Osoby czytające StereoLife trochę dłużej doskonale wiedzą, że jestem "mastodonowym ortodoksem" - wszystkie albumy do "Crack The Skye" włącznie uwielbiam i jestem wobec nich praktycznie bezkrytyczny. Do "The Hunter" i "Once More 'Round The Sun" po premierze wracałem bardzo często, ale z czasem właściwie przestałem po nie sięgać. Jeszcze mniejszy entuzjazm wzbudził we mnie "Emperor Of Sand". Z kolei "Hushed And Grim" do dziś trudno mi wysłuchać od początku do końca w jednym podejściu. I chyba właśnie po premierze tego albumu ostatecznie pogodziłem się z tym, że zespół, który nagrywał miażdżące utwory z "Remission" czy "Leviathana", należy już do przeszłości. W zeszłym roku, w tragicznych okolicznościach, odszedł też Brent Hinds, z którym relacje pozostałych muzyków od dłuższego czasu nie układały się zresztą najlepiej.
Kiedy opisywałem "Fires Within Fires", uznałem ten album za rozczarowanie. Był dla mnie za krótki, przez co sprawiał wrażenie niedopowiedzianego, a przede wszystkim brakowało mi w nim "polotu" znanego z wcześniejszej twórczości Neurosis. Liczyłem na to, że kolejne wydawnictwo będzie zdecydowanie lepsze. Od tego czasu minęło dziesięć lat. Lata mijały, a następca albumu wciąż się nie pojawiał. W okolicach 2020-2021 zacząłem wątpić, że w ogóle kiedykolwiek powstanie. Po ujawnieniu afery Scotta Kelly'ego w 2022 roku i zawieszeniu działalności zespołu byłem już właściwie pewien, że to koniec. Ostatecznie polubiłem się nawet z "Fires Within Fires", mając świadomość, że to ostatni materiał od Neurosis - i głównie z tego względu. Podobnie miało pewnie wielu fanów zespołu. Pogodziliśmy się z myślą, że dyskografia Amerykanów zamknie się na dwunastu albumach studyjnych. Aż tu nagle 20 marca, na jednej z facebookowych grup, pod dyskusją o nowym Exodusie, trafiłem na komentarz, że szkoda tracić czas na tak marny album, skoro przed chwilą pojawił się nowy Neurosis. I faktycznie - po chwili zaczęły pojawiać się informacje o reaktywacji, a przede wszystkim o tym, że bez żadnych wcześniejszych zapowiedzi zespół wrzucił do sieci nowy materiał.
Gdybym miał stworzyć zestawienie dziesięciu najlepszych polskich albumów metalowych nagranych w tym milenium, "Affliction XXIX II MXMVI" byłby jednym z moich pierwszych wyborów. Trzecie wydawnictwo Blindead to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaka przydarzyła się polskiemu post-metalowi. To właśnie od tego krążka rozpocząłem swoją przygodę z zespołem. Dopiero później cofnąłem się do dwóch poprzednich albumów, a następnie z dużymi oczekiwaniami wypatrywałem premier "Absence" i "Ascension". Oba te krążki uwielbiam, choć trzeba przyznać, że była to już trochę inna muzyka. Później oczywiście kręciłem jeszcze nosem przy "Niewiośnie", ale po latach przyswoiłem i ten album. Przez długi czas czekałem więc na następcę, który może nie tyle odtworzyłby dawną formułę, ile przypomniałby, za co wielu słuchaczy pokochało Blindead w jego najbardziej dusznej, monumentalnej i post-metalowej odsłonie. Zamiast tego w 2022 roku ogłoszono zakończenie działalności zespołu.
Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat wielokrotnie próbowałem podejść do twórczości Darkthrone. Wszystkie te próby prędzej czy później kończyły się niepowodzeniem. Aż do zeszłego roku. W końcu zaskoczyło - i to do tego stopnia, że dyskografia Norwegów niemal za jednym zamachem wylądowała u mnie na półce. To chyba kolejny dowód na to, że z wiekiem zmienia się gust, ale też zmienia się sposób słuchania muzyki. Coś, co kiedyś wydawało się odpychające, chaotyczne albo po prostu nie dla mnie, nagle zaczęło układać się w bardzo spójną całość. Ogrom tego materiału sprawia, że do dziś odkrywam w muzyce Darkthrone nowe smaczki. Pozwala to również spojrzeć świeżym okiem na nowy album - pierwszy, na który świadomie czekałem i który zamówiłem w preorderze. To zupełnie inne doświadczenie niż nadrabianie zaległości z wieloletnim opóźnieniem. Tym razem nie sięgałem po kolejny punkt w dyskografii, ale po płytę, której premiera faktycznie była dla mnie wydarzeniem.
Megadeth nie jest zespołem, który trzeba komukolwiek przedstawiać, ale w tym przypadku warto zrobić wyjątek, bo mówimy o płycie mającej szczególny ciężar gatunkowy. Mówimy przecież o jednym z najważniejszych zespołów w historii metalu, formacji współtworzącej wielką czwórkę thrashu - zespół, który przez ponad cztery dekady nie tylko przetrwał wszystkie możliwe mody, kryzysy i personalne turbulencje, ale też nagrał szesnaście studyjnych albumów, na trwałe zapisując się w historii ciężkiego grania. Lider grupy, Dave Mustaine zbudował markę opartą na technicznej precyzji, nerwowej energii, charakterystycznym riffowaniu i takim rodzaju muzycznej zadziorności, którego nie da się pomylić z nikim innym. Nawet kiedy Megadeth bywał nierówny, nawet kiedy odchodził od thrashowej furii w stronę bardziej zwartego, klasycznego heavy metalu, zawsze pozostawał zespołem o wyrazistej tożsamości. Dlatego informacja, że "Megadeth" ma być ostatnim studyjnym albumem grupy, siłą rzeczy ustawia odbiór tej płyty w zupełnie innym świetle. Nie słuchamy po prostu kolejnego rozdziału w długiej dyskografii. Słuchamy finału. Być może nie definitywnego, bo w przypadku takich artystów nigdy niczego nie można wykluczyć, ale jednak albumu zapowiadanego jako pożegnanie. I już sam ten kontekst sprawia, że trudno podejść do tego materiału chłodno.
Kiedy ukazał się ostatni regularny album Converge, nie licząc oczywiście "Bloodmoon: I" nagranego z Chelsea Wolfe, świat wyglądał jeszcze trochę inaczej. Płyty kupowało się w Saturnie, w Empiku dało się czasem trafić na coś więcej niż obowiązkową nowość tygodnia, a fizyczne wydania wciąż sprawiały wrażenie elementu normalnego obiegu, a nie hobby dla upartych. Już wtedy jednak zdobycie tytułów z katalogu Epitaph potrafiło być zaskakująco irytujące. "The Dusk In Us" trzeba było wygrzebywać w ciemnych zakamarkach Internetu, bo w popularnych sklepach długo go nie było. Dziś Saturna nie ma już wcale, stoiska muzyczne w dużych elektromarketach właściwie zniknęły, a cały ten drobny rytuał związany z polowaniem na premierę przeniósł się do sieci. Dwie rzeczy się jednak nie zmieniły. Po pierwsze, dystrybucja wydawnictw Epitaph nadal leży, więc "Love Is Not Enough" można tylko kupić w bardziej niszowych sklepach lub sprowadzić na zamówienie. Po drugie, mimo upływu lat Amerykanie są nadal w wyśmienitej formie, czego dowodem jest właśnie nowy album. Jednak po jego przesłuchaniu można zadać sobie trochę paradoksalne pytanie - dlaczego tak długo i tak krótko?
Przez skład Soulfly na przestrzeni 28 lat przewinęło się kilkunastu muzyków. Wystarczy jednak spojrzeć na tę linię czasu, by zauważyć, że poza Maxem Cavalerą najdłuższym stażem w zespole może pochwalić się Marc Rizzo, który był jego filarem w latach 2003-2021. To właśnie w tym osiemnastoletnim okresie powstały płyty powszechnie uznawane za najmocniejsze w dorobku grupy - "Prophecy", "Dark Ages", "Conquer", "Enslaved" i "Ritual". Rizzo wielokrotnie pełnił rolę motoru napędowego projektu, zarówno w studio, jak i na scenie, nadając muzyce Soulfly charakter i energię, które trudno było pomylić z czymkolwiek innym. Jego odejście było bardzo wyraźnie odczuwalne na albumie "Totem". To płyta cięższa i bardziej brutalna od poprzedników, ale jednocześnie wyraźnie prostsza i mniej różnorodna. Po bardzo udanym "Ritual" taka odsłona Soulfly mogła jednak funkcjonować jako pewnego rodzaju odskocznia od wrażenia nieustannego krążenia wokół tych samych schematów. Tym bardziej że na nowy materiał trzeba było czekać cztery lata, a apetyt na coś świeżego był spory. W przypadku "Chama" okres oczekiwania skrócił się o rok.
Niby to debiut, ale nie do końca. Wystarczy spojrzeć na skład, by natychmiast skojarzyć Octotankera z Prądem, który poznałem cztery lata temu przy okazji premiery jego drugiego albumu "Octotanker". Zbieżność nazw tamtego wydawnictwa i nowego projektu trudno uznać za przypadkową. Niedługo później sięgnąłem również po debiutancki "Lot" i podobnie jak wielu innych słuchaczy wróżyłem wrocławskiemu zespołowi spore powodzenie. Choć jego muzyka składała się z elementów dobrze znanych, sposób, w jaki zostały ułożone, brzmiał świeżo i oryginalnie. Było w tym coś nieoczywistego, specyficznego, a przez to bardzo wciągającego. Mimo to Prąd ostatecznie nie wypłynął na szerokie wody. To zresztą dość typowy los wielu interesujących polskich zespołów - wystarczy przywołać MuN, Sautrus czy Red Scalp. W środowisku stonerowym to formacje cenione, jednak poza nim ich nazwy giną w szumie informacyjnym.
Na przełomie wieków w telewizjach muzycznych można było trafić na bloki z cięższym brzmieniem. MTV miało swoje "Headbangers Ball", Viva zaś "Hell's Kitchen". W czasach Internetu "na kartki" programy te były źródłem inspiracji i kopalnią nowych zespołów, których muzyki szukało się później na różne sposoby. W ten sposób poznałem Nirvanę czy Alice In Chains. Któregoś dnia trafiłem na teledysk do "Shades Of Grey" grupy Biohazard. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Było to coś innego niż wszystko, co znałem do tej pory - bardziej agresywne, brutalne. Idealnie pasowało do etapu "buntu nastolatka". Do czasu premiery "Uncivilization" w 2001 roku znałem już całą wcześniejszą dyskografię zespołu, a kolejne albumy poznawałem już na bieżąco. Do dziś olbrzymim sentymentem darzę wspomniany krążek, jak i jego następcę, czyli "Kill Or Be Killed", który (mimo ogólnej krytyki) uważam za świetny album - najcięższy i najbardziej brutalny w całej dyskografii Nowojorczyków.
Ciężko uwierzyć, że od wydania "Titans Of Creation" minęło już pięć lat. Jeszcze trudniej w to, że występ w Kostrzynie na Pol'And'Rocku odbył się rok wcześniej. Już wtedy członkowie zespołu kręcili na liczniku w okolicach sześćdziesiątki, ale nie przeszkodziło im to w zagraniu świetnego, bardzo żywiołowego, prawie 80-minutowego seta. Na scenie wyglądali, jakby byli w pełni wieku produkcyjnego, a nie zbliżali się do emerytury. W studiu na "Titans Of Creation" również wypadli bardzo dobrze, dając kolejny argument osobom twierdzącym, że Testament nie ma w swojej dyskografii słabego albumu. Jedna z najdłuższych przerw studyjnych przyniosła w końcu "Para Bellum" - album udowadniający starym dziadom z Metalliki, Kreatora czy Destruction, że mimo wieku można wciąż grać ciężko, świeżo, brutalnie, kreatywnie i z werwą.
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Kojarzycie tę markę? Choć nie słynie ona z produkcji pięknych gramofonów, potężnych kolumn ani wzmacniaczy lampowych, jestem przekonany, że większość osób - nawet tych o specyficznych zainteresowaniach - odpowie twierdząco....
Moda na sprzęt stylizowany na urządzenia sprzed kilku dekad trwa już na tyle długo, że właściwie przestała być modą. Początkowo można było traktować ją jako krótkotrwałą odpowiedź na zmęczenie minimalizmem,...
Bannery boczne
Komentarze
Tadeusz
Właśnie słucham nabytku 1572mk2 i nie mogę potwierdzić negatywnych opinii. Bas jest OK, średnica całkiem wyraźna czytelna, przestrzeń dobra. Pliki 176 kHz na PC...
I "reCYAN" się ukazał. Jestem w trakcie pierwszego słuchania. Zespół na szczęście nie zrobił rewolucji. Delikatnie zmieniona aranżacja i o 30 lat starszy wokal....
Spokojnie - jeśli ten trend naprawdę przybierze na sile, producenci słuchawek szybko sobie przypomną, jak to się kiedyś robiło. Jest jednak więcej niż pewne, że...
Zawracanie Wisły kijem. Jestem fanem słuchawek na kablu natomiast nie wyobrażam sobie powrotu do outdoorowego używania słuchawek na kablu. Przy dzisiejszym brak...
W pełni zgadzam się z autorem. W słuchawkach bezprzewodowych brak kabla i ewentualnie ANC, jeśli ktoś z tego korzysta, to jedyne dwa plusy. Cała reszta to minus...
Osoby czytające StereoLife trochę dłużej doskonale wiedzą, że jestem "mastodonowym ortodoksem" - wszystkie albumy do "Crack The Skye" włącznie uwielbiam...
Jak wyglądał świat w marcu 1979 roku? Andrzej Wajda kręcił "Panny z Wilka". Jan Paweł II był papieżem niecałe pół roku. Prezydentem USA był Jimmy Carter. W Nowym Jorku urodziła się Norah Jones. Atari wypuściło na rynek komputery Model 400 i Model 800. W salonach samochodowych pojawiły się Peugeot 505,...
Digital audio has come a long way in recent years. There was a time when all you needed was a computer, a modest collection of files on a hard drive and a DAC connected over USB. Today, we have music...
Some audio products come around so predictably that you could almost use them to mark the passing of time. A new smartphone every year. A new DAC every couple of years. An amplifier gets refreshed every three, usually gaining a...
For years, KEF has been steadily developing the concept of a complete stereo system contained within a pair of active speakers. The history of this part of the company's lineup goes back much further than the rise of music streaming....
Przeglądając strony internetowe i katalogi firm zajmujących się produkcją audiofilskiego sprzętu, prawie zawsze zaglądam do zakładek opisujących ich historię i filozofię. Dziś podobno już niewielu ludzi zwraca na to uwagę, ale prawdziwi hobbyści na pewno interesują się wszystkim, co wiąże się ze sprzętem hi-fi. Sęk w tym, że nie każda...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.