Dudy o powrocie do stylu ADHD są całkowicie niespełnione. Ocena na 5 i tak jest na wyrost. Mam wrażenie, że coś nagrali, bo musieli, bo za długo nic nowego nie wypuścili, no i wyszło takie coś, nie najgorsze ale bez tego za co kocha się poprzednią twórczość tego zespołu. To samo jest z koncertami. Z Grudzińskim grali z takim wykopem, że przez tydzień chodziłem 10 cm nad ziemią, a po koncercie z nowym gitarzystą (rok temu we Wrocławiu) miałem wrażenie, że jestem na jakiejś gali biznesu, brakowało jeszcze nawoływania "ewrybady klaszczą".

    1
  • Jacek

    Nieco karkołomna teza... Robić wyrzuty rockowi progresywnemu, że jest rockiem progresywnym. Recenzja sprowokowała mnie do przejrzenia pozostałych ocen płyt ocierających się o prog-rock. Recenzje są uzależnione od tego kto je pisze i chyba humoru autorów. Zastanawiam się czym się naraził autorowi recenzji autor albumu? Miejscami odnoszę wrażenie, że autor sili się na oryginalność. Nie jest to płyta która zmieni bieg historii. Jest to jednak kolejny krok w podróży Riverside w jaką nas zabiera każdorazowo przy kolejnym wydawnictwie. Mnie też podobają się pierwsze wydawnictwa Riverside, jednak idę o zakład, że kontynuując ten styl również padłoby oskarżenie o "odcinanie kuponów". Pozdrawiam i przepraszam za błędy, które są powodowane brakiem polskiej czcionki w komputerze.

    0
  • tomtom

    Przesłuchałem ten album - niestety rozczarowanie. Od czasu genialnego debiutanckiego albumu, Riverside zniżkuje. Może pan Duda za bardzo się rozdrabnia - tu Riverside, tam Lunatic Soul, tak częste prezentowanie nowych albumów nie służy jakości. Było kilka ciekawych utworów, ale cały album przesłuchałem niejako z obowiązku i nie mam ochoty wracać.

    0
  • Pablo

    I na tym właśnie polega szkodliwość zespołów neo-progowych w rodzaju Marillion, Dream Theater, Porcupine Tree czy Riverside - to przez nich ludzie myślą, że rock progresywny polega na graniu długich, niespójnych kompozycji i popisywaniu się technicznymi umiejętnościami. Tymczasem zespołom, które można zaliczyć do klasycznego proga nie chodziło o granie w konkretny sposób, tylko o poszerzanie na różny sposób granic muzyki rockowej (przez co zostały wrzucone do jednego worka, ale każdy z nich gra inaczej). Polecam zapoznać się z Gentle Giant, który grał krótkie i bardzo treściwe utwory, w których wszystkie elementy doskonale do siebie pasowały (pierwsze siedem albumów prezentuje bardzo wysoki poziom, resztę można sobie darować), a także zagłębić się dokładnie w twórczość King Crimson (całą) oraz Pink Floyd i Van der Graaf Generator (obu tylko z lat 70), a także w bardziej ambitne odmiany rocka progresywnego, jak scena Canterbury (Soft Machine, Henry Cow) czy krautrock (Can, Popol Vuh, Amon Duul, Embryo, Ash Ra Tempel, Out of Focus). To naprawdę różnorodna i wspaniała muzyka, wbrew temu, co sugerują wykonawcy neo-progowi;)

    0
  • Paweł Kłodnicki

    @Jacek - Właśnie o to chodzi, że Riverside w ogóle nie jest progresywny i nigdy tak naprawdę nie był. Mając tego świadomość (na szczęście), nie traktowałem go w taki sposób, w przeciwnym wypadku pewnie miałbym o nim jeszcze gorszą opinię. Ale nawet w kategorii "rocka progresywnego, który rockiem progresywnym nie jest", wypada to nienajlepiej. Bycie neo-progresywnym nie zwalnia z pisania dobrych melodii, a przede wszystkim - zrozumieniu, na czym polegała muzyka, którą się inspiruje, a z tym ma chyba kłopot całą scena neoprogresywna. Tak więc nie robię, bo nawet nie mogę, robić wyrzutów Riverside z racji tego, że jest progresywny. Zarzucam mu to, co niemal każdemu albumowi, który oceniam negatywnie - że moim zdaniem nie osiąga efektu w stylistyce, którą przyjmuje.

    Odsyłam do komentarza Pabla, który moim zdaniem idealnie ujął tę sytuację. Staram się podchodzić z dystansem do treści recenzji, bo każdy ma swoje opinie i spostrzeżenia. Ale nie mogę się przestać dziwić, gdy w recenzjach albumów Riverside, Marillion czy Stevena Wilsona spotykam pisane szczerze przymiotniki "progresywne" itp. Używanie tego określenia w znaczeniu, jakie lata temu mu nadane, graniczy ze zwyczajnym mijaniem się z prawdą w przypadku albumów wyżej wymienionych wykonawców. Co więcej, zespoły bezpośrednio nawiązujące do klasycznego rocka progresywnego i nawiązujące do niego brzmieniem, a nawet poziomem (raczej rzadkość) także w mojej opinii nie zasługują na to miano. "Progresywne" w korzennym tego określenia znaczeniu mogłyby być tylko albumy absolutnie nowatorskie, prezentujące muzykę rockową z nieznanej do tej pory strony, eksplorujące nienaruszone terytorium.

    Przy okazji również serdecznie polecam wszystkie zespoły, które Pablo wymienił w swoim komentarzu. Większość tego to absolutny elementarz dla każdego, kto chce przekonać się, jak różnorodna może być muzyka rockowa. Szczególnie polecam je użytkownikowi @1piotr13 - z pewnością znajdziesz tam coś, co polubisz z progresywy, a także może przekonasz się, że istotą proga tak naprawdę jest właśnie to, że o nic konkretnego w nim nie chodzi (cytuję tu autora świetnego bloga Pablo's Reviews, który zapewne także kryje się pod ostatnim z powyższych komentarzy). I to jest w nim piękne. Muzyka, w której zaczyna "o coś chodzić", w pewnym sensie przestaje się rozwijać.

    0
  • Pablo

    Masz rację co do mojej tożsamości i dziękuję za słowa uznania. A przy okazji chciałbym trochę sprostować mój poprzedni komentarz, bo w przypadku Pink Floyd warto znać nie tylko twórczość z lat 70., ale także - a może raczej przede wszystkim - z lat 60. Chciałbym też dodać, że wykonawcy wymienieni w nawiasach to oczywiście tylko przykłady, bo jest ich znacznie, znacznie więcej.

    0
  • Tomek

    Mariusz Duda zapowiadał gitarowy album. Niestety zamiast proga dostałem poezję śpiewaną. Od ADHD Riverside skręca w stronę brzdękania, co niezbyt mi pasuje. Numery są bezkształtne, a czasem wręcz niechlujne ("The Struggle for Survival"). Gdy oznajmili, że kontynuować będą jako trio, przeczuwałem taki obrót sprawy. Za dużo Dudy i Lunatica, a za mało Grudnia. Podobny skręt wykonuje od kilku płyt Opeth. Szkoda, bo apetyt był.

    0

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Nowe testy

Poprzedni Następny
ELAC Miracord 50

ELAC Miracord 50

ELAC to firma jednoznacznie kojarzona z zestawami głośnikowymi. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, bo w ich produkcji specjalizuje się od wielu, wielu lat. Niemcy skupili się na kolumnach...

Fezz Audio Silver Luna

Fezz Audio Silver Luna

Choć żyjemy w epoce smartfonów i inteligentnych głośników, miłośnicy sprzętu audio wciąż chętnie kupują wzmacniacze lampowe. Mogłoby się wydawać, że urządzenia zbudowane w oparciu o tę technologię są z góry...

My Monitors MY5

My Monitors MY5

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego domowy sprzęt audio tak bardzo różni się od tego używanego przez profesjonalistów? Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda podobnie - mamy źródła, przetworniki, wzmacniacze i zestawy...

Komentarze

Ryś
Na ile uciążliwa jest rozjeżdżająca się stereofonia przy normalnym słuchaniu całej playlisty? Problem według dystrybutora nie występował nawet przy WX-030, któr...
Lukasz
Nie za bardzo rozumiem skąd fenomen tego klocka, obecna wersja prezentuje się powiedzmy w miarę, ale nawet do polskich innych klocków wiele im brakuje, miałem j...
Razr
@Jacek - To miałeś pecha, że kupiłeś taki streamer przed wejściem nowszego modelu NA6006, który ma sporo nowych rzeczy, między innymi HEOS-a. NA6005 był już dos...
Jacek
Używam tego odtwarzacza od prawie roku. Brzmienie wspaniałe. Bardzo ciepłe. Idealnie wpasowane w mój gust. Obsługa niestety koszmarna. Aplikacja na Androida bar...

Bannery boczne

Partnerzy StereoLife

Music On The Head
Muzyczny blog naszego redakcyjnego kolegi, Jarka Święcickiego. O płytach, sprzęcie i ciekawostkach z życia audiofila.
The Rockferry
Blog Zuzanny Janickiej o muzyce i wszystkim, co z nią związane. Nowości, płyty, wydarzenia, zestawienia, wywiady... Prawdziwa kopalnia wiedzy o muzyce.
Rolowy Świat Muzyki
Blog prowadzącego nasz dział muzyczny Karola Otkały, w skrócie Rola. Mnóstwo dobrej muzyki i nie zawsze poprawnych politycznie komentarzy.
Rock'n'Roll Will Never Die!
Tytuł mówi w zasadzie wszystko. Blog prowadzony przez naszego specjalistę od szeroko pojętej muzyki rockowej - Pawła Pałasza. Mamy nadzieję, że nie zginie nigdy!
Sidemainstream
Muzyczny blog Jędrzeja Dobosza. Jak twierdzi sam autor, nieważne czy podąża się autostradą głównego nurtu, czy też pobocznymi, alternatywnymi dróżkami - ważne, aby muzyka była dobra.

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych klikając tutaj.