Mike D - Thank You
- Kategoria: Inne
- Karol Otkała

Chyba każdy fan Beastie Boys zdążył się już pogodzić z tym, że historia zespołu została definitywnie zamknięta. Po śmierci Adama Yaucha w 2012 roku Mike D i Ad-Rock nie próbowali na siłę kontynuować działalności grupy i trudno było mieć do nich o to pretensje. MCA był w Beastie Boys kimś, kogo nie dało się po prostu zastąpić, a dalsze funkcjonowanie pod tą samą nazwą z innym muzykiem od początku wydawało się pomysłem równie sztucznym, co niepotrzebnym. Z czasem przestaliśmy więc liczyć na nowe wydawnictwa, może poza kolejnymi reedycjami albo kompilacją materiału, który nigdy wcześniej nie ujrzał światła dziennego. Informacja o solowym albumie Mike'a D była dla mnie sporym zaskoczeniem. Tym większym, że od zakończenia działalności Beastie Boys minęło już 14 lat, Mike D ma dziś 60 lat, a "Thank You" bynajmniej nie jest próbą reaktywowania zespołu w formule 0,33 x Beastie Boys + goście. I bardzo dobrze.
Najwyraźniej Mike D nie miał ochoty nagrywać płyty żerującej na sentymencie fanów, którzy chcieliby jeszcze raz usłyszeć wariację na temat "Sabotage", "Sure Shot" czy "Intergalactic". "Thank You" jest materiałem pokręconym, eklektycznym, miejscami chaotycznym i właściwie od pierwszych minut sprawiającym wrażenie, jakby jego autor celowo unikał wszystkiego, co mogłoby zabrzmieć zbyt bezpiecznie. Jest tu hip-hop, psychodelia, elektronika, przestery, połamane bity, rockowe naleciałości i całe mnóstwo dziwnych dźwięków, które pojawiają się czasami na chwilę tylko po to, by za moment ustąpić miejsca kolejnemu pomysłowi. Można odnieść wrażenie, że ktoś wrzucił do jednego garnka wszystko, co akurat przyszło mu do głowy, dokładnie wymieszał i postanowił sprawdzić, czy z tego bałaganu powstanie coś sensownego. Czyli w gruncie rzeczy zastosował recepturę bardzo dobrze znaną z muzyki Beastie Boys.
Nie chodzi oczywiście o konkretne brzmienie. Nie ma tu charakterystycznej wymiany wersów między Mike'em D, Ad-Rockiem i MCA, nie ma też DJ-a Hurricane'a czy Mix Master Mike'a ani tej szczególnej chemii, dzięki której Beastie Boys potrafili w ciągu kilku minut przeskoczyć z hip-hopu do hardcore punku, funku, jazzu czy elektroniki, a wszystko wciąż układało się w logiczną całość. Na "Thank You" pozostało jednak coś ważniejszego - kompletny brak przywiązania do jednej stylistyki i przekonanie, że muzyka powinna przede wszystkim sprawiać frajdę, zarówno jej twórcy, jak i odbiorcy. Mike D nie próbuje udowodnić, że sześćdziesięcioletni raper nadal potrafi brzmieć jak trzy dekady temu. Zamiast tego bierze wszystko, co nadal go interesuje, i sprawdza, co można z tym zrobić tu i teraz.
Już otwierający album "Switch Up" bardzo szybko pokazuje, z czym mamy do czynienia. Nerwowy, lekko chaotyczny beat, elektronika, połamane rytmy i Mike D bardziej recytujący niż klasycznie rapujący tworzą coś, co brzmi znajomo, ale nie nostalgicznie. W "What We Got" dochodzi do tego ciężki, niemal rockowy riff, a sam Mike D przypomina, że mimo upływu lat nadal ma w sobie mnóstwo werwy. Utwór jest prosty, bezpośredni, mocny i bardzo charakterystyczny - to jeden z najlepszych momentów całego albumu, bo wszystkie jego elementy zostają tu spięte w zwartą, konkretną kompozycję.
Nieco więcej melodii pojawia się w "True Colors". Psychodeliczny klimat, świetne bębny i specyficzny sposób prowadzenia wokalu sprawiają, że jest to jeden z tych momentów, w których najłatwiej przypomnieć sobie, z kim właściwie mamy do czynienia, choć znów nie jest to bezpośrednia podróż do czasów Beastie Boys. Podobnie działają "Here We Are" i "Back To Start", pokazujące bardziej przystępną, momentami wręcz popową stronę płyty, ale nawet tutaj Mike D nie potrafi - albo po prostu nie chce - długo trzymać się jednego schematu. Melodia jest tylko jednym z elementów układanki i nigdy nie oznacza, że za chwilę nie pojawi się jakiś dziwny efekt, brudny dźwięk albo rytmiczny zwrot kompletnie wytrącający utwór z równowagi.
Im dalej, tym robi się trudniej. "That's Right" brzmi momentami jak próba sprawdzenia, ile hałasu, efektów i pozornie niepasujących do siebie dźwięków można zmieścić w jednej kompozycji, zanim całość ostatecznie się rozsypie. "Secrets Pt. 1" i "Secrets Pt. 2" przypominają raczej muzyczne laboratorium niż klasycznie skonstruowane piosenki. W "Crypto" pojawia się wręcz dyskotekowy puls, natomiast "I Don't Care" pokazuje, że pod grubą warstwą brzmieniowych wygłupów, elektroniki i produkcyjnych sztuczek Mike D potrafi przemycić coś bardziej osobistego. I właśnie ten kontrast okazuje się jednym z ciekawszych elementów "Thank You". Album przez większość czasu zachowuje pozornie lekką, czasami wręcz absurdalną formę, ale od czasu do czasu spod niej wychodzi człowiek, który ma za sobą cztery dekady muzycznej kariery, śmierć bliskiego przyjaciela i zamknięcie najważniejszego rozdziału swojego artystycznego życia.
Najbardziej osobisty jest oczywiście finałowy "Thank You", w którym Mike D wraca do swoich muzycznych początków. W tym momencie właściwie nie sposób nie pomyśleć o Beastie Boys - o trójce młodych świrów, którzy zaczynali od punku, później weszli w świat hip-hopu, a następnie przez kolejne lata robili z nim dokładnie to, na co mieli ochotę. Nigdy nie pozwolili zamknąć się w jednej szufladzie, nie traktowali granic gatunkowych szczególnie poważnie i najwyraźniej właśnie ta potrzeba ciągłego kombinowania jest tym, co najmocniej łączy "Thank You" z dawną twórczością zespołu. Nie konkretne sample, nie charakterystyczne riffy ani nawet sposób rapowania Mike'a D, lecz sposób myślenia o muzyce.
"Thank You" nie jest więc drugim "Check Your Head", "Ill Communication" czy "Hello Nasty". I całe szczęście. Próba nagrania czegoś takiego dzisiaj byłaby przede wszystkim odcinaniem kuponów od własnej historii i udawaniem, że przez ostatnie kilkanaście lat nic się nie wydarzyło. Mike D zrobił coś znacznie ciekawszego - zebrał elementy, które zawsze były dla niego ważne, przepuścił je przez własne doświadczenia i zbudował z nich album, który nie próbuje niczego rekonstruować. Momentami słychać tu ducha Beastie Boys, ale nigdy nie ma się wrażenia, że autor próbuje na siłę wskrzesić zespół, którego bez MCA wskrzesić się po prostu nie da.
Oczywiście "Thank You" nie jest albumem idealnym. Chwilami materiał może być zbyt chaotyczny nawet dla kogoś, kto na płytach Beastie Boys wychował swoją tolerancję na stylistyczne wolty i brzmieniowe dziwactwa. Niektóre numery bardziej przypominają niedokończone szkice albo zapis dobrej sesji niż pełnoprawne kompozycje, a mnogość pomysłów nie zawsze przekłada się na równie dobrą muzykę. Tyle że ostatnią rzeczą, jaką można Mike'owi D zarzucić, jest brak inwencji. Pomysłów jest tutaj wręcz za dużo, a słabsze momenty wynikają częściej z ich nadmiaru niż z twórczej niemocy.
Po czternastu latach od zamknięcia historii Beastie Boys dostajemy więc coś, czego chyba mało kto się spodziewał. Nie powrót zespołu, nie jego namiastkę i nie nostalgiczną pocztówkę wysłaną fanom pamiętającym lata dziewięćdziesiąte, lecz po prostu solowy debiut Mike'a D - trochę dziwny, trochę nieokrzesany, chwilami nierówny, ale zdecydowanie posiadający własny charakter. To album skierowany przede wszystkim do ludzi, którzy rozumieją jego poczucie humoru, akceptują artystyczny bałagan i nie oczekują, że każda kompozycja będzie prowadziła od punktu A do punktu B najkrótszą możliwą drogą. Przypadkowy słuchacz może się tutaj szybko pogubić. Fan Beastie Boys powinien natomiast znaleźć wystarczająco dużo powodów, by do "Thank You" regularnie wracać. Sam jestem tego najlepszym przykładem.
Artysta: Mike D
Tytuł: Thank You
Wytwórnia: Capitol Records
Rok wydania: 2026
Gatunek: Experimental Hip-Hop
Czas trwania: 39:16
Ocena muzyki![]()
Ocena wydania![]()












Komentarze