Mniej więcej rok temu przestałem wierzyć, że usłyszymy jeszcze nową muzykę od All Them Witches. Może nie dlatego, że zespół oficjalnie dawał do zrozumienia, że to koniec, ale dlatego, że w przypadku tej grupy cisza zaczęła być coraz bardziej niepokojąca. Amerykanów poznałem przy okazji premiery "Lightning at the Door" i od tamtego momentu miałem wrażenie, że obcuję z jedną z tych kapel, które nie potrzebują wielkich kampanii, agresywnej promocji ani nachalnego budowania własnej legendy. Po prostu regularnie, co rok lub dwa, dostarczały nowy materiał, a każdy kolejny album przynosił coś innego. Raz było bardziej bluesowo i garażowo, innym razem ciężej, psychodelicznie, przestrzennie albo wręcz transowo. All Them Witches potrafili grać tak, jakby wyrastali z tradycji Black Sabbath, Led Zeppelin, pustynnego rocka i amerykańskiego bluesa, ale nigdy nie brzmieli jak kolejny zespół próbujący odtworzyć cudzą przeszłość.
Ciężko uwierzyć, że Dezerter jest na scenie już od 45 lat. To oznacza, że na muzyce warszawiaków bez problemu może wychowywać się już trzecie pokolenie słuchaczy, co zresztą bardzo dobrze widać po przekroju publiczności podczas koncertów. Te 45 lat robi tym większe wrażenie, że po 1989 roku mogło się wydawać, iż nikt nie będzie już potrzebował takiej twórczości, a przede wszystkim - że straci ona swoje główne, antysystemowe paliwo napędowe. Nic bardziej mylnego. Świat wciąż dostarcza nowych tematów, a na naszym rodzimym podwórku również nie brakuje powodów do krytycznej refleksji. Ostatnie lata są pod tym względem wyjątkowo intensywne. Przy okazji obchodów jubileuszu do słuchaczy trafia "Wolny Wybieg" - album, który można potraktować jako swoisty przekrój przez znaczną część dotychczasowej twórczości Dezertera, przynajmniej pod względem muzycznym.
Z muzyką Marka Knopflera mam pewien bardzo specyficzny problem. Uwielbiam jej słuchać, niezależnie od albumu, ale gdy przychodzi moment, w którym chcę coś napisać na temat kolejnych płyt, muszę się mocno nagimnastykować, aby nie powtarzać za każdym razem tego samego. Knopfler sytuacji nie ułatwia i od lat nagrywa wciąż "to samo". Mówimy w końcu o muzyku, który najpierw przeszedł do historii z Dire Straits, a potem konsekwentnie budował swoją solową dyskografię, opartą na rozpoznawalnym, spokojnym, gitarowym graniu. Jest to jeden z niewielu artystów, w przypadku których wtórność absolutnie mi nie przeszkadza i mógłbym co roku dostawać kolejny album bez obaw, że w końcu kiedyś się znudzę.
Ekipa Londyńczyków przewijała się w moim muzycznym życiu wielokrotnie, ale głównie w postaci kontaktu radiowego, kolejnych singli promujących albumy. Skunk Anansie to w końcu zespół, który w połowie lat dziewięćdziesiątych stał się rozpoznawalny na całym świecie dzięki takim numerom jak "Weak" czy "Hedonism", ale u mnie długo funkcjonował raczej jako zespół od pojedynczych hitów niż wykonawca, którego dyskografię trzeba znać na pamięć. Nigdy nie czułem potrzeby zagłębiania się w albumy tej grupy w całości. Do czasu. Skunk Anansie był jedną z gwiazd festiwalu Pol'And'Rock, odbywającego się w Kostrzynie. W 2019 roku skład ten podbił imprezę i swoim występem zaimponował mi na tyle, że od razu po powrocie do domu zostałem właścicielem całej dyskografii. Dziś, po sześciu latach od wydarzenia, entuzjazm trochę opadł, ale do pierwszych trzech albumów wracam w miarę systematycznie. To właśnie te płyty zbudowały renomę zespołu jako mieszanki alternatywnego rocka, punka i przebojowych refrenów, z charyzmatyczną Skin w absolutnym centrum uwagi. Idealną okazją do odbudowy wizerunku zdawała się być premiera nowego albumu. Zwłaszcza że mówimy o pierwszej płycie studyjnej od czasów "Anarchytecture" z 2016 roku, a więc o powrocie po dziewięcioletniej przerwie wydawniczej. Ale czy tak było w rzeczywistości?
Chyba nie ma w Polsce osoby, która choć raz nie słyszała "Długości Dźwięku Samotności". Przez ponad ćwierć wieku istnienia utwór ten był odtwarzany setki tysięcy razy w telewizji i radiu. Najbardziej znany fragment "Miłości w czasach popkultury" wyniósł Myslovitz na piedestał i sprawił, że album sprzedał się w ponad 200 tysiącach egzemplarzy. Jednocześnie trochę skrzywdził zespół i resztę wydawnictwa, na której znalazło się wiele znakomitych utworów zepchniętych w cień, jak choćby "Alexander". Wszystko, co muzycy z Mysłowic stworzyli później, było już porównywane do "MWCP" - albumu, dzięki któremu mieli polski rynek muzyczny praktycznie u stóp.
Trudno uwierzyć, że minęło już czternaście lat od nagłego wybuchu popularności The Black Keys, wywołanego albumem "El Camino" i przede wszystkim utworem "Lonely Boy", który w 2011 roku rozbrzmiewał niemal wszędzie - w radiu, telewizji i internecie. Duetowi udało się wówczas dotrzeć do bardzo szerokiego grona odbiorców, którzy mogli przekonać się, że sześć wcześniejszych płyt grupy również kryło w sobie mnóstwo znakomitych, rockowych i garażowych dźwięków. Od "El Camino" minęło sporo czasu, a licznik albumów studyjnych zatrzymał się na trzynastu pozycjach. Czy w przypadku duetu z Akron ta trzynastka okaże się szczęśliwa?
Slowdive poznałem przy okazji reaktywacji zespołu w 2017 roku. Z miejsca zakochałem się w "beztytułowym" albumie i po pewnym czasie zacząłem zgłębiać wcześniejsze wydawnictwa z dyskografii Brytyjczyków. Podejrzewam, że moje zaskoczenie po pierwszym usłyszeniu "Pygmalion" było identyczne jak to, którego doświadczyli fani krótko po premierze albumu w 1995 roku. Zespół, znany dotąd z gęstego shoegaze'u i ogromnej ilości melancholii ukrytej w muzyce, całkowicie odciął się od tej stylistyki, porzucając ją na rzecz ambientu, minimalizmu i odważnych eksperymentów. Trzydzieści lat temu album z pewnością spotkał się ze sporym zdziwieniem i niezrozumieniem. Jednak z perspektywy czasu "Pygmalion" wydaje się najodważniejszym i najbardziej wizjonerskim albumem w dorobku Slowdive - nawet biorąc pod uwagę późniejsze wydawnictwa.
Trudno uwierzyć, że od wydania "The Seer", czyli rozpoczęcia mojej przygody z twórczością Swans, minęło już 13 lat. Obecnie nieuchronnie puka do mnie czterdziestka i z każdym rokiem i kolejnym albumem coraz bardziej wciągałem się i angażowałem w twórczość Łabędzi, za każdym razem niecierpliwie wyczekując kolejnego wydawnictwa. Tutaj sprawa była o tyle łatwa, że Michael Gira jest artystą bardzo aktywnym i co 2-4 lata otrzymywaliśmy nowy album pod szyldem Swans. Lider przy tej swojej systematyczności jest również człowiekiem konsekwentnie niekonsekwentnym - po wydaniu "The Glowing Man" zapowiedział odejście od konwencji płyt-molochów trwających po dwie godziny i składających się z utworów co najmniej kilkunastominutowych. Po drodze coś poszło nie tak. bo zarówno "Leaving Meaning." jak i "The Beggar" nie odbiegają drastycznie od swoich poprzedników i przynoszą raczej kosmetyczne zmiany niż rewolucję. I w zasadzie chwała Girze za to, bo ta konwencja się sprawdza i każde kolejne wydawnictwo Swans to takie małe (dziwne stwierdzenie w kontekście dwóch godzin muzyki) dzieło sztuki i swoista podróż przez wizjonerski umysł lidera zespołu.
Pamiętam, jak około 10 lat temu ekipa Kadavar w ekspresowym tempie podbiła moje serce, serwując dużą dawkę mojego ulubionego stonera, ale w formie trochę innej niż wiele kapel, które znałem już wcześniej. Berlińczycy ubrali ten gatunek w retro szaty rodem z lat siedemdziesiątych. Mieli przy tym niesamowitą umiejętność pisania chwytliwych utworów i do dziś w moich głośnikach często goszczą chociażby "Dust" czy "Fire". Z każdym kolejnym albumem muzyka Kadavar ewoluowała, wplatając w dotychczasowy styl elementy klasycznego hard rocka, rocka psychodelicznego, a później grania progresywnego i tego spod szyldów kraut i space. Niekoniecznie było mi po drodze z niektórymi wyborami muzyków, ale muszę przyznać, że każdy ich album miał w sobie coś wyjątkowego i przyciągającego. Dlatego też bardzo ucieszyłem się na wieść o nadchodzącym nowym wydawnictwie. W końcu poprzedni longplay ma już 6 lat, po nim były tylko taśmy pandemiczne i kooperacja z Elderem.
Czytałem ostatnio artykuł, w którym obliczono, że trzeba obejrzeć około 37 godzin filmów i seriali z filmowego uniwersum Marvela, żeby połapać się w wątkach i postaciach z "Thunderbolts", produkcji, która właśnie weszła do kin (fun fact - przerobienie całego filmowo telewizyjnego dorobku Marvela to około 5 dni przed ekranem non-stop). Przełożenie tego szaleństwa na muzyczny grunt może wydawać się absurdalne, ale premiera klipu "Lachryma", drugiego singla z nowej płyty Ghost, uświadomiła mi dwie rzeczy - po pierwsze, jak duże emocje w fandomie zespołu wzbudziło przedstawienie "nowego" wokalisty, a po drugie, że zespół w ogóle ma tak wielki "niemetalowy" fandom w postaci dzieciaków z pokolenia tiktoka. Ghost to już nie metalowa nisza dla starych ludzi, to popkulturowy fenomen. A (wracając do marvelowskiej analogii) do pełnego zrozumienia kim jest Papa V Perpetua (wspomniany "nowy" wokalista) trzeba znać historię budowaną skrupulatnie przez ostatnie 15 lat przez mózg całej operacji - Tobiasa Forge - w youtubowych shortach, tiktokowych rolkach, teledyskach, filmowych koncertach, a nawet komiksach. Witajcie w uniwersum Ghost.
W katalogach dużych producentów sprzętu audio są produkty, których rola staje się oczywista już po kilku sekundach. Wystarczy spojrzeć na nazwę, cenę, konstrukcję i miejsce w ofercie, aby mniej więcej...
Beyerdynamic to jedna z tych marek, o których trudno pisać bez należnego jej szacunku, ale coraz trudniej robić to bez poczucia pewnego rozżalenia czy wręcz zwątpienia. Szacunku - bo mówimy...
Audiolab jest i dla wielu miłośników sprzętu stereo chyba już zawsze będzie specjalistą od wzmacniaczy. Jest to zrozumiałe nie tylko przez wzgląd na historię marki, ale także jej dzisiejszy katalog,...
Bannery boczne
Komentarze
Grzegorz
No jestem ciekaw jak sobie poradzą na rynku, bo muszą być wybitne przy takich podwyżkach cenowych w stosunku do serii Nova.
Przez wieki jedynym sposobem na delektowanie się muzyką było udanie się osobiście na koncert, recital lub jakiś mniejszy występ. Oczywiście zwykłemu zjadaczowi chleba nie dane było usłyszeć niczego oprócz karczemnych zespołów biesiadnych. Na takie ekscesy jak pełnoprawny koncert w operze, teatrze lub sali koncertowej pozwolić sobie mogli jedynie najbardziej zamożni,...
Monitor Audio has introduced the Radius Series 4G, a new generation of one of its best-known compact loudspeaker ranges. The idea behind the series is straightforward but still highly relevant - to offer proper hi-fi performance from speakers small enough...
Ruark Audio has introduced two new products that fit neatly into the current move toward hi-fi systems combining several once-separate worlds - physical media, streaming, furniture-like design and a more integrated approach to home audio. The British company, which celebrates...
Cambridge Audio is expanding its Evo series, a range of all-in-one systems designed for listeners who want a real hi-fi setup without building a traditional stack of separate components. This approach has become one of the most interesting directions in...
Odbywający się tradycyjnie na początku maja High End to impreza, w trakcie której oczy i uszy całej społeczności audiofilskiej zwrócone są w kierunku Monachium. Jak informują organizatorzy, wystawa ta jest niekwestionowanym liderem, jeśli chodzi o imponujące nadawanie tonu najwyższej klasy reprodukcji muzyki. Od czterech dekad High End dostarcza pomysłów i...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.