
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie, które po okresie kopiowania cudzych pomysłów przeszły do ofensywy, proponując audiofilom urządzenia nowoczesne, znakomicie wykonane i często bardzo atrakcyjnie wycenione. Reszta świata wciąż pozostaje jednak na marginesie. Owszem, od czasu do czasu trafiamy na ciekawy wzmacniacz z Serbii, kolumny z Litwy, słuchawki z Rumunii albo przetwornik z kraju, którego wcześniej nie kojarzyliśmy z produkcją sprzętu audio, ale większość klientów woli trzymać się utartych ścieżek. Jeżeli wydajemy na elektronikę kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych, chcemy mieć poczucie, że stoi za nią firma dysponująca odpowiednim doświadczeniem i zapleczem technicznym, mająca porządną sieć dystrybucji i obiecujące perspektywy dalszego rozwoju. Dokonując płatności, chcemy nie tylko mieć pewność, że wybraliśmy urządzenie, które nam odpowiada, ale też wiedzieć, że za rok czy dwa nasz sprzęt nie stanie się bezwartościowym złomem, firma nagle nie zniknie z rynku, a w razie drobnej awarii nie zostaniemy z problemem sami, kursując od serwisu do serwisu. Co by nie mówić, w przypadku znanych, funkcjonujących od wielu lat marek prawdopodobieństwo wpadki jest znacznie mniejsze, dlatego też na etapie niezobowiązujących odsłuchów audiofile często chwalą sprzęt początkujących, egzotycznych manufaktur, a koniec końców zabierają do domu NAD-a, Marantza, Cambridge'a, Yamahę, Hegla, Audiolaba albo Atolla. W grupie tych "pewniaków" ponownie pojawiają się te same kraje pochodzenia - Wielka Brytania, Japonia, Francja, Norwegia czy USA. Słowacja na pewno nie jest pierwszym kierunkiem, jaki przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o zakupie sprzętu hi-fi. A szkoda, ponieważ właśnie tam działa jeden z największych i najbardziej samowystarczalnych producentów elektroniki audio w naszej części Europy.

Kiedy w 2019 roku testowaliśmy Bluesounda Powernode 2i, całą opowieść rozpoczęliśmy od pytania o różnicę między audiofilem a melomanem. Ten pierwszy miał doskonale znać nazwy i symbole interesujących go urządzeń, studiować dane techniczne, testy i opinie użytkowników, a przymierzając się do zakupu wzmacniacza, wiedział już, jaki kabel zasilający do niego podłączy. Drugi miał po prostu szukać czegoś, co pozwoli mu komfortowo słuchać muzyki, nie przywiązując tak dużej wagi ani do parametrów, ani do symboli zastosowanych wewnątrz kości, ani do tego, co na temat danego sprzętu mają do powiedzenia specjaliści. Powernode 2i był produktem zaprojektowanym tak, aby ten podział przestał mieć znaczenie. Z jednej strony wyglądał jak niepozorne pudełko dla normalnego człowieka, który nie chce zastawiać salonu elektroniką, z drugiej - grał na tyle dobrze, że nawet doświadczeni audiofile musieli przynajmniej na chwilę odłożyć na bok swoje uprzedzenia. W gruncie rzeczy Bluesound zaproponował wówczas bardzo prosty układ. Klient wybiera kolumny, podłącza je do małej skrzynki, uruchamia aplikację i właściwie może już zapomnieć o całej reszcie. Nie musi zastanawiać się nad doborem wzmacniacza, streamera, przetwornika, przewodu łączącego te urządzenia ani nad tym, gdzie ustawić całą wieżę. Miał to być system all-in-one przede wszystkim dla melomana, ale taki, którego audiofil nie wyłączy po pięciu minutach z grymasem niezadowolenia.

Kiedy kilkanaście lat temu pojawiły się pierwsze wzmacniacze z wbudowanym przetwornikiem cyfrowo-analogowym, a później streamerem, wielu audiofilów traktowało je jak oznakę pogoni za modą, niegroźną ciekawostkę albo drogę na skróty. No bo jak to? Mielibyśmy zastąpić kilka wyspecjalizowanych urządzeń połączonych pięknymi i stanowczo zbyt drogimi kablami jakimś pudełkiem, które wewnątrz bardziej przypomina komputer niż porządny, uczciwy wzmacniacz? Takie wygodnictwo jest dobre dla osób, którym do szczęścia wystarczy budżetowy amplituner, a nie dla wymagających melomanów. Tymczasem owa "moda" rozkręciła się tak, że dotarła nawet do hi-endu. Dziś wzmacniacz sieciowy, lub jak kto woli system all-in-one, jest często punktem wyjścia do budowy systemu stereo. Coraz więcej osób chce mieć w salonie jedno urządzenie, które przejmie rolę klasycznego wzmacniacza, odtwarzacza sieciowego, przetwornika cyfrowo-analogowego, a przy okazji zajmie tyle miejsca, co grubsza książka. Dla takich ludzi powstał NAD M10, a później M10 V2. Najnowsza wersja z dopiskiem "V3" ma pokazać, że taki kompaktowy system all-in-one nie jest już eksperymentem, ale dopracowanym narzędziem do codziennego słuchania muzyki na wysokim poziomie.

Od kiedy sięgam pamięcią, Cyrus zajmował szczególne miejsce w audiofilskim uniwersum - siedział w jednej loży z brytyjskimi ekscentrykami, takimi jak Naim, Linn, Quad, Rega czy Chord. Każda z tych firm miała swoje własne, często niezwykle oryginalne pomysły na to, jak sprzęt stereo powinien wyglądać, działać i grać, ale łączyło je jedno - miały odwagę, by je realizować, nie oglądając się na innych. Znakiem rozpoznawczym Cyrusa stały się urządzenia zamknięte w charakterystycznych, wąskich i głębokich obudowach. Dziś na nikim nie robi to wrażenia, ponieważ kompaktowe komponenty stereo są zupełnie normalnym zjawiskiem, jednak w latach osiemdziesiątych, zdominowanych przez wieże zbudowane z klocków o standardowej szerokości 43-44 cm, takie podejście było na wskroś nowatorskie. Wrażenie na klientach robiła także jakość wykonania Cyrusów. Sztywne, odlewane obudowy zwiększały odporność sprzętu na zakłócenia i zapewniały mu ponadprzeciętną trwałość. Jednocześnie marka wypracowała własny, łatwo rozpoznawalny styl, którego nie da się pomylić z innymi producentami. Czarne pudełka z mocno oldschoolowymi przyciskami i zielonymi wyświetlaczami niektórym kojarzyły się ze starymi komputerami, innym z aparaturą laboratoryjną, a jeszcze innym ze starymi konsolami do gier lub pulpitem statku kosmicznego. Awangardowość systemów Cyrusa podkreślały firmowe stoliki w formie wysokich słupków z półkami zawieszonymi na jednej nodze. Ustawione na takim postumencie klocki zdawały się lewitować w powietrzu, a dodatkowo stelaż miał przepusty na kable, aby nic nie zaburzało dizajnu rodem z filmów Stanleya Kubricka. Co by nie mówić, manufaktura z Huntingdon umiała szokować. Z biegiem lat nowatorskie niegdyś pomysły stały się dla niej ciężarem. Stali klienci nie chcieli, aby cokolwiek zmieniano w tym charakterystycznym wzornictwie. Cyrus produkował więc całkiem nowoczesne przetworniki i streamery, które jednak wciąż wyglądały, jakby powstały w latach osiemdziesiątych. Na eksperymenty pozwalano sobie tylko w urządzeniach typu all-in-one, takich jak wprowadzony w 2013 roku Lyric czy zaprezentowany cztery lata później One. Wszystko wskazywało na to, że możliwe są tylko dwa scenariusze - albo firma będzie nadal produkować takie same klocki dla swoich wiernych fanów, albo zrzuci ten bagaż i ostro ruszy do przodu. Ruszyła. I to jak!

Przeciętny producent sprzętu grającego wprowadza na rynek kilka produktów w ciągu roku. Niektórzy są oczywiście bardziej płodni, ale istnieją też manufaktury, u których premiera zupełnie nowego modelu jest niesłychanym wydarzeniem, przypadającym może raz na pięć albo dziesięć lat. Aktywność poszczególnych marek obserwuję, chciałoby się powiedzieć, mimochodem, publikując na stronie naszego magazynu newsy, przygotowane na podstawie notek prasowych. Celowo użyłem terminu "aktywność", ponieważ sam fakt dodania nowego sprzętu do katalogu to jedno, a poinformowanie o tym potencjalnych klientów - drugie. Niektórych firm w naszym dziale nowości nie ma, mimo że nie siedzą bezczynnie, a inne mają tam niemalże stałe miejsce, takie w pierwszym rzędzie. Jestem ciekawy, czy zgadniecie, ile nowych produktów JBL-a opisaliśmy w tym roku (zaznaczam, że mamy dopiero początek września, a dodatkowo nie wszystkie wiadomości od JBL-a dotyczą stricte sprzętu audio, więc ich nie przepuszczamy). Dziesięć? Piętnaście? Nie. Dwadzieścia osiem. Biorąc pod uwagę to, że najgorętszy okres jeszcze przed nami, do końca roku licznik może dobić do czterdziestu.

Zapewne na palcach jednej ręki można policzyć miłośników sprzętu audio, którzy nie znają jednej z niekwestionowanych legend tej branży - Marantza. Od siedemdziesięciu lat firma ta wypuszcza na rynek naprawdę niesamowite urządzenia, które przez dekady kusiły swoim eleganckim wzornictwem, wysoką mocą i wspaniałym brzmieniem. Legendarne tunery i amplitunery z błękitnym podświetleniem skali i wskaźników wychyłowych, drewnianym obiciem obudowy i charakterystycznym, srebrnym wykończeniem płyty czołowej zawsze chwytały za serca i do dzisiaj cieszą się olbrzymim szacunkiem miłośników vintage audio. Na szczęście osoby, które mają obawy przed zakupem sprzętu mającego na karku, bagatela, prawie 50 lat, mają alternatywę, albowiem współczesny Marantz wychodzi naprzeciw potrzebom melomanów zakochanych w klasyce, którzy jednak chcieliby zamoczyć stopy w nowoczesności. W tym celu powstał świeżo zaprezentowany zestaw muzyczny, na który składają się odtwarzacz płyt kompaktowych ze streamerem CD 50n i wzmacniacz zintegrowany Model 50.

iFi Audio to marka, która szturmem wbiła się na rynek sprzętu stereo dziesięć lat temu. Pomysł był prosty - stworzyć całą serię miniaturowych urządzeń, z których każde będzie miało jedną funkcję, a w porównaniu z pełnowymiarowymi klockami konkurencyjnych firm będzie śmiesznie tanie. Dzięki identycznym obudowom każde takie pudełeczko - bez względu na to, czy był to przetwornik, wzmacniacz słuchawkowy, bufor lampowy czy phono stage - różniło się od pozostałych właściwie tylko wyposażeniem przedniej i tylnej ścianki oraz dołączonymi do opakowania akcesoriami. Ponieważ iFi Audio było blisko powiązane ze specjalizującą się w produkcji hi-endowych komponentów stereo firmą Abbingdon Music Research, którą wielu audiofilów kojarzyło z pięknymi, ładowanymi od góry odtwarzaczami płyt kompaktowych, maleńkie komponenty zaczęły sprzedawać się jak świeże bułeczki. To był prawdziwy szał. Ludzie chcieli więcej i więcej, a każdy nowy model wywoływał lawinę pytań i komentarzy - kto już widział, kto już słuchał, a dla kogo zabrakło. Na przestrzeni czterech lat przetestowaliśmy aż dziewięć modeli iFi Audio - iTube Micro, iCAN Micro, iDSD Micro, iDSD Nano, iCAN Nano, iPhono Micro, iDAC2 Micro, iOne Nano i iGalvanic 3.0. Później sprawa przycichła. Może nie od razu, ale można było odnieść wrażenie, że z miesiąca na miesiąc o urządzeniach tej marki mówi się coraz mniej. Dziwne, prawda?

Kolekcjonowanie sprzętu audio jest niezwykle rzadkim zjawiskiem. Nie mam tu na myśli rozbudowywania jednego lub nawet kilku systemów stereo, ale coś wykraczającego poza ten schemat - kupowanie urządzeń hi-fi tylko dlatego, że są wyjątkowe albo pasują do tych, które już udało nam się zebrać. Znam ludzi posiadających kilkanaście modeli słuchawek, jeden z moich znajomych uzbierał kilkadziesiąt przenośnych odtwarzacze kaset, niektórzy mają całe poddasze zawalone vintage'owymi klockami, z których większość to graty kupione nieraz za kilkadziesiąt złotych, ale żeby zamawiać nowy sprzęt w celu powiększenia swojej kolekcji i okazjonalnego podłączania go do odsłuchu? To się raczej nie zdarza. Mimo to specjalne, limitowane, jubileuszowe produkty nie są niczym niezwykłym. Dlaczego? Trudno uwierzyć, żeby cały ten sprzęt był wytwarzany wyłącznie dla prywatnych kolekcjonerów, garstki szczęśliwców, którym nie kończy się ani złoto, ani miejsce w pałacu, który wybrali sobie na lokalizację swojego "muzeum". Bardziej prawdopodobne wydają się trzy inne wytłumaczenia. Pierwsze - kiedy producent chce zrobić prezent swoim największym fanom. Sprzęt nie jest rzecz jasna rozdawany za darmo, ale bywa tak wyjątkowy, że audiofile z łezką w oku wspominają go jeszcze wiele lat później. Drugie - kiedy specjalna edycja niewiele różni się od pierwowzoru, ale jeśli jest tylko nieznacznie droższa, klienci chętnie decydują się na wersję z podpisem założyciela firmy. I wreszcie trzecie - kiedy specjalne wersje są czymś w rodzaju dobrego, pozytywnego oszustwa. Nagle w katalogu pojawiają się na przykład słuchawki, które wyglądają jak model ze średniej półki, ale mają przetworniki po chamsku podwędzone z flagowca kosztującego kilkanaście tysięcy złotych. Takie "prezenty" podobają mi się najbardziej, bo nie dość, że łamią pewien schemat, to jeszcze korzystają na nich wyłącznie zapaleńcy. Nie są to ludzie, których "muzyczna pasja" kończy się na tym, że mają pieniądze na hi-endowy system wniesiony, podłączony i ustawiony przez fachowców, ale doświadczeni melomani, którzy doskonale wiedzą, co w trawie piszczy. Wiele wskazuje na to, że kolejnym przykładem takiego audiofilskiego janosikowania jest diamentowy system Rotela - wzmacniacz zintegrowany RA-6000 i odtwarzacz płyt kompaktowych DT-6000.

W świecie audiofilskiego sprzętu Naim zawsze był odmieńcem. Kiedy czterdzieści lat temu wszyscy zachwycali się nowym medium, jakim była płyta kompaktowa, manufaktura z Salisbury zbojkotowała ten format, opowiadając się za winylami. Brytyjczycy ostatecznie się złamali, ale chyba tylko dlatego, że w latach dziewięćdziesiątych nie było już wyboru. Powoli rozpędzała się wówczas moda na systemy wielokanałowe, jednak Naim zupełnie się tym nie przejął. Niby coś próbował, wprowadzając na przykład jednoczęściowy kombajn z odtwarzaczem płyt DVD, ale później niewiele się w tym temacie działo i po dziś dzień katalog tej marki jest zdominowany przez urządzenia stereofoniczne. Ale to dopiero początek historii. Podczas gdy zdecydowana większość producentów elektroniki stara się budować produkty ładne, czasami wręcz urzekająco piękne, Naim od samego początku proponował nam brzydkie, czarne klocki, przywodzące na myśl prostowniki do akumulatorów albo sprzęt pracujący w profesjonalnych serwerowniach. Każda normalna firma stara się także montować w swojej aparaturze normalne, standardowe, powszechnie stosowane złącza, ale nie, to by było zbyt proste. Dlatego Brytyjczycy przez wiele lat uparcie stosowali DIN-y różniące się liczbą i kątem rozstawienia pinów oraz wiele innych, dziwnych gniazd, przeważnie zasilających. Oprócz tego zamieniali miejscami terminale głośnikowe, rekomendowali stosowanie niezwykle długich kabli (co miało po części rekompensować brak zabezpieczeń w końcówce mocy) i odradzali swoim klientom zabawę z akcesoriami zasilającymi. Żeby jeszcze te dziwaczne graty były tanie, ale nigdy nie były. Jeśli prowadzicie firmę produkującą sprzęt hi-fi i zastanawiacie się, co zrobić, aby zniechęcić klientów do jego zakupu i maksymalnie utrudnić życie tym, którzy mimo wszystko się na to zdecydują, możecie śmiało brać z Naima przykład.

Atoll jest dla mnie specjalistą od wzmacniaczy. Wszystko jedno, czy mówimy o tańszych modelach, takich jak IN80 Signature i IN100 Signature, czy może o bardziej wypasionych konstrukcjach w stylu IN200 Signature lub AM300, pewien zestaw cech zawsze się powtarza - jest to sprzęt porządny, zaprojektowany i wykonany w tradycyjny sposób, może mało zachwycający z zewnątrz, za to imponujący w środku i podczas odsłuchu. Francuzi nie mają w zwyczaju fundować klientom rewolucji w sferze wzornictwa, nie stosują idiotycznie drogich gniazd, w nosie mają opowieści o wibroakustyce, ale dbają o to, co najważniejsze, trzymając się z dala zarówno od lamp, jak i wzmacniaczy pracujących w klasie D. Jeżeli szukacie porządnego, tranzystorowego piecyka, który jest zbudowany jak za starych, dobrych czasów, a do tego tle konkurencji wydaje się być całkiem rozsądnie wyceniony, to szukacie Atolla. Ze źródłami tej marki nie jestem aż tak dobrze obeznany. Przez dłuższy czas byłem przekonany, że Francuzi okopali się w obozie obrońców płyty kompaktowej. Byłem w błędzie. Atoll od dłuższego czasu inwestuje w przetworniki i streamery, odnosząc na tym polu sukcesy, jakich po tak skromnej firmie bym się nie spodziewał. Nic dziwnego, że w katalogu pojawiły się również systemy all-in-one. I nie mówimy tu o budżetowych samograjach mających dobrze prezentować się na komodzie pod telewizorem, ale o pełnowymiarowych urządzeniach łączących w jednej obudowie klasyczny wzmacniacz zintegrowany i nowoczesny odtwarzacz strumieniowy. Krótko mówiąc, ma to być propozycja dla audiofilów, którzy i tak rozważają zakup dwóch klocków, a tak mogą uprościć sprawę i zaoszczędzić sporo pieniędzy. Dlatego właśnie w moje łapska trafił topowy jednoczęściowy system Atolla - SDA300 Signature.
Piotr