Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Vienna Acoustics Mozart SE Signature

Vienna Acoustics Mozart SE Signature

W świecie kolumn głośnikowych są konstrukcje budzące respekt zaawansowanymi rozwiązaniami technicznymi i parametrami, a także takie, które nie wyglądają jak statek kosmiczny i nie wykorzystują materiałów rodem z filmów science fiction, ale wygrywają pięknym, muzykalnym brzmieniem i tym, że chce się z nimi żyć na co dzień. Vienna Acoustics jest jednym z reprezentantów tego drugiego obozu. Austriacka manufaktura nigdy nie skupiała się na symulacjach, obliczeniach i wykresach, w pierwszej kolejności dbając raczej o to, co czyni jej wyroby atrakcyjnymi dla oka i ucha. Firma została założona w 1989 roku przez Petera Gansterera i Petera Haferla, którzy za cel postawili sobie połączenie dwóch światów - rzetelnej inżynierii i estetyki charakterystycznej dla najwyższej klasy mebli. Manufaktura z Rust, niewielkiej miejscowości położonej w austriackim regionie Burgenland, zatrudnia obecnie około 40 osób. W środowisku audiofilów znana jest z niebanalnych kolumn charakteryzujących się świetną stolarką. W katalogu dominują modele zaprojektowane z myślą o systemach stereo, a nazwy poszczególnych konstrukcji powinny być bliskie każdemu miłośnikowi muzyki. Liszt Reference, Beethoven Concert Grand Reference, Haydn SE Signature, Mozart SE Signature - widać tu pewien motyw przewodni, nieprawdaż? Ostatni z wymienionych modeli to najnowsze wcielenie jednej z najważniejszych podłogówek w historii marki Vienna Acoustics, a przy okazji dobry przykład na to, jak różnie można rozumieć hi-fi.

Pierwsze Mozarty powstały już na początku lat dziewięćdziesiątych jako smukłe, eleganckie kolumny wolnostojące, tworzone we współpracy z lokalnymi stolarzami. Z czasem wokół tego modelu urosła cała filozofia i spore grono fanów, a sama marka wypracowała własną linię przetworników i bardzo ścisłą współpracę z europejskimi producentami mebli, którzy budują dla niej obudowy o jakości rzadko spotykanej w tym przedziale cenowym. Austriacka firma nigdy nie fundowała nam rewolucji. Nie tworzyła wokół swoich nowości atmosfery tajemniczości ani nie przechwalała się tym, co udało jej się osiągnąć. Zamiast tego obserwowaliśmy spokojny, stabilny rozwój - cierpliwe dopracowywanie kolejnych elementów i drobiazgów, ale w ramach tej samej koncepcji. Linia produktowa dopasowywała się do potrzeb odbiorców. Przykładowo, dziś w katalogu nie znajdziemy modelu Bach, czyli niewielkiej, dwudrożnej podłogówki o potężnym brzmieniu. Trochę szkoda, ale najwyraźniej klienci stawiali sprawę jasno - jeśli kolumny mają mieć tylko dwa przetworniki, równie dobrze można wziąć monitory Haydn SE Signature, a jeżeli zdecydujemy się na konstrukcję wolnostojącą, niech od razu będzie to układ 2,5-drożny z dwoma głośnikami nisko-średniotonowymi.

Dzisiejszy Mozart SE Signature jest efektem takiej właśnie ewolucji. Jest to obecnie najmniejszy model podłogowy w ofercie wiedeńskich akustyków. W nomenklaturze firmy wciąż należy do serii Concert Grand, obok większych Beethovenów (Concert Grand Reference i Baby Grand Reference) oraz podstawkowego Haydna SE Signature, które można traktować jako filary klasycznej części katalogu. Dopiero ponad nimi znajdują się bardziej ekstrawaganckie, droższe konstrukcje z przetwornikami koncentrycznymi, ale to właśnie te bardziej konwencjonalne modele, z Mozartem na czele, przyniosły firmie największą rozpoznawalność. Z perspektywy polskiego rynku Mozart SE Signature jest kuszącą propozycją dla melomanów, którzy mają już wyrobiony gust i wysokie wymagania, szukają jakości, a nie sezonowych promocji, ale mimo to nie chcą wchodzić w rejony "sprzętu dla szaleńców". W zależności od wykończenia za parę tych kolumn zapłacimy 19 998 lub 23 998 zł. To obszar, w którym znajdziemy wyższe modele takich marek jak Spendor (A7), Sonus Faber (Sonetto III), Amphion (Argon 3LS), Opera (Grand Mezza v2), Focal (Aria Evo X N°4), Monitor Audio (Gold 300 6G), DALI (Rubikore 6), KEF (R7 Meta), Bowers & Wilkins (704 S3) czy Pylon Audio (Jasper 23). Innymi słowy - segment, w którym nie ma miejsca na kolumny "ładne, ale przeciętne". Żeby tu zaistnieć, trzeba jednocześnie mieć coś do powiedzenia w kwestii techniki, brzmienia i wzornictwa. Czy Mozarty SE Signature to wszystko mają?

Vienna Acoustics Mozart SE Signature

Wygląd i funkcjonalność

Kto kiedykolwiek miał do czynienia z zestawami austriackiej firmy, nawet tymi produkowanymi kilkanaście lat temu, przyglądając się opisywanym podłogówkom poczuje się jak u znajomych, którzy odświeżyli mieszkanie, ale nie zmienili układu ścian. Z zewnątrz Mozart SE Signature jest tak podobny do swojego poprzednika, że gdyby nie inna konstrukcja cokołu stabilizującego, niektórzy mogliby się nie zorientować. To wąska, dość wysoka, ale bardzo proporcjonalna kolumna podłogowa, która nie przytłacza gabarytami. Warto przy tym zwrócić uwagę na to, że w tabelach danych technicznych można często znaleźć dwa zestawy wymiarów - 170 x 940 x 295 mm (sama skrzynka) oraz 260 x 1006 x 295 mm (z zamontowanymi nóżkami i kolcami). Ogólne wrażenie pozostaje jednak takie samo - to smukła, elegancka, typowo domowa forma, która nie przytłacza ani swoimi rozmiarami, ani odważną stylistyką. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że w swoim przedziale cenowym Mozarty SE Signature są jednymi z najbardziej kompaktowych zestawów głośnikowych na rynku. Wydają się stworzone dla klientów szukających kolumn, które dzięki swojej konstrukcji elegancko wtopią się w ich pokój odsłuchowy, a także dla tych, których pokój odsłuchowy ma raczej 15-20 niż 30-50 m², a mimo to zamiast monitorów zdecydowanie wolą kupić zestawy wolnostojące.

Rozpakowywanie austriackich zestawów to czysta przyjemność. Pierwszym elementem, który wyjmujemy z opakowania, jest osobny karton z akcesoriami, a w nim cokoły stabilizujące, kolce, podkładki, śruby i - tego akcesorium nie mogło tu zabraknąć - bawełniane rękawiczki. Cała konstrukcja opiera się na dwóch masywnych belkach, które po przykręceniu wystają daleko poza boczne krawędzie kolumn. Śruby wchodzą oczywiście w metalowe tuleje umieszczone w podstawie obudowy. Co ciekawe, każda z belek mocowana jest na trzy takie śruby, a do dyspozycji mamy dwa zestawy otworów montażowych, przy czym te rozstawione szerzej zostały zaklejone taśmą z informacją o tym, że są to punkty przeznaczone dla opcjonalnych, bardziej delikatnych wsporników. Domyślam się, że chodzi o te znane z poprzedniego modelu, bardziej "przytulone" do skrzynek. Najwyraźniej firma wciąż je oferuje i dlatego pozostawiono klientom wybór. Mnie szerokie belki podobają się bardziej, ponieważ szerokim i wąskim kolumnom w warunkach domowych najbardziej grozi upadek na bok, chociażby w wyniku przypadkowego potrącenia, a wydatne cokoły ograniczają to ryzyko do minimum. Potężne są również kolce, a właściwie grube, ostro zakończone śruby. Są na tyle długie, że pod Mozarty SE Signature spokojnie można wsunąć nie tyle palce, co całą rękę. Ba! Można nawet pokusić się o delikatne odchylenie skrzynek do tyłu.

Dzięki dużym "nakrętkom" wypoziomowanie kolumn jest czystą przyjemnością. Na dywanie lub wykładzinie to właściwie gotowe rozwiązanie, natomiast na twardej podłodze pozostaje nam użyć metalowych podkładek. Choć jest to powszechnie stosowany system, nie jestem jego wielkim zwolennikiem. Wystarczy, że przesuniemy jedną z kolumn, trafimy na drobną nierówność, przez którą kolec nie będzie idealnie stykał się z otworem w podkładce, ta zmieni swoje położenie albo zostanie, mówiąc kolokwialnie, wykopana - i nieszczęście gotowe. Oczywiście audiofile na wszystko mają sposoby. Można zaopatrzyć się w większe, wyższe podkładki, ustawić kolumny na granitowych płytach albo zastąpić fabryczne kolce czymś innym. Szkoda jednak, że producent nie dostarczył w zestawie czegoś w rodzaju dodatkowych nakrętek podklejonych gumą, oferując nam najprostsze możliwe rozwiązanie - metalowe krążki z wgłębieniami pośrodku. O wiele lepiej prezentują się maskownice. To dość lekkie, mocowane magnetycznie ramki obłożone eleganckim płótnem. W miejscach, w których stykają się z kolumnami, zobaczymy filcowe podkładki. Gdy grille są na miejscu, trzymają się jak przyklejone, a między nimi a frontem obudowy pozostaje tylko minimalna szpara. Po demontażu maskownicy nie widać natomiast żadnych otworów ani kołków - front jest czysty, gładki, elegancki. Super.

Vienna Acoustics słynie z pierwszorzędnej stolarki i Mozarty SE Signature nie są tu wyjątkiem. Do testu dostarczono wariant, który choć wymaga dopłaty, podoba mi się najbardziej - naturalny fornir w kolorze drzewa różanego, pokryty przezroczystym, satynowym lakierem. Oprócz tej wersji do wyboru mamy jeszcze satynową czerń i biel (w cenie 23 998 zł za parę) oraz trzy warianty tańsze - biały i czarny połysk oraz fornir wiśniowy. Efekt jest piorunujący. Wiele kolumn w zbliżonej, a nawet znacznie wyższej cenie wygląda przy Viennach jak szafka z supermarketu postawiona obok ekskluzywnych, wykonywanych na zamówienie mebli, na które czeka się kilka tygodni. Jeżeli nie dostrzegacie tego na zdjęciach, powiem tylko, że na żywo Mozarty SE Signature prezentują się jeszcze lepiej. Mieć takie głośniki w domu to czysta radocha, nawet gdy nie grają. Swoją drogą, sesja fotograficzna z kolumnami w takim wykończeniu w roli głównej to prawdziwa próba charakteru. Wiele zdjęć widocznych w galerii pod testem musiało być sklejane z dwóch albo trzech kadrów uchwyconych z innym ustawieniem lamp. Obróbka trwała wiele, wiele godzin. Nie dlatego, aby kolumny wyglądały inaczej bądź lepiej niż w rzeczywistości, ale przeciwnie - aby prezentowały się jak na żywo. Mam nadzieję, że efekt jest wart tego wysiłku, bo nie tylko test Mozartów, ale kilka innych publikacji nam się przez to przesunęło, za co wszystkich zainteresowanych serdecznie przepraszam.

Opisywane zestawy imponują nie tylko akcesoriami i powłoką zewnętrzną, ale również ogólną solidnością wykonania i oryginalnymi głośnikami. Każda z kolumn waży około 23 kg, co przy tak kompaktowych gabarytach daje do zrozumienia, że zamiast "skrzynek po jabłkach" mamy do czynienia z obudowami wykonanymi z grubych, gęstych płyt MDF. Sam producent podkreśla, że przez lata nawiązał długoterminową współpracę z europejskimi fabrykami mebli, dzięki czemu może korzystać z ich linii produkcyjnych i doświadczenia w obróbce drewna. Brzmi jak marketing, ale kiedy się te kolumny ogląda, łatwo uwierzyć, że stolarkę dla austriackiej firmy ogarniają prawdziwi specjaliści. Wystarczy zresztą spojrzeć na grubość przedniej i tylnej ścianki, które w charakterystyczny dla tej marki sposób są "oddzielone" od reszty. A to nie wszystko, ponieważ elementy te są częściowo wpuszczone w ramę utworzoną przez płyty boczne, dolną i górną, więc ich rzeczywista grubość jest jeszcze większa. Wprowadzenie takiej dylatacji pełni podwójną rolę. Z jednej strony buduje wrażenie solidności i przyjemnej mięsistości skrzynki, z drugiej zaś zwiększa sztywność newralgicznych miejsc, w których montowane są przetworniki. Krawędzie obudowy są lekko zaokrąglone, co poprawia zarówno estetykę, jak i rozpraszanie fal dźwiękowych. W środku obudowa jest wzmocniona wieńcami, których położenie dobrano na podstawie pomiarów. Tutaj nie ma mowy o filozofii "skrzynka jak pudło rezonansowe instrumentu". Producent otwarcie pisze, że obudowa głośnikowa ma być możliwie martwa akustycznie, a rolę elementów grających mają pełnić przetworniki oraz bass-refleks.

Dla porządku warto jeszcze dodać, że opisując stolarkę, chwalimy tak naprawdę nie austriackich, ale polskich rzemieślników. Tajemnicą poliszynela jest bowiem to, że od jakiegoś czasu Vienna Acoustics korzysta z usług firmy JRC, będącej właścicielem marki Pylon Audio. Żeby było jeszcze ciekawiej, najpierw Austriacy zlecili polskiej stolarni produkcję skrzynek (co było podobno bardzo długim procesem i wymagało uzyskania absolutnie perfekcyjnego efektu), a następnie to Polacy wykupili 70% udziałów VA Lautsprechermanufaktur GmbH. Wiedeńska manufaktura zachowała jednak swoją tożsamość. Nie było nagłych roszad w katalogu, a istotnym elementem transakcji było utrzymanie aktywnego zaangażowania Petera Gansterera oraz jego rodziny, którzy od początku odpowiadają za rozwój firmy, zarówno od strony zarządczej, jak i technologicznej. Zatem mimo że obudowy są wytwarzane w Polsce, a dodatkowo mamy do czynienia z nietypową sytuacją, w której to "stolarnia" posiada większościowy pakiet udziałów producenta kolumn, a nie odwrotnie, Vienna Acoustics funkcjonuje tak jak dotychczas, a zestawy tej marki nie są "Pylonami na sterydach", tylko sprzętem z zupełnie innym rodowodem i własnym, niepowtarzalnym charakterem.

Górny woofer ma całkowicie jednolitą, gładką membranę, przez którą doskonale widać elementy wewnętrzne. W niektórych wysokiej klasy kolumnach wystarczy wykręcić głośniki, aby dostrzec pewne niedoskonałości - ślady kleju, brzydko polutowane przewody, krzywo osadzone uszczelki, latające wszędzie wióry i inne tego typu drobiazgi, których nie widać z zewnątrz. Tu wszystko musi być nieskazitelne. I jest.

Choć na omówienie konstrukcji opisywanych kolumn przyjdzie jeszcze czas, nie sposób nie wspomnieć właśnie o głośnikach. Wiedeńscy akustycy od dawna stosują tu autorskie rozwiązania, z których tym najbardziej rozpoznawalnym są przezroczyste membrany jednostek średniotonowych i niskotonowych. Z daleka wygląda to tak, jakby kolumny były pozbawione membran - ich obecność zdradzają tylko refleksy świetlne i charakterystyczne wzmocnienia w kształcie pajęczyny. Rozmieszczenie głośników jest klasyczne - na górze jedwabna kopułka, a niżej dwa 15-centymetrowe przetworniki X3P, przy czym nie są one identyczne. Dolny, odpowiadający wyłącznie za niskie częstotliwości, otrzymał wspomniane wyżej wzmocnienia (Spidercone), a górny ma całkowicie jednolitą, gładką membranę, przez którą doskonale widać elementy wewnętrzne. Trzeba przyznać, że taka transparentność jest nie tylko efektowna, ale także stanowi kolejny dowód wysokiej jakości wykonania Mozartów SE Signature. Po pierwsze, w niektórych wysokiej klasy kolumnach wystarczy wykręcić głośniki, aby dostrzec pewne niedoskonałości - ślady kleju, brzydko polutowane przewody, krzywo osadzone uszczelki, latające wszędzie wióry i inne tego typu drobiazgi, których nie widać z zewnątrz i które nie mają wpływu na brzmienie (choć z pewnością znajdą się i tacy mistrzowie, którzy to usłyszą). Tutaj natomiast nie ma zmiłuj - takie kolumny nie mogą być zmontowane byle jak. Resor takiego głośnika nie może być brudny czy naderwany, na wewnętrzną stronę membrany nie może kapnąć klej, a wnętrze kolumn nie może przypominać podłogi w zakładzie stolarskim. Tu wszystko musi być nieskazitelne. I jest. Nie każda firma, nawet gdyby miała taką fantazję, odważyłaby się zamontować w swoich kolumnach takie przetworniki.

Przejdźmy zatem na zaplecze. Zobaczymy tu przede wszystkim dużą, metalową płytę ze złotą tabliczką znamionową z wypisanym ręcznie numerem seryjnym, dumnym napisem "Made in Austria" i wizerunkiem - a jakże - Wolfganga Amadeusza Mozarta. Gniazda są pojedyncze i jak na sprzęt z tej półki cenowej dość standardowe. Ot, złote terminale zatopione w przezroczystym plastiku. Najważniejsze, że przyjmą dowolne wtyki i znajdują się nisko nad podłogą, co ułatwi prowadzenie kabli i zapobiegnie wyginaniu ich końcówek, jeśli ktoś zdecyduje się na grube i ciężkie "węże ogrodowe". Z tyłu uwagę zwracają także dwa tunele rezonansowe. Jak na dzisiejsze realia, są dość nietypowe - mają stosunkowo małą średnicę, a dodatkowo nie są łagodnie wyprofilowane, tylko ścięte "na płasko". Między zasadniczą częścią tunelu a jego zlicowanym z obudową kołnierzem nie ma praktycznie żadnego zaokrąglenia. Co więcej, całość jest przykręcona do tylnej ścianki kolumn czterema wkrętami, co akurat aprobuję - dzięki temu każdy z bass-refleksów możemy traktować jako pewnie przymocowany element, za który można chwycić kolumnę, aby bezpiecznie przenieść ją w inne miejsce lub postawić do góry nogami, na przykład w celu przykręcenia cokołów stabilizujących. Dlaczego tunele rezonansowe są tak nietypowe (chciałoby się nawet powiedzieć - niedzisiejsze)? Firma informuje, że jest to bezpośrednio związane z przyjętą przez nią koncepcją strojenia Impulse Optimizing QB3 (Quasi-Butterworth), która ma się przekładać na świetną odpowiedź impulsową przy znacznym rozciągnięciu basu. Brzmi ciekawie, a jak to rozwiązanie sprawdza się w praktyce? Pora się przekonać!

Vienna Acoustics Mozart SE Signature

Brzmienie

Kolumny tej marki zawsze kojarzyły mi się z brzmieniem skomponowanym wedle zasady, która chyba nigdy nie została formalnie ujęta w słowa - tak, techniczna poprawność i wierność wobec odtwarzanego materiału są ważne, ale jeszcze ważniejsza jest czysta przyjemność słuchania. Oznacza to mniej więcej tyle, że austriackim konstruktorom nigdy nie zależało na stworzeniu zestawów wzorcowych, idealnych, znikających z toru, pasujących do absolutnie każdej muzyki i każdej elektroniki. Starali się dbać o pewne zdrowe podstawy, wypełniali plan minimum, upewniając się, że ich głośniki nie będą brzmiały dziwnie czy wręcz karykaturalnie, ale później szli w takim kierunku, jaki ich zdaniem jest optymalny z punktu widzenia melomana. Nie bali się tworzyć kolumn, które z jednej strony spełniają pewne podstawowe kryteria "obiektywnie dobrego sprzętu", a z drugiej mają swój charakter, są jakieś, pokazują muzykę po swojemu i wyraźnie dają nam do zrozumienia, że ich celem nie jest "zniknąć, zostawiając nas sam na sam z muzyką" (ile razy my to już słyszeliśmy...), tylko uczestniczyć w odsłuchach jako pełnoprawny podmiot. A że polipropylenowe membrany grają ciepło, a w porównaniu z głośnikami wykorzystującymi metal, włókno węglowe lub jakiś inny materiał rodem z promów kosmicznych ich brzmienie może być odbierane jako lekko spowolnione? I dobrze, bo podczas odsłuchu człowiek ma się relaksować, a nie zmuszać zmysły do wytężonej pracy. Poza tym jaka barwa, jaka spójność - prawdziwy miód na uszy. Że jedwabne tweetery grają dość delikatnie, a pod względem szybkości i przejrzystości nie mogą rywalizować na przykład ze wstęgami? No i super, prawidłowo - bo dokładnie takiego brzmienia oczekuje ktoś, kto planuje słuchać muzyki nie piętnaście minut, ale pięć albo osiem godzin, z krótkimi przerwami.

Puryści powiedzieliby pewnie, że nie taka jest rola kolumn, wzmacniacza, przetwornika czy kabli - że każdy z tych elementów ma być tylko perfekcyjnie wykonującym swoją robotę narzędziem, bo nagranie już powstało, artyści użyli konkretnych instrumentów o unikalnym brzmieniu, realizatorzy sięgnęli po konkretne mikrofony i podjęli cały szereg decyzji, których my nie mamy prawa zmieniać. Nasz domowy system stereo jest tylko drugim końcem całego tego łańcucha i na tym etapie nie można wprowadzać jakichkolwiek poprawek ani celowo tego efektu naginać, bo taki akurat mamy kaprys. Tyle że w rzeczywistości ludzie i tak wybierają taki sprzęt, jaki im się podoba i próbują uzyskać taki dźwięk, jaki uważają za optymalny. Neutralność potrafi być nudna, a przejrzystość - męcząca. Dla własnego komfortu i czystej satysfakcji można więc wybrać kolumny, które owszem tu i ówdzie trochę podkoloryzują, niskim tonom dodadzą mięcha i soczystej treści, średnicę delikatnie wysuną do przodu i pokażą ją w pastelowych barwach, a wysokie częstotliwości wypolerują na błysk i leciutko wygładzą, spiłują ostre krawędzie, aby odsłuch był przyjemny nawet wtedy, gdy sięgniemy po gorzej zrealizowane nagrania (bo przecież naiwnością byłoby wierzyć, że każda płyta brzmi tak, jak powinna).

Dokładnie z takim podejściem do tematu kojarzyła mi się zawsze marka Vienna Acoustics. Czytając niektóre opisy techniczne Mozartów SE Signature, trochę bałem się, że ten czar może nie tyle pryśnie, co delikatnie zwietrzeje. Ale nie (na szczęście!). Pierwsze dźwięki, pierwsze sekundy odsłuchu i już wiem, że dostanę to, na co liczyłem. Było gęsto, przyjemnie, naturalnie, blisko, intymnie, a przy tym łagodnie, harmonijnie, z kulturą i wyczuciem. Zero chamstwa, zero sztuczności, zero gwiazdorzenia i robienia szumu z byle powodu, a zamiast tego płynność, spokój i wybitna umiejętność skoncentrowania się na esencji muzyki. Bardziej na środku, wnętrzu, miąższu, a nie brzegach każdego dźwięku i kreowaniu próżni między instrumentami. Czyli co - stara, dobra Vienna i na tym koniec tematu? Otóż nie do końca. Charakterystyczne dla austriackiej manufaktury brzmienie zostało zachowane, ale jednocześnie w pewnych obszarach, takich jak chociażby dynamika, słychać duży postęp. To wciąż Vienna, ale jakaś taka, hmm... W lepszej formie. Wciąż ma podobne usposobienie, ale nie jest już kanapowcem ani pluszakiem do przytulania. Postanowiła o siebie zadbać, wyszczuplała, zaczęła biegać, a kiedy wieczorami ogląda seriale, zamiast paczki chipsów przynosi sałatę, kiełki i oliwki albo koktajl z jarmużu. Pozornie nic się nie dzieje, ale w praktyce każda taka drobna zmiana to cegiełka, która procentuje. Takie właśnie przemyślenia towarzyszyły mi, gdy przekonałem się, że Vienna nie straciła swojego charakteru. Fakt, nie straciła, i chwała jej za to, ale oprócz tego popracowała nad elementami, na które wcześniej można było kręcić nosem, tym samym odbierając argumenty krytykom. Gra przyjemnie i muzykalnie, bo tak lubi. Czasami coś ubarwi, wygładzi albo podkreśli, bo jest to korzystne dla słuchacza i sprzyja dłuższym relacjom. A jakby ktoś chciał ponarzekać na spowolnienie, kiepską stereofonię albo zamazywanie szczegółów, to przepraszam, ale te zarzuty są już dawno nieaktualne.

Jednym z elementów, które najbardziej zapadają w pamięć, jest bas. Patrząc na smukłe obudowy i 15-centymetrowe głośniki raczej nie spodziewamy się rekordowego zejścia. Tymczasem Mozarty SE Signature schodzą naprawdę nisko, zachowując przy tym nienaganną kontrolę. I tu kolejne zaskoczenie, ponieważ dwa dmuchające do tyłu bass-refleksy sugerują, że dla uzyskania prawidłowej równowagi tonalnej trzeba będzie zostawić spory dystans od ściany, a w rzeczywistości austriackie podłogówki są w tej kwestii naprawdę elastyczne, zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z zestawami zamkniętymi lub wyposażonymi w linię transmisyjną. Zaintrygowany takim obrotem spraw przeniosłem opisywane podłogówki do swojego gabinetu, gdzie na co dzień pracują biurkowe monitory Equilibrium Nano. To mocno wytłumiony pokój o powierzchni 10 m² (przy czym jeden metr kwadratowy na podłodze jest permanentnie okupowany przez mojego kota). Dosunąłem Mozarty SE Signature do ściany najpierw na 40, potem 30, a potem nawet 20 cm. I katastrofy nie było. W tych konkretnych warunkach nie schodziłbym poniżej 30 cm, ale to i tak sukces, ponieważ głębokość samych kolumn to niecałe 35 cm, więc spokojnie można się zamknąć w 60-65 cm. A to jest wciąż bardzo "życiowy" wynik - dystans, który nie powinien nikomu przeszkadzać w codziennym funkcjonowaniu. Jeżeli szukacie podłogówek do pokoju o powierzchni 14, 16 albo 20 m², nie skreślajcie Mozartów z uwagi na te dwa bass-refleksy z tyłu. Gwarantuję, że poradzą sobie śpiewająco.

W materiałach informacyjnych producent raz po raz podkreśla "wyczynowe" właściwości swoich głośników. Wszystko to brzmi tak, jakby Mozarty SE Signature miały oferować dźwięk do bólu neutralny, dynamiczny i rozdzielczy. Ale spokojnie - żadna technologia nie jest w stanie wyeliminować firmowego DNA. Vienny zawsze potrafiły czarować średnicą i żadne sztuczki tego nie zmienią.

Kluczem do sukcesu nie jest w tym przypadku podcinanie skrzydeł niskim tonom, ale ich znakomita kontrola. Ten bas nie jest rozlazły, tylko zaskakująco klarowny i konturowy. Chwilami wręcz punktowy. Potrafi uderzyć i natychmiast zniknąć. W połączeniu z przyjaznym charakterem kolumn jest to tak intrygujące, że zacząłem przeglądać swoje playlisty, układając basowy tor przeszkód. Vienny z każdej trudnej sytuacji wychodziły zwycięsko. Nie wpadały w nieprzyjemne dudnienie ani nie starały się za wszelką cenę udowodnić, że potrafią zapuścić się tam, gdzie nie był jeszcze żaden subwoofer z 30-cm głośnikiem napędzanym wzmacniaczem o mocy 1000 W. Przeciwnie - zachowywały się jak dobre zestawy w obudowie zamkniętej. Wiem, stosuję to porównanie już drugi raz, ale nie mam lepszego pomysłu, aby opisać ten efekt. Po pierwsze, Mozarty SE Signature znają swoje ograniczenia i poruszają się tylko w tym obszarze, który nie sprawia im problemów. Pole manewru i tak jest stosunkowo duże, więc to nie tak, że zostaje nam tylko średni i wyższy bas, a potem dźwięk nagle się ucina. Nie - głębia jest typowa dla kolumn o zbliżonych gabarytach, więc jeśli lubicie gęsty, kaloryczny, mruczący dół, dostaniecie go. Różnica jest taka, że wiele dostępnych na rynku zestawów nadal próbuje zejść niżej, choć wykracza to poza ich fizyczne możliwości. W 90% przypadków rezultatem filozofii "nie pęknę, dam radę!" jest nieprzyjemne buczenie, które nic nowego nie wnosi, a jedynie psuje uzyskany już efekt. Wyobraźcie sobie, że jesteście w eleganckiej restauracji, a kelner, nalewając zupę, nie przejmuje się tym, że wylewa się ona z talerza. Gęsta, lepka maź rozpływa się po obrusie, kapie gościom na spodnie, a gość nabiera kolejną łyżkę i nalewa dalej. Czy ktoś w takiej sytuacji spróbuje i zacznie zachwalać kucharza? Nie, bo choćby zupa była pyszna, kolacja zepsuta, a spodnie do wyrzucenia. Mozarty SE Signature robią coś dokładnie odwrotnego. Potrafią nalać tyle, ile trzeba. I robią to bezbłędnie, za każdym razem perfekcyjnie oceniając sytuację. Zupełnie jakby analizowały każdy utwór i podejmowały decyzję jeszcze zanim dotrze do nich sygnał ze wzmacniacza. Tu jesteśmy w stanie zejść? Okej, schodzimy. A czy damy radę jeszcze niżej? Nie - tam pojawiłoby się już jednostajne dudnienie. W takim razie kiedy dojdziemy do tego fragmentu, delikatnie się cofniemy i zagramy tylko to, co jesteśmy w stanie pokazać bez pakowania się w kłopoty. Ot, mądrość i dojrzałość, a nie "dej mu miodu, miodu mu dej!", a potem dachowanie na pierwszym zakręcie.

Mimo że niskie tony Mozartów SE Signature imponują rzadko spotykanym połączeniem rozciągnięcia i kontroli, popisowym daniem austriackich szefów kuchni pozostaje średnica. To tutaj najłatwiej wychwycić, że konstruktorzy nie gonili za laboratoryjnym ideałem. Charakter średnich tonów jest lekko ocieplony, gęsty, nasycony. Wokalom bliżej do wersji "na żywo w klubie" niż do sterylnego nagrania z kabiny reżyserskiej. Instrumenty akustyczne mają wyraźną fakturę i barwę, ale nie są wycinane skalpelem. Paleta barw jest urzekająca. Jeżeli w poszukiwaniu ciepłego, bliskiego, organicznego dźwięku odruchowo kierujecie się w stronę Spendorów, Harbethów, Grahamów i innych klasycznych konstrukcji o zbliżonym charakterze, gwarantuję, że Vienny w niczym im nie ustępują. Jest to o tyle ciekawe, że w materiałach informacyjnych producent raz po raz podkreśla "wyczynowe" właściwości swoich głośników. Materiał X3P, który tworzy membrany obu wooferów, został jego zdaniem opracowany po to, by połączyć dużą wewnętrzną stratność z niską masą i wysoką sztywnością. Mieszanka kilku rodzajów polipropylenu oraz tworzywa TPX ma tłumić niepożądane rezonanse. Do tego dochodzi system wzmocnień Spidercone - głośnik niskotonowy ma membranę usztywnioną od spodu systemem koncentrycznych i promienistych żeber, co zwiększa jej sztywność i pozwala utrzymać kształt przy większych wychyleniach. Wszystko to brzmi tak, jakby Mozarty SE Signature miały oferować dźwięk do bólu neutralny, dynamiczny i rozdzielczy. Ale spokojnie - żadna technologia nie jest w stanie wyeliminować firmowego DNA. Vienny zawsze potrafiły czarować średnicą i żadne sztuczki tego nie zmienią.

Reszta to w zasadzie formalność. Góra pasma jest domeną jedwabnej kopułki, która jest w istocie specjalną, lekko zmodyfikowaną wersją znanej konstrukcji Scan-Speaka. Jej brzmienie można opisać jako gładkie, swobodne i naturalne. Wysokie tony nie wychodzą przed szereg, nie błyszczą, jakby miały być gwiazdą całego przedstawienia. Są raczej przedłużeniem średnicy, łącząc się z nią tak płynnie, że nie słychać żadnych śladów szycia. Nie ma tutaj klinicznej "żylety" na talerzach czy głosek syczących wyeksponowanych ponad normę. Jest za to powietrze, dźwięczność i wrażenie swobody, które pozwala słuchać długo - także mniej audiofilskich realizacji. Można więc sięgnąć zarówno po świetnie zrealizowane samplery, jak i starsze nagrania rockowe lub współczesny pop. Austriackie kolumny nie będą się nad nimi znęcały, tylko pokażą każde nagranie z lekką dozą łagodności. Scena dźwiękowa jest szeroka i przyjemnie "luźna". To nie są kolumny, które wymagają siedzenia z głową unieruchomioną w jednym punkcie. Można się przesunąć, można się pochylić, wygodnie rozsiąść w fotelu, a obraz stereofoniczny wciąż zachowa spójność. Źródła pozorne mają naturalne rozmiary, ale nie są rysowane laserem. Mimo delikatnego wysunięcia wokali do przodu całość bardziej przypomina widok z bardzo dobrego miejsca sali koncertowej niż perspektywę reżysera siedzącego przy konsoli. Dynamika, również w skali mikro, wypada bardzo dobrze, szczególnie gdy dostarczymy kolumnom wystarczająco dużo prądu. Skompresowane nagrania rockowe nie zamieniają się w mdłą breję. Mają właściwą energię i konkretny rytm. Drobne zmiany artykulacji, praca prawej ręki gitarzysty, niuanse w grze perkusisty - wszystko to jest czytelne, ale nie wyciągnięte przed szereg. Jeżeli ktoś marzy o ultraszybkiej, klinicznej prezentacji, która od razu rozkłada muzykę na czynniki pierwsze, być może powinien pomyśleć o innych kolumnach. Jeżeli jednak priorytetem jest to, żeby muzyka płynęła swobodnie, a sprzęt nie absorbował nas swoimi wyczynami i nie przykuwał uwagi co pięć sekund, Mozarty SE Signature wywiązują się z tego zadania wzorowo. Można wręcz powiedzieć, że dokładnie do tego zostały stworzone.

Vienna Acoustics Mozart SE Signature

Budowa i parametry

Vienna Acoustics Mozart SE Signature to 2,5-drożne kolumny podłogowe w obudowie wentylowanej. Od strony konstrukcyjnej są podręcznikowym przykładem tego, jak z pozornie klasycznego układu można wycisnąć coś więcej, jeśli poświęci się odpowiednio dużo uwagi szczegółom. Zestaw opiera się na trzech przetwornikach. Za wysokie tony odpowiada 28-milimetrowa, ręcznie powlekana jedwabna kopułka przygotowana dla austriackiej firmy przez Scan-Speaka. Z przodu chroni ją metalowy grill, który ma przede wszystkim funkcję ochronną - producent nie buduje wokół niego narracji o kształtowaniu charakterystyki czy innych tego typu atrakcjach. Tweeter nie wykorzystuje jakichś rzadkich, oryginalnych, skrajnie nowoczesnych materiałów - to po prostu bardzo dobra, sprawdzona jednostka, która tutaj została delikatnie zmodyfikowana zgodnie z życzeniem inżynierów Vienny. Za zakres średnio-niskotonowy odpowiadają dwa 15-cm głośniki z membranami X3P. To firmowe tworzywo, które powstało z połączenia TPX (specyficznego tworzywa termoplastycznego, używanego we wcześniejszych membranach XPP) z trzema różnymi odmianami polipropylenu. Celem było osiągnięcie maksymalnej wewnętrznej stratności przy bardzo niskiej masie i jednoczesnej kontroli gęstości i sztywności membrany. Górny głośnik pracuje jako nisko-średniotonowiec, z gładkim profilem membrany, natomiast dolny pełni rolę dodatkowego woofera, a jego membrana została od spodu wzmocniona systemem żeber znanych jako Spidercone. Ta konstrukcja nieco zwiększa masę, ale przede wszystkim poprawia sztywność przy dużych wychyleniach, co ma kluczowe znaczenie w zakresie basu. Producent informuje, że charakterystyka takiego stożka w średnicy byłaby mniej korzystna, dlatego w górnym głośniku z niej zrezygnowano.

Jak przystało na układ 2,5-drożny, oba woofery pracują razem w zakresie niskich tonów, ale są filtrowane na różne sposoby - dolny odcinany jest niżej, a górny obejmuje również zakres średniotonowy. Dzięki temu przy niskich częstotliwościach mamy sumarycznie większą powierzchnię membran, co sprzyja dynamice i rozciągnięciu pasma, natomiast w newralgicznym zakresie średnicy nie pojawiają się problemy z interferencjami, bo tam pracuje de facto jeden głośnik. Elementem, z którego producent jest szczególnie dumny, jest zwrotnica. W materiałach technicznych firma podkreśla wykorzystanie kondensatorów MKP o tolerancji 1%, powietrznych cewek o tolerancji 0,7% oraz metalizowanych rezystorów o tolerancji 1%. To parametry częściej spotykane w projektach hi-endowych niż w kolumnach z tego przedziału cenowego. Cały układ zmontowano na dużej płytce, do której wlutowano klasyczne, pojedyncze terminale głośnikowe. Taka integracja skraca ścieżkę sygnału, który ze wzmacniacza trafia od razu do filtrów, bez dodatkowego okablowania wewnętrznego czy kombinowania ze zworkami.

Obudowa to klasyczny prostopadłościan z lekko zaokrąglonymi bokami, ale wewnątrz nie ma mowy o prostocie. Wieńce wzmacniające ułożono na podstawie pomiarów drgań, tak aby w krytycznych miejscach ograniczyć wibracje, nie zabierając jednocześnie zbyt wiele objętości użytkowej. Ciekawie rozwiązano także kwestię wytłumienia. Zamiast wyłożenia wszystkich ścianek grubą warstwą materiału, zastosowano "klocki" tłumiące rozmieszczone w wybranych miejscach, co pomaga kontrolować fale stojące bez gromadzenia i niekontrolowanego oddawania energii. To kontynuacja filozofii znanej już z wcześniejszych wersji serii Concert Grand. System bas-refleks składa się z dwóch tuneli wyprowadzonych do tyłu. Producent opisuje go mianem Impulse Optimizing QB3, czyli układ strojenia Quasi-Butterworth, nastawiony na dobrą odpowiedź impulsową przy jednoczesnym uzyskaniu niskiej częstotliwości granicznej.

Jeżeli chodzi o parametry, impedancja nominalna to 4 Ω, skuteczność wynosi 90 dB, a pasmo przenoszenia rozciąga się od 30 Hz do 22 kHz. Wygląda to dość standardowo, jednak warto też zwrócić uwagę na rekomendowaną moc wzmacniacza - 30-200 W. Dolna granica tego przedziału to nic szczególnego, ponieważ większość producentów kolumn - nawet tych łatwych do wysterowania - woli dla bezpieczeństwa podać wyższą liczbę, aby żaden klient nie miał pretensji, że jego 18-watowa lampa radzi sobie średnio, a przecież miało być super. Górna daje natomiast do zrozumienia, że Mozarty SE Signature mimo całkiem "niegroźnych" parametrów lubią prąd i nie obrażą się, gdy sięgniemy po mocną elektronikę. Potwierdziło się to w praktyce. Moim pierwszym wyborem do tych kolumn byłby mocny (przynajmniej 60-80 W na kanał przy 8 Ω) wzmacniacz tranzystorowy o neutralnym brzmieniu. Hegel H190v (a najlepiej H400), Lyngdorf TDAI-2210, Soul Note A-1, Yamaha A-S1200, Audiolab 9000A (albo dzielony zestaw 9000Q + 9000P) - to kierunek, który w tym przypadku uważam za optymalny. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by wypróbować dobry wzmacniacz hybrydowy lub lampowy, ewentualnie "ciepły tranzystor". Trzeba tylko uważać, aby nie przesłodzić, bo co za dużo, to niezdrowo.

Werdykt

Najmniejsze podłogówki austriackiej manufaktury nie są owocem przełomowych odkryć i rewolucyjnych rozwiązań technicznych (w środowisku audiofilów chyba mało kto wierzy, że taki scenariusz jeszcze kiedykolwiek się zrealizuje), lecz efektem mądrej, spokojnej, trwającej już ponad 35 lat ewolucji. Nie ma tu fajerwerków w postaci głośników tubowych, wstęgowych czy koncentrycznych, nie ma obudów wykonanych z kompozytów lotniczych, tuneli rezonansowych w kształcie muszli ślimaka ani maskownic robionych na drutach z lnu i jedwabiu. Zamiast tego dostajemy kolumny niemal zupełnie klasyczne. Smukła, prostopadłościenna obudowa z MDF-u pokrytego fornirem lub lakierem, trzy przetworniki w układzie 2,5-drożnym, dwa tunele rezonansowe z tyłu, pojedyncze gniazda, wysokie kolce na metalowych belkach - zero zaskoczeń. Sekret polega na tym, jak wiele uwagi poświęcono każdemu z tych elementów oraz dopasowaniu ich do siebie w taki sposób, aby kolumny prezentowały się bardzo, bardzo dobrze, a w pewnych aspektach wręcz wzorcowo.

Najmocniejsze strony są trzy. Pierwsza to stolarka i ogólna jakość wykonania. W tym budżecie znajdziemy kolumny bardziej ekstrawaganckie, przykuwające uwagę samą swoją formą, ale niewiele modeli będzie wyglądało tak naturalnie w normalnym salonie. A jeśli lubicie przyglądać się detalom albo macie naprawdę dobre rozeznanie w temacie, szybko dojdziecie do wniosku, że takie wykończenie, jakie widać chociażby na zdjęciach, widuje się obecnie niemal wyłącznie w kolumnach z najwyższej półki - nie takich za dwadzieścia, ale raczej pięćdziesiąt tysięcy złotych i więcej. Druga mocna strona to brzmienie. Ciepłe, ale nie przyciemnione. Szczegółowe, ale nie analityczne. Z basem, który schodzi nisko, ale jest perfekcyjnie kontrolowany. Ze średnicą, która delikatnie wychodzi w kierunku słuchacza i potrafi pokazać wokale oraz instrumenty akustyczne w pełnej palecie barw. Z górą, która dodaje powietrza i elegancji zamiast wbijać w uszy igły. To typ prezentacji, który bardzo łatwo polubić. Z takim brzmieniem można żyć latami, zmieniając tylko elektronikę, źródła i kable.

I wreszcie trzecia, być może największa zaleta opisywanych kolumn - ich funkcjonalność i walory użytkowe. Mozarty SE Signature nie są zestawami kapryśnymi. Oczywiście odwdzięczą się za staranne ustawienie, ale nie terroryzują słuchacza położeniem fotela co do centymetra. Aby zmusić austriackie podłogówki do dudnienia, trzeba się naprawdę postarać. Niby mamy dwa bass-refleksy dmuchające do tyłu, a w praktyce wystarczy zostawić 30-40 cm, aby uzyskać zdrowy, równy dźwięk. Scena pozostaje czytelna w dużym obszarze, a kolumny swobodnie wypełniają pokój muzyką. Do tego dochodzą takie drobiazgi jak solidne nóżki, zapewniające smukłym skrzynkom stabilność, czy łatwe w użyciu maskownice, które zapewniają realną ochronę głośników. Wszystko to sprawia, że z Mozartami SE Signature po prostu dobrze się żyje. To, że są piękne, nie wyklucza tego, że pozostają ze wszech miar praktyczne. Dla wielu melomanów jest to na wagę złota, bo pasja pasją, ale we własnym domu wypadałoby też normalnie funkcjonować i zapewnić ten komfort innym.

Minusy? Tu sprawa jest dość oczywista - ze względu na jasno określone priorytety i łatwy do uchwycenia charakter nie jest to konstrukcja dla wszystkich. Jeżeli ktoś szuka bezwzględnie liniowego "narzędzia pomiarowego", które bez mrugnięcia okiem pokaże każdy błąd artystów i realizatorów, znajdzie na rynku sprzęt lepiej wpisujący się w takie oczekiwania. Jeżeli jednak ideałem jest system, który ma grać w salonie przez lata, bez ciągłego zmieniania kolumn i nieskończonych porównań, Mozart SE Signature jest bardzo poważnym kandydatem do odsłuchu, z własnym zdaniem na temat tego, jak powinna brzmieć muzyka, abyśmy mieli ochotę słuchać jej cały wieczór dziś, jutro, za tydzień, za miesiąc i za kilka bądź kilkanaście lat. W tym czasie będziecie eksperymentowali z kablami, trzy razy zmienicie źródło, dwa razy zainwestujecie w lepszy wzmacniacz, może nawet się przeprowadzicie, a austriackie podłogówki będą niczym ulubione skórzane buty, które zakładacie odruchowo, nie przejmując się tym, czy pasują do danej okazji. Jeżeli to brzmienie naprawdę komuś "siądzie", wybierając kolejne kolumny nie będzie czytał losowych testów ani wchodził na grupy dyskusyjne i pytał "co najlepsze do...", tylko sprawdzi, co fajnego robi teraz Vienna. I znowu znajdzie dokładnie to, czego szukał.

Vienna Acoustics Mozart SE Signature

Dane techniczne

Rodzaj kolumn: podłogowe, 2,5-drożne, wentylowane
Pasmo przenoszenia: 30 Hz - 22 kHz
Impedancja: 4 Ω
Skuteczność: 90 dB
Wymiary (W/S/G): 97,2/21,6/34,3 cm
Masa: 23 kg (sztuka)
Cena: 19 998 zł (para)

Sprzęt do testu dostarczyła firma 21Distribution. W artykule wykorzystano zdjęcia udostępnione przez firmę Vienna Acoustics i wykonane przez redakcję magazynu StereoLife.

Równowaga tonalna
RownowagaStartRownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga3RownowagaStop

Dynamika
Poziomy7

Rozdzielczość
Poziomy6

Barwa dźwięku
Barwa5

Szybkość
Poziomy7

Spójność
Poziomy7

Muzykalność
Poziomy8

Szerokość sceny stereo
SzerokoscStereo2

Głębia sceny stereo
GlebiaStereo13

Jakość wykonania
Poziomy8

Funkcjonalność
Poziomy7

Cena
Poziomy6

Nagroda
sl-rekomendacja


Komentarze (1)

  • a.s.

    Dział marketingu mają dobry.

    0

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Zobacz także

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Sekrety skandynawskiego designu - od architektury do sprzętu stereo

Sekrety skandynawskiego designu - od architektury do sprzętu stereo

Styl skandynawski to jedno z najbardziej rozpoznawalnych zjawisk we współczesnym wzornictwie. Często bywa opisywany tak, jakby był gotowym schematem - zestawem zasad, które można odtworzyć w dowolnym miejscu na świecie. Wystarczy tylko połączyć jasne drewno, białe ściany, kilka prostych form, odrobinę tekstyliów, rośliny w ceramicznej doniczce i gotowe. W rzeczywistości...

432 kontra 440 Hz - Muzyczny sekret czy teoria spiskowa?

432 kontra 440 Hz - Muzyczny sekret czy teoria spiskowa?

Melomani potrafią godzinami zasłuchiwać się w ulubionych płytach, śledząc najdrobniejsze niuanse ich realizacji i różnice między poszczególnymi wydaniami. Audiofile z obsesyjną dokładnością porównują brzmienie różnych DAC-ów, lamp i przewodów z czystego srebra - wszystko po to, by zbliżyć się do tego, co określają jako "prawdę nagrania" lub "dźwięk jak na...

Erik Wiederholtz - Perlisten

Erik Wiederholtz - Perlisten

Marka Perlisten wkroczyła na rynek hi-fi w sposób, który zaskoczył wielu - nagle, a jednocześnie z wielkimi ambicjami. Jej debiut nie był przypadkowym wejściem w świat audio, lecz przedsięwzięciem realizowanym przez zespół doświadczonych specjalistów - inżynierów i menedżerów, którzy pracowali już przez dekady przy wysoce zaawansowanych projektach w obrębie przetworników,...

Spotify Lossless - ósmy cud świata czy spóźniony pociąg, który nikogo już nie zabierze?

Spotify Lossless - ósmy cud świata czy spóźniony pociąg, który…

Na pewne rzeczy w życiu czeka się tak długo, że człowiek zaczyna wątpić, czy w ogóle dożyje ich spełnienia. Jedni latami wypatrują nowej płyty ulubionego zespołu, inni odliczają dni do kolejnego sezonu ukochanego serialu, a audiofile? Cóż, oni od niemal dekady czekali, aż Spotify wreszcie wprowadzi streaming w bezstratnej jakości....

Małe klocki, wielki dźwięk - Cyrus

Małe klocki, wielki dźwięk - Cyrus

Lata osiemdziesiąte były dla branży hi-fi czymś w rodzaju złotego wieku - półki sklepów uginały się pod ciężarem urządzeń, z których wiele nazywamy dziś kultowymi, a każda licząca się firma miała w ofercie wzmacniacz, który może nie był najpiękniejszy i wykonany niczym szwajcarski zegarek, ale nie kosztował majątku i grał...

Bannery dolne

Nowe testy

Poprzedni Następny
Vienna Acoustics Mozart SE Signature

Vienna Acoustics Mozart SE Signature

W świecie kolumn głośnikowych są konstrukcje budzące respekt zaawansowanymi rozwiązaniami technicznymi i parametrami, a także takie, które nie wyglądają jak statek kosmiczny i nie wykorzystują materiałów rodem z filmów science...

NAD M10 V3

NAD M10 V3

Kiedy kilkanaście lat temu pojawiły się pierwsze wzmacniacze z wbudowanym przetwornikiem cyfrowo-analogowym, a później streamerem, wielu audiofilów traktowało je jak oznakę pogoni za modą, niegroźną ciekawostkę albo drogę na skróty....

Meze Strada

Meze Strada

Meze Audio jest jednym z producentów, którzy w ciągu zaskakująco krótkiego czasu przeszli drogę od ciekawostki z peryferii rynku do roli jednego z najważniejszych graczy w segmencie słuchawek klasy premium....

Bannery boczne

Komentarze

a.s.
Dział marketingu mają dobry.
Tomek
Podłączcie do nich Luxmana 505z lub wcześniejszą wersję. Sami zobaczycie, pardon, usłyszycie. A usłyszeć znaczy w tym przypadku uwierzyć. Ja praktykuję ostatnio...
Michał
Jednej rzeczy bardzo brakuje. Skoro można bezprzewodowo podłączyć głośniki tylne, to co za problem dodać w ten sposób obsługę kanału centralnego? M10 daje jakąś...
payong
Właśnie rozpocząłem testowanie a Luna jest moim pierwszym poważnym kontaktem z lampami. Na początek - dobre wrażenie jeśli chodzi o opakowanie transportowe, zab...
Witold
Witam, czy DAC był wygrzany? Czy wymagał "wygrzania"? Mam nowy "świeży" i brakuje gładkości, a przede wszystkim wyższa średnica, wchodząc w górne pasmo, mocno d...

Płyty

Megadeth - Megadeth

Megadeth - Megadeth

Megadeth nie jest zespołem, który trzeba komukolwiek przedstawiać, ale w tym przypadku warto zrobić wyjątek, bo mówimy o płycie mającej...

Newsy

Tech Corner

Roon - Nowa jakość streamingu

Roon - Nowa jakość streamingu

Z badań i raportów dotyczących udziału poszczególnych nośników i platform w rynku muzycznym wynika, że pliki i serwisy streamingowe wyprzedzają konkurencję o kilka okrążeń. Temat nośników fizycznych wydaje się zamknięty i nawet ogarniająca cały świat moda na winyle i gramofony nie jest w stanie odwrócić losów tej wojny. O ile...

Nowości ze świata

  • There are now two parallel trends becoming increasingly visible in the portable audio market - a renewed interest in physical media and a growing appetite for digital conversion methods associated with a more traditional, more "analog" presentation. The FiiO DM15...

  • Astell&Kern is one of the most recognisable brands in the high-resolution portable player segment. The company built its reputation on advanced Android-based digital audio players designed to combine high sound quality with support for streaming services and a distinctive angular...

  • Revival Audio is expanding its Atalante family with a new limited edition flagship, the Atalante Grande Réserve, restricted to 300 pairs worldwide. The name borrows from the vocabulary of fine cognac and champagne and is intended to signal a carefully...

Prezentacje

20 najciekawszych premier wystawy High End 2024

20 najciekawszych premier wystawy High End 2024

Odbywający się tradycyjnie na początku maja High End to impreza, w trakcie której oczy i uszy całej społeczności audiofilskiej zwrócone są w kierunku Monachium. Jak informują organizatorzy, wystawa ta jest niekwestionowanym liderem, jeśli chodzi o imponujące nadawanie tonu najwyższej klasy reprodukcji muzyki. Od czterech dekad High End dostarcza pomysłów i...

Poradniki

Listy

Galerie

Dyskografie

Wywiady

Erik Wiederholtz - Perlisten

Erik Wiederholtz - Perlisten

Marka Perlisten wkroczyła na rynek hi-fi w sposób, który zaskoczył wielu - nagle, a jednocześnie z wielkimi ambicjami. Jej debiut...

Popularne artykuły

Vintage

Philips EL3300

Philips EL3300

Czy uwierzycie, że ten prościutki, przenośny magnetofon, który widzicie na zdjęciu powyżej to pierwszy na świecie sprzęt obsługujący nowy format...

Słownik

Poprzedni Następny

Ferrofluid

Ciecz magnetyczna - substancja o właściwościach możliwie zbliżonych do cieczy, która w odróżnieniu od typowych cieczy jest w warunkach pokojowych dobrym paramagnetykiem i ulega silnej polaryzacji magnetycznej w obecności zewnętrznych...

Cytaty

JodiPicoult.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.