Nieczęsto zdarza się, abym recenzował składanki. Ba, nawet ich za bardzo nie słucham. Dzieje się tak dlatego, że nawet najlepiej dobrane kompilacje, choćby były włączone do oficjalnej dyskografii artysty, zwykle nie oddają w pełni jego kunsztu muzycznego. Owszem, usłyszymy największe przeboje, ale tak naprawdę nie poznamy wszystkich ukrytych smaczków i nietypowych utworów, które niekoniecznie wybiły się wśród mas, a mogą okazać się prawdziwymi perełkami. Jednakże w przypadku twórczości Grzecha Piotrowskiego - polskiego saksofonisty, kompozytora, producenta, wydawcy i aranżera - jeśli zdecydujemy się na zakup składanki, wcale nie będziemy stratni. Wręcz przeciwnie, "The Best Of Grzech Piotrowski" jest albumem tak znakomicie wydanym, iż możemy jedynie zyskać, przy okazji poznając jedne z ciekawszych kompozycji jazzmana.
Spośród wszystkich gatunków, których słucham, najbardziej zaskakuje mnie to, jakie odmiany jazzu do mnie trafiają. W żadnym wypadku nie jestem koneserem jazzu i mam bardzo dziwaczne kryteria. Z jednej strony lubię klasykę, big-bandy, bebop i hard-bop, z drugiej podoba mi się jazz-funk, neo-bop i niektóre odmiany nu-jazzu i fusion. Nie trawię natomiast free-jazzu i eksperymentalnych improwizacji. Co więc skłoniło mnie do przesłuchania nowego dzieła polskiej grupy EABS? Wystarczyła mi krótka próbka pierwszego utworu, aby przez moją głowę przewinęła się myśl, że to jest coś świeżego, przynajmniej dla mnie. Później nastąpiło krótkie wyszukiwanie informacji o zespole i od razu poczułem, że jestem u siebie. Akronim rozwija się do Electro-Acoustic Beat Sessions, a sam zespół ma na koncie wiele udanych wydań, nagród i sukcesów zagranicznych. Po chwili zorientowałem się, że przecież kojarzę tę okładkę. I nie myliłem się, bowiem "Reflections of Purple Sun" jest nowoczesną interpretacją klasycznego albumu kwintetu Tomasza Stańki "Purple Sun", od którego zapożyczono również motyw z okładki, niejako go remasterując. Jak więc wyszła ta "aktualizacja" dzieła mistrza?
Aby usiąść i nagrać autorski materiał tylko za pomocą jednego instrumentu, trzeba być na sto procent pewnym tego, co chcemy przekazać. Trzeba również być pewnym swoich umiejętności, żeby nie okazało się, że temat nas zwyczajnie zje i nic dobrego z tego nie wyjdzie. Granie solo, czy to w studio, czy na żywo, nie jest w żadnym wypadku sprawą prostą. Nie raz oglądałem występy muzyków, głównie jazzowych, samotnie wychodzących naprzeciw publiczności i robiło to piorunujące wrażenie. Płyty, o której mam zamiar napisać, również nie miałbym w swoich zbiorach gdyby nie koncert, chociaż z muzyką Marcina Olaka zetknąłem się już parę dobrych lat wcześniej. Album "Music From Non-Existent Movies" to jedna z dwóch pozycji z roku 2020, na których można usłyszeć grę tego utalentowanego gitarzysty. Tą drugą jest nie mniej ciekawa rzecz, bo nagrał ją w kwartecie z Anną Gadt (wokal), Annemie Osborne (wiolonczela) i Patrykiem Zakrockim (skrzypce). Możliwe, że kiedyś o "Spontaneus Chamber Music 3" napiszę kilka słów, jednak teraz chciałbym skupić się na solowym materiale Marcina.
Trio Marcina Wasilewskiego już dawno przeszło eliminacje do jazzowej Ligi Mistrzów. Muzycy pod wodzą polskiego pianisty od kilku lat trzymają nieziemską formę, a każda płyta z ich udziałem powoduje szybsze bicie serca. Nie inaczej było podczas pojawienia się w tym roku albumu "Arctic Riff", nagranego wspólnie z jednym z najwybitniejszych saksofonistów - Joe Lovano. Kapitalne brzmienie to standard w wytwórni ECM. Manfred Eicher po raz kolejny stara się, by muzyka jego podopiecznych brzmiała perfekcyjnie. "Arctic Riff" i tu nie jest wyjątkiem. Jedenaście utworów to uczta dla uszu i duszy, a do tego świetna jakość dźwięku - separacja instrumentów, selektywność i niesamowita plastyczność. Kiedy postanowimy podbić głośność, dźwięk momentalnie stanie się jeszcze bardziej intensywny i pełniejszy.
"Ill Considered 6" stanowi logiczną kontynuację swojego poprzednika i w zasadzie mógłby tworzyć z nim jeden album. Sugeruje to nawet okładka, będąca po prostu lustrzanym odbiciem tej zdobiącej "piątkę". Jedyny sens podzielenia tego materiału na dwie części widzę w chęci zachowania "winylowego" czasu trwania każdego z nich, choć drobna selekcja mogłaby temu szybko zaradzić, dając w pełni dopracowaną, odpowiednio różnorodną, a przy tym spójną płytę. Ale przede wszystkim, jest to najlepsze, jak do tej pory, studyjne wydawnictwo Ill Considered (choć debiut jest silną konkurencją). Zgodnie z duchem jazzu, ogromna pracowitość (dla przypomnienia, 9 albumów w ciągu półtora roku) nie wymęczyła muzyków i ich zgrania i zdolności do zdyscyplinowanej improwizacji, która jest podstawą wszystkich utworów zespołu.
Do połowy lat siedemdziesiątych jazz (i różne wariacje na jego temat) był jednym z dominujących gatunków w muzyce, a także źródłem inspiracji dla niezliczonych twórców z innych stylistyk. Z czasem, niestety, taka muzyka była zmuszona zejść do tak zwanego podziemia, w którym pozostała do dziś. Trudno stwierdzić, czy wina leży przede wszystkim po stronie słuchaczy, mediów, czy wytwórni, gdyż wszystkie te grupy konsekwentnie zaczęły tracić zainteresowanie jazzem. Nawet jego bardziej przystępne odmiany pozostają dziś na marginesie, tym samym nie jest łatwo dotrzeć do nowych interesujących wydawnictw jazzowych (choć strona internetowa Rate Your Music czyni w tej materii prawdziwe cuda), a tym bardziej takich, przy których zechcielibyśmy zostać dłużej. Jednym z ciekawszych jazzowych projektów ostatnich lat jest brytyjski kwartet Ill Considered, obecnie tworzony przez saksofonistę i klarnecistę Idrisa Rahmana, basistę i kontrabasistę Leona Bricharda, perkusistę Emre Ramazanogluego i perkusjonalistę Satina Singha. Jedynie na początku istnienia zespołu ostatnie z tych stanowisk zajmował Yahael Camara-Onono.
Analogia z King Gizzard nasuwa się sama, jednak nie jest do końca słuszna. Bo jednak muzyka Ill Considered ma bardziej spontaniczny charakter - wiele utworów to podobno w ogóle nie planowane improwizacje - tworzenie jej zajmuje zatem mniej czasu. Takie tempo nagrywania nie jest w przypadku jazzu nic...
Polska scena muzyczna potrzebowała wielu dekad, by móc choćby zrównać się z zachodnią pod względem jakości, brzmienia i dynamiki rozwoju. Od wszystkiego są jednak wyjątki. W tym przypadku jest nim przede wszystkim rodzimy jazz, który już w latach siedemdziesiątych stał na światowym poziomie. Przykłady można by mnożyć, żeby wspomnieć tylko o tak oczywistych, jak Tomasz Stańko czy Krzysztof Komeda, których największe dzieła zalicza się często do najlepszych albumów jazzowych w historii. Obecnie wśród polskich jazzmanów trudno jest znaleźć tak wybitne osobistości, ale przecież nie trzeba być drugim Komedą, by nagrać dobry album jazzowy. Zwłaszcza, jeśli ma się do tego odpowiednie umiejętności i pomoc innych zdolnych muzyków.
W tekst pewnie przypadkiem wkradł się błąd - polski jazz był mega mocarny i światowy już w latach 60. Wtedy ukazał się "Astigmatic" Komedy - największe dzieło polskiej muzyki powojennej - ale też chociażby wydawnictwa Andrzeja Trzaskowskiego ("A. T. Quintet", "Seant"), Andrzeja Kurylewicza ("10 + 8"...
Austriacki pianista Philip Zoubek nie jest zbyt znaną postacią. Nie powinno to dziwić, zważywszy na to, w jakiej stylistyce się obraca. Związany jest przede wszystkim z free jazzem i free improvisation, obecnie dwoma z najbardziej niszowych stylów muzycznych, jakie istnieją. Jednak to właśnie w "podziemiu" warto dziś przede wszystkim szukać atrakcyjnych wydawnictw, więc taki status to w pewien sposób dla Zoubeka dobra rekomendacja. Przed długi czas pianista tworzył jedynie w ramach kolaboracji z innymi, głównie niemieckimi, muzykami (Achim Tang, Nils Ostendorf), w większości jeszcze mniej znanymi niż Zoubek. Na nagranie solowego albumu "Air", na którym zresztą wystąpił sam, zdecydował się dopiero w 2015 roku. To całkiem ciekawe dzieło, pokazujące spektrum dźwięków, jakie można uzyskać z pomocą preparowanego pianina. Dziś jednak zajmiemy się jego najnowszym dokonaniem, sygnowanym nazwą Philip Zoubek Trio. Oprócz niego do grupy należą także basista David Helm i perkusista Dominik Mahnig.
Polska muzyka niewątpliwie wiele ma do zaoferowania, choć interesujących rzeczy trzeba szukać poza współczesnym mainstreamem. Nawet obecnie poza głównym nurtem wiele się dzieje, żeby wspomnieć tylko o wykonawcach związanych z wytwórnią Instant Classic. Jednak najbardziej wybitni twórcy działali w przeszłości. Jako pierwszy na myśl przychodzi Czesław Niemen. Ale na bardzo wysokim i prawdziwie światowym poziomie stał polski jazz. Przykłady na to można mnożyć, ale najważniejszym potwierdzeniem jest bezsprzecznie album "Astigmatic" Kszysztofa Komedy. Ceniony nie tylko w Polsce, lecz także przez zagranicznych krytyków i słuchaczy. I nie sposób się temu dziwić, gdyż pod każdym względem - kompozycji, wykonania, a nawet brzmienia - jest to absolutnie światowy poziom, nie odbiegający od ówczesnych standardów.
Wydawanie dwóch płyt w przeciągu niespełna roku nie jest dzisiaj standardem na rynku fonograficznym. Nic jednak tak nie zachęca do takiego kroku, jak pozytywne recenzje debiutanckiego (czyli w pewnym sensie najważniejszego) albumu, a na te Light Coorporation nie mogło narzekać. "Rare Dialect" spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem i to zarówno w Polsce, jak i za granicą, w czym na pewno pomógł fakt, że ukazał się nakładem brytyjskiej wytwórni. Choć nie można tu mówić o popularności na miarę choćby Riverside, z pewnością była to zachęta dla zespołu, by nie zapomnieli, że gdy się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Sens tych słów o tyle dobrze pasuje do "Aliens From Planet Earth", że jest to bezpośrednia kontynuacja poprzednika. Moim zdaniem, nawet zbyt bezpośrednia. To jeszcze większy zwrot w stronę subtelnego grania, nastawionego na budowę mrocznego nastroju. Już na debiucie było tego trochę za dużo, co jednak rekompensowała świeżość tego materiału, a także jego zwartość i bardzo optymalna długość - 44 minuty. Na drugim albumie zespół poszedł na całość i umieścił ponad godzinę muzyki, co było grubą przesadą.
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Kojarzycie tę markę? Choć nie słynie ona z produkcji pięknych gramofonów, potężnych kolumn ani wzmacniaczy lampowych, jestem przekonany, że większość osób - nawet tych o specyficznych zainteresowaniach - odpowie twierdząco....
Moda na sprzęt stylizowany na urządzenia sprzed kilku dekad trwa już na tyle długo, że właściwie przestała być modą. Początkowo można było traktować ją jako krótkotrwałą odpowiedź na zmęczenie minimalizmem,...
Bannery boczne
Komentarze
Darek
Zawracanie Wisły kijem. Jestem fanem słuchawek na kablu natomiast nie wyobrażam sobie powrotu do outdoorowego używania słuchawek na kablu. Przy dzisiejszym brak...
W pełni zgadzam się z autorem. W słuchawkach bezprzewodowych brak kabla i ewentualnie ANC, jeśli ktoś z tego korzysta, to jedyne dwa plusy. Cała reszta to minus...
Osoby czytające StereoLife trochę dłużej doskonale wiedzą, że jestem "mastodonowym ortodoksem" - wszystkie albumy do "Crack The Skye" włącznie uwielbiam...
Regulacja głośności jest jedną z najważniejszych funkcji każdego systemu audio. Prawidłowe działanie tego elementu naszego sprzętu ma ogromny wpływ na przyjemność płynącą z jego użytkowania. Kiedy potencjometr zaczyna tracić swoją funkcjonalność, nawet w niewielkim stopniu, jest to niezwykle kłopotliwe, a może też być niebezpieczne dla innych elementów zestawu, takich jak...
Digital audio has come a long way in recent years. There was a time when all you needed was a computer, a modest collection of files on a hard drive and a DAC connected over USB. Today, we have music...
Some audio products come around so predictably that you could almost use them to mark the passing of time. A new smartphone every year. A new DAC every couple of years. An amplifier gets refreshed every three, usually gaining a...
For years, KEF has been steadily developing the concept of a complete stereo system contained within a pair of active speakers. The history of this part of the company's lineup goes back much further than the rise of music streaming....
Wydawałoby się, że w bardzo gęstej branży audio kompletnie nie ma już miejsca dla nowych graczy. Że wszystkie stołki obsadzone są sztywno, bez szans na zmiany. A jednak od czasu do czasu pojawiają się firmy, które potrafią zaintrygować i porwać audiofilów, odbierając klientów starym wyjadaczom. Jednym z producentów, który wkroczył...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Piotr