
W katalogach dużych producentów sprzętu audio są produkty, których rola staje się oczywista już po kilku sekundach. Wystarczy spojrzeć na nazwę, cenę, konstrukcję i miejsce w ofercie, aby mniej więcej wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Model podstawowy, model ambitniejszy, bezprzewodowa wersja czegoś znanego, tańszy wariant flagowca, następca bestsellera, produkt rocznicowy albo odpowiedź na bardzo konkretny trend. Audio-Technica również daje nam wyraźne wskazówki, abyśmy wiedzieli, jak czytać jej ofertę. Najnowsze słuchawki ATH-M60x zdają się jednak wymykać temu prostemu porządkowi. Niby należą do jednej z najbardziej rozpoznawalnych rodzin słuchawek studyjnych na rynku, niby korzystają z technicznego zaplecza kojarzonego z kultowymi ATH-M50x, niby oznaczenie sugeruje logiczny krok gdzieś między M50x a M70x, a jednak po bliższym poznaniu okazuje się, że to zupełnie osobny pomysł. Nie lepsze M50x. Nie mniejsze M70x. Nie model przejściowy, który wypełnia lukę w cenniku. Wygląda to raczej na próbę przeniesienia charakteru serii M do świata, w którym liczą się kompaktowość, szybkość obsługi, niewielka masa i praca w warunkach mniej wygodnych niż domowy fotel czy spokojne stanowisko odsłuchowe. Z jednej strony producent otwarcie informuje, że w ATH-M60x zastosowano te same przetworniki, co w modelu ATH-M50x, z drugiej zaś wzmocniona konstrukcja, wymienne pady wypełnione pianką z efektem pamięci kształtu, a nawet firmowe zdjęcia sugerują, że to właśnie "sześćdziesiątki" powinniśmy wpisać na swoją listę, szukając wytrzymałych, pewnych, sprawdzonych słuchawek za niewielkie pieniądze.

Beyerdynamic to jedna z tych marek, o których trudno pisać bez należnego jej szacunku, ale coraz trudniej robić to bez poczucia pewnego rozżalenia czy wręcz zwątpienia. Szacunku - bo mówimy o firmie zasłużonej, z ogromnym dorobkiem, silną tożsamością i wieloma modelami, które w świecie słuchawek osiągnęły status niemal pomnikowy. Rozżalenia - bo przez długi czas można było odnieść wrażenie, że Niemcy pilnują własnej legendy i odcinają od niej kupony zamiast aktywnie walczyć o nowe terytoria. Niby wszystko się zgadza - jest historia, jest rzemiosło, jest marka o potężnym dorobku, są produkty, które od dekad funkcjonują w studiach nagraniowych, rozgłośniach i domach ludzi naprawdę zainteresowanych dźwiękiem. A jednak gdzieś po drodze zaczęło brakować poczucia, że to właśnie Beyerdynamic nadaje dziś ton. Rynek słuchawek odjechał w ciągu ostatnich kilkunastu lat bardzo daleko, rozwijając się w kilku kierunkach jednocześnie. Jedni producenci obrali kurs na hi-end, drudzy postawili na modele bezprzewodowe, inni na słuchawki planarne, a jeszcze inni na zaawansowane technicznie, luksusowe IEM-y. Kto wygrał? W zasadzie każdy, kto wykazuje się wzmożoną aktywnością, bo rynek rozwinął się do tego stopnia, że trudno popełnić błąd i trafić w próżnię. Beyerdynamic mógł obrać dowolną ścieżkę rozwoju, ale postanowił grać bezpiecznie i robić swoje, jakby każda zmiana na rynku miała być tylko chwilowym trendem. W rezultacie firma wciąż jest kojarzona głównie z modelami DT 770 PRO, DT 880 PRO i DT 990 PRO, czyli słuchawkami zasłużonymi, uwielbianymi, nadal szalenie sensownymi, ale jednak należącymi do innej epoki. Odnoszę wrażenie, że niedawno ktoś w Heilbronn to zauważył i postanowił powoli, małymi krokami wyjść ze stagnacji - przypomnieć wszystkim, że Beyerdynamic to nie tylko kawał historii, ale firma, która może nas jeszcze zaskoczyć. Kiedy nadarzyła się okazja, postanowiłem więc przetestować jej najnowsze dzieło - zaprojektowane z myślą o profesjonalistach dokanałówki DT 30 IE.

Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy. HD 414, HD 580, HD 600, HD 650, HD 800, Orpheus, a do ostatnich hitów z pewnością można zaliczyć HD 660S2 i stosunkowo świeże HD 490 PRO. To nie są po prostu kolejne symbole w katalogu, ale punkty odniesienia, do których prędzej czy później wraca każdy, kto interesuje się słuchawkami trochę poważniej niż na zasadzie "byle grały i miały wytrzymały akumulator". Sennheiser ma jednak pewien sekret, którego świadomi są tylko wkręceni w temat profesjonaliści i audiofile - zdecydowanie preferuje konstrukcje otwarte. Najsłynniejsze, najbardziej kochane i najczęściej wspominane modele tej firmy nie izolowały słuchacza od otoczenia. Zupełnie jakby konstruktorzy Sennheisera chcieli powiedzieć, że choć zamknięcie muzyki w ciasnym pudełku jest technicznie możliwe, nie jest korzystne z punktu widzenia jakości brzmienia. Oczywiście Sennheiser produkował też słuchawki zamknięte. Nie można udawać, że nie było HD 25, HD 280 PRO, HD 380 PRO, Momentum czy wielu innych modeli, z których część zdobyła bardzo mocną pozycję w studiach, radiu, na scenie albo w codziennym użytkowaniu. Rzecz w tym, że kiedy myśli się o Sennheiserze jako o firmie, która wyznacza standardy brzmienia, przed oczami najczęściej stają konstrukcje otwarte. HD 600 i ich pochodne przez lata były czymś w rodzaju audiofilskiego wzorca metra z Sèvres. HD 800 pokazały, jak daleko można przesunąć granice przestrzeni i przejrzystości w dużych słuchawkach dynamicznych. HD 490 PRO, które całkiem niedawno namieszały na rynku, też są otwarte. Zamknięte Sennheisery pełniły bardziej konkretne role. Były stworzone do pracy, do izolacji, dla DJ-a, dla realizatora - kogoś, kto nie może pozwolić sobie na "przeciek" do mikrofonu. Robiły to, co powinny, nie odstawały od konkurencji ani nie zbierały negatywnych opinii. Były dobre, ale trudno pozbyć się myśli, że brakowało w nich tego błysku, przekonania i poczucia, że oto firma po raz kolejny pokazuje, jak powinny brzmieć słuchawki. Przypadek?

Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne zaczynają od przenośnych wzmacniaczy, odtwarzaczy, przetworników, dokanałówek, małych urządzeń biurkowych i akcesoriów, a dopiero po latach dochodzą do wniosku, że skoro zbudowały już techniczne zaplecze, doświadczenie produkcyjne i zaufanie użytkowników, mogą spróbować sił w czymś znacznie trudniejszym. FiiO należy do tej drugiej grupy. Marka założona w 2007 roku w Kantonie przez długi czas była kojarzona przede wszystkim z urządzeniami przenośnymi i biurkowymi, które pozornie wydawały się ze sobą niepowiązane, ale miały jedną wspólną cechę - charakteryzowały się wyjątkowo korzystną relacją jakości do ceny. Nie zawsze były najpiękniejsze, nie zawsze najbardziej luksusowe, ale zwykle dawały użytkownikowi poczucie, że za naprawdę niewielkie pieniądze dostał coś przemyślanego, nowoczesnego i kompletnego. W ostatnich latach FiiO zaczęło jednak coraz śmielej wychodzić poza tę bezpieczną strefę. Oferta rozrosła się do rozmiarów, które jeszcze dekadę temu trudno byłoby sobie wyobrazić. Obejmuje odtwarzacze przenośne, streamery, przetworniki, wzmacniacze słuchawkowe, dokanałówki, słuchawki Bluetooth i pełnowymiarowe modele wokółuszne. W tym ostatnim segmencie chiński producent nie miał oczywiście takiego bagażu historii jak Sennheiser, Beyerdynamic, Audeze czy HiFiMAN, ale miał coś innego - świeżość, zaplecze produkcyjne i gotowość do agresywnej gry cenowej. Modele FT1, FT3 i FT5 pokazały, że FiiO traktuje ten temat poważnie, ale dopiero FT7 można uznać za prawdziwy sprawdzian dojrzałości. To nie jest kolejny "rozsądny" model, ale obecny flagowiec pełnowymiarowych słuchawek FiiO - otwarty model planarny z autorskimi przetwornikami, drewnianymi grillami, bogatym wyposażeniem i ceną, która stawia go w samym środku jednego z najciekawszych, ale też najbardziej bezlitosnych segmentów rynku.

Meze Audio jest jednym z producentów, którzy w ciągu zaskakująco krótkiego czasu przeszli drogę od ciekawostki z peryferii rynku do roli jednego z najważniejszych graczy w segmencie słuchawek klasy premium. Rumuńska marka, założona przez industrialnego projektanta Antonio Meze, zbudowała swoją pozycję na połączeniu rozpoznawalnego wzornictwa, dopracowanej ergonomii i muzykalnego, przyjaznego brzmienia. Pierwszym wielkim hitem i przełomem dla maleńkiej wówczas manufaktury były oczywiście 99 Classics, które z czasem doczekały się kolejnych wcieleń i całej rodziny pokrewnych modeli. Później pojawiły się jeszcze tańsze 99 Neo oraz dokanałówki 12 Classics i 11 Neo, ale to był zaledwie wstęp, ponieważ niedługo potem rumuńska firma przestała się szczypać i odważnie weszła w świat hi-endowych słuchawek planarnych, prezentując takie modele jak Empyrean, Elite i Liric. I to był strzał w dziesiątkę. Manufaktura z Baia Mare, choć już dzięki 99 Classics była kojarzona ze sprzętem wysokiej jakości, nagle zaczęła być postrzegana jako jeden z absolutnych liderów w branży i stawiana obok takich gigantów jak Sennheiser, Audeze czy Focal. Po kilku latach konsekwentnego budowania tego wizerunku Meze Audio stało się marką, którą nawet mniej osłuchani melomani potrafią wskazać po samym kształcie muszli. Katalog firmy miał jednak wyraźną lukę. Z jednej strony relatywnie przystępne cenowo, zamknięte 99 Classics, z drugiej wyżej pozycjonowane otwarte modele dynamiczne oraz bardzo drogie konstrukcje planarne. Brakowało słuchawek zamkniętych, wyraźnie audiofilskich, ale wciąż w zasięgu entuzjasty, który nie chce od razu wchodzić w okolice flagowców. Tę lukę ma wypełnić Strada - zamknięty, wokółuszny model dynamiczny wyceniony na 3499 zł.

Sennheiser to jedna z tych firm, które w świecie audio nie potrzebują przedstawienia. Jej historia zaczęła się w 1945 roku, kiedy to profesor Fritz Sennheiser założył w pobliżu Hanoweru niewielkie laboratorium zajmujące się techniką elektroakustyczną. Przez kolejne dekady firma rozwijała się, wprowadzając na rynek kolejne mikrofony, systemy bezprzewodowe i słuchawki, które na stałe weszły do kanonu branży. Modele takie jak HD 414, HD 600 czy HD 800 stały się punktami odniesienia w swoich klasach, a marka utrwaliła reputację producenta, który łączy inżynierską precyzję z konsekwencją rzadko spotykaną w świecie elektroniki konsumenckiej. W ostatnich latach katalog Sennheisera zaczął się rozgałęziać. Obok typowo audiofilskich konstrukcji pojawiły się słuchawki stworzone z myślą o codziennym użytkowaniu - bezprzewodowe, kompaktowe, wyposażone w ANC i funkcje, których nie znajdziemy w klasycznych modelach dla purystów. Najbardziej rozpoznawalny przykład tego lifestyle'owego nurtu stanowi seria Momentum, łącząca nowoczesny design z charakterystycznym brzmieniem, które miało pozostać możliwie blisko tego, co marka oferowała w swoich bardziej ambitnych konstrukcjach. Pytanie tylko, czy da się te dwa światy pogodzić - stworzyć słuchawki, które będą wygodne, praktyczne, odporne na trudy codziennego użytkowania, a jednocześnie zaoferują jakość, jakiej oczekują klienci znający historię Sennheisera i przyzwyczajeni do jego audiofilskich standardów. Odpowiedzią mają być najnowsze słuchawki niemieckiej firmy - HDB 630.

Bowers & Wilkins to brytyjski producent sprzętu audio, znany głównie z kolumn wykorzystywanych w Abbey Road czy nietuzinkowego modelu Nautilus. Od ponad dekady firma eksploruje też rynek słuchawek - od klasycznych modeli przewodowych serii P po nowoczesne konstrukcje bezprzewodowe z ANC. Dziś segment luksusowych słuchawek bezprzewodowych z aktywną redukcją hałasu jest polem zaciętej rywalizacji. Wymagający melomani mogą zdecydować się na topowe modele popularnych marek, takich jak Apple czy Sony, ale jeszcze bardziej kuszące wydają się propozycje firm od lat kojarzonych z hi-endowym sprzętem, jak chociażby Focal Bathys, Mark Levinson Nº 5909 czy zaprezentowane zaledwie kilka dni temu Loewe leo. I właśnie teraz Bowers & Wilkins zaprezentował swój nowy model flagowy, Px8 S2, czyli następcę bardzo udanego Px8. Producent deklaruje, że to najlepsze słuchawki, jakie kiedykolwiek stworzył. Przeglądając broszury i dane techniczne, przelatujemy przez kolejne udoskonalenia konstrukcyjne - przeprojektowane muszle, bardziej rozbudowane układy elektroniczne, modyfikacje poprawiające komfort użytkowania, usprawniona łączność z obsługą najnowocześniejszych funkcji i kodeków czy skuteczniejszy system ANC. Cena pozostała jednak na takim samym poziomie, a nawet delikatnie spadła. Kiedy trzy lata temu informowaliśmy o rynkowej premierze Px8, kosztowały one 3349 zł. Px8 S2 wyceniono natomiast na 3199 zł. Ciekawe, prawda? Skoro Bowers & Wilkins nie podniósł poprzeczki do poziomu 4999-5699 zł (ceny słuchawek Mark Levinson Nº 5909 i Loewe leo w momencie premiery), to czy nowe Px8 S2 mogą wyznaczyć punkt odniesienia w swojej kategorii i stać się nowym standardem bezprzewodowego audio?

Jeszcze kilkanaście lat temu słuchawki za około 3000-4000 zł uchodziły za produkt ekskluzywny, graniczący niemal z ekstrawagancją. Rynek był wówczas bardziej przewidywalny - w segmencie hi-end rządziły znane, mogące pochwalić się wieloletnim doświadczeniem firmy, a najbardziej wyczynowe, egzotyczne konstrukcje kosztowały w granicach kilku tysięcy złotych i były pokazywane głównie na wystawach, bardziej jako atrakcja i ciekawostka niż propozycja do rozważenia. Kto poza garstką totalnych szaleńców mógłby być zainteresowany kupnem takich nauszników? Dziś ta granica została przesunięta kilkukrotnie, a sprzęt, który kiedyś postrzegany był jako topowy, to dziś co najwyżej klasa średnia. Wybór jest dziś ogromny - od wyrobów "starej gwardii", takich jak Beyerdynamic T5 v3, Audio-Technica ATH-ADX3000 czy Sennheiser HD 660S2, przez dojrzałe modele planarne, jak chociażby Audeze LCD-2 Classic, aż po sprzęt nowej fali europejskich producentów. Jednym z nich jest Meze Audio - rumuńska marka, która zaledwie dekadę temu zaczynała swoją przygodę od prostych modeli dynamicznych, a dziś nie tylko konkuruje z gigantami, ale sama staje się punktem odniesienia.

W ostatnich latach miałem styczność z wieloma modelami słuchawek nausznych i wokółusznych. Jedne lepiej sprawdzały w określonych gatunkach muzycznych i w codziennym użytkowaniu, na przykład na spacerze lub w pracy. Inne zapewniały wyjątkowo dobry dźwięk, ale kulały w czasie telekonferencji lub gubiły się po podłączeniu do kilku urządzeń jednocześnie. Każdy z modeli miał tę samą bolączkę, a właściwie niedogodność, z którą oczywiście można było sobie poradzić, jednak nie zawsze chciało się to robić. Chodzi tu o odtwarzanie muzyki wysokiej rozdzielczości. Nawet jeśli wybierzemy nauszniki, które powinny ten dar mieć, później okazuje się, że niekoniecznie współpracują z telefonem lub laptopem wyposażonym w łączność Bluetooth starszego typu, ponieważ ten jest dla nich zwyczajnie za słaby wydajnościowo jeśli chodzi o przesyłanie danych. Jakimś rozwiązaniem jest przesiadka na połączenie przewodowe, na przykład przez kabel USB, ale spójrzmy prawdzie w oczy - kto w dzisiejszych czasach kupuje słuchawki bezprzewodowe aby od razu wiązać je na smyczy? Jakość możliwa do wygenerowania bezprzewodowo jest na tyle dobra, że powinna zaspokoić codzienne potrzeby użytkowników, a słuchanie plików hi-res, użycie kabla czy zabawa z kodekami to tematy, które interesują chyba tylko audiofilów. Nie zmienia to faktu, że czasem chciałoby się zakosztować dźwięku wysokiej próby i to najlepiej bez plączącego się kabla lub przejściówek. Okazuje się, że można połączyć przyjemne z pożytecznym i dzięki pewnemu bardzo sprytnemu rozwiązaniu ominąć problem kodeków czy różnych wersji systemu Bluetooth po stronie słuchawek i źródła. Zainteresowani?

Bowers & Wilkins to firma, która w świecie audio ma status legendy. Nie bez powodu. Od lat sześćdziesiątych tworzy sprzęt, który trafia zarówno do domów melomanów, jak i - czym marka lubi się chwalić, choć konkurencja celująca w rynek profesjonalny ma na tym polu znacznie większe dokonania - do najbardziej wymagających realizatorów nagrań. Kolumny z serii 800 Diamond są używane w Abbey Road Studios, a modele z serii 600 i 700 należą do tych produktów, których w zasadzie nie trzeba reklamować. Są dostępne od dawna i ulepszane z generacji na generację, a dla audiofilów stanowią punkt odniesienia w kategorii zestawów głośnikowych, które można postawić w salonie. Ale to nie wszystko, bowiem Bowers & Wilkins ma również spore doświadczenie w produkcji słuchawek. Pierwszym, odważnym podejściem do tego tematu były P5 z 2010 roku, których prywatnie wciąż używam. Te eleganckie, skórzane, smukłe nauszniki po piętnastu latach wciąż wyglądają jak nowe i mogą pochwalić się świetnym brzmieniem. Oczywiście nie katuję ich zbyt mocno, bo mają dla mnie wartość sentymentalną, ale ich przykład pokazuje, jak poważnie Brytyjczycy potraktowali tę nową część swojej oferty. Postarali się i przyłożyli chyba nawet bardziej niż do zestawów głośnikowych, przewidując, że już niebawem rynek słuchawek eksploduje i każdy będzie chciał odkroić sobie kawałek tego smakowitego tortu. P5 przetarły szlak, którym poszły kolejne modele, takie jak P7, P9 Signature, a w ostatnich latach - seria PX, która przeszła ogromną ewolucję. Model Px7 S2e z 2023 roku spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. Chwalono go za wysoką jakość wykonania, świetne przetworniki i naturalne, ale lekko ocieplone brzmienie. Ale konkurencja nie śpi. JBL, Focal, Bang & Olufsen czy Sennheiser raz po raz podkręcają tempo. Dlatego nie próżnuje też Bowers & Wilkins. Jeśli się nie mylę, ostatnio dość długo trwała cisza w eterze i nie widzieliśmy zbyt wielu nowych modeli tej marki. Ostatnim dużym wydarzeniem była premiera bezprzewodowych dokanałówek Pi6 i Pi8 w sierpniu zeszłego roku. I wreszcie doczekaliśmy się "tego momentu" - oto nowe Px7 S3.
Bogdan