Fezz Audio Titania MK2
- Kategoria: Wzmacniacze i amplitunery
- Tomasz Karasiński

W świecie sprzętu audio nietrudno o historie, które dobrze brzmią na papierze, ale po zderzeniu z rzeczywistością szybko tracą swój urok. Ktoś ma ciekawy pomysł, dobre zaplecze techniczne, wyrazistą wizję, nawet właściwy moment wejścia na rynek, a mimo to po dwóch albo trzech latach zostają po nim pojedyncze wzmianki w archiwach specjalistycznych portali i kilka urządzeń, które właściciele wspominają z pewnym sentymentem, ale bez większego przekonania. Z Fezz Audio od początku było inaczej. Owszem, można było patrzeć na tę markę z ostrożnością, bo przecież debiutowała w branży, która z jednej strony kocha nowe historie, ale z drugiej jest niezwykle konserwatywna i nieufna. Jeżeli ktoś pojawia się na tej scenie z oryginalnym wzmacniaczem lampowym, wielu melomanów zadaje sobie pytanie, czy to naprawdę ma sens. Czy jest to tylko kolejna próba zaoferowania czegoś, co wygląda znajomo, po zmroku mieni się bursztynowym blaskiem i ma przyciągać klientów obietnicą magicznego brzmienia, ale niekoniecznie idzie za tym dojrzała konstrukcja?
W przypadku Fezza ten sceptycyzm był zrozumiały, ale jednocześnie spora część melomanów nie brała pod uwagę jednego, fundamentalnego faktu - ta firma nie wyrosła z próżni. Nie była efektem nagłej mody na lampy ani próbą sklejenia "własnej marki" z gotowych podzespołów kupowanych tam, gdzie w danym momencie było najtaniej. Za całym projektem od początku stało zaplecze w postaci Toroidów, czyli rodzinnej firmy od lat zajmującej się produkcją transformatorów. A w świecie wzmacniaczy lampowych nie są one przecież dodatkiem ani rzeczą, która może być byle jaka, bo nie ma wpływu na efekt końcowy. Dla wielu konstruktorów to właśnie one są sercem całego układu, jego najdroższym, kluczowym z punktu widzenia brzmienia elementem. Kto potrafi zrobić naprawdę dobre transformatory, ten ma w ręku coś znacznie cenniejszego niż efektowny front albo chwytliwe hasło marketingowe. Ma fundament, na którym można zbudować naprawdę dobry piecyk.
To właśnie dlatego pierwsze wzmacniacze Fezz Audio wzbudziły takie zainteresowanie. Były proste, nieco surowe, dalekie od dzisiejszej elegancji i dopracowania, ale miały sens. Broniły się ceną, rozsądną filozofią i poczuciem, że za tym wszystkim stoją ludzie, którzy wiedzą, co robią. Zaprezentowana w 2015 roku Silver Luna trafiła w idealny moment i potrzeby klientów. Pokazała, że lampowy wzmacniacz z Polski nie musi być egzotyczną ciekawostką, garażowym eksperymentem albo drogim kaprysem dla wąskiego grona wtajemniczonych. Potem przyszły kolejne modele, rosła skala działalności, aż w końcu Fezz przestał być marką, o której mówi się z napędzaną patriotyzmem sympatią. Stał się firmą, którą zaczęto traktować całkiem serio - nie tylko w Polsce, ale i na świecie.
Titania odegrała na tej drodze szczególną rolę. W pierwszym wcieleniu była naturalnym rozwinięciem pomysłu znanego z Silver Luny. Dostaliśmy mocniejszą integrę, opartą na lampach KT88, z większym zapasem mocy, bardziej dojrzałym charakterem i znacznie szerszym polem manewru przy doborze kolumn. Nie był to jeszcze wzmacniacz, który miał udowadniać, że Fezz potrafi budować hi-endowe dzieła sztuki. Raczej bardzo rozsądny model dla kogoś, kto chciał wejść w świat lamp bez typowych ograniczeń tanich konstrukcji. Już wtedy Titania imponowała tym, że nie próbowała za wszelką cenę być stereotypową lampą. Nie grała tylko średnicą. Nie zamieniała każdego nagrania w ciepły, wypełniony puchem spektakl dla miłośników wokali, małych składów jazzowych i wieczornego relaksu przy dźwiękach leniwie sączących się z głośników. Miała w sobie więcej energii, więcej dynamiki, więcej normalności. To był wzmacniacz lampowy dla ludzi, którzy słuchają różnorodnej muzyki, mają pewne wymagania względem sprzętu i szukają integry oryginalnej, ale też wydajnej, uniwersalnej i dysponującej wystarczająco dużym potencjałem, aby przeżyć przynajmniej jedną zmianę źródła, kolumn i kabli.
Dzisiaj wraca do nas Titania MK2 i choć łatwo byłoby potraktować ją jako kolejną odsłonę dobrze znanego modelu, tak naprawdę mamy do czynienia z czymś znacznie ciekawszym. Owszem, pewna ciągłość jest tu zachowana. Nadal mówimy o integrze na KT88. Nadal jest to wzmacniacz mający oferować połączenie lampowej muzykalności z wysoką mocą i wszechstronnością, której często brakuje słabszym, tańszym konstrukcjom. Nadal czuć w nim DNA poprzedniczki. Ale jednocześnie nowa Titania nie jest tym samym, dobrze znanym wzmacniaczem ubranym w nowe, stylowe ciuszki. To model przebudowany i dostosowany do obecnego etapu rozwoju marki. Dostajemy nie tylko wzornictwo, które klienci pokochali od pierwszego wejrzenia, ale też nową architekturę wewnętrzną, wyraźnie wyższą moc, bardziej rozbudowany stopień sterujący, nowy system kontroli biasu i zabezpieczeń, zdalne sterowanie, wyjście dla subwoofera, tryb czuwania, wstępne rozgrzewanie lamp i dwa sloty na karty rozszerzeń. Innymi słowy - wzmacniacz, który zachowuje pragmatyzm i sens dawnej Titanii, ale jest już urządzeniem z zupełnie innej epoki w historii Fezza. Dzięki uprzejmości producenta Titania MK2 trafiła do nas już kilka tygodni temu. Mogliśmy sprawdzić ją w różnych konfiguracjach, a test publikujemy jako pierwszy magazyn na świecie.

Wygląd i funkcjonalność
Najbardziej widowiskowa przemiana, jaką przeszedł Fezz w ostatnich latach, dotyczy oczywiście wzornictwa. Stare urządzenia tej marki miały swój urok i nie sposób odmówić im pewnej autentyczności. Były proste, uczciwe, pozbawione ozdobników, miejscami wręcz zaskakująco surowe. Można było w nich dostrzec szczerość projektu podporządkowanego funkcji i budżetowi, ale trudno byłoby twierdzić, że pod względem stylistycznym wyprzedzały konkurencję albo chociaż próbowały wejść z nią w bardziej wyrafinowany dialog. One po prostu były. Ich forma wynikała z funkcji i na tym koniec. Miały przekonać klienta przede wszystkim dźwiękiem oraz ceną. Nowa seria Evolution zmieniła wszystko. Współpraca z pracownią Kabo & Pydo okazała się dla Fezza czymś znacznie więcej niż tylko liftingiem obudów. To nie jest sytuacja, w której projektanci "narysowali ładniejszy front", dokładając kilka eleganckich detali i odmienione logo. Tutaj zmienił się cały język stylistyczny marki. Nowe urządzenia wyglądają jak element spójnej, świadomie zbudowanej rodziny. Widać, że ktoś podszedł do tematu poważnie i zastanowił się nie tylko nad estetyką, ale też nad ergonomią, proporcjami, sposobem eksponowania lamp, ukryciem śrub montażowych, logiką rozłożenia akcentów wizualnych oraz wszystkim, co sprawia, że urządzenie nie tylko wygląda dobrze na renderze, ale również naprawdę dobrze funkcjonuje w salonie i nie męczy właściciela w codziennym użytkowaniu.
TEST: Fezz Audio Luna
Titania MK2 jest doskonałym przykładem tego nowego podejścia. Już sam kształt obudowy robi bardzo dobre wrażenie. Jest tu sporo prostych linii i spokojnych płaszczyzn, ale nie ma nudy. Jest minimalistycznie, lecz nie ascetycznie. Czuć nowoczesność, ale bez popadania w studyjną beznamiętność. Konstrukcja jest osadzona na wysokich, zaokrąglonych nóżkach z miękkiej gumy, które może nie mają w sobie nic spektakularnego, ale są zwyczajnie sensowne. Wzmacniacz stoi stabilnie, wygląda dość lekko (mimo niemałej przecież masy), a przy tym nie ma tu żadnego audiofilskiego dziwactwa w rodzaju ostrych kolców, podkładek i innych rozwiązań, które na zdjęciach prezentują się świetnie, ale w domu potrafią doprowadzić człowieka do szału. Tymczasem tutaj o niczym nie musimy pamiętać ani z niczym się przesadnie pieścić. Możemy pewnie chwycić wzmacniacz i postawić go tam, gdzie chcemy. Miękkie nóżki nie porysują nawet delikatnych mebli. To niby drobiazg, ale bardzo znamienny. Fezz najwyraźniej doszedł do momentu, w którym nie musi już niczego udowadniać. Może po prostu robić rzeczy rozsądne.
Panel frontowy zachowuje charakterystyczną dla nowych Fezzów symetrię. Dwa duże aluminiowe pokrętła rozmieszczono po bokach, pomiędzy nimi umieszczono dyskretnie podświetlane logo, a tuż pod nim znajduje się ledwo widoczna nazwa modelu. Wszystko jest tu bardzo uporządkowane i przyjemne dla oka. To nie jest minimalistyczna prostota z rodzaju tych, które budzą szacunek, ale nie zachęcają do zbliżenia się do sprzętu. Titania MK2 wygląda jak przedmiot zaprojektowany po to, żeby go mieć w domu, a nie tylko podziwiać przez szybę. Dużą rolę odgrywa też kolorystyka. Fezz od dawna lubi bawić się barwami i warto to docenić, bo w świecie hi-fi wciąż obowiązuje dość smutny zestaw standardów - czerń, srebro, ewentualnie grafit, czasem jakaś ciemna stal. Tymczasem polska firma konsekwentnie pokazuje, że wzmacniacz nie musi chować się przed światem. Może podkreślać charakter pomieszczenia i cieszyć oko czymś więcej niż poprawnością. Jakość wykonania jest przy tym tak wysoka, że nawet bardziej odważne warianty nie wyglądają jak ekstrawagancja, tylko dobrze zaprojektowany produkt, który może być stonowany albo wyrazisty, zależnie od upodobań właściciela.
Podobnie jak w przypadku Luny czy Miry Ceti 300B, które testowałem stosunkowo niedawno, doskonałe wrażenie robi już samo opakowanie polskiego wzmacniacza. Wnętrze twardego kartonu jest rozplanowane tak logicznie, że unboxing jest czystą przyjemnością. Każdy element ma swoje miejsce. Lampy są opisane numerami pasującymi do oznaczeń na obudowie wzmacniacza, akcesoria zapakowano osobno, "szybka" klatki ochronnej jest zafoliowana, wzmacniacz spoczywa w miękkim worku ze ściągaczem, a wszystko to zostało obudowane kawałkami precyzyjnie dociętej, amortyzującej pianki. W zestawie dostajemy nie tylko standardowe gadżety, takie jak pilot czy kabel zasilający, ale także bawełniane rękawiczki. Złożenie i uruchomienie wzmacniacza jest banalnie proste. Wkładamy lampy zgodnie z oznaczeniami, przykręcamy szybkę do klatki ochronnej dwiema śrubkami i właściwie to tyle. Nie ma tu żadnego strachu, czy coś ustawiliśmy poprawnie, czy trzeba będzie zaraz biegać po multimetr, czy po godzinie okaże się, że jednak trzeba skorygować bias, bo jeden kanał delikatnie się rozregulował. Właśnie na tym polega przewaga współczesnych Fezzów nad wieloma klasycznymi lampowcami, w których ciągle stosuje się tradycyjne rozwiązania. Polska firma nie widzi potrzeby pielęgnowania tych ceremoniałów. Miękki start, automatyczna regulacja biasu, zdalne sterowanie - to wszystko można dziś zrobić stosunkowo szybko i tanio, więc dlaczego nie ułatwić klientom życia? Żadna z tych rzeczy nie ma negatywnego wpływu na brzmienie, nie pozbawi nas "magii lamp". Przeciwnie - może co najwyżej przedłużyć ich żywotność.
W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, jaka inna firma oferuje równie nowoczesne i bezproblemowe wzmacniacze lampowe. Audio Research? Copland? Canor? Unison Research? Szczerze mówiąc, w dziedzinie szeroko rozumianej nowoczesności (wiem, samo użycie tego słowa trochę kłóci się ze stereotypem wzmacniacza lampowego, ale tylko pozornie) Fezz wyprzedził nawet najbardziej utytułowanych konkurentów. Podkreślam, że nie mówimy wyłącznie o wzornictwie. Jaki inny wzmacniacz lampowy ma w pełni funkcjonalne zdalne sterowanie, automatyczny bias, układ miękkiego startu, diody ostrzegające o potencjalnych problemach z lampami mocy (każdą z osobna), a do tego dwa sloty na karty rozszerzeń, dzięki którym w ciągu kilku minut możemy wyposażyć nasz wzmacniacz na przykład w wejście gramofonowe, DAC z dwoma wejściami cyfrowymi albo Bluetooth 5.0? Jeśli macie jakieś pomysły, podzielcie się nimi w komentarzu pod testem.
Podobnie jak w przypadku Luny czy Miry Ceti 300B, w Titanii MK2 naprawdę widać, że polska manufaktura wyciągnęła wnioski z własnych doświadczeń i oczekiwań użytkowników. W pierwszej Titanii brak pilota czy osłony lamp można było jeszcze tłumaczyć purystycznym charakterem konstrukcji, ograniczeniami budżetowymi albo zwykłą młodością marki. Dziś takie wymówki już nie przechodzą. Klient wydający niemałe pieniądze na zintegrowany wzmacniacz lampowy ma pełne prawo oczekiwać, że dostanie sprzęt nie tylko dobrze grający, ale też wygodny i dopracowany. Titania MK2 te oczekiwania spełnia. Pilot jest nie byle jaki. Nie mamy tu do czynienia z przypadkowym sterownikiem, który chce się schować do szuflady po pierwszym użyciu. Producent najwyraźniej uznał, że skoro pilot ma być częścią zestawu, powinien pasować do charakteru urządzenia. W sprzęcie audio bardzo często właśnie takie elementy zdradzają, czy całość została przemyślana do końca. Podobnie jest z trybem standby, miękkim startem i procedurą rozgrzewania lamp. Urządzenie spokojnie przechodzi przez procedurę nagrzewania, daje lampom czas na właściwe wejście w tryb pracy, a jednocześnie komunikuje to użytkownikowi w sposób czytelny i elegancki. Zamiast zastanawiać się, czy wszystko działa, po prostu czekamy chwilę, aż wzmacniacz zrobi swoje. To brzmi banalnie, ale właśnie takie rzeczy budują poczucie obcowania ze sprzętem dojrzałym i dopracowanym.
Bardzo istotna jest również osłona lamp. Fezz znowu podszedł do sprawy pragmatycznie. Skoro część klientów i tak będzie chciała ochrony, lepiej zaprojektować ją od razu jako sensowny element całości. Dlatego "klatka" nie wygląda jak obce ciało, lecz wpisuje się w bryłę urządzenia i sprawia, że wzmacniacz zachowuje swój charakter także w wersji bardziej "domowej". Montaż osłony jest banalnie prosty - wystarczy lekko odkręcić dwie wystające z obudowy śrubki z szerokimi, ponacinanymi łbami, wsunąć w nie klatkę, a następnie zablokować. Nie trzeba nawet wyjmować klucza czy śrubokrętu. Ponieważ jednak jest to moje trzecie bliższe spotkanie z Fezzem z serii Evolution, zwrócę uwagę na pewien szczegół, nawet jeśli tylko ja to zauważyłem. Chodzi właśnie o tę wielką "szybkę", a konkretnie - utrzymanie jej w czystości. Dla perfekcyjnego efektu należy wytrzeć, a właściwie wypolerować ją z obu stron, ale działa to tylko przez pewien czas. Nawet jeśli będziemy pamiętać, aby nie dotykać jej palcami, osłona z pleksi elektryzuje się i przyciąga kurz. Wycierając ją zbyt często, można ją porysować, więc na dobrą sprawę pozostają ściereczki do optyki, środki antystatyczne i sprężone powietrze. Na szczęście "szybkę" łatwo jest zdemontować, więc jeśli coś się z nią stanie, wymiana będzie prosta i tania.
Na tylnej ściance widać kolejną różnicę między dawnym a obecnym Fezzem. Starsza Titania była pod tym względem klasyczną, prostą integrą. Nowa pokazuje już zupełnie inny poziom technologii i świadomości użytkowej. Do dyspozycji mamy trzy wejścia RCA, bezpośrednie wejście do końcówki mocy, wyjście subwooferowe, terminale głośnikowe z odczepami dla kolumn o impedancji 4 i 8 Ω, przełącznik pętli masy, trójbolcowe gniazdo zasilające z przełącznikiem napięcia (115/230 V) oraz dwa sloty na karty rozszerzeń FEBS (Fezz Extension Board System). To ostatnie rozwiązanie jest jednym z najbardziej sensownych pomysłów, jakie pojawiły się w ostatnim czasie w konstrukcjach tej marki. Zamiast próbować od razu upchnąć we wzmacniaczu wszystko, co tylko przyjdzie nam do głowy, producent daje użytkownikowi podstawę i możliwość późniejszej rozbudowy. Bluetooth, DAC, phono stage MM - to wszystko można dołożyć wtedy, gdy rzeczywiście okaże się potrzebne. Bez kupowania kolejnych pudełek, bez plątaniny kabli, bez wymiany całego wzmacniacza tylko dlatego, że po roku zachciało nam się gramofonu albo prostego połączenia bezprzewodowego. Obecność dwóch slotów to drobna, ale bardzo ważna różnica. W wielu wzmacniaczach modułowość kończy się na jednym gnieździe, co oznacza, że każda decyzja użytkownika jest okupiona rezygnacją z czegoś innego. Tutaj ten problem znika - możemy myśleć o wzmacniaczu bardziej perspektywicznie.
Fezz Audio nie jest rzecz jasna pierwszym producentem sprzętu hi-fi, który wpadł na podobny pomysł, ale w świecie wzmacniaczy lampowych chyba jeszcze tego nie widzieliśmy, a przynajmniej nie w takiej skali. Polska firma najwyraźniej przestała patrzeć na swoje urządzenia jak na zamknięte bryły, które klient kupuje raz na zawsze w jednej, niezmiennej postaci. Zaczęła je traktować jak platformy, które mogą rosnąć razem z systemem właściciela. W pewnym sensie zostało to wymuszone przez wcześniejszy system dodatków i opcji. Do starszych Fezzów również można było dołożyć zdalne sterowanie, wejście HT, wyjście dla subwoofera, klatkę ochronną czy Bluetooth, ale odbywało się to za pośrednictwem prostego konfiguratora, już na etapie składania zamówienia. Każdy wzmacniacz był więc produkowany customowo, w konkretnym kolorze i z konkretnym wyposażeniem. Teraz większość z tych opcji dostajemy w standardzie, natomiast elementy, które jednemu użytkownikowi się przydadzą, a innemu niekoniecznie, przerzucono do systemu FEBS. Myślę, że może to również ułatwić wymianę wzmacniacza w przyszłości. Zamiast wystawiać na sprzedaż bogato skonfigurowany model, a potem znów dopłacać za przetwornik i wejście gramofonowe, sami z łatwością wykręcimy oba moduły i wepniemy je do nowego piecyka.
W wersji standardowej dostajemy komplet lamp JJ Electronic, które wybrano ze względu na brzmienie i wysoką bezawaryjność. Dostępna jest także droższa o 750 zł wersja Premium, w której zastosowano KT88 Electro-Harmonixa i PSVane 12AX7-S TII. Możemy więc od razu zdecydować się na droższe lampy, dzięki czemu nie musimy płacić dwa razy - najpierw za te standardowe, a potem za "docelowe".Choć obecnie dostępne są trzy moduły FEBS, w przyszłości zapewne pojawią się kolejne. Może w tej formie zobaczymy na przykład gniazda HDMI albo lepszego DAC-a z wejściem USB? Zresztą co tu daleko szukać - pierwszą z takich nowych kart producent dołożył do testowanego egzemplarza. Był to moduł z wejściem zbalansowanym (XLR). Tuż przed publikacją tego testu pojawiła się też identyczna karta z dodatkowym wejściem RCA. Czy użytkownicy, mając do dyspozycji trzy takie wejścia, będą potrzebowali kolejnego? Nie wiem, ale po pierwsze skoro wprowadzono system modułowy, to trzeba go rozwijać, a po drugie omawiane karty będą pasowały również do kolejnych modeli Fezza albo zmodyfikowanych wersji znanych już konstrukcji, w których dodanie kolejnego wejścia analogowego nie będzie głupim pomysłem. Instalacja modułu rozszerzenia to bułka z masłem. Odkręcamy dwie śrubki, usuwamy zaślepkę, wpinamy taśmę do naszej karty, wsuwamy ją do środka i przykręcamy śrubki. Cudownie proste. Ceny modułów FEBS są całkiem znośne. Phono stage dla wkładek MM, przetwornik cyfrowo-analogowy i moduł Bluetooth 5.0 kosztują tyle samo - 1290 zł. To mniej więcej tyle, ile zapłacilibyśmy za zewnętrzne urządzenie wykonujące tę samą robotę. Tyle samo kosztuje płytka z gniazdami XLR. Do pewnego stopnia jest to uzasadnione, ponieważ nie są to tylko same gniazda, bo tuż za nimi znajduje się desymetryzator, ale moim zdaniem taka płytka powinna kosztować mniej niż phono stage czy DAC. Moduł z gniazdami RCA wyceniono natomiast na 599 zł. Swoją drogą, czy nie byłoby fajnie, gdyby producenci sprzętu audio dogadali się, abyśmy taki system modułowy zobaczyli w urządzeniach różnych marek? Wyobraźcie sobie tylko - kupujemy nowego Fezza i wsadzamy do niego DAC-a FiiO lub iFi Audio oraz phono stage Regi lub Pro-Jecta. Albo jeszcze lepiej - jeden z tych elementów wykręcamy z poprzedniego wzmacniacza. Wydaje się to mało realne, ale pomarzyć można.
Kiedy spojrzymy na porównanie parametrów starej i nowej Titanii, w oczy najbardziej rzuca się moc wyjściowa. 45 kontra 60 W na kanał to jednak spory przeskok, a przecież wciąż mamy do czynienia ze wzmacniaczem wyposażonym w cztery lampy KT88 w układzie push-pull i klasie AB. Skąd wzięło się dodatkowe 15 W? Najkrócej można powiedzieć, że pierwsza Titania była w gruncie rzeczy Silver Luną na sterydach. Choć uzyskano odrobinę wyższą moc, nie wykorzystano wszystkich zalet takiego układu. Titania MK2 została natomiast zaprojektowana od podstaw i dopiero teraz potencjał kwartetu tetrod KT88 został wykorzystany w stu procentach. A skoro jesteśmy przy kwestiach praktycznych, wspomnę o czymś, czym polska firma nawet się nie chwali, a co z punktu widzenia użytkownika jest niezwykle ważne. W wersji standardowej dostajemy komplet lamp JJ Electronic, które wybrano ze względu na brzmienie i wysoką bezawaryjność. Dostępna jest także droższa o 750 zł wersja Premium, w której zastosowano KT88 Electro-Harmonixa i PSVane 12AX7-S TII. Możemy więc od razu zdecydować się na droższe lampy, dzięki czemu nie musimy płacić dwa razy - najpierw za te standardowe, a potem za "docelowe". Warto też dodać, że każdy taki element jest przez producenta testowany i poddawany pomiarom, a parametry są przechowywane w bazie danych. Jeśli w trakcie eksploatacji coś stanie się z jedną lampą mocy - na przykład jeśli z niewiadomych przyczyn zacznie tracić szczelność albo upuścimy ją podczas czyszczenia - na podstawie numeru seryjnego naszego wzmacniacza Fezz Audio będzie w stanie wybrać i wysłać nam dokładnie taką lampę. A wymiana jednego wadliwego podzespołu zamiast całego kompletu to spora oszczędność. Gdybyśmy natomiast chcieli poeksperymentować z brzmieniem, w firmowym sklepie internetowym znajdziemy KT88 takich marek jak Electro-Harmonix, Genalex Gold Lion, Mullard, Svetlana i Psvane (w czterech różnych wersjach). Oprócz tego są również zamienniki - 6550, KT90 i KT120. W przedwzmacniaczu Titanii MK2 pracują trzy podwójne triody 12AX7 (ECC83), a ponieważ jest to popularna, dobrze znana lampa, na stronie Toroidów mamy do wyboru aż 20 różnych modeli. Żyć nie umierać.

Brzmienie
Po kilkunastu minutach odsłuchu naszła mnie myśl, że choć mamy do czynienia z zupełnie innym urządzeniem - nowocześniejszym, ładniejszym, mocniejszym i lepszym od pierwowzoru pod każdym względem, Titania MK2 nie zatraciła swojej tożsamości. Gdybym miał jednym zdaniem określić, co stanowiło o sensie pierwszej Titanii, powiedziałbym, że był to wzmacniacz dla ludzi, którzy nie chcieli lampy jako egzotycznego dodatku do słuchania muzyki od święta, ale sprzętu mogącego stanowić pełnoprawne centrum normalnego, użytecznego i ambitnego systemu stereo. Nie urządzenia "do jazzu", nie wzmacniacza "do wokali", nie stylowej zabawki do cichego plumkania z głośnikami o skuteczności jak z dawnych folderów tubowych manufaktur, tylko prawdziwej integry, którą można podłączyć do większości normalnych kolumn i słuchać na takim zestawie dowolnej muzyki. Nowa Titania MK2 kroczy dokładnie tą samą drogą, tylko jeszcze pewniej i dojrzalej. Co więcej, w aktualnym katalogu Fezz Audio pełni taką samą rolę jak jej pierwowzór, ale do tej myśli jeszcze wrócimy.
Już od pierwszych minut słychać, że mamy do czynienia z mocną konstrukcją opartą na KT88 i stworzoną po to, by zaoferować coś więcej niż stereotypowe lampowe ciepło. Brzmienie jest nasycone, ale nie rozlazłe. Gładkie, ale nie miękkie w niekontrolowany sposób. Jest w nim odrobina tej charakterystycznej lampowej szlachetności, która sprawia, że wokale i instrumenty akustyczne zyskują piękną barwę, oddech, lepszą plastykę i bardziej organiczny rysunek, ale wszystko to odbywa się bez popadania w przesadę. Titania MK2 nie sili się na kreowanie świata piękniejszego niż rzeczywistość. Nie pudruje nagrań. Nie okrywa ich grubym kocem. Raczej stara się pokazać, że lampa może grać równo i rzetelnie, a nawet bardzo konkretnie, nie tracąc przy tym swojej przewagi nad tranzystorami w takich aspektach jak barwa, nasycenie czy sposób budowania głębi.
Co zaskakujące, najwyraźniej słychać to w zakresie niskich tonów. To właśnie dół pasma od lat odróżniał Titanię od wielu lampowców w podobnym przedziale cenowym i w nowej wersji nic się pod tym względem nie zmieniło. Można nawet odnieść wrażenie, że wzmacniacz poszedł jeszcze krok dalej. Bas jest mocny, szybki, zdecydowany i bardzo pewny siebie. Nie ma tu żadnego ociągania się z reakcją, żadnego otłuszczania dźwięków dla samego efektu czy uspokajania rytmu w imię muzykalności. Gitara basowa zachowuje czytelność nawet w gęstych, mocno skompresowanych realizacjach rockowych, kontrabas ma odpowiednią masę i sprężystość, a elektroniczne pomruki nie tracą energii, gdy trzeba zejść naprawdę nisko i utrzymać porządek w dolnym zakresie. Oczywiście nie jest to bas tranzystorowy w sensie brutalnej twardości czy bezwzględnie konturowego ataku, ale właśnie dlatego jest ciekawszy. Titania MK2 łączy bowiem kontrolę z wypełnieniem. Daje niskim tonom mięsisty smak, ale nie odbiera im kształtów i ostrych krawędzi.
W średnicy nowy Fezz pokazuje tę część swojego charakteru, którą wielu słuchaczy od razu rozpozna jako lampową, ale znowu - z wyczuciem. Wokale brzmią blisko, naturalnie, bardzo przekonująco pod względem barwy. Nie są nadmuchane, nie wyskakują na pierwszy plan tylko po to, aby udowodnić słuchaczowi, że w torze znalazły się rozgrzane do czerwoności szklane bańki (tak jakby można było o tym zapomnieć, gdy ma się przed oczami tak efektowny sprzęt). Zamiast tego dostajemy średnicę, która ma odpowiednią gęstość i płynność, ale pozostaje częścią większej, dobrze zrównoważonej całości. To ważne, bo wiele wzmacniaczy lampowych buduje swoje "magiczne brzmienie" na kilku wybranych aspektach prezentacji, całą resztę traktując po macoszemu lub w karykaturalny sposób uciekając od niewygodnych tematów, takich jak głębia niskich tonów, przejrzystość czy dynamika. Mamy się wówczas koncentrować na ciepłej, czarującej średnicy, delikatnych, pięknie wypolerowanych wysokich tonach i stereofonii z wyraźnie wysuniętym w naszym kierunku pierwszym planem, ale gdy tylko sięgniemy po bardziej wymagające nagrania lub zaczniemy szukać tych brakujących elementów przekazu, szybko przekonamy się, że król jest nagi. I to nawet nie tak, że w tych dziedzinach sprzęt radzi sobie gorzej, tylko nie radzi sobie wcale, bo omija trudne tematy jak obrażone dziecko. Titania MK2 nie działa w ten sposób. Tutaj średnica nie jest samotną gwiazdą spektaklu. Jest raczej środkiem ciężkości dźwięku, wokół którego wszystko zachowuje zdrowe proporcje. Dzięki temu instrumenty akustyczne, smyczki, fortepian czy głos ludzki mają nie tylko ładną barwę, ale też właściwy ciężar i sens w szerszym kontekście muzycznym.
Góra pasma została podana w sposób bardzo dojrzały. Nie ma tu matowości, wycofania ani sztucznego podkręcania przejrzystości. Blachy, detale tła, krótkie wybrzmienia i drobne artefakty są wyraźne, ale nie natarczywe. Wzmacniacz nie próbuje za wszelką cenę udowodnić, że jest szybki i rozdzielczy. Po prostu rzetelnie wykonuje swoją robotę. Dzięki temu wysokie tony zachowują blask i powietrze, ale nie zaczynają odcinać się od reszty pasma. To bardzo istotne, bo właśnie na górze najłatwiej popsuć równowagę między lampową kulturą grania a nowoczesną definicją dźwięku. Fezz tę pułapkę omija. Pochwalić można również stereofonię. Scena nie jest tu sztucznie powykrzywiana, aby wzmocnić poczucie, że słuchamy wyjątkowego, oryginalnego sprzętu. Jest zupełnie normalna, ma właściwe proporcje, a prezentowane przed nami wydarzenia układają się w przestrzeni w przekonujący sposób. Słychać jednak, że wzmacniacz ma w tej dziedzinie wiele do powiedzenia. Jest w stanie pokazać trójwymiarowy, wciągający dźwięk, ale musi mieć ku temu powód. Nie chodzi tu o spektakularne rozciąganie obrazu daleko poza bazę kolumn czy pogłębianie każdego nagrania. Owszem, jeśli realizacja daje takie możliwości, Titania MK2 potrafi pokazać trójwymiarową scenę stereo, ale jej największą zaletą jest porządek. Źródła pozorne mają stabilne pozycje, plan nie rozpada się przy bardziej złożonym repertuarze, a słuchacz nie dostaje chaosu przykrytego lampowym lukrem. To znów bardzo dorosłe podejście do brzmienia. Wzmacniacz nie sili się na tanie sztuczki. Woli powoli budować zaufanie, licząc się nawet z tym, że w pierwszych minutach odsłuchu część słuchaczy będzie niepocieszona. Po tym akurat widać, że mamy do czynienia ze stuprocentową lampą - potrzeba trochę czasu, aby w pełni ją docenić.
Największym komplementem, jaki mogę skierować pod adresem Titanii MK2, jest jednak to, że w praktyce nie czuć przy niej typowego dla wielu lampowców napięcia związanego z doborem repertuaru czy kolumn. Nie ma wrażenia, że to urządzenie, które trzeba stale głaskać po głowie, dobierać mu odpowiednie towarzystwo i modlić się, żeby nie trafić na nagranie, z którym sobie nie poradzi. Oczywiście, jak każdy wzmacniacz, Fezz ma swój charakter i nie jest przezroczysty, ale nie polega to na narzucaniu systemowi kaprysów. Raczej na proponowaniu bardzo sensownej równowagi między lampową kulturą a normalną, zdrową wydajnością. Tę wydajność słychać szczególnie dobrze przy trudniejszej muzyce. Rock, elektronika, gęściej zrealizowane nagrania, niezwykle wymagające soundtracki, a także kolumny o niższej skuteczności - możemy stopniowo zwiększać poziom trudności, a Titania MK2 nie zacznie się wycofywać ani po cichu ogłaszać kapitulacji. Przeciwnie - wtedy jeszcze lepiej widać sens tej konstrukcji, bo KT88 nie trafiły tu po to, by wyglądać dostojnie, tylko dostarczyć głośnikom solidną dawkę prądu. Przy całej tej energii wzmacniacz nie traci jednak lampowego czaru.
Jeśli się nad tym zastanowić, Titania MK2 powtarza schemat zastosowany przez polską firmę w nowej Lunie, ale tym razem z wyższą mocą i, co tu dużo ukrywać, z dźwiękiem reprezentującym wyższy poziom w wielu różnych aspektach. Oto mamy wzmacniacz, który nie jest stereotypową lampą, a jednocześnie nie zgubi charakteru i magii, dla której ludzie w XXI wieku w ogóle chcą używać sprzętu wyposażonego w szklane bańki. Słuchając Titanii MK2, czuć odrobinę miękkości tam, gdzie jest potrzebna. Czuć bogatszą fakturę dźwięku. Czuć bardziej naturalne przejścia, przyjemny oddech, spokojniejszą, płynną średnicę i przestrzeń wypełnioną tym specyficznym planktonem, którego urządzenia tranzystorowe wciąż nie potrafią podrobić. Tyle że wszystko to zostało wpisane w konstrukcję, dla której fundamentem jest brzmienie naturalne, dobrze zrównoważone, pełne, rzetelne i wiarygodne. Wszystkie elementy "lampowego czaru" są w gruncie rzeczy dodatkami - bardzo istotnymi, tworzącymi pewien specyficzny klimat, ale znającymi swoje miejsce w szeregu. Nie wolno im wychodzić na pierwszy plan, stawiać warunków całej reszcie. To raczej one mają uzupełniać nietykalną bazę, którą najprościej byłoby opisać jednym słowem - normalność.
Dlatego właśnie nowa Titania wydaje mi się wzmacniaczem bardzo uniwersalnym. Można go potraktować jako drogę wejścia do poważnego świata lamp albo kupić go jako docelową integrę do dojrzałego systemu średniej albo wyższej klasy. Można zbudować wokół niego system nastawiony na muzykalność (w połączeniu z kolumnami o spokojnym, przyjemnym usposobieniu), ale także potraktować go jako centrum nowoczesnego, wszechstronnego zestawu audio, z modułami rozszerzeń, subwooferem i wygodą użytkowania typową dla wzmacniaczy tranzystorowych. Titania MK2 ma sens w każdym z tych scenariuszy, bo nie jest urządzeniem stworzonym dla wąskiej grupy audiofilów, ale raczej dla szerokiego grona słuchaczy, zarówno tych początkujących, jak i zaprawionych w boju. A to w świecie wzmacniaczy lampowych ogromna rzadkość, żeby nie powiedzieć - novum.
Titania MK2 jest wzmacniaczem lepszym, niż zapewne niektórym będzie się wydawało - czy to na podstawie ceny, czy jakichś własnych uprzedzeń i preferencji. To z kolei oznacza, że każda inwestycja w system będzie się zwracała ze zdwojoną mocą.Dla równowagi wypadałoby wspomnieć o minusach, ale choć myślałem nad tym kilka dni, widzę tylko dwa i oba mają charakter, nazwijmy to, polityczny. Pierwszym jest fakt, że Titania MK2 może poważnie zagrozić co najmniej dwóm innym modelom Fezza - Lunie i Olympii. Wydając 9750 zł na lampową integrę, część klientów postanowi dołożyć jeszcze 50% tej kwoty, aby kupić mocniejszy, bardziej wszechstronny wzmacniacz. Z kolei ci, którzy nastawili się na Olympię, mogą dojść do wniosku, że 60 zamiast 100 W na kanał spokojnie im wystarczy, osiem lamp zamiast czterech to też wyższe zużycie energii i dodatkowe koszty eksploatacyjne, a 9000 zł piechotą nie chodzi. Drugi minus polega na tym, że... Titania MK2 jest wzmacniaczem lepszym, niż zapewne niektórym będzie się wydawało - czy to na podstawie ceny, czy jakichś własnych uprzedzeń i preferencji. To z kolei oznacza, że każda inwestycja w system będzie się zwracała ze zdwojoną mocą. W porządku, ten piecyk zagra świetnie z większością dostępnych na rynku kolumn i przyzwoitym źródłem, ale jego potencjał jest znacznie większy. Nie zdziwcie się więc, kiedy ściągniecie na odsłuch zestawy głośnikowe kosztujące trzy razy tyle, co Titania MK2, streamer warty dwa razy tyle, do tego absurdalnie drogie kable i akcesoria zasilające, a wzmacniacz nie tylko nie wymięknie, a wręcz rozwinie skrzydła, jakby chciał pokazać, że takie połączenie to żaden mezalians.
Dlatego właśnie lojalnie ostrzegam tych, którzy zawsze marzyli o porządnej lampie i myślą, że taki Fezz będzie w ich systemie ostatnim ogniwem, wisienką na torcie. Będzie, ale może też obudzić demona znanego jako audiophilia nervosa. Spełniając jedne marzenia, pokaże kolejne. Otworzy nowe możliwości i nakreśli następne cele. Rzadko który wzmacniacz w sub-hi-endowej cenie to potrafi, ale ten niewątpliwie ów dar posiada. Sam w pewnym sensie padłem jego ofiarą, bo w najbliższym czasie miałem nie inwestować w żaden sprzęt, nawet kable czy słuchawki, do tego mam dużą, tranzystorową końcówkę mocy i porządną, 25-watową lampową integrę, a teraz, gdy test jest już prawie skończony, słyszę z tyłu głowy cichy głos, który podpowiada, że opisywany wzmacniacz mógłby z powodzeniem zastąpić oba te urządzenia, bo i gra wspaniale, i mocy jest pod dostatkiem. Na dobrą sprawę musiałbym kupić dwa takie piecyki, ponieważ mówimy tu o dwóch systemach pracujących w różnych pomieszczeniach, ale... Hegel H20 kosztuje 26 999 zł, a Unison Research Triode 25 - 17 999, co daje w sumie 44 998 zł, więc mógłbym za te pieniądze kupić nie dwie, ale trzy Titanie MK2. To samo w sobie daje odpowiedź na pytanie, czy najnowszy wzmacniacz Fezza jest warty swojej ceny. Jeżeli jednak macie wątpliwości, sprawdźcie, ile kosztują lampowe integry renomowanych producentów dysponujące mocą 50-60 W na kanał, takie jak Ars-Sonum Gran Filarmonia XP Universum, Ayon Spirit V, BAT VK80i czy Unison Research Performance. Nawet taki szybki rekonesans pozwala spojrzeć na Titanię MK2 z właściwej perspektywy i zdać sobie sprawę z tego, jak potężnym hitem może się ona stać.

Budowa i parametry
Fezz Audio Titania MK2 jest zintegrowanym wzmacniaczem lampowym pracującym w układzie push-pull w klasie AB. Stopień końcowy oparto na czterech lampach KT88, natomiast w sekcji sterującej i napięciowej pracują trzy podwójne triody 12AX7. Już sam ten zestaw mówi sporo o charakterze konstrukcji. W porównaniu z poprzednią wersją Titanii układ został wyraźnie rozbudowany. Zastosowanie trzeciej lampy 12AX7 nie jest tu drobną korektą, ale sygnałem, że producent przeprojektował stopień sterujący i całą architekturę toru w sposób bardziej ambitny, niż sugerowałby wygląd urządzenia. Najważniejszą liczbą, która to potwierdza, jest moc wyjściowa. W poprzedniej Titanii było to 45 W na kanał, natomiast wersja MK2 osiąga 60 W. Dodatkowy zapas mocy oznacza większą swobodę dynamiczną, lepszą odporność na trudniejsze obciążenia i większy margines bezpieczeństwa przy współpracy z trudniejszymi do wysterowania kolumnami.
Jak w każdym wzmacniaczu Fezza, elementem kluczowym pozostają transformatory. To nie jest przypadek ani firmowy slogan, ale naturalna konsekwencja pochodzenia marki. Zaplecze w postaci Toroidów sprawia, że sekcja transformatorów nie jest tu kupowanym na zewnątrz dodatkiem, lecz jednym z fundamentów całej konstrukcji. W Titanii MK2 zastosowano autorskie transformatory wyjściowe w specyfikacji Supreme. Ich rola wykracza daleko poza sam transfer mocy do kolumn. To właśnie one w dużym stopniu odpowiadają za zdolność wzmacniacza do utrzymania szerokiego pasma przenoszenia, dobrej kontroli basu i stabilności pracy przy wyższych poziomach sygnału. Jedną z najistotniejszych zmian względem poprzedniej wersji modelu jest sposób zarządzania parametrami pracy lamp. W Titanii MK2 producent przeszedł na automatyczny analogowy system aktywnej kontroli i regulacji biasu oraz elektroniczne zabezpieczenia. Z technicznego punktu widzenia oznacza to nie tylko uproszczenie obsługi, ale też większą powtarzalność warunków pracy i lepszą ochronę całego układu. Użytkownik nie musi ingerować w ustawienia lamp mocy - wzmacniacz sam kontroluje parametry ich pracy. Do tego dochodzi procedura wstępnego rozgrzewania lamp oraz układ sygnalizacji ewentualnych nieprawidłowości. Z perspektywy konstruktorskiej jest to krok w stronę nowoczesnego lampowca, który zachowuje klasyczną architekturę audio, ale ogranicza typowe słabości eksploatacyjne tej technologii.
Równie istotna jest strona mechaniczna. Obudowę wykonano z grubej blachy stalowej, a cały wzmacniacz waży około 20,5 kg. To wartość spójna z gabarytami urządzenia i skalą zastosowanej sekcji transformatorowej. Wymiary wynoszą 420 mm szerokości, 380 mm głębokości i 200 mm wysokości. Oznacza to, że Titania MK2 pozostaje konstrukcją zwartą, ale zbudowaną wokół ciężkiego, klasycznego układu lampowego. Najlepszym dowodem wysokiej jakości wykonania jest to, co widzimy pod maską. Już w innych nowych modelach Fezza uwagę zwracała schludność montażu i uporządkowanie architektury wewnętrznej. Liczba przewodów została ograniczona do minimum, a cały układ sprawia wrażenie zaprojektowanego z dużą dyscypliną. To ważne, bo w sprzęcie lampowym łatwo ukryć niedoskonałości montażu za zasłoną tradycji i ręcznej produkcji. Tutaj nie ma takiej potrzeby. Titania MK2 wygląda jak urządzenie pomyślane od początku jako współczesny produkt. Od strony przyłączy sytuacja jest przejrzysta i sensowna. Do dyspozycji użytkownika oddano trzy wejścia liniowe RCA, gniazdo direct (bezpośrednie wejście do końcówki mocy), wyjście sub-out, terminale głośnikowe dla obciążeń 4 i 8 Ω oraz dwa sloty rozszerzeń FEBS. Pomyślano nawet o tym, aby maksymalnie odsunąć gniazdo zasilające od najbardziej wrażliwych na zakłócenia wejść analogowych. Nie mam zastrzeżeń.
Jeśli chodzi o parametry, szczególną uwagę zwraca deklarowane przez producenta pasmo przenoszenia, które rozciąga się od 16 Hz do 120 kHz przy spadku 3 dB. To znakomity wynik, który można odczytywać jako potwierdzenie wysokiej jakości transformatorów toroidalnych wytwarzanych w tej samej fabryce. Zniekształcenia harmoniczne utrzymano na poziomie poniżej 0,05%, co w świecie wzmacniaczy lampowych również zasługuje na uznanie. Oczywiście same liczby nie powiedzą nam wszystkiego o charakterze brzmienia, ale w połączeniu z topologią układu i zastosowanym zestawem lamp dają obraz konstrukcji dopracowanej i nastawionej na możliwie liniową, stabilną pracę. Czułość wejściowa wynosi 0,7 V, a impedancja wejściowa 50 kΩ, co oznacza, że wzmacniacz nie powinien sprawiać problemów przy współpracy z typowymi źródłami analogowymi i cyfrowymi. Zużycie energii określono na 170 W na biegu jałowym i 270 W przy pełnej mocy. Są to wartości w pełni zrozumiałe dla tej klasy wzmacniacza i pokazujące, że mamy do czynienia z konstrukcją wydajną, ale bez przesadnego apetytu na prąd. Dla porównania, w przypadku Olympii wartości te wynoszą odpowiednio 350 i 700 W, a dla flagowej końcówki mocy Magnetar Power Amplifier - 440 i 1000 W.
Werdykt
Titania MK2 jest jednym z tych urządzeń, które najlepiej pokazują, gdzie dziś znajduje się Fezz Audio jako marka. Już nie na etapie ciekawostki, ambitnej polskiej manufaktury próbującej odciąć swój kawałek tortu, ale w miejscu, w którym można mówić o producencie świadomym własnej tożsamości. W tym wzmacniaczu widać wszystko, co wydarzyło się po drodze - doświadczenie Toroidów, sukces pierwszych modeli, wejście w dojrzalszy etap projektowania, współpracę z profesjonalnym studiem wzorniczym, wyciąganie wniosków z uwag klientów i codziennego użytkowania wcześniejszych konstrukcji, a także odwagę, by nie zatrzymywać się na prostym "działa, więc nic nie ruszamy". Podlaska manufaktura osiągnęła już tak wiele, a mimo to zdaje się coraz bardziej rozpędzać. Wymyśla, poprawia, rozszerza, buduje, zatrudnia, zdobywa nagrody i rozwija skrzydła. Tuż przed publikacją niniejszej recenzji ogłosiła wprowadzenie trzech nowych wzmacniaczy i dwóch modułów FEBS. Co przyniosą kolejne lata - aż boję się myśleć.
Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie te warstwy nie przysłoniły podstawowej misji Titanii MK2. To wciąż wzmacniacz, który ma po prostu dobrze grać i dobrze funkcjonować w realnym systemie stereo. Nie udaje ezoterycznego dzieła sztuki dla wtajemniczonych. Zamiast tego oferuje dojrzałą, mocną, uniwersalną interpretację wzmacniacza lampowego, która zachowuje wszystkie najważniejsze atuty tej technologii, a jednocześnie skutecznie ogranicza większość jej typowych wad. Pod względem brzmieniowym Titania MK2 imponuje równowagą. Ma lampową kulturę, ale nie jest ospała. Ma nasycenie i barwę, ale też świetny bas, dynamikę, przejrzystość i bardzo zdrowy stosunek do odtwarzanego repertuaru. Nie boi się ani bardziej wymagających kolumn, ani mocniejszej muzyki, ani codziennego, normalnego użytkowania. Nie trzeba wokół niej chodzić na palcach. Pilot, bogaty zestaw gniazd, układ miękkiego startu, automatyczny bias, klatka ochronna, dwa sloty na moduły rozszerzeń, popularne i łatwo dostępne lampy - to wszystko sprawia, że ten wzmacniacz daje się lubić nie tylko za dźwięk, ale też za codzienną obecność w systemie. Taki sprzęt cieszy nie tylko przez dwa pierwsze tygodnie, ale także po wielu miesiącach, kiedy efekt nowości dawno minie.
Gdybym miał wskazać największą zaletę Titanii MK2, powiedziałbym, że jest nią wszechstronność, wynikająca z braku słabych punktów. Ten wzmacniacz nie opiera się na jednym mocnym akcencie, którym przykrywa niedoskonałości. Oczywiście zawsze można dyskutować, czy ktoś wolałby dostać więcej lampowego czaru, bardziej romantyczną średnicę albo cięższy bas. Tyle że to byłyby już dyskusje o preferencjach, a nie o jakości samej konstrukcji. Może właśnie dlatego Titania MK2 wydaje mi się jednym z najciekawszych, jeśli nie najciekawszym wzmacniaczem w obecnym katalogu Fezza. Co więcej - i tu wracamy do myśli z początku testu - robi dokładnie to, co dziesięć lat temu udało się pierwszej Titanii. Tamten wzmacniacz, choć był tylko mocniejszym odpowiednikiem Silver Luny, został przez część audiofilów potraktowany jako "docelowy" - ten, który spełniał wszystkie ich oczekiwania, a wciąż nie kosztował majątku. Mimo że dziś w ofercie polskiej firmy znajdziemy prawie wszystko, od małych wzmacniaczy słuchawkowych po flagowe Magnetary, wystarczy porównać Titanię MK2 z jej najbliższymi rywalami, Luną, Mirą Ceti i Olympią, aby zdać sobie sprawę, że to znów jest strzał w dziesiątkę. Złoty środek i potencjalny killer. Jeżeli uważacie, że Luna jest odrobinę za mała, Mira Ceti - za słaba, a Olympia - za droga i przesadnie skomplikowana, teraz dostaliście propozycję nie do odrzucenia.

Dane techniczne
Lampy: 4 x KT88, 3 x 12AX7
Moc wyjściowa: 2 x 60 W
Wejścia analogowe: 3 x RCA, 1 x HT
Wyjścia analogowe: 1 x sub-out
Wyposażenie: zdalne sterowanie, osłona lamp
Opcje: Bluetooth 5.0, Phono MM, DAC, RCA, XLR (Fezz Extension Board System)
Zniekształcenia: < 0,05%
Pasmo przenoszenia: 16 Hz - 120 kHz
Współczynnik tłumienia: >30
Impedancja wejściowa: 50 kΩ
Czułość: 0,7 V
Regulacja biasu: automatyczna
Pobór mocy: 170 W (bieg jałowy), 270 W (max)
Wymiary (W/S/G): 20/38/42 cm
Masa: 20,5 kg
Cena: 14 900 zł (wersja standardowa), 15 650 zł (wersja Premium)
Konfiguracja
Audiovector QR5, Equilibrium Nano, Unison Research Triode 25, Hegel H20, Auralic Aries G1, Auralic Vega G1, Marantz HD-DAC1, Clearaudio Concept, Cambridge Audio CP2, Cardas Clear Reflection, Tellurium Q Ultra Blue II, Albedo Geo, KBL Sound Red Corona, Enerr One 6S DCB, Enerr Tablette 6S, Enerr Transcenda Ultimate, Fidata HFU2, Melodika Purple Rain, Sennheiser HD 600, Beyerdynamic DT 990 PRO, Beyerdynamic DT 770 PRO, Meze 99 Classics, Bowers & Wilkins PX5, Pro-Ject Wallmount It 1, Custom Design RS 202, Silent Angel N8, Vicoustic VicWallpaper VMT, Vicoustic ViCloud VMT.
Równowaga tonalna![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Dynamika![]()
Rozdzielczość![]()
Barwa dźwięku![]()
Szybkość![]()
Spójność![]()
Muzykalność![]()
Szerokość sceny stereo![]()
Głębia sceny stereo
Jakość wykonania![]()
Funkcjonalność![]()
Cena![]()
Nagroda
-
Patryk Tarachoń
Bardzo ciekawy tekst, bo świetnie pokazuje, że Titania MK2 nie jest tylko kolejną odsłoną znanego modelu, ale naprawdę dojrzalszą konstrukcją. Podoba mi się połączenie opisu brzmienia z praktycznymi detalami użytkowania, bo dzięki temu można lepiej wyobrazić sobie, jak ten wzmacniacz zachowuje się na co dzień. Najbardziej przekonuje mnie to, że sprzęt ma lampowy charakter, ale nie wpada w przesadną słodycz ani w stereotypowe granie tylko do wybranych gatunków. Dużym atutem wydaje się też przemyślana funkcjonalność, zwłaszcza moduły rozszerzeń i automatyczny bias. Czy podczas testów Titania MK2 lepiej wypadała z kolumnami bardziej neutralnymi, czy z takimi, które same dodają odrobinę ciepła?
0 Lubię

















Komentarze (1)