Od toroidów do wzmacniaczy marzeń - Fezz Audio
- Kategoria: Prezentacje
- Tomasz Karasiński

Gdyby ktoś powiedział, że siedziba jednej z najciekawszych i najszybciej rozwijających się firm produkujących wzmacniacze lampowe i podzespoły do sprzętu hi-fi nie mieści się w Monachium, Glasgow czy Tokio, ale w maleńkiej wsi pod Białymstokiem, wielu audiofilów uniosłoby brwi. W końcu to samo serce Podlasia, które w Polsce uważane jest za region urokliwy i malowniczy, ale mroźny, oddalony od wielkich ośrodków przemysłowych i zacofany. Jeśli wierzyć internetowym memom, mieszkańcy tamtych terenów dopiero poznają elektryczność, rzucają dzidami w samoloty, a na noc zwijają asfalt z dróg. Na pierwszych miejscach wyskakują R2D2 i C3PO przerobione na instalację do pędzenia bimbru, kiełbasa nawinięta na bęben od przedłużacza z podpisem "podlaski światłowód" oraz samochód Freda Flinstone'a z podpisem "taksówka na Podlasiu". A jednak to właśnie tutaj, pośród lasów, jezior i pól, narodziła się firma, która zaczynała od małych, prostych, skromnych i niedrogich wzmacniaczy lampowych, zaś obecnie dostarcza piękny, funkcjonalny i nowoczesny sprzęt melomanom z ponad trzydziestu krajów na całym świecie.
Fezz Audio należy dziś do najbardziej rozpoznawalnych polskich marek hi-fi, ale choć znamy jej produkty i z dumą śledzimy jej kolejne sukcesy, tak naprawdę nie wiemy zbyt wiele na temat jej historii. Jak to się stało, że manufaktura specjalizująca się w produkcji transformatorów toroidalnych zdecydowała się wprowadzić na rynek kompletne urządzenia stereo? Dlaczego były to akurat wzmacniacze lampowe, które do dziś stanowią trzon jej oferty? Jak w ciągu zaledwie dziesięciu lat Fezzowi udało się przejść drogę od garażowego wzmacniacza konkurującego z dalekowschodnią masówką do majestetycznego, hi-endowego zestawu dzielonego wycenionego na trzysta tysięcy złotych? Jeśli też się nad tym zastanawialiście, zapraszam w podróż do świata, w którym klimat sielanki na łonie natury łączy się z gwarem fabryki wyglądającej jak laboratorium NASA i ciszą sali odsłuchowej, w której królują wielkie kolumny, winyle i lampy elektronowe.









Białystok - mała ojczyzna Fezza
W epoce globalnych łańcuchów dostaw, zunifikowanych technologii i produkcji rozproszonej po kilku kontynentach łatwo dojść do wniosku, że miejsce produkcji sprzętu audio nie ma już większego znaczenia. W praktyce geografia wciąż ma zaskakująco dużo do powiedzenia. Kolumny, wzmacniacze czy gramofony nie rodzą się przecież w próżni. Są efektem określonej kultury technicznej, lokalnej estetyki, sposobu myślenia o codzienności i funkcjonalności, a także pewnej wrażliwości na dźwięk. To właśnie dlatego urządzenia niemieckie często imponują dyscypliną i funkcjonalnym porządkiem, francuskie potrafią urzekać lekkością i wyrafinowaniem, skandynawskie łączą powściągliwość z naturalnością, amerykańskie nie wstydzą się rozmachu, japońskie zdradzają przywiązanie do precyzji i rzemiosła, a polskie coraz śmielej pokazują, że własny język projektowania i strojenia dźwięku może być wyrazisty, ale uniwersalny. Otoczenie - rozumiane szerzej niż tylko adres fabryki - wciąż wpływa na decyzje konstruktorów, proporcje między formą a funkcją, dobór materiałów, a wreszcie na sam charakter brzmienia.
Domem siostrzanych firm Fezz Audio i Toroidy jest stolica województwa podlaskiego - Białystok. To niezwykle malownicze miasto, którego populacja wynosi około 300 000 osób, potrafi zaskoczyć od pierwszego spaceru. Zieleń wchodzi w każdy kadr, a architektura układa się w opowieść o kilku światach - od zabytkowych kamienic i cerkwi przez typowe dla ery komunizmu blokowiska i modernistyczne budynki użyteczności publicznej aż po szklane biurowce i centra handlowe. Obowiązkowym punktem wycieczki jest Pałac Branickich i jego ogrody - miejsce, które nie bez powodu bywa nazywane polskim Wersalem. Pałac ma formę barokowej rezydencji, a jego kompleks jest związany z miastem także praktycznie, bo w jego murach działa tutejszy Uniwersytet Medyczny. Zarówno turystów, jak i mieszkańców naturalnie przyciąga Rynek Kościuszki. To bardziej promenada niż klasyczny rynek, z dość charakterystycznym układem przestrzeni, fontanną i ratuszem. Idealne miejsce na niespieszny spacer, kawę i obserwowanie codziennego życia miasta. Jeżeli zamiast siedzieć w jednej z dziesiątek restauracji wolicie piesze wędrówki, szczególnie godne polecenia są dwie trasy. Pierwsza to Szlak Esperanto i Wielu Kultur - obejmująca 15 punktów ścieżka tematyczna, która skupia się na opisaniu miasta jako kolebki międzynarodowego języka esperanto, opracowanego przez Ludwika Zamenhofa. Druga to Szlak Białostockich Murali. W wersji oficjalnej ma około 3 km i prowadzi przez 13 prac, w tym słynne "Żubry", "Dziewczynkę z konewką" czy "Wyślij pocztówkę do Babci". Wszystkie te miejsca tworzą wyraźnie zróżnicowany obraz miasta, którego ważną częścią są także mieszkańcy i ich przywiązanie do lokalnych tradycji.
Związek Fezz Audio i Toroidów z Białymstokiem nie kończy się na samym adresie czy przynależności administracyjnej. To więź znacznie głębsza, wpisana zarówno w biografie ludzi tworzących te marki, jak i w lokalny krajobraz przemysłowy. Założyciel Toroidów był związany z Politechniką Białostocką i zdobywał doświadczenie także w zakładach Biazet, a ogromna część zespołu to ludzie, którzy właśnie tutaj kończyli szkoły, studia i kursy, tutaj uczyli się fachu i budowali swoje zawodowe kompetencje. To jest po prostu ich świat - nie przypadkowy punkt na mapie, ale naturalne środowisko, z którego ta firma wyrosła. Zarówno jej poprzednia siedziba, mieszcząca się w Księżynie, jak i obecna, ulokowana w Kolonii Koplany, są oddalone od centrum Białegostoku o zaledwie kilka kilometrów, a mimo to jest to już zupełnie inna rzeczywistość. Wokół niemal same lasy, pola, stawy, niewielkie gospodarstwa i ta charakterystyczna cisza, która każe zwolnić i wsłuchać się we własne myśli. Najdobitniej świadczy o tym fakt, że w miejscu, w którym obecnie mieści się nowoczesny kompleks hal fabrycznych, założyciel firmy miał kiedyś działkę, a na niej skromną pasiekę. Po pracy przyjeżdżał doglądać pszczół, zbierać miód i odpoczywać w otoczeniu niemal dziewiczej przyrody. Ten szczegół mówi chyba więcej niż najbardziej precyzyjny opis lokalizacji - obecna fabryka nie powstała na bezosobowym terenie inwestycyjnym, lecz w miejscu oswojonym, prywatnym, zakorzenionym w codziennym doświadczeniu, gdzie sielski pejzaż Podlasia spotyka się z polską innowacyjnością, unikalną technologią i ambicją budowania sprzętu rozpoznawalnego daleko poza granicami regionu.






Od czego to wszystko się zaczęło?
Zanim ściany fabryki w Księżynie, a później w nowej, większej siedzibie w Kolonii Koplany zaczęły słuchać muzyki wzmacnianej przez Silver Lunę, Titanię czy Mirę Ceti, przez wiele lat drżały od zupełnie innych odgłosów, takich jak szum nawijarek, stukot narzędzi, syczenie dyspenserów do żywic czy brzęczenie transformatorów poddawanych testom obciążeniowym. W wywiadach i materiałach branżowych przewija się data 1992 - to wtedy rodzina Lachowskich zaczęła zawodowo zajmować się transformatorami, początkowo w dużo skromniejszej skali, w warunkach typowych dla małego, przydomowego warsztatu lub kuchennego stołu, z nostalgią przywoływanego przez wielu producentów sprzętu hi-fi.
Maciej Lachowski z uśmiechem wspomina czasy, kiedy cała rodzina została przeszkolona do nawijania taśm i drutów, które przynosił do domu jego ojciec, Lech. Senior rodu, z wykształcenia inżynier lotnictwa, był wówczas związany z Białostockimi Zakładami Podzespołów Telewizyjnych Unitra-Biazet, specjalizującymi się w produkcji telewizorów, monitorów oraz oprzyrządowania potrzebnego do ich budowy. Jednym z kluczowych elementów tego typu był zespół odchylania do telewizora Jowisz - zaprojektowanego przez Warszawskie Zakłady Telewizyjne modelu wykonanego niemal w całości z polskich podzespołów. Jowisz był bardziej kompaktowy niż radzieckie Rubiny, a do tego absolutnie niezawodny. Nie był to tani sprzęt, ponieważ w latach osiemdziesiątych kosztował 46 000 zł, co stanowiło połowę ceny nowego Fiata 126p. Jedną z zastosowanych w Jowiszu nowości był kineskop typu PIL. Cewki odchylania poziomego i pionowego były wykonane w taki sposób, by zapewnić samoczynną zbieżność strumieni elektronów. Do produkcji tego elementu potrzebne były dość skomplikowane maszyny, którymi dysponował właśnie Biazet. Choć na razie nie jest to oczywiste, fakt ten ma kluczowe znaczenie dla dalszego ciągu tej opowieści.
Rozpoczęta w 1989 roku transformacja ustrojowa była dla Polski momentem przełomowym. Oznaczała odejście od gospodarki centralnie planowanej i wejście w realia wolnego rynku, demokracji oraz otwarcia kraju na świat. Był to jednak proces nie tylko rewolucyjny, ale też bardzo bolesny, ponieważ wiele mechanizmów starego systemu przestało działać niemal z dnia na dzień, a nowe reguły wymagały od przedsiębiorstw samodzielności, konkurencyjności i elastyczności. Szczególnie mocno odczuł to przemysł. Wiele dużych zakładów, budowanych z myślą o realiach systemu komunistycznego, okazało się niewydolnych, przestarzałych technologicznie i nieprzygotowanych do rywalizacji z firmami zachodnimi. W efekcie lata dziewięćdziesiąte przyniosły falę likwidacji, upadłości i restrukturyzacji, które dla jednych były koniecznym kosztem modernizacji kraju, ale dla innych oznaczały utratę pracy, niepewność i koniec całych lokalnych światów zbudowanych wokół wielkich fabryk. Nie ominęło to także Biazetu i jego załogi. Zakład upadał, a maszyny wykorzystywane do produkcji elementów przestarzałych telewizorów były wyprzedawane za bezcen, niczym niepotrzebny nikomu złom. Podsunęło to Lechowi Lachowskiemu pewien pomysł - a gdyby tak delikatnie je zmodyfikować, aby zamiast cewek odchylania można było nawijać transformatory? Kupił więc kilka z tych maszyn, przewiózł je do małego, przydomowego warsztatu i niemal od razu przystąpił do pracy.
Skąd w ogóle wziął się pomysł na produkcję transformatorów? To akurat proste - początek lat dziewięćdziesiątych był w Polsce okresem boomu gospodarczego. Kiedy przyzwyczajeni do ciągłych niedoborów podstawowych towarów ludzie zobaczyli zapełniające się sklepowe półki, zaczęli kupować wszystko, co tylko wpadło im w oko. Realizowali mniejsze i większe marzenia, wykorzystując zgromadzone wcześniej oszczędności. Spodziewali się też podwyżek, więc lepiej było jak najszybciej zrobić zakupy niż patrzeć, jak pieniądze z dnia na dzień tracą swoją wartość. Polacy szczególnie chętnie inwestowali w wyposażenie swoich mieszkań i domów. Gdyby istniało wówczas coś takiego jak markety budowlane, pod każdym z nich zgromadziłoby się więcej osób niż na słynnym koncercie Michaela Jacksona na warszawskim Bemowie w 1996 roku. Jednym z hitów w dziedzinie wykończeniówki stały się żarówki halogenowe. Ich największą wadą był fakt, że do prawidłowej pracy potrzebowały transformatora zmieniającego napięcie 220-230 na 12 V. Taki sprzęt rozchodził się jak ciepłe bułeczki. Niewielkie toroidy można było nawijać ręcznie, w czym Lech Lachowski szybko dostrzegł pomysł na biznes. Klientów nie brakowało, ponieważ po trafa zgłaszały się nawet duże hurtownie elektroniczne. W pewnym momencie realizacją tych zleceń zajmowała się niemal cała rodzina. Jeżeli macie przed oczami kilka osób - w tym dzieci - siedzących przed telewizorem i nawijających taśmę izolacyjną na okrągłe rdzenie, mniej więcej tak to wyglądało.







Maszyna, która zmieniła wszystko
W tym momencie do gry wkracza wspomniane wyżej oprzyrządowanie z Biazetu. Choć nie było to łatwe, Lechowi Lachowskiemu udało się przerobić maszynę do produkcji zespołu odchylania do Jowisza w taki sposób, aby mogła posłużyć do nawijania transformatorów. Jego żona i synowie mieli od tej pory więcej wolnego czasu, ponieważ pracę, na którą zaprawiona w boju familia poświęcała cały wieczór, automatyczna nawijarka wykonywała w kilkanaście minut. Co ciekawe, owa maszyna, choć po licznych modyfikacjach, do dziś pracuje w fabryce Toroidów obok wielu innych, bardziej nowoczesnych odpowiedników. Można nawet powiedzieć, że zajmuje honorowe miejsce, ale nie jest tylko obiektem muzealnym - po ponad trzydziestu latach wciąż ma się dobrze i każdego dnia nawija transformatory z niebywałą precyzją. Swoją drogą, kiedy pisząc niniejszy artykuł, poprosiłem o udostępnienie archiwalnych zdjęć owej maszyny i pierwszego warsztatu Toroidów, okazało się, że najprawdopodobniej bezpowrotnie zaginęły. Nikt z zainteresowanych nie spodziewał się bowiem, że ten technologiczny eksperyment stanie się czymś więcej niż doraźnym źródłem dochodu - przydomową pracownią pozwalającą przetrwać trudne czasy człowiekowi, którego zakład pracy niemal z dnia na dzień przestał istnieć i jego bliskim. Z pomocą przyszła szwagierka Lecha, Anna, która jak wielu Polaków wyemigrowała do USA, a kiedy przyjeżdżała w odwiedziny, dokumentowała wszystko niezwykle nowoczesnym jak na tamte czasy aparatem. Kiedy dowiedziała się, że jakiś magazyn dla audiofilów postanowił prześledzić historię rodzinnej firmy, najpierw wysłała nam zdjęcie odbitek ze swojego albumu, a następnie wybrane fotografie zeskanowała. Nie był to jej jedyny wkład w opisywaną historię, ponieważ to ona wysyłała z Ameryki do Polski łożyska niezbędne do prawidłowego funkcjonowania pierwszej nawijarki wykonanej w systemie calowym (takie łożyska były wówczas niedostępne nie tylko na rynku polskim, ale i europejskim).
Dzięki automatyzacji procesu produkcji działalność rodzinnego przedsiębiorstwa weszła na wyższe obroty, a ponieważ w latach dziewięćdziesiątych w Polsce nie było zbyt wielu firm wykonujących transformatory na zamówienie, lawina ruszyła. Pierwsze poważne projekty powstawały z myślą o zastosowaniach przemysłowych i energetycznych. Liczyły się normy, bezpieczeństwo i trwałość. Nikt nie pytał, jak to "gra". Transformator miał mieć określone parametry, dobrą klasę izolacji, trzymać prąd, wytrzymywać wysokie napięcia, znosić temperaturę otoczenia i działać bezawaryjnie przez wiele lat. Toroidy były wtedy przede wszystkim "narzędziem" w rękach innych - elementem większych urządzeń, projektowanych przez inne, zwykle większe i potężniejsze przedsiębiorstwa. Można powiedzieć, że firma wychowała się na zleceniach typu "potrzebny nam transformator o takich a takich parametrach, w tej klasie izolacji i z takim stopniem ochrony". Z czasem do tych zamówień dołączyli entuzjaści audio, najpierw w formie pojedynczych projektów, potem - małych serii dla krajowych konstruktorów. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych toroidy z Podlasia zaczęły trafiać do odtwarzaczy i wzmacniaczy firm takich jak Ancient Audio, Amare Musica czy Baltlab.
Dla Toroidów produkcja transformatorów do sprzętu audio stanowiła ciekawy, ale wciąż tylko jeden z wielu segmentów działalności. Taki element nie różnił się od przemysłowego pod względem powagi traktowania zadania - zmieniały się tylko priorytety. Zamiast odporności na wilgoć i wibracje w maszynowni okrętu, liczyło się ciche działanie, brak wibracji, dobre ekranowanie i stabilne zachowanie przy bardzo małym obciążeniu. W pewnym momencie skala działalności Toroidów zaczęła wychodzić daleko poza rynek hobbystyczny. Na listę klientów trafili poważni odbiorcy przemysłowi, firmy z sektora energetycznego, morskiego, kolejowego i wojskowego. Transformatory z Księżyna trafiły tam, gdzie nikt nie zastanawia się, który toroid zagra lepiej, tylko który wytrzyma jak najtrudniejsze warunki i będzie działał nawet wtedy, gdy coś pójdzie nie tak. To doświadczenie wymusiło na firmie bardzo konkretny sposób myślenia. Transformator stał się elementem systemu, który musi spełnić normy bezpieczeństwa, przejść testy wysokiego napięcia, wytrzymać określoną temperaturę pracy, mieć dokładnie obliczoną żywotność. Te same nawyki - precyzyjna dokumentacja, kontrola jakości, rygor pomiarów - naturalnie przelały się później na segment audio. Aby jednak dostosować się do wymagań audiofilów i konstruktorów sprzętu hi-fi, załoga Toroidów musiała nauczyć się słuchać ich potrzeb. To ludzie, którzy mają zupełnie inne wymagania, ale podobnie jak odbiorcy przemysłowi czy wojskowi, potrafią je dość precyzyjnie określić. Z tych doświadczeń narodziły się serie transformatorów Audio Grade - zalewane, ekranowane, stworzone nie tylko z myślą o jak najlepszych parametrach, ale także o pracy w środowisku cichym, wymagającym dużej precyzji, wrażliwym na wibracje i zakłócenia, a nawet subiektywne wrażenia odsłuchowe.
Od transformatorów do wzmacniaczy
Mimo systematycznego, w tamtych czasach już dość szybkiego rozwoju, Toroidy pozostały firmą rodzinną. W dokumentach i relacjach przewija się wciąż to samo nazwisko - Lachowski. Oprócz założyciela Toroidów, Lecha, kluczowymi postaciami są jego synowie, Tomasz i Maciej. Jedno pokolenie pamięta czasy, gdy większość rzeczy robiło się ręcznie, drugie zaś widzi, jak te same procesy przenoszą się na nowoczesne maszyny, ale wciąż wymagają człowieka, który rozumie, co się dzieje między pierwszym zwojem miedzi a ostatnią warstwą impregnatu. W którymś momencie pojawiło się proste pytanie - skoro wytwarzamy transformatory dla tylu producentów sprzętu audio, może warto by było rozszerzyć ofertę o inne komponenty albo nawet zbudować na ich bazie własny wzmacniacz? Tak też się stało. W 2013 i 2014 roku Toroidy zaprezentowały swoje wyroby na Audio Video Show w Warszawie. Najpierw firma pokazała transformatory sieciowe i obudowy przeznaczone dla pasjonatów sprzętu DIY. Rok później na bazie jednej z tych obudów, własnych transformatorów zasilających i będących wówczas całkowitą nowością toroidów głośnikowych powstał wzmacniacz zintegrowany Laura. W trakcie wystawy wiele osób pytało o ten model, jednak Fezza nie było jeszcze nawet w sferze planów, więc odpowiadano, że to tylko egzemplarz demonstracyjny i nie jest na sprzedaż, ale najważniejsze komponenty do jego powstania można kupić w firmowym sklepie internetowym. Tak naprawdę załoga Toroidów nie chciała dotrzeć do klientów indywidualnych, ale wzbudzić zainteresowanie firm z branży audio. Była to jednak całkowita klapa. Wszyscy uważali, że w świecie wzmacniaczy lampowych transformatory wyjściowe muszą być nawijane na kształtkach EI. Koniec, kropka. Tymczasem kolejni zwiedzający interesowali się Laurą i dopytywali, gdzie można ją kupić. Zaskakujące, prawda?
Aby mieć pełny obraz sytuacji, należy pamiętać o tym, że toroidalne transformatory głośnikowe nie wzięły się znikąd. Mogłoby się wydawać, że aby je stworzyć, wystarczyło delikatnie zmodyfikować trafa zasilające, ale w rzeczywistości to tak nie działa. Głównym projektantem odpowiedzialnym za powstanie wyjściowych transformatorów na rdzeniach toroidalnych, które finalnie zostały objęte kilkoma patentami, był Tomasz. Prace te prowadził ponad trzy lata po ukończeniu Politechniki Białostockiej na Wydziale Elektroniki i Telekomunikacji. Kiedy uzyskał satysfakcjonujący efekt, postanowiono wprowadzić takie podzespoły do oferty Toroidów. Ba! Wiodącym producentom wzmacniaczy lampowych wysłano nawet próbki. Zainteresowanie było jednak mizerne. Za każdym razem otrzymywano taką samą odpowiedź: "Gratulujemy osiągnięcia wybitnych parametrów technicznych i brzmieniowych, ale w naszych konstrukcjach używamy tylko transformatorów EI", "Dziękujemy za przesłane próbki i życzymy powodzenia". Tomasz i Maciej nie mogli tego tak zostawić. Tyle pracy, tyle materiałów i teraz to wszystko miałoby przepaść gdzieś w odmętach kartonów na strychu? Nie. I właśnie w tym momencie po raz pierwszy pojawia się Fezz Audio - nowy pomysł Macieja. Własna marka będąca próbą wykorzystania pracy Tomasza do stworzenia czegoś nowego - wzmacniaczy lampowych wykorzystujących w swojej konstrukcji tylko toroidalne magnetowody wytwarzane przez Toroidy.
Czy ten śmiały plan spotkał się ze zrozumieniem i aprobatą seniora rodu? Bynajmniej... Lech Lachowski nie tylko uznał pomysł swojego syna za nierealny, ale wręcz blokował wszelkie próby jego realizacji. Z perspektywy czasu wydaje się to nieuzasadnione, jednak aby właściwie ocenić sytuację, trzeba wrócić do tamtych realiów i wymazać z pamięci sukces, jaki odniosła marka Fezz Audio (wiem, nie jest to takie proste). Rodzinne przedsiębiorstwo rozwijało się jako producent transformatorów i dostarczało je wielu utytułowanym producentom sprzętu hi-fi. Istniała obawa, że część z nich potraktuje powołanie własnej marki i rozpoczęcie produkcji wzmacniaczy przez Toroidy jako zagrożenie, a w najlepszym wypadku - biznesową nieuczciwość. Wprowadzanie swoich produktów na rynek, na którym funkcjonują wieloletni partnerzy danej manufaktury, to po prostu poważne faux pas. Na tym wątpliwości się nie kończyły. Firma dostarczająca toroidy miała doświadczenie w pracy z projektantami sprzętu, ale zasadniczo na tym jej związki z rynkiem audio się kończyły. Aby plan wypalił, trzeba było nawiązać bezpośredni kontakt z audiofilami i dealerami - przekonać ich, że kupno sprzętu zupełnie nowej, polskiej marki jest dobrym pomysłem. Jak dobre by owe produkty nie były, ten punkt programu również wydawał się nierealny. Każda debiutująca na rynku marka potrzebuje czasu, aby rozwinąć skrzydła. Co by było, gdyby w tym czasie odbiorcy transformatorów Toroidów obrazili się i znaleźli innego dostawcę? Nie chodziło więc tylko o to, że niepowodzenie oznaczałoby utratę wszystkich zainwestowanych w nową markę środków, ale o to, że mogłoby to negatywnie odbić się na reputacji i działalności macierzystej firmy. Skoro produkcja transformatorów trwała w najlepsze, a fabryka powoli, lecz stabilnie się rozwijała, podejmowanie takiego ryzyka wydawało się niepotrzebne lub wręcz irracjonalne.
Maciej raz po raz przypominał ojcu o swoim pomyśle, który oczywiście w jego głowie ciągle ewoluował. Przedstawiał kolejne plany, wysuwał nowe argumenty i przechadzał się po fabryce transformatorów niczym marzyciel, który oczyma wyobraźni widział już wyrastające obok nawijarek stoły montażowe i regały pełne wygrzewających się wzmacniaczy. Pewnego dnia trafił w sieci na artykuł o rosnącej w zawrotnym tempie sprzedaży gramofonów i płyt winylowych. Zjawisko to wydawało się przeczyć zdrowemu rozsądkowi, ale statystyki nie kłamały, a firmy, które nigdy się nie poddały i kontynuowały produkcję gramofonów, nagle złapały wiatr w żagle. Maciej wparował do biura swojego ojca z laptopem niczym wizjoner, którego przewidywania się sprawdziły. I tym razem jego argumenty padły na podatny grunt. O ile dla Lecha Lachowskiego perspektywa powołania nowej marki produkującej sprzęt audio była oderwanym od rzeczywistości marzeniem, o tyle z liczbami przytoczonymi w poważnym artykule nie mógł dyskutować. Wzrost sprzedaży winyli o kilkaset procent? Przecież wszyscy mieli się przesiąść na pliki i streaming, a tu co, nagły powrót do wielkich, niepraktycznych krążków, igieł, trzasków i wstawania z fotela, by ręcznie unieść ramię i zmienić stronę? Choć to zaskakujące, dokładnie tak się stało. Gramofonowy boom dotarł również do Europy. Polscy klienci zaczęli znów pytać o budżetowe "szlifierki", a targi i kiermasze płyt analogowych przyciągały tłumy kolekcjonerów - także tych młodych, dla których nie była to sentymentalna podróż do czasów pierwszego poważnego systemu stereo, ale odkrywanie zapomnianego formatu od zera. Lech Lachowski postanowił wreszcie zaufać intuicji swojego syna, który najwyraźniej umiał wyczuć ten dziwny, rządzący się swoimi prawami rynek. Maciej i Tomasz dostali zielone światło, aby powołać do życia nową markę.






Narodziny Pies Aud... Tfu, Fezz Audio!
Nowa marka mogła skorzystać z szeregu ułatwień, takich jak chociażby możliwość działania pod skrzydłami macierzystego przedsiębiorstwa i korzystania z jego zaplecza technologicznego, jednak aby jej kariera na rynku audio nie skończyła się po kilku miesiącach, trzeba było bardzo poważnie zastanowić się nad tym, jak mają wyglądać jej produkty. Pewne elementy układanki dopasowywały się same. Skoro marka wyrosła z fabryki transformatorów toroidalnych, wiadomo było, że będą one wykorzystywane w jej urządzeniach. Firma miała już opracowane specjalne transformatory głośnikowe (według projektu Tomasza) dla wzmacniaczy lampowych, a ponieważ utytułowani producenci wzmacniaczy lampowych woleli trzymać się tradycyjnych rozwiązań, postrzegając toroidy wyjściowe jako zbędne ryzyko, można było uczynić z nich największy atut i znak rozpoznawczy nowych piecyków. Bracia Lachowscy chcieli zburzyć stereotyp, że na toroidalnym rdzeniu nie da się wykonać dobrego transformatora głośnikowego. Problem z przebiciem się z tym pomysłem do szerszego grona klientów z branży audio w pewnym sensie rozwiązywał kwestię ewentualnych zarzutów o konkurowanie z własnymi kontrahentami. Skoro nikt nie zainteresował się tymi podzespołami, nikt również nie powinien mieć do firmy pretensji, gdy na ich bazie stworzy własny wzmacniacz. Przeszkoda, która mogła narazić macierzystą firmę na ryzyko utraty zaufania klientów, usunęła się sama.
Możliwość rozwijania nowej marki pod skrzydłami dobrze prosperującej manufaktury i swobodny dostęp do jej transformatorów to jednak nie wszystko. Aby zbudować wzmacniacz lampowy, trzeba przecież ogarnąć całą resztę - układ elektroniczny, obudowę, gniazda, sterowanie, akcesoria, a także sprawy pozornie banalne, jak chociażby opakowanie czy instrukcja obsługi. Jak udało się to zrobić? Tu po raz kolejny Maciejowi Lachowskiemu sprzyjało szczęście, ponieważ spotkał on na swojej drodze inżyniera Zdzisława Kulikowskiego, dla którego urządzenia lampowe w swoim czasie były codziennością. Pan Zdzisław to człowiek, który rozumie lampy. Studiował w czasach, gdy elektronika zdominowana była przez lampy elektronowe. Do tego jest muzykiem, więc dobrze wie, czego powinno się oczekiwać od dobrego wzmacniacza. To właśnie on pełnił w firmie Fezz Audio funkcję starszego inżyniera. Pomagał przy projektowaniu urządzeń, szkolił młodą kadrę inżynierską, a Silver Luna, od której wszystko się zaczęło, jest w całości jego projektem.
Plany zaczęły zatem nabierać realnych kształtów. Było już wiadomo, że nowa marka zadebiutuje na rynku klasycznym, przystępnym cenowo wzmacniaczem lampowym wyposażonym w autorskie transformatory. Do ustalenia pozostał w zasadzie tylko jeden "drobiazg" - jak nowa marka ma się nazywać. Maciej i na to miał bardzo ciekawy pomysł. "Gdy moja córka Ola uczyła się mówić, jak każde dziecko, miała wiele problemów z poprawnym wymawianiem słów. 'Fezz' jest właśnie jednym z nich. Ja i cała moja rodzina kochamy psy. Były, są i będą naszymi towarzyszami zawsze i wszędzie. Kiedy Ola uczyła się mówić słowo 'pies', w jej ustach brzmiało ono jak 'fezz'. I choć marki Fezz Audio wówczas nie było jeszcze nawet w sferze planów, stwierdziłem, że to świetna nazwa dla firmy." - mówi. Prawdopodobnie wielu właścicieli wzmacniaczy polskiej firmy nie wie, że ma w domu... piesa.







W blasku Srebrnego Księżyca
Podlaska manufaktura zadebiutowała w 2015 roku modelem Silver Luna, którego premiera miała miejsce podczas wystawy Audio Video Show w Warszawie. Uwagę zwiedzających przyciągała nie tylko nowa polska marka, ale przede wszystkim fakt, że jej pierwszy produkt był tak odświeżająco normalny - skromny, zaprojektowany z głową, skoncentrowany na swojej podstawowej funkcji, a do tego niezwykle przystępny cenowo. Silver Luna od początku była pomyślana jako lampa dla ludzi, a nie ekskluzywny gadżet dla wybranych. Układ push-pull na popularnych lampach EL34, zupełnie wystarczająca moc (35 W na kanał), standardowe wejścia liniowe, zero gadżeciarstwa, a pod maską transformatory toroidalne własnej produkcji. Wisienką na torcie była obudowa z aluminiowym frontem, dostępna w wielu wersjach kolorystycznych. Paleta wykończeń zawierała wprawdzie klasyczną czerń, ale jeśli ktoś marzył o wyjątkowym sprzęcie za rozsądne pieniądze, bez dopłaty mógł zamówić wzmacniacz w odważniejszym kolorze, na przykład czerwonym, białym lub burgundowym. Nie wiem, która wersja przodowała w statystykach sprzedaży, ale wizerunkowo był to strzał w dziesiątkę. W sklepach i na wystawach wystarczyło rzucić okiem na stolik ze sprzętem, aby od razu zlokalizować system, w którym gra Fezz.
Po zaprezentowaniu swojego pierwszego wzmacniacza na największej wystawie sprzętu audio-video w Polsce, podlaska manufaktura rozpoczęła działania promocyjne. Początkowo były one dość nieśmiałe, jakby firma szukała obiektywnych i rzeczowych opinii na temat swojego wzmacniacza, a nie starała się przekonać audiofilską społeczność, że jest to najlepsze tego typu urządzenie, jakie świat kiedykolwiek widział. Z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, że była w tym jakaś urocza skromność, jednak ostrożne badanie rynku mogło też wynikać z szacunku dla polskich melomanów. Jest to bowiem dość specyficzna grupa klientów. Z reguły są bardzo dobrze poinformowani, mają sporą wiedzę teoretyczną i praktyczną, dużo czytają, słuchają i porównują, a dodatkowo są na tyle krytyczni, że nawet jeśli kibicują rodzimym firmom, nie będą chwalić ich za samo pochodzenie. Pierwsze recenzje Silver Luny były jednak bardzo entuzjastyczne. Powtarzały się w nich przede wszystkim dwa wątki - zdroworozsądkowe podejście do mocy i ceny, które pozwalało zestawiać ten piecyk z normalnymi kolumnami w typowych salonach, a także udany techniczny eksperyment z toroidalnymi transformatorami głośnikowymi. Niektórzy podkreślali wręcz, że z punktu widzenia słuchacza typ zastosowanych wewnątrz transformatorów jest mało istotny, ponieważ brzmienie jest naturalne, pełne, nasycone i analogowe, a więc dokładnie takie, jakie powinien oferować klasyczny wzmacniacz lampowy. Własne toroidy już na starcie dały Fezzowi coś, czym nie każda debiutująca na rynku marka może się pochwalić - tożsamość. Rozwiązanie, które jeszcze kilka lat wcześniej wielu audiofilów uznałoby za kontrowersyjne, tutaj stało się wizytówką i bazą, na której można było budować kolejne sukcesy.
Polscy audiofile przyjęli Silver Lunę z entuzjazmem. W relacjach z Audio Video Show zaczęły pojawiać się wzmianki o polskim systemie, w którym lampowy Fezz zagrał z kolumnami Pylon Audio, a cały zestaw był wart mniej, niż w niejednym systemie prezentowanym na tej imprezie kosztował jeden kabel zasilający. W kolejnych testach powtarzano, że Silver Luna to idealny wzmacniacz na wejście w świat lamp, grający ciepło, spójnie i muzykalnie, ale z zaskakująco dobrą kontrolą basu. Polski piecyk stał się oczywistym wyborem dla osób, które chciały przesiąść się z tranzystora na lampę bez utraty poczucia kontroli nad kolumnami, ale też bez sprzedawania nerki, samochodu lub mieszkania. Jak niemal każdy producent sprzętu hi-fi, polska marka musiała najpierw przebić się na rodzimym rynku, a przystępna cena jej debiutanckiego wzmacniacza odegrała tu kluczową rolę. Kwota 3999 zł ustawiała Lunę nieznacznie powyżej najtańszych konstrukcji z Dalekiego Wschodu, ale wyraźnie poniżej wielu lampowców z Zachodu, często zbudowanych na podobnych lub wręcz tych samych lampach i również wykorzystujących proste, sprawdzone schematy. Silver Luna nie imponowała zaawansowaną technologią, ale była prawdopodobnie jedynym poważnym, wyprodukowanym w całości w Europie wzmacniaczem lampowym, który mógł rywalizować z chińskimi no-name'ami.
Gdy lokalny rynek pokazał, że na prosty, uczciwy i porządnie wykonany wzmacniacz lampowy jest realne zapotrzebowanie, Silver Luną zainteresowali się zagraniczni dystrybutorzy. Fezz nawiązał współpracę z kilkoma partnerami, spośród których na pierwsze miejsce szybko wybił się importer sprzętu audio z Korei Południowej. Co prawda wprowadzenie produkowanego w Polsce urządzenia na tamtejszy rynek wymagało wiele pracy ze względu na wymagane przepisami certyfikaty, jednak kiedy udało się załatwić wszystkie formalności, lawina ruszyła. Koreańczycy zakochali się w Silver Lunie do tego stopnia, że manufaktura z Księżyna nie nadążała z produkcją. Trzeba było zwiększyć zatrudnienie, a zamówienia wysyłać nie na paletach, lecz w kontenerach morskich. A klienci wciąż chcieli więcej i domagali się ulepszonej wersji Silver Luny, dlatego wprowadzono odmianę Prestige z lepszymi komponentami i bardziej dopracowanymi detalami. Dla tych, którzy połknęli bakcyla, był to naturalny krok w górę, jednak dla producenta stało się jasne, że z jednym wzmacniaczem w katalogu daleko się nie zajedzie. Silver Luna Prestige pozwoliła firmie dotrzeć do nieco bardziej wymagających klientów, jednak aby karuzela kręciła się dalej, trzeba było wykonać kolejny krok, a nawet naszkicować plan na najbliższą przyszłość, obejmujący nie jeden, ale kilka nowych modeli.







Gdy jeden model przestał wystarczać...
Zaledwie kilka miesięcy po premierze Silver Luny podlaska manufaktura zdecydowała się pójść za ciosem, wprowadzając kolejne wzmacniacze, które od początku miały jasno określone zadania i własny charakter. Pierwszą odpowiedzią na prośby klientów, którzy chcieli czegoś mocniejszego niż 35-watowa Silver Luna, była oferująca 45 watów na kanał Titania. Konstrukcja na lampach KT88 miała bez kompleksów napędzać bardziej wymagające kolumny. W recenzjach opisywano ją jako integrę grającą pełnym, gęstym dźwiękiem, z mocnym basem i szeroką sceną stereo. Była to propozycja kierowana do tych, którzy lubią rock, elektronikę czy duże składy i którym Silver Luna wydawała się zbyt delikatna. Jednocześnie Titania nie odcinała się od firmowego DNA. Nadal była klasyczną lampą z toroidami na wyjściu, a nie próbą zrobienia czegoś na pokaz. Proste wzornictwo, standardowy zestaw wejść analogowych, brak udziwnień i dobre podzespoły - Fezz po raz kolejny pokazał, jak powinien wyglądać normalny, uczciwie zaprojektowany wzmacniacz. Dodatkowe dziesięć watów może nie wyglądało imponująco na papierze, ale podczas odsłuchu Titania wyraźnie dominowała nad Silver Luną. Niektórzy klienci uznali nawet, że dopiero w tym momencie projekt Zdzisława Kulikowskiego stał się kompletny.
Drugim filarem rozwijającego się katalogu stała się Mira Ceti. W odróżnieniu od Titanii nie szła w stronę większej mocy, ale bardziej wyrafinowanego dźwięku. Był to wzmacniacz Single Ended na kultowych triodach 300B, a więc konstrukcja, która dla wielu audiofilów jest esencją lampowego grania. Fezz po raz kolejny uzupełnił ten układ autorskimi toroidami głośnikowymi, co odbiło się głośnym echem w środowisku miłośników szklanych baniek. Kiedy firma prezentowała Silver Lunę i Titanię, żadnego oburzenia nie było, ale połączenie legendarnych lamp 300B z transformatorami innymi niż klasyczne EI zakrawało na świętokradztwo. Większości klientów nie obchodziły jednak głosy fanatyków. Dla nich liczyło się to, że Fezz wykonał kolejny, odważny krok, wprowadzając do swojej oferty wzmacniacz mniej uniwersalny niż Silver Luna i Titania, ale niewątpliwie bardziej pociągający. Do tego wciąż zbudowany zgodnie z tymi samymi zasadami - prosty, skromny, pozbawiony zbędnych dodatków i świecidełek. Charakterystyczne dla polskiej manufaktury podejście sprawiło, że Mira Ceti była jednym z najtańszych, jeśli nie najtańszym dostępnym na rynku wzmacniaczem Single Ended na triodach 300B. Brzmienie opisywano jako wyjątkowo nasycone w średnicy, dynamiczne jak na tę klasę i z zaskakująco solidną podstawą basową. Z czasem w ofercie pojawiła się również wersja na lampach 2A3, a kilka lat później otrzymaliśmy także monobloki i końcówki mocy wywodzące się z tej samej koncepcji.
Po debiucie Miry Ceti coraz częściej pojawiało się pytanie, czy da się zamknąć lampowy dźwięk w mniejszej, tańszej, ale wciąż typowo fezzowej obudowie. Tak powstała Alfa Lupi - kompaktowa integra w układzie push-pull na czterech lampach PCL86, z mocą rzędu 2 x 10 W i oczywiście z autorskimi transformatorami toroidalnymi na wyjściu. Od początku było jasne, że to propozycja dla posiadaczy skuteczniejszych kolumn i mniejszych pomieszczeń, czyli coś w rodzaju pierwszego, rozsądnie wycenionego kroku w stronę lamp. Startowa cena w okolicach 3500 zł stawiała ją tam, gdzie zazwyczaj królują proste tranzystorowe integry i budżetowe lampki z Dalekiego Wschodu, a jednak w testach i na forach bardzo szybko zaczęły przewijać się określenia typu "mały Fezz", a nie "mała lampa". Recenzenci chwalili czystą, otwartą prezentację, ładnie dociążoną średnicę i zaskakująco dobrze kontrolowany bas, a użytkownicy dorzucali od siebie, że jeśli tylko poświęci się odrobinę czasu na dobór odpowiednich kolumn, Alfa Lupi zagra o wiele dojrzalej niż sugerują jej cena i gabaryty.
Kolejnym logicznym ruchem było wyjście poza klasyczne systemy głośnikowe. Rynek słuchawek rozwijał się bardzo szybko, więc Fezz sięgnął po to, co znał najlepiej, przekładając lampowe know-how na wzmacniacz zaprojektowany dla melomanów, którzy swój muzyczny świat budują wokół nauszników. Tak powstała Omega Lupi - skromne urządzenie oparte na czterech lampach PCL86, z wyjściem przystosowanym do napędzania słuchawek w bardzo szerokim zakresie impedancji, od trzydziestu kilku do sześciuset omów. W recenzjach szybko pojawiły się uwagi, że czego jak czego, ale prądu jej nie brakuje. Charakter brzmienia opisywano jako raczej neutralny niż podkolorowany, z dobrą przestrzenią, kulturą i plastyczną, naturalną średnicą, która bardzo dobrze pasuje do wokali i instrumentów akustycznych. W praktyce dla wielu osób Omega Lupi stała się sercem osobnego systemu słuchawkowego, a fakt, że wizualnie i cenowo znakomicie komponowała się z innymi modelami Fezza, tylko potwierdzał wrażenie, że katalog polskiej manufaktury nie jest już kolekcją pojedynczych wzmacniaczy zintegrowanych - różniących się od siebie, ale pełniących dokładnie tę samą rolę.
Fezz nie zamierzał odpuszczać tematu 300B, prezentując dużą, dostojną integrę o nazwie Lybra. Zamiast klasycznej konstrukcji Single Ended z jedną parą triod i mocą rzędu kilku watów na kanał zaproponowano układ równoległy, w którym cztery lampy 300B pracują w klasie A, dając moc sięgającą około 15 W na kanał. To niby niewiele, ale w praktyce radykalnie poszerza listę kolumn, z którymi taki wzmacniacz może zagrać bez kompromisów. Lybra była więc adresowana do świadomych audiofilów, którzy marzyli o brzmieniu lamp 300B, ale nie mieli i nie zamierzali kupować ogromnych kolumn o ponadprzeciętnej skuteczności. Własne transformatory toroidalne pozwoliły wydobyć z kultowych triod gęstą, soczystą średnicę, a jednocześnie utrzymać szerokie pasmo, dobrą dynamikę i niski poziom szumów. W recenzjach chwalono brzmienie Lybry jako wyjątkowo plastyczne, wciągające, z fantastycznym oddaniem wokali, ale też z solidnym, głębokim basem. Wielu słuchaczy zwracało uwagę, że to 300B, której da się używać na co dzień - w typowym pokoju, z normalnymi kolumnami, bez poczucia, że sprzęt rządzi domem.
Skoro Fezz zajął się końcem toru, czyli wzmacniaczami głośnikowymi i słuchawkowymi, kolejnym krokiem było zwrócenie się w stronę źródła dźwięku. Choć perspektywa opracowania pasującego do lampowych piecyków odtwarzacza płyt kompaktowych lub streamera brzmiała i wciąż brzmi kusząco, polska manufaktura postawiła na coś innego - przedwzmacniacze gramofonowe. Niemal równocześnie w ofercie pojawiły się dwa modele, Gaia i Gratia. Każdy celował w trochę innego odbiorcę. Gaia powstała jako partner tańszych wzmacniaczy lampowych i tranzystorowych, przede wszystkim dla posiadaczy wkładek MM oraz MC o wyższym poziomie wyjściowym. W środku zamiast lamp pracował dyskretny wzmacniacz operacyjny marki Burson Audio, z zasilaczem opartym rzecz jasna na firmowym toroidzie. Recenzenci i klienci opisywali ten phono stage jako spokojny, muzykalny, z czarnym tłem i szeroką sceną, bez nerwowości i zbędnej ostrości. Gratia była o wiele poważniejsza. Miała osobne wejścia dla wkładek MM i MC, regulowane wzmocnienie i szeroki zakres możliwych ustawień obciążenia, dzięki czemu radziła sobie także z bardzo wymagającymi wkładkami. Użytkownicy opisywali ją jako "poważny przedwzmacniacz za jeszcze rozsądne pieniądze", obdarzony brzmieniem pełnym, gładkim, kulturalnym, ale z bardzo dobrą dynamiką i kontrolą basu. Przede wszystkim jednak Fezz pokazał, że potrafi dostarczyć swoim fanom coś więcej niż kolejny wzmacniacz lampowy. Powoli rodziło się coś, co można nazwać koncepcją systemową.











Zgoda buduje - polskie marki razem z Fezzem
Zamiast opracowywać każdy kolejny model od podstaw, manufaktura z Podlasia postanowiła połączyć siły z innymi polskimi producentami sprzętu hi-fi. Tak narodził się pomysł wejścia w świat nigdy przez polską firmę nie eksplorowany, choć z punktu widzenia producenta sprzętu audio dość oczywisty. Torus, bo o nim mowa, był w pełni tranzystorowym wzmacniaczem zintegrowanym, pracującym w klasie AB i wyglądającym inaczej niż wszystko, co polska manufaktura pokazywała wcześniej. Model ten powstał we współpracy z firmą Looptrotter Audio Engineering, znaną ze sprzętu studyjnego, który łączy zalety rozwiązań tranzystorowych i lampowych. Urządzenie produkowano w trzech wersjach - 5040, 5050 i 5060. Wszystkie miały dokładnie taką samą obudowę i konstrukcję toru audio. Wszystkie pracowały w klasie AB, oferując moc 90 W na kanał przy 4 Ω i 65 W na kanał przy 8 Ω. Różniły się przede wszystkim wyposażeniem. W wyższych wersjach pojawił się wbudowany przetwornik cyfrowo-analogowy, co czyniło z Torusa kompletne serce nowoczesnego systemu hi-fi.
Na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak odejście od lampowego rodowodu marki, ale konstrukcja Torusa pokazała raczej próbę przeniesienia firmowych zasad na inny rodzaj układów. Porządek, minimalizm, bardzo niski poziom szumów, sensowna moc i brak zbędnych fajerwerków - to cechy, które klienci doskonale kojarzyli z lampowcami Fezza. W praktyce "fezzowy tranzystor" okazał się integrą o zaskakująco neutralnym, uporządkowanym charakterze, bez udawania lampy, bez podbijania skrajów pasma czy sztucznego ocieplania. Wyróżniał się też wyjątkowymi jak na swój przedział cenowy (6590-7490 zł) dynamiką, rozdzielczością i stereofonią. Torus niestety nie był rynkowym hitem, ale otworzył Fezzowi drogę do systemów, w których w centrum stoi praktyczny wzmacniacz z kompletem złączy, a DAC, Bluetooth, zdalne sterowanie czy phono stage stają się dodatkami dobieranymi według upodobań. Koncepcja ta doskonale sprawdziła się w innych urządzeniach polskiej firmy, pokazując, że wzmacniacze lampowe też mogą być praktyczne i dostosowywać się do potrzeb użytkownika już na etapie składania zamówienia.
Prawdziwym przełomem w kwestii firmowego źródła, a zarazem pomostem między światem analogu i cyfry, okazała się współpraca z marką Lampizator. Fezz w naturalny sposób specjalizuje się w transformatorach i zasilaniu, natomiast Lampizator to firma kojarzona przede wszystkim z tym, jak zamieniać zera i jedynki na muzykę. Stąd pomysł, by połączyć siły i tak powstał Equinox - lampowy przetwornik cyfrowo-analogowy zaprojektowany przez Łukasza Fikusa, a zbudowany na bazie podzespołów i transformatorów Fezza. Urządzenie bazowało na kościach PCM1794 w sekcji konwersji oraz podwójnej triodzie 12AU7 w stopniu wyjściowym. Przetwornik otrzymał charakterystyczną górną pokrywę z klapką, którą można było odsunąć, aby dostać się do lampy i w razie potrzeby lub chęci dostrojenia brzmienia do swoich oczekiwań wymienić ją na inną. Zamiast baterii funkcji dostaliśmy kilka wejść cyfrowych, dopracowane zasilanie na toroidzie najwyższej klasy i obsługę, która nikogo nie przerazi. W testach podkreślano, że jest to najtańszy na rynku DAC sygnowany logiem Lampizatora, a więc swoista brama do świata tej marki dla klientów, którzy nie planują inwestować w jej pełnowymiarowe, bardzo drogie konstrukcje. Z kolei z perspektywy Fezza Equinox pokazuje, że firma potrafi wykorzystać swoje kompetencje także w urządzeniach cyfrowych.
W kontekście współpracy Fezza z innymi polskimi markami należy wspomnieć o działaniach, które nie zaowocowały stworzeniem nowych produktów, ale przyniosły wymierne korzyści wizerunkowe i biznesowe. Mowa tu o współpracy podlaskiej manufaktury z takimi firmami jak Pylon Audio, Muarah, Lampizator czy KBL Sound, czego przykłady widzieliśmy na największych wystawach, takich jak Audio Video Show w Warszawie, High End w Monachium, High-End Show w Guangzhou czy Audio Video Show w Hongkongu. Szczególnie owocna w tym kontekście jest wieloletnia współpraca Fezza z Pylonem. Obie marki wyznają zbliżoną filozofię projektowania sprzętu audio. Obie zaczynały od budżetowych modeli, aby później systematycznie podnosić poprzeczkę. Obie są powiązane z fabrykami realizującymi zlecenia dla wielu innych producentów, dostarczając im transformatory toroidalne (Fezz/Toroidy) i obudowy do zestawów głośnikowych (Pylon Audio). Obie odniosły sukces najpierw na rynku polskim, a później zagranicznym, co w obu przypadkach wymusiło przeprowadzkę do nowej, większej siedziby. Wreszcie obie mają całkiem młodą załogę, która nieustannie chce się rozwijać i nie boi się wyzwań. Kolumny i wzmacniacze lampowe - takie zestawienie dobrze pokazuje, jak naturalnie te dwie marki mogą się uzupełniać.
Kulminacją tych działań była prezentacja hi-endowego, w stu procentach polskiego systemu na wystawie Audio Video Show 2025. System złożony z kolumn Pylon Audio Amethyst Gamma, przedwzmacniacza i monobloków Fezz Audio Magnetar, przetwornika Lampizator Pacific oraz okablowania i akcesoriów zasilających KBL Sound Extrema zrobił prawdziwą furorę, pokazując, że polskie marki potrafią tworzyć nie tylko sprzęt za rozsądne pieniądze, ale także zaawansowane, kosztowne systemy kierowane do najbardziej wymagających klientów. Wszystko to składa się na obraz Fezza jako producenta, który zamiast zamykać się w swoim pudełku, świadomie buduje szerszą opowieść o polskim sprzęcie audio, z oczywistą korzyścią dla wszystkich zaangażowanych marek i efektem ubocznym w postaci "rozpychania się łokciami" na międzynarodowej scenie hi-fi.












Nowe szaty lampowca - rewolucja w sferze designu
W miarę jak katalog Fezza rozrastał się w różnych kierunkach, pojawiła się bardzo konkretna potrzeba uporządkowania języka wzorniczego. Pierwsze wzmacniacze polskiej firmy miały swój urok, ale były typowymi "dziećmi garażu" - najważniejsze było to, żeby dobrze działały i grały, a obudowa była po prostu solidną skrzynką z grubej blachy, która poza ciekawymi kolorami niczym szczególnym się nie wyróżniała. Zamiast eksperymentować lub wprowadzać mało istotne zmiany, przeprowadzono prawdziwą rewolucję. Produkcja wszystkich urządzeń w dotychczasowej formie została zakończona, a ich miejsce zajęły identyczne pod względem architektury wewnętrznej, ale wyglądające zupełnie inaczej modele z serii Evolution. Firma zdecydowała się na mocny zwrot w stronę spójnego, przemyślanego designu i zaprosiła do współpracy studio Kabo & Pydo, które wcześniej zdobywało nagrody Red Dot, iF Design czy Dobry Wzór.
Projektanci zaczęli od badań - wywiadów z użytkownikami, rozmów z dystrybutorami, analizy konkurencji i doświadczeń z codziennego użytkowania. Bogatsi o tę wiedzę zdefiniowali na nowo całe DNA stylistyczne marki. Zachowali to, co w starych Fezzach było najciekawsze, czyli surowy, przemysłowy charakter i grubą blachę, ale oczyścili bryły z nadmiaru detali, ukryli większość śrub, ujednolicili gabaryty obudów i podzielili je na kilka logicznych rozmiarów, tak aby Titania, Mira Ceti, Lybra, Omega Lupi, Gaia, Gratia czy Equinox wyglądały jak elementy jednej rodziny, a nie zbiór przypadkowych pudełek. Symetryczny front z dwoma dużymi gałkami, wycięte laserowo i delikatnie podświetlone logo na środku, zaokrąglone narożniki obudowy oraz nowy "teatr światła", w którym żarzące się szklane bańki możemy podziwiać przez przezroczysty front klatki ochronnej, a do tego okrągłe obudowy transformatorów, podkreślające rodowód Fezza i jeden z jego znaków rozpoznawczych - to był prawdziwy strzał w dziesiątkę. Reakcja ekspertów i klientów była łatwa do przewidzenia. Recenzenci byli wprost zachwyceni nowymi szatami Fezza. Autor jednego z testów stwierdził, że starsze urządzenia tej marki zbyt mocno pachniały sprzętem DIY, natomiast te z serii Evolution są oszałamiająco piękne. Wprowadzenie nowej serii nie było jedynie kosmetyczną korektą frontów. To moment, w którym Fezz Audio stał się dojrzałą europejską marką z własnym językiem formy.
Polscy specjaliści od designu zamienili to, co wcześniej uchodziło za zło konieczne, w jeden z głównych atutów wizualnych. Jednocześnie zachowano charakterystyczne dla Fezza mocne kolory. Boczne panele i fronty mogą być srebrne, czarne, czerwone, złote, ciemnozielone czy bordowe, podczas gdy góra, dół i tył obudowy pozostają czarne, co nie tylko obniża koszty produkcji i ułatwia logistykę, ale też sprawia, że kolorowa "skorupa" jest niczym rama dla świecących lamp. Fezz przeskoczył kilka stopni naraz, za jednym zamachem wprowadzając rodzinę dziesięciu urządzeń - wzmacniaczy lampowych, końcówek mocy, wzmacniaczy słuchawkowych i przedwzmacniaczy gramofonowych. W katalogu pisze się wprost, że to dziesięć urządzeń zaprojektowanych tak, by wyglądały jak element jednego systemu, a nie przypadkowa zbieranina pudełek. Widać to w powtarzalnym układzie otworów, sposobie prowadzenia krawędzi, a nawet w tym, jak na tylnych panelach rozmieszczono gniazda i przełączniki - to wszystko jest przemyślane również od strony produkcyjnej, tak żeby obudowy dało się efektywnie wyginać, lakierować i składać, nie tracąc przy tym indywidualnego charakteru każdego modelu.
Nic dziwnego, że seria Evolution przyniosła Fezzowi i pracowni Kabo & Pydo kolejną nagrodę Red Dot Design Award. Jury zwróciło uwagę, że projekt ten potrafi uchwycić urok analogowego systemu w nowoczesnej formie. Zarówno branżowe portale, jak i sami projektanci podkreślali, że udało się połączyć techniczne wymagania specyficznych urządzeń audio z językiem formy, który ma sens także dla osób patrzących na nie jak na przedmiot codziennego użytku, jeden z ważnych elementów wyposażenia domu, a nie przez pryzmat schematów i parametrów. Zmiana okazała się dla marki bardzo korzystna. Obecnie nie trzeba już podkreślać, że mamy do czynienia z modelami z serii Evolution, ponieważ ten język projektowy objął wszystkie modele w katalogu Fezza i jest z nami od dobrych paru lat. Przyzwyczailiśmy się do niego tak szybko, że patrząc na stare zdjęcia, aż trudno uwierzyć, że kiedyś - wcale nie tak dawno - Silver Luna, Titania i Mira Ceti nie wyglądały równie wspaniale jak dziś.














Większa rodzina, większy dom
Rewolucja w dziedzinie wzornictwa niemal idealnie zbiegła się w czasie z kolejną bardzo istotną i wyczekiwaną zmianą. Fezz przeniósł produkcję do nowej, wybudowanej od podstaw siedziby w Kolonii Koplany, kilka kilometrów od Białegostoku, gdzie obok rozbudowanej infrastruktury do produkcji transformatorów toroidalnych powstała pełnoprawna manufaktura urządzeń audio. Przez długie lata wzmacniacze powstawały w oparciu o kilka rozsianych po okolicy lokalizacji. Fabryka transformatorów, ślusarnia, biuro konstrukcyjne, magazyn - wszystko było rozproszone. Taki model jest wystarczający dla firmy stawiającej w branży pierwsze kroki, ale zaczyna uwierać, kiedy pojawiają się coraz większe zlecenia, rośnie eksport, a zainteresowanie klientów i zagranicznych dystrybutorów nie przestaje przyspieszać. Decyzja o zbudowaniu nowej siedziby była więc czymś więcej niż szukaniem dodatkowych metrów kwadratowych - chodziło o scalenie całego procesu w jednym miejscu i zamknięcie etapu "firmy w kawałkach".
Nowa fabryka od początku była projektowana z myślą o pełnej integracji produkcji. Na terenie kompleksu znalazła się hala transformatorów Toroidy, część montażowa Fezza, serwis, strefa pakowania, zaplecze odsłuchowe oraz rozbudowany dział kontroli jakości, w którym każde urządzenie przechodzi finalne testy przed wysyłką. W tym samym budynku ulokowano biura oraz dział projektowy, tak aby inżynierowie mieli pod ręką zarówno dokumentację, jak i realną linię produkcyjną. Producent podkreśla, że dziś ponad 80% prac nad każdym wzmacniaczem odbywa się na miejscu - od przyjazdu stalowego rdzenia i miedzianego drutu przez nawijanie transformatorów i montaż elektroniki aż po wygrzewanie i pakowanie. Nie jest to więc składanie sprzętu z klocków dostarczanych przez podwykonawców, ale własny, zamknięty łańcuch technologiczny.
Jedynym elementem sprzętu, który jeszcze nie powstaje na miejscu, są obudowy. Jeszcze... Fezz produkuje je niemal samodzielnie, z wykorzystaniem własnych narzędzi, ale w innej lokalizacji. Wymusza to przewożenie metalowych, polakierowanych już elementów do głównego zakładu, gdzie załoga musi rozpakować każdy transport i sprawdzić, czy żaden z paneli nie uległ uszkodzeniu. Dopiero wtedy można przystąpić do pracy, krok po kroku montując w obudowie jej elektroniczne serce. Dlatego właśnie tuż obok obecnej fabryki powstaje druga hala, w której znajdą się między innymi ślusarnia i lakiernia, z całym parkiem maszynowym potrzebnym na przykład do laserowego cięcia czy grawerowania. Oba budynki będą połączone, co oznacza, że całość prac będzie wykonywana pod jednym dachem. Oprócz usprawnienia procesu produkcji otwiera to drogę do realizowania bardziej skomplikowanych zadań bez oglądania się na ograniczenia zewnętrznych warsztatów. Zdjęcia z kolejnych etapów realizacji pokazują, że na podlaskiej wsi można zbudować fabrykę, która bez żadnych kompleksów konkuruje z producentami z Japonii, Włoch, Niemiec czy Wielkiej Brytanii.










System się domyka
Wraz z nową siedzibą i nowym designem pojawiły się kolejne urządzenia, które dopełniały obraz marki jako dostawcy kompletnego toru audio. Ważnym krokiem w kierunku hi-endu były rzecz jasna wzmacniacze dzielone. Końcówki mocy były w zasadzie gotowe, ponieważ bazą mogła stać się każda integra Fezza. Brakowało natomiast przedwzmacniacza, dlatego w ofercie pojawiła się Sagita Prestige. Co prawda nie był to pierwszy preamp polskiej firmy. Ten tytuł należy się wcześniejszej wersji Sagity, która była urządzeniem tranzystorowym. Być może dlatego nie odniosła spektakularnego sukcesu. Wersja z dopiskiem "Prestige" bazuje na szklanych bańkach, co jednak nie wpływa na jej funkcjonalność. To całkiem praktyczne centrum sterowania systemem. Na tylnej ściance mamy cztery wejścia RCA i dwa wejścia XLR, jedno dodatkowe wejście omijające potencjometr, dwie pary wyjść RCA i kolejne dwie pary wyjść XLR, co pozwala zasilić nawet cztery monobloki w konfiguracji bi-amp. W środku pracują dwie lampy 12AU7 i porządny zasilacz. Recenzenci opisują Sagitę Prestige jako przedwzmacniacz, który znika z toru i zostawia pole do popisu końcówkom mocy - nie nagina prezentacji w swoją stronę, nie oferuje swojej interpretacji nagrań, tylko skrupulatnie wykonuje swoją robotę.
Kolejną naprawdę ważną premierą podlaskiej manufaktury była Olympia. Nazwa doskonale oddaje charakter tego wzmacniacza. Mamy bowiem do czynienia z naprawdę dużą integrą dual mono, zbudowaną na ośmiu lampach KT88 i czterech małych triodach - 12AX7 oraz 12AU7. W tej konfiguracji otrzymujemy moc 2 x 100 W przy obciążeniu 4 lub 8 Ω. Olympia jawi się więc jako lampa, z którą żadne normalne kolumny nie będą dyskutować. Do dyspozycji użytkownika są trzy wejścia liniowe, wejście direct i wyjście dla subwoofera. Do tego w standardzie otrzymujemy kosz ochronny, zdalne sterowanie i slot na moduły rozszerzeń. Ten wzmacniacz to więc nie tylko lampowa elektrownia, ale także pełnoprawne centrum systemu, a nie "golas". Brzmieniowo Olympia miała spełnić proste życzenie klientów - wysterować dowolne kolumny, zachowując firmową gęstość i barwę. Większość recenzji potwierdza, że tak właśnie gra, z dużą skalą, dobrą dynamiką i wyraźnie lampowym charakterem.
Kolejnym krokiem polskiej firmy było odświeżenie jednego z jej pierwszych urządzeń "peryferyjnych". Fezz postanowił wrócić do tematu wzmacniaczy słuchawkowych, prezentując model o nazwie Ovo. Model ten pracuje w konfiguracji Single-Ended, w czystej klasie A, z wykorzystaniem układu triodowego. Lampy 12AX7 i EL84, wsparte transformatorami wyjściowymi marki Toroidy, zapewniają charakterystyczne dla Fezza ciepłe, nasycone i przestrzenne brzmienie. Urządzenie oferuje moc 1500 mW, co z powodzeniem wystarcza do napędzenia szerokiego spektrum słuchawek - zarówno dynamicznych, jak i planarnych. Ovo to konstrukcja bardzo praktyczna i bezpieczna. Zintegrowana, zamknięta forma bez odsłoniętych lamp minimalizuje ryzyko przypadkowego uszkodzenia. Ciekawym pomysłem, który wprowadzono również w innych modelach Fezza, jest przesuwane okienko w górnej pokrywie. Dzięki temu można cieszyć się widokiem żarzących się lamp, a także w łatwy sposób wymienić ten element (chociażby w ramach eksperymentowania z brzmieniem) bez rozkręcania obudowy. Z punktu widzenia użytkowego Ovo to bardzo elastyczny sprzęt. Wyposażono go w trzy wyjścia słuchawkowe (XLR, jack 6,3 mm, Pentaconn 4,4 mm), a także przełącznik impedancji, który umożliwia optymalne dopasowanie do konkretnych słuchawek. Wzmacniacz wyposażono również w wejścia i wyjścia RCA oraz XLR, a do zestawu dołączony jest pilot zdalnego sterowania.
Transformatory dopasowujące są elementem, który kojarzymy przede wszystkim ze wzmacniaczami lampowymi, ale są one chętnie stosowane również przez miłośników płyt winylowych. A ponieważ jest ich coraz więcej, Fezz postanowił wprowadzić na rynek transformatory step-up Argentum X10 i X20. Do ich produkcji wykorzystano wyjątkowe komponenty - drut z czystego srebra, rdzeń nanokrystaliczny o wysokiej przenikalności czy ekranowanie mumetalem o wysokiej przenikalności oraz czystą miedzią OFC. Jednak same materiały nie gwarantują spektakularnego efektu. Kluczem jest odpowiednia technologia produkcji. Warto zwrócić uwagę na bardzo niskie zniekształcenia oraz szerokie pasmo przenoszenia serii Argentum. Stawia je to w czołówce transformatorów dostępnych na rynku. Oba modele mają być tak przezroczyste brzmieniowo, jak to tylko możliwe. Argentum X10 oferuje 10-krotne (20 dB) wzmocnienie, idealne dla wkładek o impedancji 10 do 50 Ω. Model Argentum X20 stworzono z myślą o wkładkach o najmniejszej impedancji, od 1,5 do 9 Ω, dając nam wzmocnienie 20-krotne (26 dB). Cena 9900 zł jasno pokazuje, że mówimy o narzędziu dla zaawansowanych amatorów winyli, budujących system na bazie gramofonu i wkładek MC z wyższej półki.








Tym razem rewolucja, a nie EVOlucja
Dokładnie dziesięć lat po premierze swojego pierwszego wzmacniacza Fezz postanowił otworzyć nowy rozdział swojej historii, prezentując dwa całkowicie nowe, zaprojektowane od początku modele Luna i Luna Mini. Ten symboliczny moment to nie tylko zmiana nazwy, ale przede wszystkim zmiana filozofii firmy, która udowadnia, że lampowe hi-fi może być jednocześnie nowoczesne, funkcjonalne i przystępne. Większy model Luna to wzmacniacz wykorzystujący w każdym kanale parę lamp EL34 - uznawanych za klasykę gatunku - aby dostarczyć dźwięk gładki, przestrzenny i nasycony. System kart rozszerzeń pozwala na rozbudowę urządzenia o przetwornik cyfrowo-analogowy, łączność Bluetooth lub sekcję phono. Dzięki temu Luna może stać się sercem nowoczesnego systemu stereo, oferując jednocześnie funkcje takie jak przełącznik trybu pracy Ultralinear/Triode (dla wyboru między dynamiką a intymnością brzmienia), zdalne sterowanie, wyjścia HT i Sub Out oraz elegancki kosz ochronny na lampy. Moc 40 W w trybie ultralinear i 20 W w trybie triodowym pozwala jej bez trudu napędzić większość kolumn. Z myślą o użytkownikach preferujących kameralne systemy powstała Luna Mini - kompaktowy wzmacniacz klasy A, również oparty na parach lamp EL34 oraz 12AX7 w sekcji sterującej. Moc wynosi zaledwie 10 W na kanał, ale firma zapewnia, że charakter brzmienia to esencja klasy A - naturalna, aksamitna średnica, głęboka emocjonalność i spójność. Także w tym przypadku przewidziano możliwość rozbudowy o dodatkowe moduły DAC, Bluetooth lub Phono, co znacząco zwiększa funkcjonalność urządzenia.




Poland can into space!
Prawdziwym pokazem mocy i możliwości polskiej manufaktury było wprowadzenie hi-endowej serii Supernova, obejmującej przedwzmacniacz oraz stereofoniczne i monofoniczne końcówki mocy Magnetar. Jej premiera miała miejsce równolegle z pierwszymi pokazami nowej Luny i Luny Mini, podczas wystawy Audio Video Show 2025 w Warszawie. Manufaktura z Podlasia otworzyła tym samym zupełnie nowy rozdział, w którym nie obowiązują już ograniczenia budżetowe - liczy się tylko jakość. Flagowa seria niemal od razu stała się wizytówką technologicznego i estetycznego potencjału marki.
Punktem wyjścia nowej linii jest Magnetar Preamplifier - pierwszy w historii firmy w pełni zbalansowany przedwzmacniacz liniowy. Unikatowym rozwiązaniem jest zastosowanie lampy prostowniczej w układzie zasilania, co w świecie audio hi-end wciąż pozostaje rzadkością. Ma to realny wpływ na poprawę charakterystyki impulsowej oraz odbiór dynamiki. Zdaniem producenta dźwięk staje się bardziej kontrolowany, szybki i przejrzysty. Wewnętrzna konstrukcja bazuje na złoconych ścieżkach sygnałowych, kondensatorach Mundorf MCap Evo Oil i M-Lytic, a także najwyższej klasy gniazdach XLR marki Neutrik oraz WBT. Całość zamknięto w masywnej, frezowanej z aluminium obudowie, wzbogaconej o szklane akcenty, co nie tylko prezentuje się niezwykle efektownie, ale również efektywnie tłumi rezonanse. To konstrukcja dla tych, którzy oczekują absolutnej neutralności i szczegółowości przekazu - bez kompromisów.
Drugim ogniwem nowej serii jest Magnetar Dual Mono - stereofoniczna końcówka mocy typu dual mono, w której każdy kanał pracuje całkowicie niezależnie. Konstrukcję oparto na ośmiu lampach KT150 (cztery na kanał) oraz odseparowanych torach zasilających i sygnałowych, co przekłada się na wyjątkową czystość przestrzenną, znakomitą separację kanałów i imponującą dynamikę. Za automatyczne zarządzanie pracą lamp odpowiada mikroprocesorowy system auto-bias, który dba o optymalne warunki niezależnie od obciążenia i czasu użytkowania. Transformator wyjściowy oraz zasilający pochodzą z firmowej serii Signature Line, a wszystkie elementy dobrano ręcznie, kierując się tylko jednym celem - osiągnięciem absolutnej perfekcji brzmieniowej. Luksusowa obudowa i starannie dobrane komponenty to tylko dopełnienie tej koncepcji.
Na szczycie nowej oferty znajduje się Magnetar Monoblock - monofoniczna końcówka mocy, w której każdy element konstrukcji został zoptymalizowany pod kątem pracy jednego kanału. Cztery lampy KT150, selekcjonowane źródła prądowe, mikroprocesorowa kontrola biasu i pełna separacja układów zasilania oraz sygnału - wszystko to tworzy platformę, która oferuje bardzo wysoki poziom kontroli i precyzji. Wysokiej klasy komponenty obejmują między innymi teflonowe gniazda lamp, kondensatory Mundorf, złocone PCB, XLR-y Neutrika i terminale WBT. Konstrukcja mechaniczna ponownie łączy frezowane aluminium z elementami szklanymi, co daje nie tylko estetyczny efekt, ale też realne korzyści mechaniczne w zakresie tłumienia drgań. Ceny nowych komponentów zaskoczyły fanów marki, ale można powiedzieć, że są odzwierciedleniem jej ambicji i aspiracji. Przedwzmacniacz wyceniono na 73 000 zł, stereofoniczną końcówkę mocy na 198 000 zł, a monobloki na 224 000 zł za parę. Jak to zwykle bywa, niektórzy pukali się w głowę, inni zaś zwrócili uwagę na to, że w porównaniu z innymi hi-endowymi wzmacniaczami dzielonymi to i tak niewiele, a jakość - jak to u Fezza - pozostaje adekwatna do kwoty, jaką trzeba na takie cudo wydać.





Jak to jest zrobione?
Rodzinnym domem Fezz Audio i Toroidów jest dziś nowa siedziba w Kolonii Koplany. To właśnie tutaj można zobaczyć zarówno kolejne etapy produkcji transformatorów, jak i dział projektowy, część biurową, stanowiska montażowe Fezza, a nawet zajrzeć do sali odsłuchowej, w której weryfikowane są efekty pracy inżynierów i techników. Już po krótkiej wizycie staje się jasne, że pełny opis tego miejsca wymagałby osobnego tekstu, dlatego czytelników zainteresowanych kulisami działalności obu marek już teraz zapraszam do śledzenia naszego magazynu - w niedalekiej przyszłości opublikujemy obszerny reportaż z fabryki, który będzie naturalnym dopełnieniem tej opowieści.
Na razie warto odnotować kilka faktów. Obecna siedziba firmy jest obiektem nowym, imponującym i stale rozwijanym, a jej układ dobrze pokazuje, jak blisko przenikają się tutaj kompetencje Toroidów i Fezz Audio. Z jednej strony mamy tu rozległą halę Toroidów, w której powstają transformatory przeznaczone nie tylko do własnych wzmacniaczy, ale także do dziesiątek zewnętrznych zastosowań, z drugiej - sekcję Fezza, gdzie odbywa się montaż, testowanie i przygotowanie gotowych urządzeń. Formalnie są to różne obszary, ale w praktyce tworzą jeden system, w którym wiedza na temat transformatorów, doświadczenie produkcyjne i rozwój własnej elektroniki spotykają się na każdym kroku.
Już ogólne spojrzenie na organizację pracy, park maszynowy i standard wyposażenia pozwala stwierdzić, że mamy do czynienia z zapleczem reprezentującym wysoki poziom technologiczny. Potwierdza to lista odbiorców transformatorów produkowanych w Kolonii Koplany. W branży hi-fi korzystają z nich między innymi Aurender, Rockna Audio, Canor, Innuos, Taiko Audio, EMM Labs, Lampizator, Copland, Nagra i Pink Faun, w sektorze pro audio choćby Wes Audio, Looptrotter, Gyraf Audio i Knif Audio, a poza światem dźwięku także tak wymagające podmioty jak Airbus, Grupa WB, Optopol, Optics11, MPW Medical Instruments czy Alvo. Do tego dochodzą realizacje dla odbiorców związanych z infrastrukturą krytyczną i sektorem obronnym, o czym mówi już sam fakt posiadania przez firmę certyfikatu NATO.
Choć nowa siedziba Fezza i Toroidów powstała zaledwie kilka lat temu, nie jest zamkniętym, ukończonym projektem, lecz nieustannie się rozwija. Pojawiają się nowe maszyny, kolejne usprawnienia organizacyjne i techniczne, często wypracowywane przez samych pracowników, a obok istniejącego kompleksu powstaje już następna hala, w której - w chwili oddawania tego tekstu - dosłownie schnie jeszcze betonowa wylewka. W materiałach udostępnionych mi przez dystrybutora znalazłem ogromną galerię zdjęć wykonanych trzy, może cztery lata temu i prawie wszystkie są już nieaktualne. Sekcja Fezza zajmuje teraz o wiele większą powierzchnię. Regały, na których wzmacniacze są wygrzewane i testowane, ciągną się teraz przez całą halę, w której nawijane są transformatory (a nie jest to małe pomieszczenie). Na co drugim stanowisku pojawiły się nowe maszyny, specjalistyczne przyrządy i ciekawe, czasami "autorskie" elementy wyposażenia. Wszystko to sprawia, że na potrzeby niniejszego artykułu ograniczyłem opis fabryki do minimum, a niebawem do Kolonii Koplany jeszcze wrócimy, by przyjrzeć się temu miejscu znacznie dokładniej i opowiedzieć, jak wygląda od środka jeden z najciekawszych ośrodków produkcji sprzętu audio w tej części Europy.















Co dalej?
Kiedy spytacie ludzi z Fezza i Toroidów o przyszłość, rzadko usłyszycie górnolotne deklaracje o "zmienianiu świata audio", a raczej konkretne plany, takie jak rozwijanie serii transformatorów do nowych zastosowań, poszerzanie sieci dystrybucji, wprowadzanie kolejnych modeli wzmacniaczy i dopracowywanie tych już istniejących. Toroidy rozwijają projekty niezwiązane bezpośrednio ze sprzętem hi-fi, takie jak chociażby dofinansowane z funduszy europejskich wdrożenie toroidalnego transformatora sygnałowego do montażu na płytkach PCB, co ma pomóc firmie lepiej odnaleźć się w świecie coraz bardziej zminiaturyzowanej elektroniki. Równolegle Toroidy będą dalej robić to, co robią najlepiej - rozwijać swoje transformatorowe portfolio. Coraz lepsze komponenty stworzone z myślą o sprzęcie audio, przemysł, wojsko, energetyka, nowe formy montażu czy transformatory zalewane żywicą w komorze próżniowej - to właściwie nie przyszłość, lecz codzienność. W Fezzie trwa natomiast proces zmiany architektury wewnętrznej wszystkich produkowanych urządzeń. Jest to domknięcie rewolucji, którą zapoczątkowała zmiana języka stylistycznego marki.
Przejście z pierwotnego dizajnu (nazwanego teraz Legacy) na nowy (Evolution) było dla polskiej firmy ogromnym krokiem naprzód, jednak wnętrzności urządzeń pozostały takie same. W odmienionych, pięknych obudowach początkowo montowano więc identyczne płytki, kable i podzespoły jak w starszych, "garażowych" Fezzach. W tej chwili obwody elektroniczne są projektowane praktycznie od zera w skrajnie nowoczesny sposób, za co odpowiedzialny jest przede wszystkim młody, ale niezwykle utalentowany inżynier, Jakub Korpacz. Kolejne modele przechodzą więc swoistą kurację odmładzającą. Zamiast prostych płytek połączonych wiązkami kabli otrzymujemy sprzęt o konstrukcji modułowej, gdzie każdy element ma swoje miejsce, architektura urządzenia uwzględnia potrzeby każdej sekcji i możliwość rozbudowy, na przykład o płytki rozszerzeń, a wszystko jest spięte dokładnie przyciętymi wiązkami przewodów zakończonymi złączkami, co pozwala usprawnić montaż i ułatwia serwisowanie sprzętu. Otrzymujemy zatem wzmacniacze lampowe, które są piękne nie tylko z zewnątrz, ale także pod maską. Pierwszymi modelami produkowanymi w tej skrajnie nowoczesnej formie są Luna i Luna Mini. Jeśli porównacie ich wnętrze z archiwalnymi zdjęciami "bebechów" pierwszej Silver Luny, zrozumiecie, że dokonał się tu postęp nawet większy niż w dziedzinie wzornictwa. Oprócz bieżącej pracy i pilnowania kluczowych dla firmy procesów jej kierownictwo i załoga są mocno pochłonięci rozbudową fabryki, powoli przygotowując się do przeniesienia produkcji obudów do nowej hali.





Historia, do której można wrócić - lampy "Made in Poland"
O tym, że Fezz Audio jest firmą z ambicjami, dobitnie świadczy koncepcja, która zdążyła już rozpalić wyobraźnię audiofilów - plan rozpoczęcia, a właściwie przywrócenia produkcji polskich lamp elektronowych. Byłby to symboliczny powrót do tradycji sięgającej początków polskiej radiofonii i elektroniki. Brzmi to niemal niewiarygodnie, bo mówimy o technologii, która przez dziesięciolecia była częścią rodzimego zaplecza przemysłowego, a później zniknęła niemal całkowicie. Pierwsze polskie lampy powstawały już na początku lat dwudziestych XX wieku w niewielkiej, zatrudniającej dosłownie kilka osób warszawskiej firmie Radjopol. Pod koniec tej dekady lampy elektronowe według wzorów amerykańskich wytwarzała także firma Polon z Bydgoszczy. Produkcja wielkoskalowa została uruchomiona przez Philipsa w Polsko-Holenderskiej Fabryce Lampek Elektrycznych. W 1930 roku wybudowano tam hutę szkła, która już w początkowym okresie dostarczała 1500 baniek dziennie. Philips osiągnął na polskim rynku pozycję dominującego producenta, bliską monopolowi. Jego najpoważniejszym konkurentem były Warszawskie Zjednoczone Fabryki Żarówek Tungsram, które rozpoczęły produkcję odbiorczych lamp elektronowych w 1937 roku. Co się stało później, wszyscy chyba wiemy.
Produkcję wznowiono niemal od razu po wojnie. W 1946 roku uruchomiono w Dzierżoniowie Państwową Wytwórnię Lamp Radiowych (PWLR) w oparciu o sprzęt z dawnego laboratorium firmy Telefunken znajdującego się w Kowarach. Na początku lat pięćdziesiątych łączna krajowa produkcja wynosiła około 0,5 miliona, a w 1961 roku - około 9 milionów sztuk rocznie. Wytwarzaniem szklanych baniek zajmowały się między innymi Zakłady Wytwórcze Lamp Elektrycznych im. Róży Luksemburg w Warszawie (Telam), Doświadczalne Zakłady Lampowe Lamina w Piasecznie, Przemysłowy Instytut Elektroniki (włączony później w struktury Instytutu Tele- i Radiotechnicznego) czy Doświadczalne Zakłady Lamp Elektronowych Dolam we Wrocławiu. Co ciekawe, polskie lampy elektronowe takich marek jak Polam, Telam, Dolam i Lamina, oczywiście pochodzące ze starych zapasów magazynowych, można dziś bez problemu kupić w specjalistycznych sklepach (niektóre osiągają całkiem wysokie ceny).
Dzisiaj Fezz i Toroidy próbują tę historię nie tyle odtworzyć, ile napisać ją od nowa - z uwzględnieniem współczesnych norm środowiskowych, zaplecza badawczego i realiów rynku, który od lamp oczekuje nie tylko wyjątkowego brzmienia, ale też jakości, niezawodności i powtarzalności. W 2025 roku rodzinna firma będąca właścicielem marek Fezz Audio i Toroidy uzyskała unijne dofinansowanie na projekt badawczo-rozwojowy poświęcony opracowaniu nowoczesnych i bardziej przyjaznych środowisku lamp elektronowych do zastosowań audio. W lipcu tego samego roku podpisano trzyletnie porozumienie o współpracy z Łukasiewicz - ITR, którego celem jest odbudowa krajowych kompetencji i wznowienie produkcji lamp elektronowych w Polsce. Zakres tych prac pokazuje, że nie chodzi o sentymentalny gest wobec przeszłości, ale o próbę zbudowania współczesnych kompetencji produkcyjnych od podstaw. Mowa tu na przykład o zastąpieniu szkła ołowiowego bardziej zaawansowanym technicznie szkłem sodowo-wapniowym, opracowaniu technologii produkcji lamp wzmacniających, w tym triody 300B, zagospodarowaniu odpadów szklanych w cyklu produkcyjnym, stworzeniu luminoforu opartego o tlenek cynku dla lampy typu 6E5S oraz ograniczeniu zawartości baru w paście katodowej. Efektem projektu mają być trzy rodzaje lamp - prostownicza, wzmacniająca i elektronowy wskaźnik dostrojenia. Wartość całego przedsięwzięcia wynosi 3 178 097,64 zł, z czego 2 209 280,72 zł stanowi wkład z Funduszy Europejskich.
Jeżeli operacja zakończy się sukcesem, dla Toroidów i Fezza będzie to oznaczało nie tylko możliwość częściowego uniezależnienia się od zewnętrznych dostawców, ale też niesamowity prestiż. No bo ilu producentów wzmacniaczy wytwarza również własne lampy? KR Audio Electronics, którego lampy są wysoko oceniane przez audiofilów, ale wykorzystujące je wzmacniacze pozostają produktami niszowymi? Western Electric, w którego katalogu znajduje się całe jedno tego typu urządzenie (91E)? JJ Electronic, dla którego produkcja kompletnych komponentów audio była tylko krótkim epizodem? Najciekawszym azjatyckim przykładem jest japońska firma Takatsuki, oferująca zarówno własne lampy TA-300B, TA-274B, TA-274A i TA-2A3, jak i piękną końcówkę mocy TA-S01, wycenianą na 32 000 dolarów. Znalezienie kolejnych równie wszechstronnych manufaktur jest niezwykle trudne, co pokazuje, jak rzadkim i prestiżowym zjawiskiem jest połączenie tych kompetencji w ramach jednego przedsiębiorstwa.
Śledząc te niezwykle optymistyczne zapowiedzi, trzeba oczywiście zachować zdrowy rozsądek i właściwe proporcje, bo na razie mowa o kilkuletnim projekcie badawczo-rozwojowym, a nie o gotowych lampach stojących już na magazynowych półkach. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to ekscytujący projekt - wydarzenie o znaczeniu znacznie szerszym niż kolejny rozdział w historii jednej marki. Jak powiedział Lech Lachowski, nawet po tak długiej przerwie wciąż mamy w Polsce dysponujących wiedzą i doświadczeniem ludzi, zaplecze badawczo-rozwojowe, technologię i realną potrzebę wdrożenia takiego planu w życie. Teraz pozostaje tylko te elementy połączyć i cierpliwie czekać na efekty. Po lekturze niniejszego artykułu chyba nikomu nie trzeba udowadniać, że co jak co, ale umiejętność przekucia pojedynczych komponentów w gotowy, dopracowany produkt Fezz opanował do perfekcji.













Epilog
Choć historia Toroidów i Fezza bywa chwilami tak niezwykła, że mogłaby uchodzić za legendę o spełnionym marzeniu, w gruncie rzeczy jest opowieścią mocno osadzoną w realiach rynku, który nie wybacza ani błędów, ani naiwności, a sukces nagradza dopiero po latach cierpliwej, konsekwentnej pracy. To przecież nie tak, że na żadnym etapie tej podróży nie było problemów, przeciwności losu ani kosztownych błędów. Były, ale rodzina Lachowskich, dzięki wzajemnemu szacunkowi i wsparciu, nie traci czasu i energii na obrażanie się na rzeczywistość. Kiedy pojawia się problem, trzeba go rozwiązać. Kiedy brakuje funduszy, trzeba je zdobyć. A potem po prostu robić swoje - spokojnie, uparcie, nie szukając poklasku. Dla siebie.
I może właśnie w tym tkwi cały sens powyższej opowieści. Nie w tym, że gdzieś pod Białymstokiem powstała firma, która nauczyła się budować świetne wzmacniacze lampowe, lecz w tym, że nic nie wydarzyło się tu przypadkiem. Nie było momentu olśnienia, spektakularnego zwrotu akcji ani bajki o młodzieńcu, który znalazł garnek złota na końcu tęczy. Była za to wiedza zdobywana latami, cierpliwość, techniczne rzemiosło, odwaga do podejmowania ryzyka w odpowiednim momencie i rzadko spotykana umiejętność łączenia rzeczy, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują - rodzinnej skali działania z międzynarodowymi ambicjami, surowej inżynierii z wyczuciem formy, lokalnych tradycji z myśleniem o rynku globalnym, a wreszcie czarującego, lampowego brzmienia z nowoczesnym sposobem projektowania i produkcji.
Fezz nie wyrósł z biznesowego planu ani chwilowej mody na sprzęt retro, ale z pasji do muzyki, własnego warsztatu, potrzeby zrobienia czegoś wartościowego i z przekonania, że nawet w świecie pełnym gotowych rozwiązań wciąż warto budować własne. A jeśli ktoś po lekturze tego artykułu nadal uważa, że wielkie rzeczy mogą rodzić się wyłącznie w Monachium, Tokio czy Dolinie Krzemowej, być może powinien skręcić z głównej drogi, pojechać na Podlasie i zobaczyć to wszystko na własne oczy. Zdecydowanie warto!
Artykuł powstał we współpracy z firmą Fezz Audio.

















Komentarze