Chat Pile - Who Loves The Sun
- Kategoria: Metal
- Karol Otkała

Dwa lata temu ekipa Chat Pile była bardzo wkurzona. Swoją złość, frustrację i poczucie, że świat już dawno skręcił w złą stronę, przelała na muzykę. Cztery lata temu było zresztą podobnie. Słuchając "Who Loves The Sun", szybko można dojść do wniosku, że niewiele się w tej kwestii zmieniło. Świat praktycznie każdego dnia podsuwa nam nowe powody do gwałtownych skoków ciśnienia. Muzycy z Oklahomy po raz kolejny mają więc sporo do wyrzucenia z siebie, ale znów robią to w sposób, którego zwyczajnie dobrze się słucha. Nawet jeśli nie jest to przyjemność, którą chciałbym polecać każdemu i o każdej porze dnia.
Chat Pile to jedna z najbardziej charakterystycznych grup, które w ostatnich latach wyłoniły się z amerykańskiego undergroundu. Zespół powstał w Oklahoma City pod koniec poprzedniej dekady, a jego skład tworzą wokalista Raygun Busch, gitarzysta Luther Manhole, basista Stin i perkusista Cap'n Ron. Już same pseudonimy sugerują, że mamy do czynienia z ludźmi obdarzonymi szczególnym poczuciem humoru. Nazwa zespołu również nie jest przypadkowa - nawiązuje do hałd toksycznych odpadów pozostawionych przez działalność górniczą w Oklahomie. To symbol wyjątkowo dobrze pasujący do muzyki, w której potężny sludge, noise rock, industrialny chłód i nierzadko niemal nu-metalowy groove służą do opisywania świata pełnego przemocy, biedy, społecznego wykluczenia i systemowej obojętności.
Debiutancki "God's Country" z 2022 roku był jednym z najmocniejszych uderzeń na współczesnej scenie ciężkiej muzyki. Dwa lata później "Cool World" rozszerzył pole widzenia grupy, kierując uwagę od amerykańskich koszmarów ku znacznie szerszej panoramie globalnej przemocy i rozpadu. W międzyczasie muzycy wydawali również krótsze formy i podejmowali współpracę z innymi artystami, między innymi z Haydenem Pedigo. "Who Loves The Sun", opublikowany 4 września 2026 roku przez The Flenser, jest ich trzecim pełnowymiarowym albumem i kolejnym etapem konsekwentnie rozwijanej wizji. Tym razem w centrum zainteresowania znalazła się nie tylko brutalność współczesności, ale także apatia, z jaką coraz częściej na nią reagujemy.
Sam Raygun Busch mówił o frustracji związanej z rozwojem sztucznej inteligencji, zmianami klimatycznymi, wojnami, koncentracją bogactwa i bezkarnością ludzi sprawujących władzę. To tematy, które w mniej sprawnych rękach łatwo mogłyby zamienić się w zbiór publicystycznych sloganów. Chat Pile od dawna potrafią jednak przełożyć takie obserwacje na bardzo konkretne, często niemal fizycznie odczuwalne emocje. Szczególnie sugestywna jest okładka nowego albumu. Nad Oklahoma City góruje przeszklony Devon Tower, podczas gdy na pierwszym planie widać zniszczony, wypalony budynek. Trudno o bardziej czytelny obraz kontrastu między bogactwem a rozpadem. Muzycy wcale nie potrzebują przy tym wymyślonej dystopii. Wystarczy im rzeczywistość, którą obserwują wokół siebie.
Największą różnicą w porównaniu z poprzednimi płytami jest jednak to, że zaskakująco dużo miejsca dostała tutaj melodia. Zespół oczywiście nie zrezygnował z charakterystycznego ciężaru, ale znacznie częściej pozwala wybrzmieć fragmentom, których nie przykrywa nieustanny gitarowy hałas. Inspiracje przednowoczesnym indie rockiem, alternatywą i nową falą nie są tu jedynie dekoracją. Słychać, że muzycy próbowali budować utwory również wokół chwytliwych motywów, nie rezygnując ze swojej nerwowej ekspresji. Dzięki temu "Who Loves The Sun" jest bardziej zróżnicowany i momentami wręcz zaskakująco przystępny. Nadal pozostaje brudny, niewygodny i pełen napięcia, ale tym razem nieco łatwiej odnaleźć się w tym chaosie.
Warto też zwrócić uwagę na sposób realizacji nagrań. Zespół w dużym stopniu pracował samodzielnie, a za rejestrację materiału odpowiadali muzycy Chat Pile, ze szczególnym udziałem basisty Stina. Miks powierzono Benowi Greenbergowi, który współpracował z grupą również przy "Cool World". Taka ciągłość pomaga zachować rozpoznawalny charakter brzmienia, nawet kiedy same kompozycje zapuszczają się w nowe rejony. Bas nadal potrafi zdominować całą przestrzeń, gitara bywa niemal odpychająco szorstka, a perkusja nadaje muzyce puls, którego trudno pozbyć się z głowy. Jednak poza brutalnością jest tu więcej powietrza i miejsca na kontrast.
Już otwierające "Creature" pokazuje odmienione oblicze zespołu. Utwór nie rzuca się od pierwszej sekundy na słuchacza, lecz stopniowo buduje napięcie. Busch również zaczyna stosunkowo spokojnie, by po chwili przejść w charakterystyczny dla siebie wrzask. Na dzień dobry dostajemy zatem dowód, że Chat Pile nie muszą przez cały czas grać na najwyższych obrotach, żeby zrobić duże wrażenie. O wiele ciekawsze okazuje się nieraz oczekiwanie na wybuch niż sam wybuch. I to właśnie taką umiejętność kontrolowania napięcia muzycy zaczynają wykorzystywać coraz odważniej.
"Deep Blue" to dla mnie odpowiednik "Shame" z poprzedniego wydawnictwa, a więc jeden z utworów, które najłatwiej zapamiętać. Hipnotyczny gitarowy motyw, charakterystyczny rytm i wokal Buscha krążący pomiędzy śpiewem a pełnym niepokoju zawodzeniem sprawiają, że wszystko wpada w ucho zaskakująco szybko. Jeszcze ciekawiej robi się w "Same Rules". Początek tej kompozycji można spokojnie podciągnąć pod trip-hop, co raczej nie jest stylistyką powszechnie kojarzoną z Chat Pile. Później pojawia się oczywiście dobrze znany ciężar, ale utwór nadal ma mnóstwo przestrzeni i buduje atmosferę za pomocą zupełnie innych środków niż wcześniejsze nagrania grupy. Efekt jest bardzo przekonujący, bo nie przypomina muzycznej ciekawostki wrzuconej dla urozmaicenia. To po prostu kolejny sposób opowiedzenia tej samej ponurej historii.
Chwilę później słuchacz dostaje jednak od zespołu solidnie obuchem w łeb. "PEN I S MALL" jest prawdopodobnie jednym z najcięższych utworów w dorobku Chat Pile. Przytłaczające riffy, potężny groove, "kornowy" bas i wokal Buscha, który brzmi tak, jakby za moment miał całkowicie stracić głos - wszystko tu pracuje na wyjątkowo niekomfortowy efekt. Poziom agresji ma jednak konkretne uzasadnienie. Tekst opowiada o upokorzeniu i absurdalnym kulcie twardości w środowisku pracy, gdzie człowiek ma bez końca udowadniać własną wartość przez podporządkowanie się innym. Na koniec całość brutalnie zwalnia, przechodząc w potężny doomowy fragment. To jedna z tych chwil, w których Chat Pile przypominają, że nawet jeśli coraz chętniej flirtują z melodią, nadal potrafią przygnieść słuchacza ciężarem.
W "Shrine" muzycy znów wyraźnie zwalniają, opierając kompozycję raczej na atmosferze niż na sile uderzenia. "Intruder" idzie jeszcze dalej. Pojawiają się w nim wokale Claire Hannah i Brittany Sawtelle z zaprzyjaźnionego Nightosphere, które usłyszymy także w "Influence". Na papierze zestawienie Chat Pile z estetyką bliską slowcore'owi może wyglądać dziwnie, ale w praktyce sprawdza się znakomicie. Delikatniejsze głosy nie łagodzą całkowicie ponurego charakteru muzyki. Przeciwnie - podkreślają, jak wiele można osiągnąć, zderzając niepokojącą ekspresję Buscha z bardziej melodyjnymi harmoniami. Kto powiedział, że w takim zespole nie może pojawić się coś przypominającego refren, który chce się zanucić?
W dalszej części albumu Chat Pile pozwalają sobie jeszcze na kilka stylistycznych wycieczek. Największą dostajemy na zakończenie. "October All the Time" jest znacznie spokojniejszy i bardziej melancholijny od większości materiału, dzięki czemu po całej tej przeprawie słuchacz może wreszcie złapać oddech. Nie jest to jednak banalne, optymistyczne zakończenie ani nagroda pocieszenia. Raczej chwila, w której gniew ustępuje miejsca zmęczeniu i próbie pogodzenia się z rzeczywistością. I chyba dlatego ten fragment działa tak dobrze w kontekście całego albumu.
Właśnie ta różnorodność sprawia, że "Who Loves The Sun" nie jest powtórką z dwóch poprzednich płyt. Chat Pile nadal mają swój brud, ciężar i charakterystyczną nerwowość, ale coraz lepiej wychodzi im żonglowanie nastrojem i formą. Raz dostajemy gitarową ścianę, innym razem hipnotyczny rytm, spokojny fragment albo melodię, której zupełnie się tutaj nie spodziewaliśmy. Dzięki temu album ma właściwą dramaturgię, a przy kolejnych przesłuchaniach można wychwycić następne szczegóły. Co ważne, zmiana środków wyrazu nie oznacza zmiany nastawienia. Frustracja i bezsilność nadal są tu obecne na każdym kroku, tylko teraz muzycy mają więcej sposobów, by o nich opowiedzieć.
Dwa lata temu muzycy Chat Pile byli wkurzeni. Cztery lata temu również. Teraz nadal są. I dobrze, ponieważ "Who Loves The Sun" pokazuje, że ta frustracja pozostaje dla nich doskonałym paliwem, a przy okazji napędza artystyczny rozwój. To album ciężki, chwilami wręcz nieprzyjemny, ale także bardzo wciągający i zaskakująco melodyjny. Taki, do którego chce się wracać nie tylko po kolejne uderzenie obuchem w łeb, lecz również po to, aby odkrywać, co jeszcze muzycy ukryli pod tą hałaśliwą powierzchnią. Najbardziej cieszy mnie zaś to, że Chat Pile nie próbują być na siłę innym zespołem. Po prostu coraz lepiej rozumieją możliwości własnego stylu.
Artysta: Chat Pile
Tytuł: Who Loves The Sun
Wytwórnia: The Flenser
Rok wydania: 2026
Gatunek: Sludge Metal, Post-Hardcore, Noise Rock
Czas trwania: 43:51
Ocena muzyki![]()
Ocena wydania![]()
Nagroda












Komentarze