Ciężko uwierzyć w to, że od premiery "Weapons Of Tomorrow" minęło już pięć lat. Sporo się w tym czasie wydarzyło na świecie, jednak już pierwsza zapowiedź nadchodzącego nowego wydawnictwa, która pojawiła się na początku roku, zwiastowała, że w obozie Warbringer zmieniło się niewiele. "A Better World" to szybki strzał między oczy, przy którym głowa sama zaczyna kiwać się w rytm muzyki. Podobnie jest w przypadku "The Sword And The Cross", który mimo czasu trwania przekraczającego sześć minut zwyczajnie wciąga zmianami tempa, kilkoma wątkami, fajnymi solówkami. Ogólnie jest dobrze. Chwilę przed premierą pojawił się jeszcze "Throught A Glass, Darkly" - utwór utrzymany w średnim tempie i również średni jakościowo, zdecydowanie najsłabszy z zapowiedzi. Ciężko stwierdzić, dlaczego zespół zdecydował się na promocję albumu akurat nim, a nie którymś z pięciu pozostałych utworów, bo przecież są tu dwa szybkie pociski - "The Jackhammer" i "Strike From The Sky". Zdecydowanie lepiej zachęciłyby one słuchaczy do sięgnięcia po nowe wydawnictwo, które w ostatecznym rozrachunku przynosi 8 nowych kompozycji o łącznym czasie trwania sięgającym 40 minut.
W tym roku mija dziesięć lat mojej przygody z ekipą Sólstafir. Wszystko zaczęło się od albumu "Otta", na który trafiłem przez przypadek - zaintrygowała mnie okładka wydawnictwa. Dalszą karierę Islandczyków śledziłem już na bieżąco, widziałem ich również na żywo, na festiwalu Summer Dying Loud w Aleksandrowie Łódzkim w 2017 roku. Nie będę ukrywał, że zarówno "Otta", jak i wcześniejsze albumy bardzo wysoko postawiły poprzeczkę przed nowym wydawnictwem. Czy zespołowi z odległej, mroźnej wyspy uda się ją przeskoczyć?
Dwa lata temu uczestniczyłem w jednym z najlepszych festiwali w swoim życiu. Na Red Smoke Fest do Pleszewa jechałem w zasadzie na dwa koncerty - Colour Haze i Greenleaf. Skończyło się praktycznie pełną listą "zaliczonych" występów i poznaniem tak świetnych ekip jak Ecstatic Vision, Mars Red Sky czy Takeshi's Cashew. Dużo działo się też na Camp Stage, gdzie odbyło się kilka koncertów, które zasługiwały na główną scenę. Poza Smokes Of Krakatau, który wtedy roku dopiero raczkował, wystąpili również Uranus Space Club, Wyatt E. i właśnie Five The Hierophant. Szczególnie te dwa ostatnie zaintrygowały mnie na tyle, że krótko po festiwalu ich płyty leżały już u mnie na półce - na Red Smoke Fest ekspresowo się wyprzedały. Poza nimi regał zasiliło jeszcze kilkanaście innych pozycji. Do większości z nich wracam regularnie.
Wydany cztery lata temu "Mestarin Kynsi" był moim pierwszym świadomym kontaktem z Oranssi Pazuzu i jednocześnie pierwszym albumem, który wywoływał we mnie aż taki niepokój i dyskomfort podczas słuchania. Niesamowitą przygodą było poznawanie wcześniejszych dokonań Finów chociażby ze względu na to, że każdy z pięciu wydanych do tej pory albumów był zupełnie inny. W przypadku "Värähtelijä" było to poznawanie na nowo, ponieważ krótko po premierze wyłączyłem ten album po kilku minutach. Wspomniany przed chwilą dyskomfort nie jest w żaden sposób cechą negatywną. Traktowałbym go bardziej jako atut. Dlaczego? Ponieważ ta muzyka wywołuje emocje. Jest to granie na tyle charakterystyczne i inwazyjne, że nie da się przejść obok niego obojętnie. Podobnie jest ze wcześniejszymi albumami Oranssi Pazuzu, które rozkładane przeze mnie na czynniki pierwsze, efektywnie umilały czas oczekiwania na następcę albumu wydanego w 2020 roku.
Lubię metal, ale - podobnie jak w przypadku jazzu - jestem bardzo wybredny. Mam również pewne granice "łojenia", których nie przekraczam. Fani zarzucania grzywami z pewnością zaśmieją się, kiedy napiszę, że nie lubię - jak to mówią - metalu typu "dwa akordy, darcie mordy". Najprawdopodobniej wynika to z faktu dorastania z wczesnym proto-metalem z lat siedemdziesiątych, gdzie oprócz ciężkich riffów było zawsze miejsce na znakomity wokal, instrumentalną finezję i psychodeliczne zakrętasy. Oczywiście zdarza się, że sięgam po coś mocniejszego i współczesnego jak choćby Septicflesh czy Mastodon. Jest jednak pewien haczyk - aby tak się stało, muszę w tym wszystkim słyszeć jakiś pomysł. Oba wymienione zespoły dość szybko ewoluowały, odchodząc od bezmyślnego łupania w kierunku coraz bardziej melodyjnych i rozbudowanych kompozycji. Muzykę zespołu Oberschlesien określiłbym jako "śląski Rammstein", a że niemieckiej ekipy nie lubię, czekało mnie co najmniej ciekawe doświadczenie. Postawiłem sobie jednak za punkt honoru napisać recenzję albumu, którego sam nigdy bym sobie nie włączył. Przekonajmy się, czy mi się to udało i czy nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Historia Blindead jest idealnym przykładem tego, jak burzliwe potrafią być losy zespołów. Na początku trzy ciężkie i brutalne dzieła, w tym jedno wyjątkowe, które zostało docenione nie tylko w Polsce, ale też za granicą. Gdzieś w międzyczasie powstała również bardzo udana EP-ka. Po wydaniu swojego opus magnum zespół skręcił w mniej hermetyczne rejony. Zwrot ten wpłynął na muzykę, ponieważ na kolejnych dwóch wydawnictwach poczuć mogliśmy zdecydowanie więcej przestrzeni, która rozepchała się łokciami i zabrała sporo miejsca ciężarowi. Muzyka na tym nie straciła, ponieważ zarówno "Absence", jak i "Ascension" są wyjątkowo udanymi albumami. Zmiana wokalisty pomiędzy wymienionymi albumami w żaden sposób nie wpłynęła na jakość nagranych materiałów.
Wiele mówi się o tym, jak skuteczna i przyjemna jest nauka poprzez zabawę. Taką zabawą może być na przykład słuchanie muzyki, jednak nie musi być ona łatwa, o przyjemnej tematyce. Na warsztat możemy wziąć przecież historie zwyrodnialców, których nosiła Ziemia, ale o takim, dajmy na to, Josefie Mengele utwór napisać może każdy (to oczywiście odniesienie do "Angel of death" Slayera). Polski zespół Las Trumien podchodzi do tematu w sposób bardzo profesjonalny i przedstawia historie zwyroli "drugoligowych", którym (mimo "zasług") nigdy nie udało przebić się do mainstreamu. Wyraźnie widać, że już na starcie tej ekipie należy się duży szacunek za wysiłek w poszukiwaniach, a nie pójście na łatwiznę.
Mówi się, że człowiek zmienia się z wiekiem, że zmieniają się nasze gust, smak i zainteresowania. Faktycznie, coś w tym jest. Sam jestem tego dobrym przykładem, chociażby w kontekście piwa. Kilkanaście lat temu nie byłem w stanie wypić portera, a dziś jestem wielkim fanem ciemnych piw. Podobnie jest z muzyką, niektórymi jej gatunkami lub konkretnymi zespołami. Kilka lat temu po wielu nieudanych próbach zaprzyjaźniłem się w końcu z death metalem. Niewątpliwym filarem tego gatunku jest amerykański Nile, do którego również wykonałem na przestrzeni lat wiele podejść - jedynie tych nieudanych ponieważ po kilku utworach odpuszczałem (mówiąc młodzieżowo) "nie czując flow", czy może raczej nie do końca rozumiejąc tę muzykę. Do czasu...
Nie będę ukrywał, że na nowy album High On Fire czekam już co najmniej od trzech, czterech lat, jednak "Cometh The Storm" ukazał się dopiero sześć lat po swoim poprzedniku. Powiedzieć, że w tym czasie na świecie wydarzyło się wiele, to jak nie powiedzieć nic. Myślenie i życie każdego z nas zostało praktycznie całkowicie przebudowane z dnia na dzień i mimo w miarę szybkiego powrotu do codzienności, jakiś ślad tamtych zdarzeń został w każdym z nas. A czy "dziwne czasy" odcisnęły jakiekolwiek piętno na ekipie Matta Pike'a?
Na ekipę Black Tusk trafiłem w okolicach 2010 roku i premiery albumu "Taste The Sin". W kolejnych latach zespół sukcesywnie raczył swoich fanów nowymi wydawnictwami, nagrywając do 2018 roku jeszcze cztery krążki. Ostatni z nich niespecjalnie porywał, zatem swoje zespołowe retrospekcje ograniczałem do wcześniejszych albumów i już kilka lat temu przestałem wierzyć w to, że usłyszymy jeszcze coś nowego od ekipy z Savannah. "The Way Forward" był dla mnie sporym zaskoczeniem i niespodzianką. W dodatku bardzo pozytywną od samego początku.
Polska - jednym kojarzy się z górami, jeziorami i lasami, burzliwą historią, pięknymi miastami, pierogami, kiełbasą i gołąbkami, dla innych jest natomiast krajem nowoczesnym, przedsiębiorczym, pełnym energii i ludzi, którzy...
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Bannery boczne
Komentarze
Bogdan
Byłem w MP3 Store na odsłuchu nastawiony, że chyba je kupię. Można by je wziąć dla samego wyglądu... śliczne są. Fakt - ten pomarańczowy kapsel tam nie pasuje, ...
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
W dobie niesamowitej popularności bezprzewodowego sprzętu audio trudno zaprzeczyć, że jest to przyszłość. I to nie tylko jeśli chodzi o urządzenia mobilne, ale także te, z których korzystamy w domu. Trzymając w ręku smartfon czy tablet, potrzebujemy przecież tylko kompatybilnej z nimi elektroniki, aby móc wygodnie odtwarzać muzykę z ulubionego...
Nie istnieje pewnie na świecie miłośnik dobrego dźwięku, którego nie interesowałaby geneza znanych marek zajmujących się produkcją sprzętu hi-fi. Niewątpliwie jedną z nich jest JBL - legendarna, amerykańska firma, której korzenie sięgają lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Marka, którą powinien kojarzyć każdy, kto choć raz z ciekawości przyglądał się głośnikom na...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Alek