Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

  • Kategoria: Galerie
  • Tomasz Karasiński

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Jeżeli ktoś wchodzi do świata hi-fi z ulicy, ma prawo sądzić, że audiofile słuchają niezwykle szerokiego repertuaru. W końcu sprzęt kupuje się po to, żeby poznawać nową muzykę, wracać do ulubionych płyt, odkrywać rzeczy, o których algorytm serwisu streamingowego nawet nie słyszał. Tak to wygląda w teorii. W praktyce wystarczy spędzić jedno popołudnie na wystawie sprzętu albo w kilku salonach audio, aby odkryć inną prawdę - istnieje równoległy wszechświat, w którym muzyka dzieli się na "demo" i "resztę", a realny repertuar ludzki zawęża się do kilkudziesięciu albumów granych do upadłego od co najmniej dwóch dekad. Te płyty nie stały się "audiofilskimi standardami" przez przypadek. Zwykle spełniają kilka warunków naraz. Po pierwsze, są przynajmniej porządnie nagrane, czasem rzeczywiście świetnie, a czasem po prostu w sposób, który na dobrze zestrojonym systemie robi wrażenie. Po drugie, są stosunkowo proste do "odczytania" - klarowna faktura, wyraźnie osadzone wokale, łatwe do złapania efekty przestrzenne, mocny bas, dzięki któremu można pokazać klientowi możliwości prezentowanej aparatury. Taka muzyka ma robić wrażenie i najczęściej wywiązuje się z tej misji świetnie. Po trzecie, są to albumy powszechnie znane. Wystawca, sprzedawca czy recenzent nie musi nic tłumaczyć - wystarczy, że puści rozpoznawalny numer, a druga strona od razu wie, czego się spodziewać. Tak rodzi się żelazny kanon - płyty, które spełniają rolę wspólnego języka między różnymi ludźmi, systemami, pokojami odsłuchowymi. Tylko czy część z nas na sam widok ich okładek i na pierwsze takty szczególnie nadużywanych utworów nie ma już odruchu wymiotnego?

Skąd w ogóle wzięła się "muzyka audiofilska"? Przecież nie jest to jakiś konkretny gatunek. A może jednak? Jeśli się nad tym zastanowić, większość z omawianych płyt spełnia kilka podstawowych warunków, w tym jeden kluczowy - są to dobrze nagrane i "bezpieczne" pozycje, mające świadczyć o dobrym guście słuchacza. Innymi słowy, nawet jeśli sami nie słuchamy tych płyt na okrągło, chcielibyśmy, aby inni myśleli, że tak właśnie jest. Przecież nie po to kupuje się drogie wzmacniacze, kolumny i kable, by puszczać na nich disco polo, prawda? Niby tak, ale czy trzeba od razu przesadzać w drugą stronę i katować ludzi "audiofilskim plumkaniem" albo "muzyką do robienia zakupów"?

Z czasem ten kanon zaczął się porządkować w kilka rozpoznawalnych gatunków. Obowiązkowym punktem programu jest klasyka rockowych pomników - rzeczy, które i tak były w historii muzyki ważne, ale świat hi-fi uczynił z nich coś na kształt akustycznego papierka lakmusowego. Są jazzowe świętości, najczęściej w wersji "ładnie nagrany kwartet + wokalistka, najlepiej z lekką chrypką, kontrabasem i klubowym pogłosem". Jest cały segment płyt z wytwórni, które od początku pozycjonowały się jako audiofilskie - aksamitne gitary akustyczne, stuknięcia palców o struny, barytonowe pomruki tuż przy mikrofonie. Do tego dochodzą nowsze efekciarskie produkcje - od basowych pejzaży i soundtracków po dopieszczone, analogowo brzmiące popowe superprodukcje. Na deser - albumy-słuchowiska, zrealizowane tak, żeby głosy i odgłosy chodziły dookoła głowy, wyłażąc poza linię kolumn w sposób, który robi wrażenie nawet na ludziach kompletnie niezainteresowanych sprzętem hi-fi ani techniką nagraniową.

Na papierze wszystko wygląda dobrze. Gdzie więc problem? Po pierwsze, w proporcjach. Sam fakt, że dany album jest świetnie nagrany, nie jest niczym złym. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy na dziesięć odsłuchów osiem kończy się tym samym zestawem płyt. Zamiast mieć do czynienia z żywą muzyką, dostajemy serię testów laboratoryjnych. To trochę tak, jakby ktoś twierdził, że lubi kuchnię śródziemnomorską, po czym przez całe życie jadł tylko carpaccio z łososia z jednej restauracji. Formalnie się zgadza, ale po jakimś czasie trudno mówić o przyjemności - zostaje tylko odruchowe porównywanie "czy dziś jest świeższe niż wczoraj".

Druga kwestia to realna wartość muzyczna tych albumów. W tym zestawie są arcydzieła, płyty ważne historycznie, kultowe kamienie milowe swoich gatunków. Są też pozycje bardzo porządne, ale jednak wtórne, przewidywalne, zachowawcze, których status został napompowany głównie przez jakość nagrania i marketing "dla audiofilów". To, że coś brzmi "blisko mikrofonu", "intymnie" albo "zjawiskowo przestrzennie" nie oznacza automatycznie, że mamy do czynienia z wybitną sztuką. Czasem to po prostu dobrze zrealizowana, ale przeciętna muzyka, której przypisano rangę arcydzieła, bo ładnie słychać szczotki na talerzu i szarpanie strun gitary.

Trzeci wymiar to jakość tych realizacji sama w sobie. Tytuły z naszego kanonu często chodzą z łatką "wzorcowych", ale kiedy przestajemy się zachwycać samym efektem "wow" i zaczynamy porównywać je z naprawdę dobrymi współczesnymi nagraniami, okazuje się, że część z nich jest co najwyżej poprawna, część zestarzała się średnio, a część imponuje głównie prostymi trikami - nienaturalnie wysuniętym wokalem, podbitym basem, powiększoną sceną osiągniętą bardziej mikserskim zabiegiem niż naturalnością przestrzeni. To nie musi być zarzut - dopóki pamiętamy, że słuchamy konkretnej estetyki nagraniowej, a nie obiektywnego "ideału dźwięku".

Najbardziej bolesna jest jednak strata, której na co dzień nie zauważamy. Skupiając się na tym samym wąskim zestawie albumów, tresujemy zarówno sprzęt, jak i siebie. Uczymy się, że system jest "dobry", jeśli gra Krall, Watersa i parę klasyków rocka w określony sposób. Gdy pojawia się gorsze nagranie, gęstsza aranżacja, coś brudniejszego, bardziej bezpośredniego, od razu mamy tendencję, żeby winić kolumny albo wzmacniacz. Tymczasem świat muzyki jest większy od katalogu Stockfischa, trzech płyt z wytwórni ECM i jednej ścieżki dźwiękowej do filmu science fiction. Zamykając się w złotym klatce "sprawdzonych albumów testowych", ryzykujemy, że sprzęt zestroimy pod "ładną realizację", a nie pod muzykę jako taką.

Czy zatem należy te wszystkie albumy wyrzucić do kosza? Oczywiście, że nie. To nie wina "Dark Side of the Moon", że przez pół wieku stała się obowiązkowym punktem każdego demo. To nie "Come Away With Me" zdecydowało, że będzie soundtrackiem do odsłuchu każdej nowej kolumny z katalogu. Problem leży po naszej stronie - w lenistwie, w przyzwyczajeniach i przekonaniu, że skoro coś "zawsze działało", to nie ma sensu szukać dalej. Najuczciwiej byłoby te płyty po prostu wysłać na częściową emeryturę. Zostawić je sobie na specjalne okazje, wsadzić z powrotem do kategorii "muzyka", a nie "narzędzie pomiarowe". A równolegle zbudować nowy zestaw, bardziej osobisty, bardziej różnorodny, mniej przewidywalny.

Zanim jednak zaproponujemy jakiekolwiek alternatywy, spójrzmy w lustro i przyjrzyjmy się dwudziestu albumom, które są symbolami tego zjawiska. Każdy z nich ma swoją historię, wartość, brzmienie. Każdy z nich ma też na sumieniu setki, jeśli nie tysiące odsłuchów, podczas których grał w roli korporacyjnego szkoleniowca - odhaczał kolejne "testy" - scena, bas, detal, wokal. Jeśli masz wrażenie lekkich mdłości na widok okładek tych płyt, to znaczy, że osiągnęliśmy cel. Nie chodzi o to, żeby je potępić - większość z nich to bardzo dobre albo wręcz wybitne albumy. Chodzi o to, żeby wreszcie przyznać, że zostały nadużyte. Że zasługują na przerwę. I że jeśli naprawdę kochamy muzykę, powinniśmy dać sobie i im trochę oddechu.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Agnes Obel - "Aventine"

Drugi album Agnes Obel z 2013 roku. Skromne instrumentarium - fortepian, wiolonczele, altówki, trochę perkusyjnych drobiazgów - wszystko zawieszone w półmroku, jakby ktoś nagrywał ten materiał w starej bibliotece przy świecach. Do tego charakterystyczny, lekko zdystansowany wokal. "Aventine" ustawiło Obel w roli jednej z ikon "artystycznego" popu z domieszką neoklasyki, ulubienicy wszystkich, którzy lubią melancholię bardziej od radości.

Muzycznie to płyta bardzo konsekwentna. Nie ma tu singlowych fajerwerków, raczej kolejne odsłony jednego nastroju. Dla jednych będzie to błogostan - album, który zakładasz wieczorem i nie musisz nic przeskakiwać. Dla innych - lekka monotonia, świadome trwanie w mgiełce melancholii. Trudno jednak odmówić Obel wyczucia melodii, sensu aranżacji i tej rzadkiej umiejętności, by z naprawdę prostych środków wycisnąć coś emocjonalnie komunikatywnego.

Brzmieniowo "Aventine" to podręcznikowy przykład realizacji, która została z premedytacją skrojona pod współczesne "ładne granie" -cicho, blisko, intymnie. Fortepian jest miękki, smyczki mają dużo powietrza, wokal osadzony jest centralnie, jak gdyby śpiewała do ciebie z odległości półtora metra. Jest czysto, szczegółowo, a jednocześnie bez chłodu. To bardzo dobre nagranie, choć momentami balansuje na granicy "zbyt ładne, żeby było prawdziwe". Obiektywnie trzeba jednak zaznaczyć, że płyta ta brzmi dość ciemno i gęsto. Nie jest zatem ideałem do testowania sprzętu hi-fi, a raczej jednym z przystanków na drodze do zdiagnozowania i oceny brzmienia danego komponentu lub systemu stereo.

Nie ulega jednak wątpliwości, że "Aventine" - wymiennie z innymi albumami duńskiej artystki - jest płytą nadużywaną przez audiofilów. Jak to przedstawić obrazowo? Wyobraź sobie, że wchodzisz do kolejnego pokoju na Audio Video Show. Jest ciemno, świece, zasunięte zasłony, na stoliku katalogi, a obok talerzyk z ciastkami dla odważnych. Siadasz i słyszysz fortepian. Po pięciu sekundach już wiesz, co to jest. Agnes. Obel. "Aventine". Który to już raz tego dnia? Czterdziesty? Pięćdziesiąty? Gdzieś w połowie utworu zaczynasz mieć wrażenie, że ta płyta nie jest o smutku, relacjach i przemijaniu, tylko o tym, jak audiofile boją się ryzyka. "Aventine" stało się muzycznym odpowiednikiem jeansów i czarnej koszulki - niby każdemu pasuje, ale kiedy połowa sali jest ubrana tak samo, robi się trochę upiornie.

Fanom takiego kameralnego, mroczno-neoklasycznego grania mogą spodobać się inne, mniej oczywiste albumy w podobnym klimacie. Zamiast po raz kolejny smarować uszy "Aventine", można sięgnąć po "Have You in My Wilderness" Julii Holter, gdzie równie subtelny, art-popowy nastrój dostaje odważniejsze aranżacje i więcej zaskoczeń po drodze. Świetną alternatywą jest też "It All Starts with One" Ane Brun, w którym skandynawski mrok i smyczki idą w parze z mocniejszą dramaturgią i większym emocjonalnym ciężarem. A jeśli ciągnie was do czegoś jeszcze bardziej kameralnego, ale mniej "salonowego", warto posłuchać "The Ocean and Me" Sophie Zelmani, gdzie ten sam rodzaj intymności funkcjonuje bardziej w kategorii szczerego śpiewania niż audiofilskiej ozdoby.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Anna Maria Jopek & Pat Metheny - "Upojenie"

Projekt z 2002 roku łączy uwielbianą przez wielu audiofilów Annę Marię Jopek, polskie tematy ludowe, kompozycje Metheny'ego i trochę autorskich utworów. Nagrywane z rozmachem, z udziałem świetnych muzyków, potem wznowione również na rynku amerykańskim. W Polsce błyskawicznie dorobiło się statusu płyty absolutnie wyjątkowej - i słusznie, tylko może niekoniecznie jako jedynej słusznej referencji.

Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, "Upojenie" jest dokładnie takie, jak sugeruje tytuł - miękkie, upłynnione, pięknie wygładzone. Bardzo dobrze napisane, świetnie zaśpiewane, bez kanciastych ruchów. Metheny jest tutaj bardziej malarzem akompaniamentu niż gitarowym wirtuozem, Jopek śpiewa jak ktoś, kto naprawdę wie, co robi z głosem. To nie jest folk spod znaku cepelii, a raczej dekoracyjna, inteligentnie przetworzona wersja tradycji, która potrafi wzruszyć, jeśli damy jej na to szansę. Brzmieniowo - klasa. Wokale są namacalne, gitary mają fakturę, perkusjonalia rozsypują się po scenie jak szklane kuleczki. To płyta, która wciąż spokojnie może służyć jako przykład bardzo dobrej, naturalnej realizacji. Oczywiście, wszystko jest piękniejsze niż w życiu, ale w taki sposób, który się akceptuje - bo po to się w końcu chodzi do studia.

W pewnym momencie "Upojenie" zaczęło w Polsce pełnić rolę testu z obywatelstwa republiki hi-fi. Nie znasz? Co z ciebie za człowiek!? Nie masz? Jak w ogóle możesz oceniać kolumny!? Wchodzisz na wystawę - tu "Cichy zapada zmrok", tam "Mania Mienia", trzy pokoje dalej to samo, tylko z innego odtwarzacza. Po latach człowiek ma odruch - słyszy pierwsze pięć sekund i robi mu się ciepło. Nie w sercu, tylko w żołądku. Gdyby Jopek i Metheny nagrali kiedyś sequel o tytule "Przesyt", śmiało mogliby wykorzystać relacje z polskich odsłuchów jako materiał dokumentalny.

Dla słuchaczy, którzy ten album cenią, ale chętnie odetchnęliby od niego na wystawach i w salonach, naturalnym krokiem będzie "ID" Anny Marii Jopek - równie dobrze nagrany, miejscami bardziej różnorodny stylistycznie i nie tak przywiązany do roli obowiązkowego testu. Miłośnikom polskiego akcentu, ale w bardziej północnym, kontemplacyjnym wydaniu, można polecić "Lontano" Tomasza Stańki, gdzie ECM-owa przestrzeń, cisza i detale robią dla systemu więcej niż kolejna porcja wokalno-ludowych ornamentów. A jeśli szukacie podobnej dawki liryki i oddechu bez polskich odniesień, warto posłuchać "Changing Places" nagranej przez Tord Gustav­sen Trio - to ten sam typ subtelnego, nocnego grania, tylko w wersji, która nie kojarzy się automatycznie z piętnastym odsłuchem tego samego utworu w ciągu dnia.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Chris Jones - "Roadhouses & Automobiles"

Stockfisch - i wszystko jasne. Gitary akustyczne, barytonowy głos Chrisa Jonesa, klimat amerykańskiej prowincji, który - paradoksalnie - najlepiej sprzedaje się w europejskich salonach audio. Płyta, która zrobiła z Jonesa gwiazdę wyłącznie w środowisku hi-fi, bo poza nim mało kto go kojarzy. Muzycznie "Roadhouses & Automobiles" jest bardzo sprawnym, trochę staroświeckim, ale absolutnie uczciwym zestawem piosenek. Trochę folku, trochę bluesa, trochę country. Kompozycje są solidnie zbudowane, zgrabne, bez udawanej głębi. To płyta, którą można lubić za normalność - żadnych aranżacyjnych wygibasów, tylko gość z gitarą i dobrą sekcją. Nagranie to inna historia. Stockfisch robi z tej płyty audiofilskie bingo. Wszystko jest spektakularne - gitary mają pudła rozmiaru dobrze odżywionego labradora, wokal ma ciężar i jest pełny "mięcha", a bas schodzi tak nisko, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze kontrabas, czy może właśnie zaczęło się trzęsienie ziemi. To jest naprawdę dobrze zrobione, ale stopień "przybliżenia" tej muzyki do słuchacza jest już lekko karykaturalny.

W praktyce wygląda to tak - siedzisz na pokazie, pada hasło "teraz coś bardziej gitarowego" i wiesz, że za chwilę wjedzie "No Sanctuary Here". Z głośników wychodzi dźwięk o masie lokomotywy, a ty widzisz oczyma wyobraźni piątego z rzędu gościa, który po tym numerze kupuje droższe kolumny, bo "nie miał pojęcia, że tyle tam się dzieje". Po dwudziestym razie przestajesz słyszeć cokolwiek. "No Sanctuary Here" nabiera sensu - to nie jest piosenka, to diagnoza twojego stanu psychicznego, kiedy każdy kolejny wystawca postanawia przypomnieć ci, "jak naprawdę brzmi gitara akustyczna". "No Sanctuary Here" jest numerem tak ogranym, że już kilka lat temu przyjąłem żelazną zasadę - jeśli słyszę go w jednej z sal na Audio Video Show, nie wchodzę do niej. Ani w tym momencie, ani do końca wystawy. Po prostu szanuję swoje zdrowie i nie mogę ryzykować, że kolejny raz usłyszę to słynne "Haaaaaauma!". Inna sprawa, że to nagranie jest, mimo imponującego efektu, tak nienaturalne, że stało się swoją własną karykaturą. Jeżeli skuszeni odsłuchem "Roadhouses & Automobiles" kupicie dany sprzęt, nie liczcie na to, że tak zabrzmią w waszym domu normalne płyty, których słuchacie na co dzień. No, chyba że wasza cała płytoteka składa się z piętnastu audiofilskich samplerów.

Zamiast więc po raz kolejny przerabiać ten sam numer Stockfischa, można przetestować system na innych, mniej ogranych gitarowo-wokalnych płytach - "Till the Sun Turns Black" Raya LaMontagne'a oferuje równie melancholijny, folk-rockowy klimat, ale z większym ciężarem emocjonalnym i mniejszą dawką teatru, który serwują nam demówki dla audiofilów. Bardzo ciekawie wypada też "The Swell Season" Glenna Hansarda i Markéty Irglovej, gdzie akustyczne granie splata się z prawdziwymi, życiowymi historiami, zamiast z katalogiem efektów specjalnych. A jeśli bardziej ciągnie was w stronę klasycznego bluesa i folku z dobrym brzmieniem, ale bez logotypu Stockfischa, świetnym wyborem będzie "Call Me" Hansa Theessinka - płyta, która też potrafi przemówić do sprzętu, nie doprowadzając przy okazji słuchacza do stanu lekkiej histerii.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Daft Punk - "Random Access Memories"

W centrum Warszawy, przy ulicy Pańskiej, był kiedyś taki sklep ze sprzętem hi-fi... Przechodząc przez jego próg, mieliście 95% szans, że usłyszycie tę właśnie płytę. "Random Access Memories" to popowy blockbuster udający audiofilski projekt albo audiofilski projekt udający popowy blockbuster. Żywe instrumenty, stare syntezatory, długie sesje w drogich studiach, Pharrell, Nile Rodgers, Giorgio Moroder - połowa podręcznika z historii muzyki rozrywkowej na jednej trackliście. Muzycznie to manifest nostalgii. Daft Punk bawi się historią disco, funku, soft rocka, nie udając ani przez chwilę, że wymyśla coś od zera. To jest raczej wyrafinowany miks wszystkiego, co kochamy we "wczoraj", zrobiony z pełną świadomością, że to też produkt na "dziś". Nierówny? Trochę. Momentami przeciągnięty? Owszem. Ale jak już trafi, to trafia celniej niż większość poważnych konceptów.

Brzmieniowo - ciężko się do czegoś przyczepić. To płyta, która brzmi jak drogi samochód - nic nie skrzypi, nic nie drży, wszystko jest pod kontrolą, a mimo to jest frajda. Bas wchodzi głęboko, ale nie zalewa środka, wokale są osadzone idealnie, góra jest bogata, ale nie tnie uszu. To wizja "analogowego ideału" przepuszczona przez cyfrową maszynkę do polerowania. I właśnie dlatego "Random Access Memories" stało się dla wielu audiofilów czymś w rodzaju certyfikatu. Twoje kolumny nie grają "Get Lucky"? To nie masz systemu, tylko meblościankę z głośnikami. W praktyce wygląda to tak, że przez pierwsze trzy lata po premierze ten album leciał wszędzie - na Audio Video Show, w salonach, a nawet u kolegi, który "dopiero co zmienił wzmacniacz". Po którymś razie "Giorgio by Moroder" przestaje być zabawną opowieścią starego producenta, a staje się dźwiękowym ostrzeżeniem, że zaraz ktoś zacznie ci tłumaczyć różnicę między DSD a PCM. W tym momencie masz ochotę przerwać płycie w pół zdania i powiedzieć: "Słuchaj Giorgio, ja już to wszystko wiem. Opowiedz mi lepiej, jak brzmi album, którego nie słyszałem trzynaście razy w tym tygodniu".

Dla tych, którzy lubią połączenie dużej produkcji, funkowego pulsu i popowej lekkości, ale mają już dość słuchania tych samych dwóch singli w kółko, znakomitym tropem będzie "Love & Hate" Michaela Kiwanuki - równie potężnie wyprodukowana płyta, z orkiestrą, mocnym basem i kapitalnymi aranżami, a zdecydowanie mniej zużyta testowo. Świetnym "zamiennikiem" może być też "For Ever" Jungle, gdzie nowoczesny, funkowo-soulowy groove i dopieszczone brzmienie idealnie nadają się do sprawdzania rytmu i kontroli dołu. A jeśli szukacie albumu, który również łączy elektronikę, pop i vintage'owe inspiracje, ale nie przewija się w każdym salonie audio, sięgnijcie po "Currents" Tame Impali - tam też są fajerwerki produkcyjne, tylko nikt jeszcze nie zdążył zrobić z nich obowiązkowego podkładu do prezentacji kolumn.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Diana Krall - "Live in Paris"

Krall w paryskiej Olympii, z zespołem i orkiestrą. Standardy, ballady, klasyka jej repertuaru. Płyta, którą w pewnym momencie można było kupić w Polsce wszędzie - od Empiku po stacje benzynowe, a w salonach audio trafiła na listę wyposażenia obowiązkowego. Muzycznie to bardzo porządny jazz wokalny. Krall nie udaje, że chce cokolwiek w jazzie przewrócić. Ona po prostu robi swoje - trochę zaśpiewa, trochę zagra, wszystko w granicach dobrego smaku. To jest muzyka, która ma ładnie towarzyszyć wieczorowi, a nie stawiać świat na głowie. I robi to naprawdę dobrze.

Brzmieniowo "Live in Paris" jest przykładem tego, jak powinna brzmieć elegancka płyta koncertowa - wokal w centrum, pełny, ale nie napompowany, fortepian z masą i atakiem, perkusja rozpisana po szerokości sceny jak na szkolnym schemacie, publiczność słyszalna tak, żeby nie przeszkadzała. To materiał, który w salonie audio robi wrażenie nawet na kimś, kto nie odróżnia Krall od Adele. Tyle że "Live in Paris" stało się w pewnym momencie dodatkiem do każdego odsłuchu. "Może coś z jazzu, żeby państwo zobaczyli, jak ten system radzi sobie z wokalem?" - i cyk, wchodzi "A Case of You" albo "The Look of Love". Po setnym razie zaczynasz mieć wrażenie, że Diana Krall mieszka w twojej czaszce i wynajmuje tam pokój. Przed kolejną wystawą masz ochotę wysłać organizatorom maila z pytaniem, czy można zapłacić za bilet więcej, jeśli będzie gwarancja, że "Live in Paris" nie będzie odtwarzane w więcej niż pięciu pokojach jednocześnie.

Fanom eleganckiego jazzu wokalnego w tym stylu można zaproponować kilka mniej "zmęczonych" pozycji - "New Moon Daughter" Cassandry Wilson oferuje podobną nocną, gęstą aurę, ale z ciemniejszym brzmieniem, bardziej nieoczywistym repertuarem i kapitalną realizacją, przy której system ma co robić, a słuchacz wreszcie słyszy coś nowego. Świetnie sprawdzi się także "Temptation" Holly Cole, gdzie interpretacje Waitsa zyskują jazzowo-kabaretowe szaty, a nagranie pozwala testować barwy i przestrzeń, nie przypominając prezentacji ekspresu do kawy. Jeśli z kolei ciągnie was w stronę lżejszego, bardziej słonecznego klimatu przy zachowaniu wysokiej klasy, "Made in Brazil" Eliane Elias dostarczy i świetnego wokalu, i bardzo dobrego brzmienia, bez widma kolejnej wizyty w tej samej paryskiej sali.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Dire Straits - "Brothers in Arms"

"Brothers in Arms" to jedna z pierwszych wielkich produkcji nagranych i zmiksowanych cyfrowo. Wizytówka ery CD. Album, który sprzedawał nie tylko siebie, ale i odtwarzacze. "Money for Nothing", "Walk of Life", "Brothers in Arms" - ścieżka dźwiękowa dorosłego rocka lat 80. Muzycznie "Brothers in Arms" to definicja dobrze napisanego rocka dla ludzi po trzydziestce. Utwory są nośne, ale nie prostackie, aranżacje dopracowane, Knopfler gra swoje charakterystyczne partie z luzem kogoś, kto nic nikomu nie musi udowadniać. To jest ten moment w karierze, kiedy zespół jest jednocześnie na szczycie formy i w pełni świadom tego, co robi. Brzmieniowo album był w swoich czasach demonstracją "nowego świata". Wszystko jest klarowne, poukładane, z dużą dbałością o detale, ale też z typową dla epoki manierą - suchy werbel, pewien rodzaj cyfrowej sterylności. Dziś jednych to bawi, drugich drażni, ale trudno odmówić temu nagraniu czytelności i przydatności pod kątem sprawdzania możliwości sprzętu stereo.

W hi-fi "Brothers in Arms" stało się równoważnikiem testu rocka. Chcesz pokazać, że kolumny umieją zagrać gitarę? Knopfler. Chcesz sprawdzić, jak system radzi sobie z transjentami? Knopfler. Masz ochotę na coś "swojego", ale nie chcesz ryzykować, że klient danej muzyki nie zna? Knopfler. Jeśli za każdy raz, gdy w salonie audio ktoś odpala "Money for Nothing", audiofile dostawaliby złotówkę, wszyscy bylibyśmy dawno ustawieni. Problem polega na tym, że zamiast cieszyć się płytą, zaczynamy ją traktować jak obowiązkowe badanie okresowe. A chyba nie taki był plan, kiedy Mark pisał te kompozycje.

Kto jednak lubi ten specyficzny miks gitarowego mięsa, elegancji i "dorosłej" produkcji, może przenieść się w bardzo podobne rejony mniej ogranymi tytułami - "Sailing to Philadelphia" to solowy Knopfler, który nadal pisze świetne piosenki, ale w bardziej dojrzałym, odświeżającym wydaniu, bez ciężaru statusu "płyty testowej". Świetnie sprawdzi się też "Love Over Gold" Dire Straits, wciąż znakomicie nagrany, z epicką "Telegraph Road", a jednak wyciągany z półki znacznie rzadziej niż "Brothers in Arms". Jeśli natomiast marzy wam się równie "szosowa" muzyka, ale z innym głosem za mikrofonem, "Auberge" Chrisa Rei zaoferuje i świetną produkcję, i gitarowe smaczki, i sporo materiału do porównań, bez odruchu wymiotnego na pierwsze uderzenia werbla.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Eagles - "Hotel California"

Szósty album Eagles, jeden z kamieni milowych amerykańskiego rocka. Tytułowy utwór jest tak wszechobecny, że dawno temu przestał być "piosenką", a stał się memem kulturowym. Muzycznie "Hotel California" to pokaz tego, jak napisać rockowe piosenki, które są jednocześnie przebojowe, dopracowane i niegłupie. Gitara akustyczna, elektryczna, wokale prowadzące, chórki - wszystko poukładane jak w zegarku. Można nie znosić tej estetyki, ale warsztatu odmówić się nie da. Brzmieniowo, szczególnie w dobrych wydaniach, to świetne nagranie. Dźwięk jest soczysty, instrumenty mają masę, przestrzeń jest zbudowana naturalnie. Żadnych fajerwerków, ale wszystko na miejscu. To album, który naprawdę pozwala usłyszeć, czy system nie robi z muzyki kartonowej pocztówki.

Szkoda tylko, że w audiofilskiej praktyce "Hotel California" pełni rolę dźwiękowego wygaszacza ekranu. Przyjeżdżasz na Audio Video Show, otwierasz drzwi do pierwszego pokoju - wita cię akustyczne intro. Idziesz dalej - w drugim pokoju końcówka solówki. W trzecim - już wokal. Jakby ktoś puścił jeden stream na wszystkich systemach. Po paru godzinach masz wrażenie, że cały stadion stoi na pustkowiu gdzieś pod Los Angeles, a ty jesteś skazany na tułaczkę po w tym samym hotelu. "You can check out any time you like, but you can never leave" - śpiewa Don Henley w utworze tytułowym. Czy były to prorocze słowa skierowane do audiofilów, którzy tak właśnie będą się czuć na kolejnej wystawie sprzętu hi-fi?

Dla tych, którzy lubią połączenie rocka, country i soft rocka, ale chętnie przenocowaliby w innym miejscu niż ten sam kalifornijski motel, znakomitym adresem będzie "Rumours" Fleetwood Mac - równie klasyczny, znakomicie zagrany i nagrany album, na którym wokale i gitary pozwalają systemowi się wykazać, a słuchaczowi odetchnąć od "tego" riffu. Bardziej "drogową" atmosferę, z nutą live'owego brudu, zapewni "Running on Empty" Jacksona Browne'a, gdzie hybryda nagrań scenicznych i studyjnych tworzy świetny materiał do testów. A jeśli szukacie podobnego "amerykańskiego" sznytu bez obowiązkowego meldunku w tym samym hotelu, "Full Moon Fever" Toma Petty'ego zaoferuje proste, cudownie napisane piosenki z produkcją, która też potrafi obnażyć braki systemu, ale jeszcze nie doczekała się statusu przymusowego numeru na audiofilskich playlistach.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Eric Clapton - "Unplugged"

Clapton w wersji akustycznej, czyli MTV Unplugged w najczystszej postaci. Zestaw klasyków, przeróbek, trochę bluesa, trochę piosenki, trochę historii rocka skręconej do formatu "na siedząco". Muzycznie "Unplugged" to Clapton w trybie "wujek Eric opowiada przy kominku". Nie ma tu ognia "Cream", jest za to dużo bluesowego komfortu. "Layla" w wersji balladowej, "Tears in Heaven" i w zasadzie cała reszta repertuaru - wszystko przygotowane tak, żeby "podeszło" każdemu, kto w swoim życiu miał choć minimalną styczność z gitarą. Jest miło, jest nostalgicznie, jest bezpiecznie.

Brzmieniowo to jeden z najlepiej zrobionych "akustycznych" albumów tamtych lat. Drewno gitar słychać niemal fizycznie, smaczki na gryfie, struny ocierające się o progi, oddechy między frazami. Publiczność jest obecna, ale nie zalewa całości. To idealny materiał, żeby sprawdzić realizm średnicy i naturalność brzmienia instrumentów akustycznych. I dlatego właśnie audiofile zrobili z tego albumu obowiązkowy test "czy słychać struny". Po którymś odsłuchu "Layli" w tej wersji człowiek ma ochotę złamać akustyka o kolano. Nie dlatego, że to zła płyta - wręcz przeciwnie. Po prostu nikt nie zasługuje na to, by słuchać tej samej frazy gitarowej po raz trzysta sześćdziesiąty piąty. Szczególnie gdy ktoś uważa, że odkrył Amerykę i koniecznie chce nam pokazać, jak dobrze słychać tu dźwięki palców przesuwających się po strunach. Tak, słyszymy. Słyszymy też, jak w naszej głowie pęka cienka żyłka odpowiedzialna za cierpliwość.

Miłośnicy akustycznych gitar i "żywego" brzmienia spokojnie znajdą równie testowe, a znacznie mniej wyeksploatowane tytuły - "Unplugged" Neila Younga oferuje podobny, koncertowy format, ale z większą dawką surowości i nerwu, dzięki czemu sprawdza system, a nie cierpliwość słuchacza. W nieco bardziej psychodelicznym, songwriterowym klimacie kapitalnie sprawdzi się "Solid Air" Johna Martyna - nagranie ciepłe, głębokie i pełne detali, idealne do oceny barwy i faktury. A dla tych, którzy chcieliby pójść jeszcze dalej w stronę intymności, "Pink Moon" Nicka Drake'a pokaże, jak brzmi człowiek sam z gitarą zarejestrowany tak, że trudno przejść obok tego obojętnie, nawet jeśli nikt nie próbuje na tym niczego demonstrować.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Katie Melua - "Piece by Piece"

Druga płyta artystki, z "Nine Million Bicycles" na pokładzie. Pop w eleganckim ubraniu - trochę folku, trochę jazzu, duża dawka "ładności" zaprojektowanej tak, żeby było przyjemnie, ale nigdy niewygodnie. Muzycznie "Piece by Piece" jest wszystkim, co powinien oferować mainstreamowy pop dla dorosłych. Melua śpiewa dobrze, piosenki są zgrabne, aranżacje dopieszczone, klimat spójny. Nie ma tu rewolucji, ale jest wysoki poziom rzemiosła. To jest płyta, którą serio można polubić, jeśli człowiek wyłączy w głowie cynika. Produkcja jest jak porcelanowa filiżanka - cienka, gładka, błyszcząca. Wokal jest na pierwszym planie, ciepły, miękki. Instrumenty tworzą ładne tło: gitary, smyczki, delikatna perkusja. Wysokie tony nie gryzą, bas jest raczej obecny niż "kopiący". Idealny materiał, żeby pokazać, że system jest przyjazny.

I tu zaczyna się problem. "Nine Million Bicycles" stało się muzycznym odpowiednikiem plakatu z kawą - wisi wszędzie. W salonach audio płyta ta bywa odpalana zawsze wtedy, gdy przychodzi ktoś, kto mówi "ja tam takiej mocnej muzyki nie słucham, coś spokojniejszego bym prosił". I nagle, zamiast poszukać czegoś naprawdę ciekawego, wszyscy odpalają to samo. Po jakimś czasie człowiek zaczyna czuć, że wśród tych dziewięciu milionach rowerów jest też jego własny, którym chce uciec z pokoju odsłuchowego.

Dla fanów miękkiego, melancholijnego popu z wyeksponowanym wokalem ciekawą odskocznią może być "Happenstance" Rachael Yamagaty - równie piosenkowe, ale z nieco ostrzejszym piórem, mniejszą cukrowością i bardziej "ludzką" produkcją. W trochę bardziej jazzowej, retro-wokalnej estetyce świetnie sprawdzi się "Careless Love" Madeleine Peyroux, gdzie ciepły głos, świetny zespół i znakomite nagranie pozwalają sprawdzić system bez wrażenia, że ktoś włączył playlistę z kawiarni sieciowej. A jeśli szukacie czegoś cieplejszego, bardziej soulowego, ale wciąż bardzo dobrze brzmiącego, "Salt" Lizz Wright zaoferuje podobny poziom "przytulności", tylko z większą dawką duszy i mniejszą liczbą rowerów w tle.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Madonna - "Ray of Light"

Album, którym Madonna udowodniła, że w wieku czterdziestu lat nie musi gonić trendów - może je tworzyć. Orbit, elektronika, ambientowe plamy, klubowe bity, do tego popowe numery, które do dziś brzmią świeżo. Muzycznie "Ray of Light" to pop z ambicjami, które go nie kompromitują. "Frozen", "Ray of Light", "Nothing Really Matters" - to piosenki, które bronią się do dziś. Całość jest spójna, odważna jak na mainstream tamtych czasów, a jednocześnie wystarczająco przystępna, by nie odstraszyć słuchaczy radia.

Brzmieniowo to było objawienie. Gęste, bogate aranżacje, kapitalnie wplecione syntezatory, głęboki bas, przestrzenne pogłosy. W erze pierwszych "loudness wars" była to płyta, która potrafiła być jednocześnie efektowna i stosunkowo dynamiczna. Do dziś to bardzo dobry materiał testowy dla systemu, który ma pokazać, że radzi sobie z elektroniką. Problem zaczyna się, gdy siedzimy w salonie audio, a kiedy myślimy, że po "Live in Paris", "Brothers in Arms" i "Roadhouses & Automobiles" myślimy, że odcierpieliśmy już swoje, sprzedawca proponuje "coś bardziej nowoczesnego" i wyciąga "Ray of Light" - album z 1998 roku. Nie musimy patrzeć na numer ścieżki - już wiemy, że za chwilę polecą pierwsze dźwięki "Frozen". Po raz setny uświadamiamy sobie, że dla niektórych audiofilów elektronika to w praktyce trzy płyty - "Ray of Light", "Mezzanine" i "Random Access Memories". Cała reszta gatunku została grzecznie odstawiona na półkę, żeby przypadkiem nie sprawiła systemowi przykrości. Po co szukać nowej muzyki, skoro Madonna od niemal trzydziestu lat załatwia temat?

Gdybyście chcieli nadal testować elektronikę, przestrzeń i bas, ale bez obowiązkowego odtwarzania "Frozen", świetnym wyborem będzie "Felt Mountain" Goldfrapp - album bardziej filmowy, mroczniejszy, z genialnie poukładanymi warstwami, który systemowi nie odpuszcza, a słuchaczowi daje poczucie odkrywania czegoś spoza "pakietu demo". W stronę intymniejszej, mikrodetalicznej elektroniki poprowadzi "Vespertine" Björk, gdzie każde kliknięcie i szept staje się osobnym testem na mikrodynamikę, ale w służbie bardzo osobistej opowieści, a nie tylko checklisty efektów specjalnych. A jeśli macie ochotę na coś bardziej klubowego, ale równie dopracowanego brzmieniowo, "Body Talk" Robyn pokaże, jak wygląda nowoczesny pop z ciężkim dołem i świetnymi rytmami, zanim ktoś uzna go za "nową referencję".

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Massive Attack - "Mezzanine"

Brudny, mroczny, obsesyjny album, na którym Massive Attack odcięli grubą kreską wcześniejsze, bardziej soulowe wcielenie. "Angel", "Teardrop", "Inertia Creeps" - to już nie trip-hop do kawy, tylko ścieżka dźwiękowa do niepokojących snów. Muzycznie "Mezzanine" jest ciężkim kalibrem. Siedzi głęboko, ma w sobie coś paranoicznego. To nie jest płyta, którą odpalasz "żeby coś grało". Tu trzeba wejść, zanurzyć się, trochę dać się ponieść temu mrokowi. W zamian dostajemy jeden z najbardziej spójnych, sugestywnych albumów końca lat 90.

Brzmieniowo "Mezzanine" to wyzwanie. Bas schodzi na samo dno piekieł, gitary są przesterowane, wokale często chowają się w miksie, a całość balansuje na granicy kontrolowanego chaosu. Na słabym systemie to się potrafi rozleźć w brunatną plamę. Na dobrym - jest jak film w Dolby Atmos, tylko w stereo. Audiofile oczywiście zakochali się w tym natychmiast. "Mezzanine" stało się poligonem doświadczalnym dla basu. "Angel" to rytuał przejścia. Jeśli kolumny przeżyją początek tego numeru bez utraty twarzy, można je sprzedawać. Po którymś odsłuchu zaczynasz czuć, że nie słuchasz "Mezzanine", tylko testu pod tytułem "czy sąsiedzi słyszeli już dziś, jakim basem dysponują nasze kolumny". Gdzieś ginie opowieść, klimat, cała ta neuroza - zostaje tylko "łupnięcie". To trochę tak, jakby ktoś oglądał "Blade Runnera" wyłącznie dla scen, w których widać neony.

Dla tych, którzy dalej kochają mroczny trip-hop, ale mają już dość tego samego zestawu basowych grzmotów, logicznym krokiem będzie "Dummy" Portishead - równie ikoniczny album gatunku, świetnie nagrany, a przy tym znacznie rzadziej wykorzystywany jako standardowy crash-test woofera. W podobnie filmowym, gęstym klimacie dobrze wypada "Psyence Fiction" UNKLE, gdzie warstw jest tyle, że system naprawdę ma z czym walczyć, a słuchacz przestaje liczyć, który to raz słyszy te same fragmenty. A jeśli chcecie wejść w jeszcze bardziej lepką, organiczną ciemność, "Maxinquaye" Tricky'ego pokaże, jak łączyć bas, paranoję i dobre brzmienie bez automatycznego uruchamiania trybu "proszę zwrócić uwagę na pracę subwoofera".

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Miles Davis - "Kind of Blue"

Album, o którym napisano już wszystko. Jeśli "Kind of Blue" nie jest w pierwszej piątce najważniejszych płyt w historii jazzu, to tylko dlatego, że ktoś wymyślił listę z dziwnym regulaminem. Muzycznie - arcydzieło. Tu się nie ma co rozwodzić. Proste struktury, genialne improwizacje, bajeczna interakcja między muzykami. To jest ten poziom, na którym dyskusje "czy to aby nie jest przecenione" zdradzają raczej problem dyskutanta niż płyty. Brzmieniowo, jak na 1959 rok, to wciąż zadziwiająco dobry materiał. Słychać ograniczenia epoki, ale też niesamowite wyczucie balansu. Trąbka ma ciało, saksofony nie piszczą, fortepian nie brzmi jak w garnku. To nie jest audiofilski spektakl, raczej bardzo dobrze zarejestrowany zespół w rzeczywistej przestrzeni.

W świecie hi-fi "Kind of Blue" stało się coś w rodzaju obowiązkowej lektury szkolnej. Nie możesz skończyć liceum, jeśli nie przeczytasz "Lalki", nie możesz być prawdziwym audiofilem, jeśli nie masz "Kind of Blue" i nie puścisz "So What" do testu nowego wzmacniacza. Efekt? Dla części ludzi ta płyta przestała być cudownym, intymnym spotkaniem z jazzem, a stała się dźwiękowym odpowiednikiem arkusza maturalnego. Widzisz okładkę i zamiast ekscytacji czujesz, że zaraz ktoś będzie ci zadawał pytania kontrolne - czy słyszysz, gdzie stoi saksofon?

Zamiast eksploatować ten sam fragment historii w nieskończoność, można przesunąć akcent na inne, równie ważne, a mniej "zużyte" tytuły - "In a Silent Way" pokazuje Milesa w bardziej kontemplacyjnym, elektrycznym wcieleniu, z długimi formami i klimatem, który pięknie testuje spójność i płynność systemu. W stronę bardziej klubowej, intymnej atmosfery prowadzi "Waltz for Debby" Billa Evansa - trio nagrane tak, że słychać dosłownie wszystko, a przy tym album wciąż nie stał się obligatoryjnym sygnałem dzwonka w salonach audio. Jeśli natomiast bardziej interesuje was saksofon niż trąbka, "Way Out West" Sonny'ego Rollinsa zaoferuje klarowny, przestrzenny, fantastycznie nagrany jazz, który też obnaża braki systemu, ale nie wywołuje skojarzeń z egzaminem dojrzałości.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Możdżer Danielsson Fresco - "The Time"

Trio, które zrobiło furorę nie tylko w Polsce. Fortepian, kontrabas, perkusjonalia, dużo przestrzeni, trochę preparacji fortepianu, trochę żartów, trochę zadumy. Płyta, która w kręgach "niekoniecznie jazzowych" bywała pierwszym kontaktem ludzi z nowoczesnym europejskim jazzem. Muzycznie "The Time" ma w sobie tę specyficzną mieszaninę liryzmu i lekkiego cyrku, z której Możdżer słynie. Danielsson i Fresco nie są tu "sekcją", tylko pełnoprawnymi współautorami. Raz jest bardzo po skandynawsku, raz prawie filmowo, raz wręcz kabaretowo. Dla jednych - cudowne, dla innych - momentami zbyt manieryczne, ale na pewno rozpoznawalne.

Brzmieniowo - bajka. Fortepian ma ogromną, panoramiczną sylwetkę, słychać każdy stuk klawisza, każde wybrzmienie struny. Kontrabas jest sprężysty, nie rozlazły, perkusjonalia biegają po scenie jak dzieci po placu zabaw. To jest nagranie skrojone pod systemy, które lubią pokazówkę. I tu właśnie zaczyna się kłopot. "The Time" stało się w Polsce - obok "Upojenia" - czymś w rodzaju przepustki do świata "poważnego" audio. Chcesz być traktowany serio? Puszczasz "The Time". Po latach człowiek zna tę płytę tak dobrze, że mógłby ją zagrać w myślach z pamięci, uwzględniając nawet rozmieszczenie instrumentów na scenie. W pewnym momencie to przestaje być słuchanie, a zaczyna bycie żywym mikrofonem.

Dla tych, którzy lubią klimat nowoczesnego, europejskiego tria, ale wolą uniknąć reakcji "znowu to?", bardzo rozsądną drogą ucieczki będzie "January" Trio Marcina Wasilewskiego - ECM-owa szkoła przestrzeni, kapitalna dynamika i muzyka, która żyje własnym życiem, zamiast udawać broszurę produktową. W podobnych rejestrach, ale z większym ładunkiem energii, porusza "Viaticum" Esbjörna Svenssona - świetnie zagrane, świetnie nagrane, idealne do testów, a wciąż mało kto zdążył je zajechać. Jeśli natomiast macie ochotę wyjść poza trio, zachowując europejski, nowoczesny idiom, projekt "We Are?" Trondheim Jazz Orchestra pokaże wam, jak wygląda duży skład nagrany z rozmachem i dbałością o szczegół, bez odwoływania się do tych samych trzech nazwisk na okładce.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Norah Jones - "Come Away With Me"

Debiut, który sprzedał się jak ciepłe bułki na całym świecie. Hybryda jazzu, folku i popu, z głosem Norah jako głównym magnesem. Płyta, która zdefiniowała "kawiarnianą melancholię" na lata. Muzycznie "Come Away With Me" to album świetnie zrobiony, ale też bardzo "bezpieczny". Wszystko jest tu miłe - melodie, harmonie, aranże. Norah nie szarpie, nie atakuje, tylko śpiewa, jakby opowiadała szeptem historię w małym barze tuż przed zamknięciem. To ma ogromny urok, szczególnie za pierwszym, drugim, trzecim razem. Brzmieniowo to definicja "ciepłego, miłego nagrania". Wokal jest jak koc z miękkiej wełny - otula, ale też trochę usypia czujność. Instrumentarium z tyłu buduje atmosferę, nie próbuje się przepychać.

W świecie hi-fi "Come Away With Me" stało się czymś w rodzaju pizzy z szynką i pieczarkami. Jeżeli nie wiesz, co puścić, puszczasz to. Kiedy przychodzą ludzie, którzy "nie lubią ostrej muzyki", puszczasz to. Gdy trzeba napisać recenzję i podać przykład "spokojnego żeńskiego wokalu", piszesz o tym. Po którymś razie człowiek ma wrażenie, że Norah Jones powinna mieć rubrykę w PIT, zatytułowaną "procent czasu pracy spędzony na testach kolumn w Polsce", a cały dochód z tego procederu - dla wyrównania karmy - powinien trafiać na cele charytatywne.

Osoby, którym ten rodzaj ciepłej melancholii wciąż odpowiada, ale szukają nowych głosów w podobnym klimacie, mogą sięgnąć po "Little Voice" Sary Bareilles - równie melodyjny, pianistyczny pop, ale z wyraźniejszym charakterem i mniej "kawiarnianą" politurą. W stronę bardziej jazzowej elegancji prowadzi "My One and Only Thrill" Melody Gardot, płyta pełna smyczków, klimatu i świetnego nagrania, która dziwnym trafem nie stała się jeszcze domyślnym wyborem wszystkich salonów audio. A jeśli wolicie gitarę akustyczną przy zachowaniu intymności, "Once I Was an Eagle" Laury Marling pokaże, że można nagrywać gęste emocjonalnie, świetnie brzmiące płyty bez wpisywania się w katalog "muzyka do latte".

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Patricia Barber - "Café Blue"

Klubowy jazz dla tych, którzy wolą noc od dnia. Barber przy fortepianie, nisko zawieszony głos i aranże, które są bardziej klimatem niż popisem. "Café Blue" to płyta, która może uwodzić albo irytować, w zależności od nastroju. Tempo jest zwykle wolne, przestrzeń duża, napięcie budowane bardziej nastrojem niż melodią. To nie jest jazz do popijania wina na tarasie, tylko raczej do samotnego siedzenia w fotelu w dwuznacznym humorze. Brzmieniowo - audiofilskie złoto. Wokal jest niemal namacalny, instrumenty rozmieszczone z chirurgiczną precyzją, dynamika zaskakuje. To jedna z tych płyt, na których system "albo gra, albo nie gra" - żadnych półśrodków.

I właśnie dlatego "Café Blue" wywołuje w audiofilach coś w rodzaju uzależnienia. Puszczasz ten album i czujesz się lepszy - oto słucham "prawdziwego jazzu", a nie jakiejś tam Nory Jones. Problem w tym, że po kilkunastu latach w tym samym towarzystwie, w tych samych pokojach, w tych samych konfiguracjach ta "prawdziwość" zaczyna przypominać teatralną pozę. W pewnym momencie człowiek ma ochotę odpocząć. Patricio, ty też daj żyć, spędź weekend z rodziną, wyjedź nad morze, ale zniknij choć na moment z playlist puszczanych w salonach audio i na wystawach. Serio, lubimy cię, ale należy ci się urlop.

Miłośnikom takiego nocnego, klubowego klimatu i dopieszczonego brzmienia można spokojnie polecić inne tytuły, które nie przewijają się w co drugim teście - "Modern Cool" tej samej Barbary zachowuje większość zalet "Café Blue", ale wnosi odrobinę inną dramaturgię i nie ciąży na nim piętno "płyty pierwszego kontaktu". Świetną propozycją dla tych, którzy szukają żeńskiego jazzu wokalnego na równie wysokim poziomie, jest "Blue in Green" Tierney Sutton - znakomicie zarejestrowany, subtelny, a przy tym dziwnie rzadko wykorzystywany jako materiał demo. A jeżeli ktoś ma ochotę zmienić barwę głosu, wciąż pozostając w świecie jazzowych wokali z klasą, "Man in the Air" Kurta Ellinga zaoferuje i świetne nagranie, i zupełnie inne spojrzenie na to, co można zrobić z głosem.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Pink Floyd - "Dark Side of the Moon"

Klasyk nad klasykami. Album, który doczekał się tylu wydań, remasterów i analiz, że można by nim wytapetować cały dział "Rock" w sklepie muzycznym. Spójny koncept, znakomite kompozycje, kapitalne aranżacje. To płyta, która nadal działa - nie jako muzealny eksponat, tylko jako żywa, wciągająca opowieść. Nawet jeśli zna się ją na pamięć, wciąż potrafi ruszyć. Brzmieniowo - szczególnie w kilku najlepszych edycjach - to nadal kosmos. Przestrzeń, detale, przejścia między utworami, efekty - wszystko poskładane tak, że trudno uwierzyć w rok wydania. To jest album, który naprawdę może "pokazać system".

I właśnie dlatego stał się klątwą. "Dark Side of the Moon" jest odpowiednikiem tego kolegi, którego wszyscy zapraszają na każdą imprezę, bo "zawsze jest z nim fajnie". Po dwudziestu latach orientujesz się, że nie znasz nikogo innego. W świecie hi-fi wygląda to tak, że każde poważniejsze demo, każda prezentacja, każda "poważna" recenzja musi mieć moment, w którym wchodzą zegary z "Time" albo kasa fiskalna z "Money". Po którymś razie zaczynasz ciężko oddychać, a potem reagować agresywnie. Masz ochotę podejść do systemu, powyrywać i pociąć wszystkie kable, wyrwać membrany z głośników, podłożyć ogień pod wzmacniacz, rozwalić odtwarzacz siekierą, a płytę profilaktycznie połamać na kawałki. Nie dlatego, że jest zła (choć, szczerze mówiąc, nie jestem też przekonany, czy faktycznie jest tak genialna, jak przyjęło się mówić), ale dlatego, że przejadła się nam dawno, dawno temu. Ile można...

Dla tych, którzy kochają Floydów, ale niekoniecznie muszą słuchać tego obowiązkowego elementu każdej prezentacji sprzętu hi-fi, świetnym wyborem będzie "Wish You Were Here" - równie znakomicie nagrany album, momentami jeszcze ciekawszy muzycznie, a mniej wyświechtany jako narzędzie pomiarowe. W stronę bardziej minimalistycznej, ale za to ekstremalnie wymagającej dla systemu estetyki prowadzi "Spirit of Eden" Talk Talk, gdzie ciche fragmenty i eksplozje dynamiki sprawdzają zarówno rozdzielczość, jak i kulturę pracy wzmacniacza. A jeśli mamy ochotę na bardziej matematyczne, precyzyjne granie z lat osiemdziesiątych z kapitalną produkcją, "Discipline" King Crimson pokaże, że progresywny rock może brzmieć referencyjnie bez obowiązkowego udziału kas fiskalnych i zegarów.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Radiohead - "OK Computer"

Płyta, która zrobiła z Radiohead zespół dla ludzi z egzystencjalnym niepokojem. Połączenie gitar, elektroniki, psychodelii i depresji końca wieku. Muzycznie "OK Computer" jest do bólu aktualne. To album, który przewidział połowę naszych współczesnych lęków, zanim zdążyliśmy wymyślić social media. "Paranoid Android", "Karma Police", "No Surprises" - utwory, które nie starzeją się ani dnia. Brzmieniowo to gęsta, skomplikowana robota. Miks nie jest "ładny" w audiofilskim sensie, ale ma ogromną głębię i masę. To nie jest płyta, na której pokazuje się przestrzeń i powietrze, tylko raczej to, jak system radzi sobie z nawarstwieniem i kontrolą.

Audiofile, rzecz jasna, wykorzystali ją do tego ostatniego. "OK Computer" stało się testem "czy system poradzi sobie z trudniejszym materiałem". W praktyce często oznacza to, że "Paranoid Android" leci na pół gwizdka, po czym ktoś mówi "no, tu to się już trochę robi bałagan, ale proszę zobaczyć, jak ładnie słychać gitarę z lewej". Po pięćdziesiątym razie ta gitara zaczyna brzmieć jak alarm samochodowy sąsiada - nie dlatego, że jest zła, tylko dlatego, że słyszysz ją częściej, niż byś chciał.

Dla słuchaczy, którzy chcą zostać w świecie Radiohead, ale chętnie zmieniliby płytę, "In Rainbows" będzie niemal idealnym kompromisem - równie dobre kompozycje, świetna produkcja, więcej organiczności i znacznie mniejszy bagaż historii. W nieco innym, ale pokrewnym klimacie gęstego, melancholijnego rocka znakomicie sprawdzi się "High Violet" The National, gdzie bas, wokal i aranżacje potrafią dać systemowi popalić. A jeśli ktoś ma ochotę na gitarowo-elektroniczny chaos kontrolowany z dęciakami w tle, "Dear Science" TV on the Radio zaoferuje tyle warstw, że każdy "trudny materiał" z recenzji zacznie nagle wydawać się zaskakująco prosty.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Rebecca Pidgeon - "The Raven"

Chesky w wersji "full audiofile mode" - minimalne mikrofonowanie, naturalna akustyka, pani z gitarą, dużo powietrza. "Spanish Harlem" robi w branży audio karierę większą niż cała reszta dyskografii Pidgeon razem wzięta. Muzycznie "The Raven" jest przyzwoitym, lekko folkowym popem. Ładnym, nienachalnym, ale też niezostawiającym trwałych blizn w pamięci. To jest album, który powinien funkcjonować w kategorii "miła płyta do herbaty", gdyby nie fakt, że jeden utwór zmienił jego los.

Brzmieniowo "Spanish Harlem" to pokaz możliwości Chesky'ego. Wokal wisi w przestrzeni jak hologram, gitara ma fakturę jak świeżo wypolerowany parkiet, tło jest czarne jak sumienie księgowego po kontroli skarbowej. Na dobrym systemie efekt jest obłędny, na gorszym - obnaża wszystkie grzeszki. Świat audio zrobił z tego utworu rentgen do badania systemów. Po latach masz wrażenie, że jeśli ktoś nie ma "Spanish Harlem" na swojej playliście, to nie dostaje paszportu audiofila. Po którymś razie człowiek ma odruch, jak przy przyciężkich perfumach - może to i ładne, ale jak ktoś pryska się tym codziennie przez dziesięć lat, chcemy puścić pawia albo uciec przez okno.

Zamiast więc po raz kolejny lokalizować Rebeccę dokładnie na środku między kolumnami, można wrzucić na odtwarzacz inne, równie dobrze nagrane wokale - "Hell or High Water" Sary K. dostarcza podobnie intymnego, akustycznego klimatu ze Stockfischową dbałością o detal, ale z inną barwą głosu i repertuarem. Zupełnie inną, bardziej emocjonalną perspektywę na "ładny wokal" daje "Songbird" Evy Cassidy, gdzie test sceny i barwy przychodzi niejako przy okazji. A jeśli macie ochotę zobaczyć, jak wygląda ekstremalnie bliski wokal i gitara sprzed ery audiofilskich samplerów, "Julie Is Her Name, Vol. 1" Julie London pokaże, że ten efekt można osiągnąć bez bohaterki każdej wystawy.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

Roger Waters - "Amused to Death"

Słuchowisko o tym, jak media, wojny i telewizor robią z nas zombie. QSound, odgłosy, efekty 3D, pies szczekający za plecami - cały arsenał, żeby pokazać, że stereo to wcale nie dwa pudełka grające według schematu "lewy-środek-prawy". Muzycznie "Amused to Death" to Waters w koncentracie - dużo patosu, dużo publicystyki, dużo monologów, ale też sporo naprawdę mocnych momentów. To nie jest płyta, którą odpalasz "do prasowania". Tu się trzeba skupić, albo przynajmniej mieć na nią nastrój.

Brzmieniowo - spektakl. Jeśli system i ustawienie sprzętu są w porządku, dźwięki chodzą dookoła ciebie jak psy na wystawie. Pojawiają się głosy za plecami, odgłosy z boku, przestrzeń jest tak rozległa, że człowiek zaczyna się rozglądać, czy nikt mu nie postawił dodatkowych głośników po kątach. Audiofile oczywiście zakochali się w tym natychmiast. "Amused to Death" stało się Kroniką Wypadków Przestrzennych w jednym tomie. Po którymś pokazie człowiek ma wrażenie, że gdyby ktoś włączył tę płytę w lesie, audiofile byliby w stanie wskazać każdemu drzewu jego pozycję względem sceny. Problem w tym, że po dwudziestym "Patrz, pies jest za tobą!" zaczyna się czuć nie zachwyt, tylko lekką furię. Tak, pies jest za mną. Tak, głos telewizyjnego komentatora jest po prawej. Nie, nie musimy sprawdzać tego jeszcze raz w trzech kolejnych pokojach.

Dla miłośników teatralnego, "słuchowiskowego" podejścia do rocka można zaproponować kilka alternatyw, które nie każą wam za każdym razem oglądać tego samego psa biegającego po scenie - "Is This the Life We Really Want?" pokazuje Watersa w nowszym, bardziej przyziemnym wydaniu, z ciekawą realizacją, ale bez fajerwerków QSoundu. Jeśli chcemy zostać przy floydowskim DNA, "The Final Cut" zaoferuje podobnie gęstą, dramatyczną narrację z dużą sceną i mnóstwem smaczków, ale nie będzie wam jadł mózgu za każdym razem tym samym numerem. A w świecie współczesnym kapitalnym odpowiednikiem "koncept albumu z rozmachem" jest "Hand. Cannot. Erase." Stevena Wilsona - mnóstwo szczegółów, wielka scena, a jednocześnie wciąż zaskakująco rzadko grane w charakterze obowiązkowego testu przestrzeni.

20 uwielbianych przez audiofilów albumów, które powinny przejść na zasłużoną "odsłuchową" emeryturę

The Police - "Synchronicity"

Ostatni album The Police, szczyt ich komercyjnego sukcesu, płyta, która łączy post-punkowe korzenie z popową perfekcją. "Every Breath You Take" zna nawet ten, kto myśli, że The Police to serial z Cezarym Pazurą. Muzycznie "Synchronicity" jest petardą. Sting pisze tu piosenki na poziomie, który wielu jego kolegów po fachu osiąga raz w życiu, a tu jest ich cały zestaw. Aranżacje są gęste, ale przemyślane, rytmika - jak to u nich - wykręcona, ale chwytliwa.

Brzmieniowo to kwintesencja dopieszczonej produkcji lat 80. Mocny dół, charakterystyczne, dość suche werble, dużo warstw, ale wszystko pod kontrolą. W dobrym wydaniu to materiał, który potrafi zrobić wrażenie nie gorzej niż "płyty z napisem audiophile". W hi-fi "Synchronicity" bywa jednak traktowane jak test. W praktyce oznacza to, że "Every Breath You Take" wchodzi jak obowiązkowe zadanie egzaminacyjne. Po którymś razie ta piosenka przestaje być opowieścią o toksycznej obsesji, a zaczyna być hymnem branży audio - "Every breath you take, every move you make, I'll be watching you..." przez kolejne trzy konfiguracje, bo tak dobrze się na tym sprawdza przejrzystość średnicy.

Dla słuchaczy, którzy lubią tę epokę i ten sposób produkowania rocka, ale chętnie wybraliby inny zestaw referencyjnych piosenek, dobrą odskocznią będzie "Speaking in Tongues" Talking Heads - arty-popowy majstersztyk z kapitalną rytmiką i brzmieniem, które sprawdzi zarówno timing, jak i scenę. W nieco bardziej gitarowym, brytyjskim wydaniu podobną funkcję może pełnić "Skylarking" XTC - album pełen świetnych melodii, ciepłego soundu i smaczków, które system powinien wydobyć na wierzch, choć mało kto wykorzystuje go w tym celu. A jeśli chcecie zostać przy dużych refrenach i dopieszczonej produkcji, ale zmienić bohatera, "So" Petera Gabriela zaoferuje i "In Your Eyes", i "Red Rain", i cały pakiet brzmieniowych atrakcji, bez konieczności odgrywania co odsłuch tej samej obsesyjnej mantry.

Komentarze (18)

Pokaż wcześniejsze komentarze
  • Arek

    Jak miło przeczytać ciekawy, napisany dobrą polszczyzną tekst kogoś, kto nie mówi tego co wie, ale wie o czym mówi. To niestety zdarza się coraz rzadziej, tym większy szacunek!

    9
  • Ydna

    A co komu szkodzi przyjść z własnym zestawem płyt? Zdając się na gust operatora koparki, nie dziwmy się że dziury na słupki ogrodzeniowe będą miały po 2 m średnicy i 6 m głębokości. Pozdrawiam wszystkich audiofili słuchającyh portfelem, a nie uchem.

    3
  • Piotr B

    Serdecznie dziękuję za ten artykuł - podpowiedź wielu nieznanych mi wcześniej ciekawych tytułów. Natomiast rozumiem dobór/zawężenie repertuaru na różnego rodzaju "Audio/HiFi/Hi-End Show", których głównym celem nie jest prezentacja muzyki, ale sprzętu tę muzykę odtwarzającego. Jeśli mam potrzebę poznawania, przeżywania muzyki, idę na koncert lub włączam płytę w domu. Jeśli chcę zorientować się w jakości i charakterze sprzętu, wolę ograne, dobrze znane utwory - na takim "materiale" łatwiej mi ocenić aspekty techniczne.

    1
  • Marcin

    Znakomity artykuł. Wstyd się przyznać, ale znam 18/20. Dodałbym jeszcze Dead Can Dance - "The Serpent's Egg", Alan Parsons Project - "Eye in the Sky" i Yello - "Touch Yello".

    3
  • Art

    Wielkie dzięki panie Tomaszu. Dużo świetnie brzmiących albumów których nie znałem. A może by tak część 2?

    0
  • Kuba

    Rzadko się zdarza tak dobrze napisany tekst. Gratuluję pióra i proszę o więcej. A co do samej treści to niestety tak jest i to nie tylko na AVS, Monachium itp, ale również podczas odsłuchów w salonach i co mnie najbardziej martwi nawet podczas wizyt u znajomych. Zmieniajmy to o ile tylko mamy na to wpływ, tyle jest pięknych i nieodkrytych dźwięków. Słuchajmy muzyki, nie sprzętu. Pozdrawiam.

    1
  • Michał

    Zapomniał Pan o najlepszym audiofilskim albumie ever, czyli "Friday Night in San Francisco". Pozdrawiam.

    0
  • Tomek

    Dzięki za wspomnienie Chrisa Rea. Tuż przed świętami opuścił ten świat.

    0
  • #art

    Od tego hi-fi mam uszkodzony słuch.

    0
  • Hubert

    Przyjemna lektura. Dziękuję i zgłaszam propozycję - "Tribute to Eric Clapton" z 1995 roku Wojtka Waglewskiego i spółki.

    0

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Zobacz także

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Sekrety skandynawskiego designu - od architektury do sprzętu stereo

Sekrety skandynawskiego designu - od architektury do sprzętu stereo

Styl skandynawski to jedno z najbardziej rozpoznawalnych zjawisk we współczesnym wzornictwie. Często bywa opisywany tak, jakby był gotowym schematem - zestawem zasad, które można odtworzyć w dowolnym miejscu na świecie. Wystarczy tylko połączyć jasne drewno, białe ściany, kilka prostych form, odrobinę tekstyliów, rośliny w ceramicznej doniczce i gotowe. W rzeczywistości...

432 kontra 440 Hz - Muzyczny sekret czy teoria spiskowa?

432 kontra 440 Hz - Muzyczny sekret czy teoria spiskowa?

Melomani potrafią godzinami zasłuchiwać się w ulubionych płytach, śledząc najdrobniejsze niuanse ich realizacji i różnice między poszczególnymi wydaniami. Audiofile z obsesyjną dokładnością porównują brzmienie różnych DAC-ów, lamp i przewodów z czystego srebra - wszystko po to, by zbliżyć się do tego, co określają jako "prawdę nagrania" lub "dźwięk jak na...

Erik Wiederholtz - Perlisten

Erik Wiederholtz - Perlisten

Marka Perlisten wkroczyła na rynek hi-fi w sposób, który zaskoczył wielu - nagle, a jednocześnie z wielkimi ambicjami. Jej debiut nie był przypadkowym wejściem w świat audio, lecz przedsięwzięciem realizowanym przez zespół doświadczonych specjalistów - inżynierów i menedżerów, którzy pracowali już przez dekady przy wysoce zaawansowanych projektach w obrębie przetworników,...

Spotify Lossless - ósmy cud świata czy spóźniony pociąg, który nikogo już nie zabierze?

Spotify Lossless - ósmy cud świata czy spóźniony pociąg, który…

Na pewne rzeczy w życiu czeka się tak długo, że człowiek zaczyna wątpić, czy w ogóle dożyje ich spełnienia. Jedni latami wypatrują nowej płyty ulubionego zespołu, inni odliczają dni do kolejnego sezonu ukochanego serialu, a audiofile? Cóż, oni od niemal dekady czekali, aż Spotify wreszcie wprowadzi streaming w bezstratnej jakości....

Małe klocki, wielki dźwięk - Cyrus

Małe klocki, wielki dźwięk - Cyrus

Lata osiemdziesiąte były dla branży hi-fi czymś w rodzaju złotego wieku - półki sklepów uginały się pod ciężarem urządzeń, z których wiele nazywamy dziś kultowymi, a każda licząca się firma miała w ofercie wzmacniacz, który może nie był najpiękniejszy i wykonany niczym szwajcarski zegarek, ale nie kosztował majątku i grał...

Bannery dolne

Nowe testy

Poprzedni Następny
Vienna Acoustics Mozart SE Signature

Vienna Acoustics Mozart SE Signature

W świecie kolumn głośnikowych są konstrukcje budzące respekt zaawansowanymi rozwiązaniami technicznymi i parametrami, a także takie, które nie wyglądają jak statek kosmiczny i nie wykorzystują materiałów rodem z filmów science...

NAD M10 V3

NAD M10 V3

Kiedy kilkanaście lat temu pojawiły się pierwsze wzmacniacze z wbudowanym przetwornikiem cyfrowo-analogowym, a później streamerem, wielu audiofilów traktowało je jak oznakę pogoni za modą, niegroźną ciekawostkę albo drogę na skróty....

Meze Strada

Meze Strada

Meze Audio jest jednym z producentów, którzy w ciągu zaskakująco krótkiego czasu przeszli drogę od ciekawostki z peryferii rynku do roli jednego z najważniejszych graczy w segmencie słuchawek klasy premium....

Bannery boczne

Komentarze

a.s.
Dział marketingu mają dobry.
Tomek
Podłączcie do nich Luxmana 505z lub wcześniejszą wersję. Sami zobaczycie, pardon, usłyszycie. A usłyszeć znaczy w tym przypadku uwierzyć. Ja praktykuję ostatnio...
Michał
Jednej rzeczy bardzo brakuje. Skoro można bezprzewodowo podłączyć głośniki tylne, to co za problem dodać w ten sposób obsługę kanału centralnego? M10 daje jakąś...
payong
Właśnie rozpocząłem testowanie a Luna jest moim pierwszym poważnym kontaktem z lampami. Na początek - dobre wrażenie jeśli chodzi o opakowanie transportowe, zab...
Witold
Witam, czy DAC był wygrzany? Czy wymagał "wygrzania"? Mam nowy "świeży" i brakuje gładkości, a przede wszystkim wyższa średnica, wchodząc w górne pasmo, mocno d...

Płyty

Megadeth - Megadeth

Megadeth - Megadeth

Megadeth nie jest zespołem, który trzeba komukolwiek przedstawiać, ale w tym przypadku warto zrobić wyjątek, bo mówimy o płycie mającej...

Newsy

Tech Corner

Korekcja sygnału audio - grzech, czy przydatne narzędzie?

Korekcja sygnału audio - grzech, czy przydatne narzędzie?

Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...

Nowości ze świata

  • There are now two parallel trends becoming increasingly visible in the portable audio market - a renewed interest in physical media and a growing appetite for digital conversion methods associated with a more traditional, more "analog" presentation. The FiiO DM15...

  • Astell&Kern is one of the most recognisable brands in the high-resolution portable player segment. The company built its reputation on advanced Android-based digital audio players designed to combine high sound quality with support for streaming services and a distinctive angular...

  • Revival Audio is expanding its Atalante family with a new limited edition flagship, the Atalante Grande Réserve, restricted to 300 pairs worldwide. The name borrows from the vocabulary of fine cognac and champagne and is intended to signal a carefully...

Prezentacje

Sukces mierzony głośnikami - Pylon Audio

Sukces mierzony głośnikami - Pylon Audio

Polski sprzęt audio - to hasło przeciętnemu obywatelowi naszego kraju kojarzy się ze wzmacniaczami, kolumnami głośnikowymi i gramofonami sprzed kilku dekad. Większość z nas wyobraża sobie piękne wieże Unitry, Diory czy Radmora, kultowe Altusy lub gramofony takie, jak Daniel, Adam czy Bernard. Jeżeli myślicie, że to wszystko relikty minionego systemu,...

Poradniki

Chi-Fi - rewolucja czy zagrożenie?

Chi-Fi - rewolucja czy zagrożenie?

Chińskie hi-fi wywróciło rynek audio do góry nogami. Jeszcze dekadę temu wysokiej klasy dźwięk kojarzył się z drogimi urządzeniami zachodnich...

Popularne testy

Dyskografie

Dirge - Metalowy collage

Dirge - Metalowy collage

Dirge to po angielsku lament, zawodzenie, elegia, pieśń żałobna. Jest to również nazwa francuskiej grupy założonej w 1994 roku, niedaleko...

Wywiady

Erik Wiederholtz - Perlisten

Erik Wiederholtz - Perlisten

Marka Perlisten wkroczyła na rynek hi-fi w sposób, który zaskoczył wielu - nagle, a jednocześnie z wielkimi ambicjami. Jej debiut...

Vintage

Luxman C-1010

Luxman C-1010

Patrząc na ten klasyczny przedwzmacniacz łatwo wyobrazić sobie, że projektanci produkowanego obecnie wzmacniacza SQ38 nie musieli wzorować się na urządzeniach...

Słownik

Poprzedni Następny

Klasa D

Rodzaj konstrukcji lub raczej sposobu pracy wzmacniacza, zupełnie odcinający się od konwencjonalnych układów pracujących w klasie A oraz AB. We wzmacniaczu klasy D tranzystory pracują trochę jak binarne przełączniki, ponieważ...

Cytaty

OscarWilde.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.