Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Hegel H20

Hegel H20

Hegel Music Systems to doskonały przykład firmy napędzanej dobrymi pomysłami, dbałością o szczegóły, racjonalnymi decyzjami i stawianiem na pierwszym miejscu tego, co najważniejsze - brzmienia. Norwegowie mogą pochwalić się wieloma ciekawymi rozwiązaniami technicznymi, jednak ani troska o dobór odpowiednich dla każdego modelu komponentów, ani godziny spędzone na projektowaniu płytek drukowanych, ani też pogoń za funkcjonalnością nie odciągnęły ich od tego uniwersalnego celu. Choć osobom uważnie śledzącym rynek sprzętu hi-fi może się to wydać nieprawdopodobne, zespół Hegla tworzy zaledwie siedem osób. Należałoby doliczyć do tego fachowców pracujących u zewnętrznych podwykonawców, ale na tej samej zasadzie do naszej redakcji moglibyśmy dopisać księgową, kurierów dowożących paczki i informatyków obsługujących serwery. Na co dzień w siedzibie firmy w Oslo można spotkać trzech, może czterech ludzi. Mimo to, mówimy o marce, która zgarnęła chyba wszystkie najważniejsze nagrody w tej branży i której działaniom od wielu, wielu lat bacznie przygląda się nawet bardziej utytułowana i doświadczona konkurencja. Co takiego ten Hegel w sobie ma?! Może chodzi o typową dla skandynawskich producentów prostotę? Może to specyficzna mieszanka autorskich technologii, zamiłowania do muzyki i biznesowego wyczucia, dzięki któremu manufaktura założona przez Benta Holtera wypłynęła na szerokie wody wtedy, gdy wszyscy inni chowali się po kątach, obawiając się ekonomicznego kryzysu? Może sekretem jest progresywne podejście norweskich projektantów, którzy w temat plików i przetworników wchodzili już dziesięć lat temu, a dziś streaming i łączenie sprzętu audio z systemami inteligentnego domu są dla nich czymś normalnym? A może, tak po prostu, wszystkie te rzeczy zbiegają się podczas odsłuchu, kiedy stawiamy wybrany model na stoliku, włączamy, odpalamy ulubioną muzykę i...

No właśnie - zwykle jest albo bardzo dobrze, albo fenomenalnie. I nie bierze się to znikąd. Każde urządzenie w katalogu norweskiej firmy to nie tylko sterta komponentów w metalowej obudowie, ale przede wszystkim wynik długotrwałych odsłuchów z wykorzystaniem różnych kolumn, źródeł i akcesoriów, porównywania kilku prototypów różniących się najdrobniejszymi szczegółami, wprowadzania poprawek i przygotowywania jednego, wzorcowego egzemplarza, który stanie się bazą do seryjnej produkcji. Zaraz, zaraz... Ale czy przypadkiem nie powinno to tak wyglądać u wszystkich producentów audiofilskiego sprzętu? Owszem, powinno. Ale nie zawsze wygląda. Nawet podnoszenie poprzeczki cenowej nie daje nam gwarancji, że kupimy produkt, nad którym ktoś naprawdę się pochylił i który został przetestowany z wykorzystaniem szerokiego spektrum urządzeń towarzyszących, gatunków muzycznych i nagrań reprezentujących różny poziom jakościowy. Wielu pasjonatów wciąż podchodzi do sprawy w tak bezkompromisowy sposób, jednak każda firma zarabia pieniądze wtedy, gdy coś sprzedaje, a nie wtedy, gdy wymagający audiofil tygodniami przesiaduje w sali odsłuchowej, porównując trzy egzemplarze wzmacniacza różniące się między sobą kilkoma kondensatorami. Z punktu widzenia księgowego etap odsłuchów mógłby trwać choćby i pięć minut. Działa? Gra? No to do roboty! A że sprzęt będzie miał za mało basu, że średnica będzie ostra i nieprzyjemna albo stereofonia rozjedzie się w dziwaczny, nienaturalny sposób? To już ocenią recenzenci, później dealerzy, a ostatecznie sami klienci. Jednemu brzmienie się spodoba, a innemu nie. I będzie tak zawsze - niezależnie od tego, czy konstruktorzy się przyłożą, czy skierują do produkcji pierwszy działający prototyp. Profesjonaliści i wyjątkowo doświadczeni audiofile będą jeszcze mieli jakieś porównanie, ale cała reszta prawdopodobnie nie będzie wiedziała, czy tym razem wzmacniacz się danej firmie udał, czy nie. Za rok i tak pojawi się nowy model, który znów będzie testowany na klientach. Nie wierzycie? Cóż, może nie zetknęliście się jeszcze z sytuacją, gdy zadowolony właściciel hi-endowego wzmacniacza lub odtwarzacza widzi informację o nowym, droższym modelu, zamawia go w ciemno, a później okazuje się, że to całkowity niewypał. Wygląda dobrze, świeci aż miło, imponuje gabarytami, ale gra gorzej niż poprzednik. Ot, nie wyszło. Inżynierowie mieli fajny pomysł, ale nie pozwolono im go dokończyć, bo przetrzymywanie prototypu na etapie odsłuchów jest nieopłacalne. Nie gra tak, jak miał grać? Trudno. Kontenery ruszają w świat. Część audiofilów najwyżej taki wzmacniacz sprzeda i kupi sobie coś innego. Wszystko jedno.

U Hegla wygląda to zupełnie inaczej. Wiem to, bo doskonale znam człowieka odpowiedzialnego za ten, kluczowy z punktu widzenia audiofilów, etap prac projektowych. Anders Ertzeid oficjalnie odpowiada za sprawy związane ze sprzedażą i marketingiem. Nawiązuje kontakty, reprezentuje firmę na różnego rodzaju wystawach, przygotowuje informacje o nowych produktach, prowadzi prezentacje, udziela wywiadów - generalnie jest twarzą Hegla. Jestem przekonany, że na mapie świata potrafiłby pokazać każde jedno miejsce, w którym można posłuchać i kupić urządzenia tej marki. Większość prawdopodobnie odwiedził. Ma wylatane tyle godzin, że za punkty z programu lojalnościowego mógłby wyczarterować sobie Boeinga 737 i polecieć nim na wakacje. Jego prezentacje są konkretne, ciekawe i skoncentrowane na różnorodnej muzyce. Anders potrafi też nawiązać świetny kontakt z publicznością. Nie boi się eksperymentów, nie unika żadnych pytań. Mało kto wie, że opowiadanie o produktach Hegla i organizowanie tego typu odsłuchów jest odbiciem jego drugiej funkcji, bowiem w Oslo jest on pierwszym człowiekiem odpowiedzialnym za odsłuchy prototypowych urządzeń. I nie ma się czemu dziwić. Choć żaden członek ekipy Hegla nie trafił do niej przypadkowo, Anders naprawdę wie, o co w tej zabawie chodzi. I ma doskonały słuch. Wielokrotnie zaskakiwał mnie swoją dokładnością. Tam, gdzie sam pewnie dawno bym sobie odpuścił i uznał proces za zakończony, Anders potrafi znaleźć drobne niedoskonałości. Rzeźbi do skutku. Jeżeli w danym nagraniu coś mu jeszcze przeszkadza, nie odpuści, bo wszystko ma być równane do ideału.

Całej tej pracy nie widać, dopóki klient nie zdecyduje się na odsłuch w salonie lub wypożyczenie sprzętu do domu. Bierzemy jeden, drugi, trzeci wzmacniacz i zwykle dochodzimy do wniosku, że każdy z nich ma inny zestaw plusów i minusów. Jeden gra przyjemnie, ale ospale, drugi - dynamicznie, ale zbyt ostro, a trzeci - całkiem neutralnie, ale bez szału w dziedzinie stereofonii. Możemy podłączyć kolejne trzy modele i sytuacja prawdopodobnie się powtórzy. A potem sięgamy po Hegla i okazuje się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Gra tak, jak powinno. Dźwięk jest równy, naturalny, doskonale wyważony, po prostu uniwersalny. Sprawdza się w każdej muzyce. To samo można powiedzieć o urządzeniach towarzyszących. Klocki norweskiej firmy można zobaczyć w tylu systemach, z tak różnymi kolumnami, odtwarzaczami i kablami, że ciężko o lepszą rekomendację. Grają z nimi KEF-y i Harbethy. Grają Bowersy i Sonusy. Zróżnicowane jest także grono właścicieli sprzętu Hegla. Początkujący audiofile chwalą sobie jego wszechstronność i funkcjonalność, a ci, którzy w audiofilskie hobby wkręcili się bardzo mocno, widzą w nim spełnienie ideału hi-fi czyli wysokiej wierności wobec odtwarzanego materiału. Zasada mówiąca, że Hegel zagra ze wszystkim przyjęła się nawet na forach i grupach dyskusyjnych. Szukasz dobrego wzmacniacza, ale nie wiesz co kupić? Wypróbuj Hegla. Wiesz, że zależy ci na neutralności i przejrzystości? Weź Hegla. Nie gra ci Hegel? Wobec tego zmień kolumny albo zrób porządek z akustyką pomieszczenia. W każdym razie szukaj problemu gdzie indziej.

Jak to w życiu bywa, atmosfera sukcesu, jaka utworzyła się wokół norweskiej firmy w pewnym momencie zaczęła obracać się przeciwko niej. A przynajmniej tak zadziałało to na polskim rynku. Myślę, że zainicjowała to bardzo agresywna promocja, która oczywiście przyniosła spodziewane efekty, ale jednocześnie wywołała u odbiorców pewien przesyt, a niektórych wyraźnie do Hegla zraziła. No bo ile można... Co ciekawe, fala popularności Hegla w Polsce zaczęła opadać dokładnie wtedy, gdy firma weszła w kolejny etap rozwoju i święciła największe sukcesy na rynkach zagranicznych, zgarniając nagrody, które wydawały się być zarezerwowane wyłącznie dla wielkich graczy. Norwegowie wprowadzili do swoich wzmacniaczy pełnoprawne moduły sieciowe, otworzyli się na sprzęt do profesjonalnych instalacji kina domowego i zaprezentowali światu potężną, flagową integrę H590. Z zazdrością, a nawet niedowierzaniem patrzyłem, jak Bent Holter odbiera nagrodę EISA. Jeżeli w którymś momencie miał rozpocząć się prawdziwy boom na Hegla, powinno się to stać właśnie wtedy. W Polsce nastąpił on jednak kilka lat wcześniej, mniej więcej za czasów modelu H80. Kiedy wprowadzano jego następcę, wytworzyła się dziwna turbodziura. W prasie zrobiło się cicho. Nowe urządzenia ciężko było wypożyczyć do testu. Moda minęła, jak na złość, w momencie, gdy klocki Hegla stały się lepsze niż kiedykolwiek. Niektórzy twierdzą, że przyczyną problemu było wcześniejsze pompowanie balonika do granic możliwości. Ma to jednak swoje dobre strony. Hegel zadomowił się na polskim rynku tak mocno, że dziś ciężko jest znaleźć audiofila, któremu marka ta jest zupełnie obca. Po okresie ewidentnego szaleństwa nastał okres uspokojenia, który manufaktura z Oslo również przetrwała. W końcu nie tylko Polacy interesują się jej sprzętem. Zmienił się dystrybutor, sytuacja powoli wraca do normy i coś mi się wydaje, że dopiero teraz zaczniemy doceniać te urządzenia za to, co sobą reprezentują.

Hegel H20

Wygląd i funkcjonalność

Postawmy sprawę jasno - w temacie Hegla jestem kompletnie nieobiektywny. Byłem jednym z pierwszych polskich dziennikarzy, którzy zainteresowali się elektroniką tej marki. Kiedy jej produkty wchodziły na nasz rynek, przeprowadziłem dokładne śledztwo i napisałem przekrojowy artykuł na jej temat. Robota jak każda inna, ale już wtedy zauważyłem, że Norwegowie podchodzą do pewnych rzeczy w dość nietypowy sposób. Pracują bardzo sumiennie, działają skutecznie i są przy tym wyjątkowo szczerzy. Nie robią magicznych pudełek, do których nie da się zajrzeć, wypisując na swojej stronie dyrdymały o cudownych właściwościach elementów poddawanych demagnetyzacji w świetle księżyca. Później wgryzałem się w temat coraz głębiej. Jeździłem na prezentacje, przeprowadzałem wywiady, testowałem kolejne wzmacniacze i przetworniki. W pewnym momencie urządzenia Hegla stały się naturalnym elementem otaczającej mnie rzeczywistości. Jeśli dobrze liczę, przetestowałem piętnaście modeli tej marki - więcej niż znajduje się w jej aktualnym katalogu. Znam się z Norwegami jakieś dziesięć lat. Dwa razy odwiedziłem ich w Oslo i wielokrotnie spotykałem się z nimi zarówno podczas ich wizyt w Polsce, jak i na zagranicznych wystawach. Wypiłem z nimi kilka beczek piwa i regularnie z nimi współpracuję. Myślę, że gdybym jutro pojawił się w ich siedzibie, byliby tylko trochę zaskoczeni. Jeżeli więc oczekujecie, że niniejszy test będzie obiektywny, stawiam sprawę jasno - nie będzie. Wcale nie ze względu na to, o czym napisałem powyżej. Jestem akurat jednym z tych recenzentów, którzy mogliby zrównać sprzęt Hegla z ziemią bez obawy, że ktoś się na mnie obrazi. Nie dlatego, że kogoś lubię bardziej, a kogoś mniej. Jestem dużym chłopcem i potrafię te sprawy od siebie oddzielić. I wcale nie dlatego, że za napisanie niniejszego testu wziąłem wagon forsy. Wręcz przeciwnie. Po tym, co usłyszałem, postanowiłem swoje pieniądze wydać. Od tego momentu będę więc opisywał swoją nową końcówkę mocy i właśnie dlatego moje dalsze wywody możecie traktować jako czystą beletrystykę. Ale, jeśli macie ochotę, możecie też się nimi zainteresować i przekonać się, dlaczego wybór padł właśnie na Hegla. Mnie jest wszystko jedno. Przelew zrobiony, piec kupiony, a recenzję piszę właściwie tylko po to, aby audiofile czytający kolejne testy wiedzieli, czym jest H20, co potrafi i dlaczego wylądował w moim systemie odniesienia.

Wcześniej stwierdziłem, że poszczególne modele wychodzą Norwegom albo bardzo dobrze, albo fenomenalnie. Z aktualnego katalogu do tych pierwszych zaliczyłbym na przykład H90, H120 i H190. To porządne piecyki, które mają właściwie wszystko, czego w danej cenie moglibyśmy oczekiwać. Do drugiej grupy wrzuciłbym przetwornik HD30, najwyższe integry H390 i H590 oraz flagowy system dzielony złożony z przedwzmacniacza P30 i dwóch końcówek mocy H30. Nie słuchałem wielokanałowych wzmacniaczy C53, C54 i C55, które zainteresują tylko miłośników kompletnych instalacji lub amatorów bi-ampingu (w takiej konfiguracji C54 wydaje się kuszącą propozycją nawet dla fanów sprzętu stereo). Nigdy nie interesował mnie też Mohican. Podobno daje radę, ale ja już nawet nie miałbym czym go nakarmić. W szufladzie zostawiłem po kilka egzemplarzy albumów, które objęliśmy patronatem medialnym. Nie wiedzieć czemu, nigdy wcześniej nie miałem jednak do czynienia z przedwzmacniaczem P20 i końcówką mocy H20. Okazuje się, że to duży błąd. Jest to bowiem jedyny czysto analogowy zestaw Hegla, który nie wydrenuje naszego portfela do samego dna.

P30 i H30 to kosmos. Przedwzmacniacz kosztuje 28490 zł, końcówka mocy - 57490 zł. Razem wychodzi niecałe osiemdziesiąt sześć tysięcy. Problem jest dość oczywisty, ale to jeszcze nie koniec historii, bo zarówno producent, jak i klienci przyznają, że prawdziwa zabawa zaczyna się w chwili podłączenia dwóch takich klocków, a wtedy z 85980 zł robi nam się 143470 zł. Łagodnie rzecz ujmując, nie jest to propozycja dla każdego. Rozwiązaniem mógłby być zakup integry H390 lub H590, które kosztują odpowiednio 26999 i 42999 zł. To prawda, jednak nie są one już wzmacniaczami, ale systemami all-in-one. Hegel poszedł już tak daleko w kierunku przetworników i funkcji sieciowych, że kupno jego integry jest praktycznie bez sensu z punktu widzenia audiofila posiadającego wysokiej klasy źródło. A przecież nie jest to nic dziwnego. Większość z nas kompletuje system stopniowo, dzieląc go na trzy, może cztery główne elementy - kolumny, wzmacniacz, źródło i akcesoria. Jeżeli mamy hi-endowy streamer, zakup piecyka z przetwornikiem i funkcjami sieciowymi będzie tylko wydawaniem pieniędzy na zdublowanie funkcji odtwarzacza. Możliwe, że H390 jako klasyczny wzmacniacz bez DAC-a i streamingu mógłby kosztować dwadzieścia, a nie dwadzieścia siedem tysięcy złotych. Tego się jednak nie dowiemy, bo integry norweskiej firmy nie mają budowy modułowej. Albo bierzemy pełny pakiet, albo szukamy dalej.

W tym momencie nasze oczy powinny zwrócić się w kierunku przedwzmacniacza P20 i wzmacniacza mocy H20. Pierwszy kosztuje 11999, drugi - 22999 zł. Razem niewiele więcej niż H390, z którym zresztą model H20 wydaje się być bardzo, bardzo mocno spokrewniony. Jeżeli jednak mamy streamer z regulowanym wyjściem, P20 nie będzie nam do niczego potrzebny (przynajmniej teoretycznie). Eliminujemy z systemu jedno ogniwo, skracając drogę sygnału i oszczędzając 11999 zł. Jeśli wyjście w naszym odtwarzaczu jest kiepskie, pewnie nie będzie nam dane zaznać audiofilskiej ekstazy, ale wysokiej klasy streamery potrafią zaskoczyć. Praktyka pokazuje, że naprawdę można przenieść na nie obowiązki przedwzmacniacza - nawet nie tyle nie tracąc jakości brzmienia, co wręcz ją podnosząc. Kiedyś takie połączenia uznawano za kompromis. Brak dobrego preampu oznaczał kłopoty, bo regulowane wyjścia w odtwarzaczach płyt kompaktowych były takie sobie. Dziś producenci sprzętu doskonale wiedzą, że użytkowników korzystających z takiego rozwiązania może być znacznie, znacznie więcej, w związku z czym przykładają do tego elementu większą wagę. Systemy, które jeszcze dziesięć lat temu byłyby traktowane jako wyjątkowo ekscentryczne, teraz nikogo już nie dziwią. Komputer, DAC z regulowanym wyjściem i kolumny aktywne? Świetna sprawa. Streamer z wbudowanym przedwzmacniaczem i dwa monobloki? Pychota. W każdym razie ma to więcej sensu niż system z dwoma lub trzema przetwornikami, z których żaden nie jest wystarczająco dobry, a końcówka mocy jest w istocie gotowym modułem wielkości puszki po paprykarzu szczecińskim. Jeżeli mamy z tego zamieszania wybrnąć, trzeba wykorzystać pełen potencjał streamera, a zamiast integry dołożyć do niego porządny, duży piec, który robi tylko to, co do niego należy.

Właśnie na takiej zasadzie wypożyczyłem do testu Hegla H20. Ale nie bez odpowiedniego przygotowania. Nie jest to moje pierwsze podejście do tego typu połączenia. W przeciwnym wypadku cała zabawa byłaby bezcelowa i dowiedziałbym się tylko, czy taka konfiguracja systemu ma sens, czy nie. Mniej więcej od ubiegłorocznych wakacji wykonywałem takie eksperymenty przy każdej nadarzającej się okazji - z integrami wyposażonymi w wejście do końcówki mocy, a nawet monoblokami. Szczególnie zapadły mi w pamięć dwa takie doświadczenia. Pierwszym było połączenie Auralica Altair G1 z monoblokami Exposure XM9, a drugim - niedawny odsłuch Auralica Vega G1 z Atollem IN200 Signature. Niezwykle ciekawie wypadła też końcówka Quad Artera Stereo, jednak ponieważ mam jeszcze lampowego Unisona Triode 25, doszedłem do wniosku, że powielanie tej estetyki do niczego nowego mnie nie doprowadzi. Hegel H30 jest kuszącym urządzeniem, jednak nawet gdybym był w stanie wydać tyle na wzmacniacz, miałbym co do niego pewne wątpliwości. Po pierwsze, jest to kawał kloca. 55 cm głębokości i 45 kg żywej wagi. Dla hi-endowców to nic nowego, ale ja podchodzę do tego trochę inaczej. Nie lubię przesady. Miałem już wzmacniacze, których nie byłem w stanie samodzielnie podnieść i jakoś mnie to nie kręci. Każdy klocek ważący więcej niż 25-30 kg kojarzy mi się z manewrami, jakie można obserwować podczas ustawiania sprzętu na wystawach. Kolumny wjeżdżające do sali odsłuchowej w trzech dużych skrzyniach i montowane przez czterech silnych chłopów, wzmacniacze na kółkach od wózka magazynowego, kable grubsze niż łydki stojącej obok nich hostessy, granitowe stoliki na kolcach przypominających pociski artyleryjskie... Przepraszam, ale co to ma wspólnego z dobrym dźwiękiem?

Niektórzy twierdzą, że sporo, ale łatwo jest przekroczyć granicę, za którą audiofilskie hobby staje się co najmniej śmieszne. Jak gigantycznych głośników potrzeba do nagłośnienia choćby i stumetrowego salonu? Jakim kolumnom potrzebny jest wzmacniacz oddający 1100 W na kanał? Wiem, że nie chodzi o to, aby wykorzystywać pełną moc podczas każdego odsłuchu, ale i tak nie mogę się przekonać do hi-endu w tym ekstremalnym wydaniu. Jeżeli umawiam się ze znajomymi na weekend na Mazurach, chciałbym popływać żaglówką, ewentualnie małym jachtem, a nie patrzeć, jak kręcący się po Śniardwach wycieczkowiec Symphony of the Seas demoluje wszystko dookoła. Abstrahując od rozmiarów, masy, ceny i walorów użytkowych, H20 ma nad H30 jeszcze jedną przewagę. Flagowa końcówka mocy Hegla została zbudowana z wykorzystaniem nieprodukowanych już tranzystorów. Bent Holter ma na ich punkcie prawdziwego fioła. Potrafi godzinami opowiadać o tym, co dzieje się wewnątrz takiej maleńkiej, krzemowej kosteczki. Sęk w tym, że w firmowym magazynie zostało jeszcze kilkanaście, może kilkadziesiąt kompletów takich tranzystorów. Później Hegel zachowa tyle, aby zapewnić klientom możliwość ewentualnej wymiany i koniec, kropka. Na "dwudziestce" taki wyrok nie ciąży. Inna cena, inne gabaryty i nieograniczona dostępność. A jednak wciąż mówimy o sporym, hi-endowym wzmacniaczu dysponującym mocą 200 W na kanał przy 8 Ω. Dla mnie bomba. Wystarczy.

H20 przyjeżdża do nas w mocno przewymiarowanym, podwójnym kartonie. Norwegowie wysyłają swoje wzmacniacze do 55 krajów na całym świecie, w związku z czym doskonale wiedzą, jak zabezpieczyć je na czas transportu. Urządzenie spoczywa między dwoma grubymi kawałkami pianki. W zestawie znajdziemy tylko instrukcję obsługi i standardowy kabel zasilający, który przymocowano do kartonu taśmą klejącą, aby nic nie obijało się nawet o dolną część obudowy naszego piecyka. Skoro już o tym mowa, spód H20 jest całkiem ciekawy. Podstawę wzmacniacza stanowi gruba, stalowa płyta z wycięciami na radiatory. Doskonale widać też miejsce, w którym zamontowano transformator toroidalny. Duża śruba nie wchodzi bezpośrednio w obudowę, ale styka się ze sporym kawałkiem materiału przypominającego w dotyku twardą gumę. Myślę, że jest to jakiś system wyciszania transformatora. Niektóre toroidy są niezwykle wrażliwe na jakość prądu, a w niesprzyjających warunkach potrafią wpadać w wibracje, wydając z siebie nieprzyjemne buczenie. Hegel przykłada do tego elementu dużą wagę. W siedzibie firmy w Oslo takich transformatorów leży przynajmniej kilkadziesiąt. Są to oczywiście trafa, które z takiego czy innego powodu odrzucono. Jedne z uwagi na parametry, inne - wątpliwą jakość wykonania, a jeszcze inne - tendencję do wpadania w niekontrolowane drgania. Norwegowie nigdy nie stosują też puszek ekranujących, które ich zdaniem degradują brzmienie, a do tego same mogą wibrować, z czego nikt nie byłby zadowolony.

Patrząc na opisywaną końcówkę od spodu, z pewnością zauważymy także cztery wysokie nóżki. Co ciekawe, nie zostały one podklejone gumą ani innym miękkim materiałem, w związku z czym H20 swobodnie jeździ po powierzchni stolika. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Może chodziło o to, aby użytkownik mógł bez problemu przesunąć swój wzmacniacz, na przykład podczas wycierania kurzu. Tyle, że H20 nie jest kolosem, którego nie da rady przestawić bez pomocy drugiej osoby. Waży 25 kg. Sporo, ale nie przesadzajmy - to jeszcze żaden rekord. Brak gumowych podkładek może za to zaskoczyć nas podczas podłączania kabli. Banany, XLR-y, przewód zasilający - za każdym razem trzeba przytrzymywać wzmacniacz z przodu, aby nie spadł ze stolika. Dlatego w swoim egzemplarzu rozwiązałem problem szybko, skutecznie i tanio. Komplet gumowych podkładek samoprzylepnych kosztował mnie 8,90 zł. Gitara, luksus, inna jakość życia. Fani bardziej audiofilskich akcesoriów mogą zdecydować się na Vibrapody lub całkiem skuteczne podkładki Tonar No Rumble, a jeśli i to nie wystarczy, wewnątrz każdej z nóżek widać łeb śruby, którą zapewne można wykręcić i zamontować w tym miejscu wysokiej jakości nóżki antywibracyjne lub kolce. Należy jedynie pamiętać, aby były one wystarczająco wysokie. Norwegowie na pewno nie zdecydowali się na tak wysokie stopy dla jaj, ale po to, aby zapewnić końcówce odpowiednią wentylację.

Przednia ścianka H20 to jednolita bryła aluminium wykończonego czarnym, matowym lakierem. W centralnej części front jest pogrubiony, co stało się już znakiem rozpoznawczym Hegla. Użytkownik ma do dyspozycji jedynie duży, okrągły przycisk, nad którym umieszczono niebieską diodę i białe logo norweskiej firmy. Warto dodać, że ów gigantyczny włącznik działa w bardzo przyjemny sposób - z wyczuwalnym, ale cichym kliknięciem. Niebieska dioda świeci moim zdaniem zbyt mocno. Pół biedy jeśli umieścimy wzmacniacz na dolnej półce stolika, ale stawiając go na wysokości oczu, z pewnością nie będziemy mogli oderwać wzroku od jej blasku. Hegel pozazdrościł McIntoshowi, czy co? Nie licząc nóżek, jest to jedyny element, który bym tu poprawił. Domyślam się jednak, że w większości systemów opisywana końcówka będzie stała dość nisko, a wtedy niebieska dioda nie będzie już tak uciążliwa. Inna sprawa, że po zakończonym odsłuchu ciężko zapomnieć o włączonym wzmacniaczu. H20 nie wymaga długiego wygrzewania po każdym uruchomieniu. Fabrycznie nowy egzemplarz rozegrał się po kilku dniach, a po włączeniu potrzebuje maksymalnie dziesięć minut, aby dojść do siebie. W takiej sytuacji nie warto trzymać go cały czas pod prądem. Obecność dużego, głównego włącznika na przedniej ściance sama w sobie stanowi czytelną wskazówkę od producenta. Przenieśmy się zatem na tylną ściankę. Co tu dużo mówić - tak powinna wyglądać audiofilska końcówka mocy. Idealna symetria i wysokiej jakości gniazda rozstawione tak, aby nikt nie miał problemów z podłączeniem choćby najgrubszych i najbardziej nieposłusznych kabli.

W samym centrum tylnego panelu umieszczono tróbolcowe gniazdo zasilające IEC. Po bokach zamontowano gniazda wejściowe - RCA i XLR. Wyboru dokonujemy za pomocą małych przełączników hebelkowych, po jednym dla każdego kanału. W połowie odległości między wejściami a gniazdem zasilającym zamontowano podwójne, złocone terminale głośnikowe zatopione w przezroczystym plastiku. Plusowe i minusowe mogłyby być rozstawione szerzej, ale jeżeli będziemy chcieli skorzystać z widełek, nic nie stoi na przeszkodzie, aby podłączyć je po skosie. Jedyną potencjalnie niebezpieczną sytuacją będzie podłączenie dwóch par kabli zakończonych grubymi widełkami. Domyślam się jednak, że rzadko który właściciel "dwudziestki" zetknie się z takim problemem. Swoją drogą, dla posiadaczy kolumn z podwójnymi gniazdami bi-wiring może być ciekawą opcją. Wielu audiofilów uważa, że jeden komplet lepszych kabli jest lepszy niż dwa komplety gorszych, ale taka konfiguracja daje nam możliwość wyboru innych kabli dla sekcji średnio-wysokotonowej, a innych dla niskotonowej. Eliminujemy też zworki w kolumnach, których jakość jest zwykle mocno dyskusyjna. Norwegowie na pewno mogli pozostać przy jednej parze terminali, ale zdecydowali się dać użytkownikom testowanej końcówki więcej możliwości. Jeśli chodzi o gniazda RCA i XLR, nie mam zastrzeżeń. Nic nie lata, nic nie skrzypi, każde połączenie jest pewne. Zresztą spójrzcie na zdjęcia. Jest dobrze.

Pora na tradycyjną chwilę szczerości. Nie chciałem lubić tego wzmacniacza. Miałem nadzieję, że mi się nie spodoba. W końcu jest to jedna z najstarszych konstrukcji w aktualnym katalogu Hegla. Nawet nie wiem, ile dokładnie ma lat, ale dziesięć na pewno. Być może dlatego pod wieloma względami jest to bezkompromisowa konstrukcja. Nie mamy do czynienia z zabawką zbudowaną na bazie gotowych modułów Hypexa pracujących w klasie D, ale porządną końcówką mocy zaprojektowaną tak, aby uzyskać jak najlepsze parametry i jak najwyższą jakość brzmienia. Wielu audiofilów uważa, że w dzisiejszych czasach wzmacniaczy już nie buduje się w ten sposób, a jeśli nawet, to są to pojedyncze przypadki lub hi-endowe kolosy kosztujące tyle, co nowy samochód. H20 wpisuje się między te dwa światy. Jest urządzeniem skonstruowanym "po staremu", ale nie waży pięćdziesiąt kilogramów, nie ma obudowy głębokiej na pięćdziesiąt centymetrów i nie kosztuje pięćdziesiąt tysięcy złotych. Jest urządzeniem, z którym niezwykle łatwo się dogadać, co jednak nie zmienia faktu, że dostajemy 200 W na kanał z 20 tranzystorów bipolarnych, układ dual-mono i technologię SoundEngine, dzięki której wzmacniacz charakteryzuje się nie tylko niskimi zniekształceniami, ale także niewiarygodnie wysokim współczynnikiem tłumienia. Innymi słowy, dowolne zestawy głośnikowe powinny tańczyć tak, jak H20 im zagra. Miłośnicy Hegla zapewne zwrócą też uwagę na jeden bardzo istotny szczegół - sposób wykonania obudowy opisywanego modelu. Urządzenia norweskiej firmy wyglądają bowiem bardzo podobnie, gdy patrzymy na nie od przodu, natomiast dla mnie sprzęt audio to nie tylko przednia ścianka, ale tak zwany całokształt, który u Hegla dzieli się zasadniczo na dwa typy. Tańsze urządzenia mają zwyczajną, lakierowaną pokrywę w kształcie litery "U", a klocki uznawane za hi-endowe zbudowane są z kilku aluminiowych płyt przykręcanych po bokach niewielkimi śrubami, z całkowicie płaską pokrywą. Co ciekawe, ze wzmacniaczy zintegrowanych "lepszą" obudowę otrzymał tylko jeden model - H590. Zobaczymy ją także w przedwzmacniaczach P20 i P30, końcówce mocy H30, przetworniku HD30 i odtwarzaczu płyt kompaktowych Mohican. Zupełnie inne, choć też wyjątkowo pancerne obudowy mają piecyki z serii C5. Nawet H390 okazał się niegodny takiego traktowania, co moim zdaniem jest sporym błędem. Wzmacniacz za 26999 zł, a za grubym, aluminiowym frontem mamy już zwykły kawałek blachy... H20 nie ma przetwornika, funkcji sieciowych, przedwzmacniacza, pokręteł, wyświetlacza ani zdalnego sterowania, więc - mimo, że jest tańszy niż H390 - lepsza obudowa zmieściła się w budżecie.

Minusy? O zbyt jasnej diodzie na przednim już wspominałem, więc nie będę się powtarzał. W wolnej chwili spróbuję rozprawić się z nią jakimś prostym, domowym sposobem. Z technicznego punktu widzenia największym, a może nawet jedynym mankamentem jest brak możliwości zmostkowania piecyka w taki sposób, aby można było dokupić drugi egzemplarz. Większość producentów dopuszcza takie kombinacje. Przełączenie wzmacniacza w tryb mono odbywa się albo za pomocą przycisku, albo poprzez podłączenie kabli głośnikowych w niestandardowy sposób. H20 dostarczałby wtedy przynajmniej 400 W na kanał, co pozwoliłoby napędzić nawet kolumny z betonowymi membranami. Ale trudno - nie ma żadnego przycisku, więc i nie kusi człowieka, żeby zacząć odkładać na drugą końcówkę i postawić sobie w domu elektrownię, jakiej potrzebują tylko najbardziej wymagające zestawy głośnikowe. Maleńkim minusem dla niektórych audiofilów będzie brak srebrnej wersji kolorystycznej. Norwegowie kiedyś takową produkowali, jednak zainteresowanie klientów było tak małe, że w końcu dali sobie spokój. Obecnie niektóre wzmacniacze zintegrowane (H120 i H190) są oferowane także w wersji białej, ale nie sądzę, aby ta moda miała kiedykolwiek dotrzeć do modeli hi-endowych, a w szczególności do przedwzmacniaczy i końcówek mocy. Trzeci minus to pojedynczy transformator toroidalny, który wprawdzie spokojnie daje sobie radę, ale miejsca w obudowie jest tyle, że na pewno zmieściłyby się dwa mniejsze. Może norwescy inżynierowie uznali (albo wręcz przekonali się o tym doświadczalnie), że niczego to nie poprawi. Warto wspomnieć o tym, że H20 jest blisko spokrewniony z modelem H300, który swego czasu zrobił na rynku niezłe zamieszanie. Tak właściwie to H300 został zbudowany na bazie opisywanej końcówki, co otworzyło norweskiej firmie drogę do produkcji prawdziwie hi-endowych wzmacniaczy zintegrowanych. Wystarczy porównać wnętrze obu urządzeń i wychodzi na to, że nie ma tu wielkiej filozofii - Hegel zaprojektował świetny piecyk który został udostępniony klientom w kilku odmianach. Integry były później udoskonalane. Ulepszano układy przetwornika i przedwzmacniacza, dodawano łączność sieciową i zmieniano konstrukcję obudowy. W przypadku H20 nie było takiej potrzeby, więc nigdy go nie modyfikowano.

Miłośnicy Hegla zapewne zwrócą też uwagę na jeden bardzo istotny szczegół - sposób wykonania obudowy opisywanego modelu. Urządzenia norweskiej firmy wyglądają bowiem bardzo podobnie, gdy patrzymy na nie od przodu, natomiast dla mnie sprzęt audio to nie tylko przednia ścianka, ale tak zwany całokształt, który u Hegla dzieli się zasadniczo na dwa typy. Tańsze urządzenia mają zwyczajną, lakierowaną pokrywę w kształcie litery "U", a klocki uznawane za hi-endowe zbudowane są z kilku aluminiowych płyt przykręcanych po bokach niewielkimi śrubami, z całkowicie płaską pokrywą.

Ostatnia rzecz, która niektórych melomanów interesuje, a na temat której w sieci pojawiło się już tyle niestworzonych historii, że najwyraźniej trzeba to napisać po raz kolejny - H20, podobnie jak inne urządzenia Hegla, jest montowany w Chinach. Oznacza to, że wszystko poza składaniem dostarczonych przez firmę części w jedną całość odbywa się w Oslo - projektowanie, dobieranie podzespołów, a nawet zamawianie komponentów potrzebnych do zbudowania określonej liczby egzemplarzy danego modelu. Hegel nie jest więc "chiński", chociaż jeśli ktoś tak uważa, to jego sprawa i nie będę na siłę prostował mu światopoglądu. Niestety, koszty pracy, a także budowy, wyposażenia i utrzymania fabryki w Skandynawii byłyby tak wysokie, że H20 musiałby pewnie kosztować blisko trzydzieści tysięcy złotych. Gdyby więc Hegel zdecydował się na taki krok, dopłacilibyście? Otóż to... Nie sądzę, aby nawet najwięksi obrońcy europejskiej produkcji zechcieli wyjąć z portfela 25% wartości takiego wzmacniacza i wydać je na coś, czego nie widać. Nie rozumiem też, jak można pisać takie komentarze z telefonu, który także został złożony w Chinach i którego jakością wykonania wszyscy się zachwycają. Faktyczne problemy mogą pojawić się tylko w dwóch przypadkach - kiedy kiedy macierzysta firma nie panuje nad fabryką i nie kontroluje jakości albo kiedy nie robi już nic poza składaniem zamówień i nie zajmuje się nawet projektowaniem sprzętu. Wielu europejskich i amerykańskich producentów po pewnym czasie przenosi do Chin wszystko poza biurem, aby zachować adres korespondencyjny i zatrudnić kilka osób, które będą odwiedzały dealerów, opowiadając o nowych produktach z uroczym, brytyjskim akcentem. Norwegowie na to nie poszli. W siedzibie Hegla w Oslo odbywa się normalna robota - od projektowania płytek drukowanych i tworzenia oprogramowania po słuchanie, testy, a nawet obsługę klienta. Chiny traktowane są wyłącznie jako montownia, która - mimo dodatkowych kosztów transportu - pozwala zaoszczędzić na każdym urządzeniu sporo kasy, co przekłada się na korzystniejsze ceny końcowe. Ponieważ jednak i tak nie mówimy o tanich klockach, część audiofilów uwzięła się na Hegla, zapominając o tym, że w Chinach powstają także wzmacniacze Krella, Primare'a, Audiolaba, Quada, Creeka, Musicala i wielu innych firm, które uważamy za stuprocentowo amerykańskie, brytyjskie, szwedzkie, włoskie lub niemieckie. Zresztą być może już niedługo Chińczycy odskoczą nam cywilizacyjnie tak bardzo, że będziemy im potrzebni tylko do podawania pierogów i obwożenia ich po naszych atrakcjach turystycznych i sklepach z pamiątkami.

Na koniec sprawa oczywista - H20 na pewno nie jest jedynym godnym rozważenia zawodnikiem z tego przedziału cenowego. Z konkurencji na pewno warto wziąć pod uwagę takie konstrukcje, jak Pass XA25 (20699 zł), Copland CTA 506 (17999 zł), ATC P2 (18375 zł), Naim NAP 250 DR (22999 zł) czy Atoll AM400 (19900 zł). Bardzo chciałem posłuchać również Brystona 3B3. Kanadyjską markę darzę ogromnym szacunkiem i wiem, że taki zakup byłby bardzo dobrą inwestycją. Niestety, ze względu na znacznie większą popularność droższej końcówki 4B3, "trójki" w Polsce zwyczajnie nie ma. Można zamówić ją w ciemno, na co być może bym się zdecydował, gdyby był to już czwarty lub piąty piecyk w mojej kolekcji. Zainteresował mnie także Primare A35.2, którego jeszcze postaram się posłuchać. Miał pojawić się w teście mniej więcej równocześnie z Heglem, ale ktoś go kupił i teraz trzeba czekać na kolejną dostawę. W granicach dwudziestu, może dwudziestu paru tysięcy złotych znajdzie się jeszcze kilka ciekawych końcówek mocy, a powyżej tego poziomu zaczyna się jazda bez trzymanki. Idziemy już w kwoty rzędu trzydziestu, czterdziestu, pięćdziesięciu tysięcy złotych. Realna konkurencja Hegla jest zatem niezbyt liczna. ATC wygląda świetnie. Też nie jest jakimś wielkim wzmacniaczem, choć dwa toroidy ważą swoje. Atoll podobnie. Copland jest lampowy - to chyba jedna z niewielu lampowych końcówek, jakie można dostać za te pieniądze. Kusi, ale mam już lampową integrę i na tym poprzestanę. Naim to bilet w jedną stronę. Aby miało to sens, trzeba złożyć cały system z komponentów tej marki. Jak mawiają Amerykanie, byłem tam, robiłem to, mam koszulkę. Możliwe, że kiedyś postawię sobie w domu pełny system Naima, bo lubię bezkompromisowe podejście tej firmy do wielu rzeczy, jednak aby tak się stało, musiałbym porzucić recenzowanie audiofilskich gratów. Nie ukrywam, że czasami o tym myślę. Jeżeli więc pewnego dnia wejdziecie na StereoLife i zobaczycie tylko wielki napis "A teraz, drogie dzieci, pocałujcie pana Karasińskiego w XLR-a", będzie to znak, że zmieniłem zawód lub trafiłem szóstkę w totka i być może jestem już u dystrybutora Naima, popijam kawę i kupuję dziesięć klocków naraz. Do tego czasu potrzebuję wzmacniacza, który uciągnie każde normalne kolumny, zagra z dowolnym sprzętem, nie będzie przekonywał mnie do swojej wizji brzmienia, a przede wszystkim pozwoli mi zarówno słuchać muzyki dla przyjemności, jak i rzetelnie wykonywać swoją robotę (w tej kolejności). Jak już wiecie, tym wzmacniaczem okazał się być właśnie Hegel H20. A dlaczego?

Hegel H20

Brzmienie

Mówiąc wprost - dlatego, że robi wszystko, czego od niego oczekiwałem. Pokładane w nim nadzieje spełnił z nawiązką w każdym jednym aspekcie, jaki można poddać w miarę obiektywnej analizie. Jego brzmienie jest mocne, dynamiczne, szybkie, neutralne, dosadne, przestrzenne, głębokie, rozdzielcze i bardzo, ale to bardzo przekonujące. Na tym jednak nie koniec. Nie zdecydowałem się bowiem na małżeństwo z rozsądku, bo wiem, że w sprawach muzyki i sprzętu audio nie prowadzi to do niczego dobrego. Nie jestem orędownikiem teorii mówiącej, że audiofil powinien za wszelką cenę dążyć do uzyskania dźwięku odpowiadającego temu, co można usłyszeć podczas koncertu na żywo. Nie zamierzam podważać sensu idei hi-fi, jednak kiedy przychodzi do wyboru kolumn, wzmacniacza, źródła lub okablowania, często okazuje się, że lepiej już zdecydować się na urządzenie, które może i coś z tym dźwiękiem robi, ale potrafi wciągnąć nas w słuchanie niż takie, które gra liniowo, rzetelnie i przezroczyście. Wyrównywanie pasma walcem drogowym i pilnowanie, aby niczego do muzyki nie dodawać ani niczego jej nie odbierać (to chyba jeden z najbardziej wyświechtanych sloganów w branży audio) może się skończyć tym, że odsłuch nie dostarczy nam żadnych, ale to żadnych emocji. Brzmienie będzie pod każdym względem poprawne, ale blade, szare, płaskie, nijakie i nużące. Wypełnianie świętego obowiązku każdego audiofila i ślepe podążanie za szczytnymi hasłami kończy się tak, że podczas odsłuchu ziewamy, rozglądamy się po pokoju i modlimy się, aby coś wreszcie zaczęło się dziać. Na szczęście nie jest to jedyny możliwy scenariusz. Niektórzy producenci wiedzą, że można połączyć ogień z wodą - uzyskać audiofilskie brzmienie bez wypłukiwania go z emocji, namacalności, przestrzeni, mikrodetali i dynamiki. Wtedy dzieje się coś niezwykłego. Odkrywamy, że neutralność w takim wydaniu nie prowadzi do nudy, ale do jeszcze większego realizmu. Muzyka żyje, pulsuje i wychodzi nam na spotkanie, a sprzęt nie ubarwia jej ani nie zmienia jej przekazu, ale dba o to, aby dotarła do nas w najbardziej prawdziwej, wytrawnej, pierwotnej formie. Tak właśnie gra Hegel H20.

Szukając zdjęć wnętrza innych konstrukcji Hegla, natknąłem się na swój własny test integry H300 opublikowany niemal dokładnie osiem lat temu na łamach miesięcznika "Hi-Fi i Muzyka". Ponieważ nie mam fotograficznej pamięci, przeczytałem go i doszedłem do wniosku, że gdybym nie przejmował się prawami autorskimi, większość opisu brzmienia mógłbym bezczelnie skopiować, zmieniając tylko symbol urządzenia i wykreślając wszystkie wzmianki o DAC-u, którego w H20 nie uświadczymy. Pisałem o rewelacyjnej dynamice, o braku zniekształceń i podkolorowań nawet przy głośnym graniu, o głębokim i dobrze kontrolowanym basie, a także o doskonałej równowadze i neutralności, zaś w konkluzji napisałem, że H300 to taki "drut ze wzmocnieniem" - pod wieloma względami istny ideał audiofilskiego wzmacniacza. Patrząc na ostatnią stronę, zauważyłem coś dziwnego. Dopiero później przypomniałem sobie, że w tym teście - co w "Hi-Fi i Muzyce" było ogromną rzadkością - swoją krótką opinię na temat H300 zamieścił w osobnej ramce Maciek Stryjecki. "Tak neutralnego, spójnego i kulturalnego brzmienia, nawet w tej cenie, przyjdzie ze świecą szukać. Do tego dochodzi moc, którą czujemy od początku skali, a nie zauważamy, gdy jest już za głośno. H300 wymaga od odbiorcy osłuchania i doświadczenia, ale jedno jest pewne - pod wieloma względami to prawdziwy killer." - napisał. Krótko i na temat, prawda?

Dziś to samo mógłbym napisać o modelu H20. Nie jestem tylko przekonany, czy ta końcówka rzeczywiście wymaga od odbiorcy owego osłuchania i doświadczenia. Audiofile, którzy jedli chleb z niejednego pieca, z pewnością docenią jego neutralność i przezroczystość, zwracając także uwagę na przejrzystość, szybkość czy przestrzeń. Hegel potrafi jednak dotrzeć nie tylko do takich osób, ale także do melomanów, którzy w temacie sprzętu są zupełnie zieloni. Nie trzeba bowiem być wielkim ekspertem, aby wiedzieć, że ten wzmacniacz gra wyjątkowo dobrze. Wystarczy mieć dobry słuch, jakąkolwiek skalę porównawczą i odrobinę muzycznej wrażliwości. Wielu ludziom zupełnie niesłusznie wydaje się, że nie będą w stanie ocenić brzmienia hi-endowej aparatury - tak samo, jak niektórzy goście dobrych restauracji obawiają się, że nie docenią smaku świetnego wina, bo nie znają się na tych wszystkich szczepach, zboczach, rocznikach i kwasowościach, a już tym bardziej nutach białych kwiatów, miodu migdałów i akacji. A tak naprawdę w ogóle nie trzeba o tym myśleć. Jeśli ktoś to lubi i wgryzł się w tę tematykę, to można, ale zasadniczo wystarczy popatrzeć, powąchać, napić się i dokonać oceny w najprostszy możliwy sposób - smakuje mi, albo nie smakuje. Wzmacniacze norweskiej firmy większości słuchaczy smakują. I nie zależy to ani od stopnia ich osłuchania, ani od zasobności portfela. Znam ludzi, których pierwszym poważnym piecykiem w życiu był H390 albo H590. Pozazdrościć, ale dziwić się nie ma czemu. Ten sprzęt po prostu gra tak, jak powinien. Można go poddawać najrozmaitszym próbom, wyciągać trudne do odtworzenia nagrania i porównywać z dowolnymi zbliżonymi cenowo produktami konkurencji, a i tak się obroni. Bo prawda broni się najlepiej, a w dodatku jest jedyną prawdziwie ponadczasową estetyką.

Testując dwustuwatowy wzmacniacz tranzystorowy, oczekujemy przede wszystkim mocy. Nie chcemy widzieć jej w tabelkach, ale poczuć ją pod skórą. Hegel nas pod tym względem nie zawiedzie. Szybko jednak orientujemy się, że ten potężny zapas prądu nie występuje tutaj solo, lecz jest nierozerwalnie powiązany z innymi aspektami prezentacji. Nie jest to tylko możliwość wkręcenia się na koncertowy poziom głośności. To także mikrodynamika, umiejętność różnicowania drobnych impulsów, nieustanna gotowość do ataku i poczucie, że H20 zawsze ma pod ręką rezerwę, która w razie potrzeby może zostać uruchomiona. Napędzanie kolumn taką elektrownią rzutuje też na szybkość i przejrzystość uzyskanego dźwięku. Te sprawy prawie nigdy nie są podawane osobno. Może w niektórych wzmacniaczach lampowych, ale tylko pod warunkiem, że zapewnimy im kolumny o odpowiednio wysokiej efektywności. Dyskoteki takim zestawem może nie nagłośnimy, ale przy normalnym słuchaniu tę przejrzystość wyraźnie słychać. U Hegla także. Nawet gdy gra cicho, dźwięk nie traci wartości odżywczych. Nie musimy go rozkręcać na maksa, aby usłyszeć, co potrafi. Ale... Jeśli zechcemy, zawsze mamy taką możliwość. Bądźmy szczerzy, można tym wzmacniaczem zdrowo przypieprzyć. Z kolumnami o standardowej skuteczności łatwo dojść do poziomu, przy którym zaczynamy się już obawiać o bezpieczeństwo i zdrowie głośników, a Hegel nic sobie z tego nie robi. W jego brzmieniu nie pojawiają się żadne oznaki zmęczenia, nie ma jazgotu i bałaganu. Trzeba się pilnować, bo sytuacja przypomina jazdę sportową limuzyną po równej jak stół autostradzie - wciskamy gaz, czujemy się komfortowo, płyniemy obserwując horyzont, nie dzieje się nic niepokojącego, a tymczasem licznik wskazuje już 210 km/h i w tym momencie dociera do nas, że za taką jazdę można stracić prawko. Ja na wszelki wypadek pogrzebałem w menu Auralica i ustawiłem limit poziomu głośności na 50 (maksymalna wartość to 100). Na większości nagrań dałoby się podkręcić potencjometr do 60, ale istnieją też takie, gdzie połowa skali jest barierą nie do pokonania. Podczas normalnych, codziennych odsłuchów Auralic jest ustawiony na 20-25 procent i więcej mocy mi nie potrzeba. Wtedy słychać już wszystko, co w Heglu najlepsze - prostotę jego brzmieniowej filozofii i złożoność muzyki wynikającą z jej realizacji.

Jeżeli istnieje jakiś obszar, w którym H20 dodaje coś od siebie, wskazałbym tu sposób prezentacji najniższych częstotliwości. Bas norweskiego pieca jest atomowy - głęboki, nasycony, gęsty, masywny, chętnie zapuszczający się nawet w subwooferowe rejony, ale też dobrze kontrolowany i pozbawiony dziwnych nieregularności. Odniosłem jednak wrażenie, że Hegel zachęca kolumny do rozciągania pasma przenoszenia w dół. Jakby zdecydowanie bardziej niż podbijanie średniego podzakresu odpowiadało mu, gdy grają tym najniższym, sunącym po podłodze i masującym bebechy basem. Szczególnie dobrze słychać to przy wyższych poziomach głośności. Dźwięk nabiera wtedy jeszcze więcej koncertowego, kinowego, lekko amerykańskiego charakteru. Po pewnym czasie zacząłem się zastanawiać, czy to H20 doprawia bas dodatkową porcją subsonicznych pomruków, czy też inne wzmacniacze zbyt szybko dają za wygraną, odpuszczają sobie zadanie z gwiazdką i nie odtwarzają tych częstotliwości z wystarczającym, prawidłowym natężeniem. Jeżeli mielibyśmy ograniczyć się tylko do różnych wzmacniaczy i zestawów głośnikowych, moglibyśmy dojść do wniosku, że owo delikatne doładowanie nie jest potrzebne. Większość wzmacniaczy ma zdecydowanie krótszy bas. Problem w tym, że dla wielu audiofilów i profesjonalistów prawdziwym poziomem odniesienia są słuchawki. Nie mówiąc już o modelach hi-endowych, nawet w Sennheiserach HD 600 wystarczy piętnaście minut odsłuchu, aby przesiadka na kolumny była trudna do zaakceptowania. Dźwięk jest może łatwiej przyswajalny ze względu na prawidłową przestrzeń i poczucie dystansu między nami a muzyką, ale jest już tak dosłowny i bezpośredni, nie ma tej szybkości i rozdzielczości, a niskie tony prawie zawsze wydają nam się płaskie i odchudzone. Z Heglem ta przepaść się zmniejsza. Nie dość, że brzmienie jest nasycone detalami, pełne rozmaitych faktur, kształtów i skomplikowanych struktur, to jeszcze nic, ale to nic nie znika nam z szerokiego, słuchawkowego pasma. Z monitorami wygląda to jeszcze korzystniej niż z zestawami wolnostojącymi, które z natury chętniej penetrują najniższe częstotliwości. Mamy mniej podbitego mid-basu, a więcej prawdziwego, gęstego, mruczącego dołu, który potrafi zatrząść szklankami w kuchni. Doświadczenia ze słuchawkami utwierdziły mnie w przekonaniu, że to jednak Hegel ma rację. Mimo, że początkowe wrażenie jest takie, że coś tam od siebie dodaje i pewnie wielu słuchaczy również tak będzie to postrzegać. Im wcześniej mu zaufacie, tym więcej czasu sobie zaoszczędzicie.

H20 gra trochę tak, jak wygląda. Prosto i szczerze, bez kombinowania, ale bardzo, bardzo porządnie. I jest w tym taki... Niewzruszony. Nijak nie można wytrącić go z równowagi. Repertuarem - w żaden sposób. Patricia Barber pasuje mu tak samo, jak Rage Against the Machine. Z mistrzowskich nagrań wyciska to, co się da, a słabsze pokazuje takimi, jakie są. Sprzętem towarzyszącym - nie da rady. Jeżeli zachowacie minimum rozsądku, nie powinno mieć znaczenia, czy H20 będzie napędzał zestawy Dynaudio, B&W, KEF-a, Harbetha, Focala czy Audiovectora. Sygnał może mu dostarczać zarówno streamer Auralica, jak i lampowy przedwzmacniacz McIntosha. Wszystko zależy od naszych preferencji.

Gdyby ktoś poprosił mnie, abym opisał brzmienie "dwudziestki" w trzech słowach, prawdopodobnie wybrałbym określenia, które w całej tej kompozycji wydają mi się najważniejsze - neutralność, przejrzystość i nieskrępowana moc. Ciężko jest jednak opisywać te cechy osobno. Neutralność idzie tu tak daleko, a jednocześnie dynamika i rozdzielczość utrzymywane są na tak wysokim poziomie, że aż się dziwie, że piecykami Hegla nie zainteresowali się profesjonaliści. Powinni. Jestem przekonany, że H20 w wersji przystosowanej do montażu w studyjnym racku robiłby robotę nie gorzej niż ATC P2 Pro czy Bryston 4B3. Największym problemem byłaby pewnie mentalność zawodowców i panujące w tym środowisku przekonanie, że audiofilski sprzęt to tylko ładne zabawki dla małych chłopców. Gdyby jednak udało się nakłonić ich do wypróbowania studyjnej odmiany opisywanej końcówki, mogliby się zdziwić. Wystarczyłoby zmodyfikować wielkość i kształt przedniego panelu, korzystając z tego, co stworzono na potrzeby wielokanałowych wzmacniaczach z serii C5. Swoją drogą, H20 gra trochę tak, jak wygląda. Prosto i szczerze, bez kombinowania, ale bardzo, bardzo porządnie. I jest w tym taki... Niewzruszony. Nijak nie można wytrącić go z równowagi. Repertuarem - w żaden sposób. Patricia Barber pasuje mu tak samo, jak Rage Against the Machine. Z mistrzowskich nagrań wyciska to, co się da, a słabsze pokazuje takimi, jakie są - ani się nad nimi nie znęcając, ani nie prostując błędów realizatorów. Sprzętem towarzyszącym - nie da rady. Jeśli postanowicie podłączyć Hegla do budżetowego streamera i kolumn zmontowanych w garażu na bazie najtańszych dostępnych głośników, na pewno nie wykorzystacie pełni jego możliwości. Jeżeli natomiast zachowacie minimum rozsądku, nie powinno mieć znaczenia, czy H20 będzie napędzał zestawy Dynaudio, B&W, KEF-a, Harbetha, Focala czy Audiovectora. Sygnał może mu dostarczać zarówno streamer Auralica, jak i lampowy przedwzmacniacz McIntosha. Wszystko zależy od naszych preferencji. Kablami i akcesoriami - też nie sądzę. W teście wykorzystałem okablowanie Cardasa, Equilibrium i Albedo oraz zasilanie Enerra. Hegel potrafi się za takie prezenty odwdzięczyć i pokazać różnice między poszczególnymi przewodami, ale nie jest to dla niego kwestia życia lub śmierci. Z tańszymi kablami na pewno zrobi swoje, a z droższymi po prostu zrobi to odrobinę lepiej. Piłeczka znów jest po stronie użytkownika.

Tak jest zresztą bardzo, bardzo często. H20 jest tak obiektywny, że całą naszą uwagę kieruje w stronę muzyki, a następnie wszystkich innych elementów systemu. Jest więc naturalne, że po pewnym czasie zaczynamy darzyć go nie tylko szacunkiem, ale także wyjątkowym zaufaniem. Mam nawet wrażenie, że Hegel zaraża pozostałe klocki swoim podejściem do muzyki. Nagle wszystko nam się w tym dźwięku zgadza. A przecież nawet z najlepszym wzmacniaczem na świecie nie musi tak być... Po przesiadce z lampowego Unisona Triode 25 na "dwudziestkę" bałem się, że Audiovectory QR5 zabrzmią twardo, sucho i beznamiętnie, a ich góra zacznie jazgotać i kąsać uszy. Moje obawy okazały się bezpodstawne. Duńskie podłogówki mają swój charakter, ale Hegel wydobył z nich wszystko, co najlepsze. Inna sprawa, że Triode 25 nie jest jakimś kluchowatym, niemrawym świecidełkiem oferującym przesadnie ocieplone brzmienie. H20 ma inne podejście do dźwięku, ale też nie jest to zimny, tranzystorowy drań, który nie wie, czym jest muzykalność. Swoją klasę potwierdził z tańszymi Pylonami Sapphire 31 StereoLife Edition, monitorami DALI Menuet SE, AudioSolutions Figaro B i ELAC Debut Reference 62 oraz kilkoma innymi konstrukcjami, których testy przeczytacie w najbliższym czasie.

W szeroko pojętą neutralność wpisuje się także przestrzeń. Jest taka, na jaką pozwala dane nagranie. Czasami bardzo imponująca i trójwymiarowa, czasami ciasna i skoncentrowana na pierwszym planie, a w większości nagrań po prostu dobra. Znam wzmacniacze, które potrafią pokazać lepszą głębię z idealnie czarnym tłem. Znam takie, które grają trochę płasko, ale za to w wymiarze szerokości rozkładają dźwięki na scenie tak, jak rozłożylibyśmy na podłodze puzzle z tysiąca kawałków. Znam też urządzenia, które w temacie stereofonii stawiają na jedną, wybraną rzecz, jak na przykład bliskość wokali czy spektakularną szerokość wywołującą wrażenie otoczenia słuchacza dźwiękiem. Hegel natomiast stara się budować przestrzeń tak, abyśmy mieli wrażenie, że w ogóle nie ma go w torze. Nie ma tu jakiegoś jednego motywu przewodniego. Jest za to mieszanka wielu różnych elementów, z których każdy jest utrzymany na dobrym lub bardzo dobrym poziomie. Gdybym miał sobie czegoś życzyć, rozbudowałbym scenę jeszcze pół metra wgłąb i zwiększył dystans między pierwszym planem a całą resztą - tak, jak potrafią to zrobić wybitne wzmacniacze lampowe. H20 tego nie robi i nawet nie wiem, czy nie może, czy po prostu nie chce, bo byłaby to już zbyt mocna ingerencja w odtwarzany materiał.

To samo można powiedzieć o wysokich tonach. Po prostu są. Niektórzy woleliby, aby były bardziej dźwięczne, zaokrąglone i wypolerowane. Owszem, mogą nam taki blask pokazać, ale tylko wtedy, gdy sięgniemy po odpowiedni materiał. Wtedy usłyszymy w tym zakresie pełen blask, dźwięczność, świeżość i krystaliczną czystość. Na większości płyt góra jest po prostu taka, jak być powinna. Dalsze wsłuchiwanie się w ten zakres przypomina próbę oceny smaku wody. Mimo to, głębia sceny stereofonicznej i niemal całkowity brak charakteru wysokich tonów są moim zdaniem jedynymi, jeśli można tak powiedzieć, słabszymi punktami norweskiego wzmacniacza. Niektórzy woleliby, aby przestrzeń była bardziej skondensowana, a góra pasma - bardziej zwiewna i eteryczna. I na pewno znajdą piecyk, który takie brzmienie oferuje. Zawsze można także sięgnąć po lampowy przedwzmacniacz i wprowadzić do równania odrobinę tego niepowtarzalnego charakteru. Wiele osób uważa, że takie połączenie to czysta synergia i koniec poszukiwań. Ja jednak, przynajmniej na razie, nie mogę się oprzeć dynamice, czystości i neutralności, jaką daje bezpośrednie połączenie Hegla ze streamerem Auralica. A na zewnętrzny przedwzmacniacz mam już plan.

Czy zatem H20 to wzmacniacz idealny? Na pewno nie. Gdybym miał nieograniczony budżet, na pewno szukałbym dalej. Może od razu zamówiłbym dwa monobloki H30? Może skończyłbym z końcówką Gryphona, McIntosha, MBL-a, Brystona, PS Audio, Luxmana, Classé, Passa, Audii, Pathosa, T+A, BAT-a albo Vitusa? Może z wrodzonego lenistwa poszedłbym po linii najmniejszego oporu i w nowym, wielkim domu postawił sobie Statementa z Grande Utopiami EM? To sprawdzone połączenie. Nie ma co kombinować. A może kupiłbym sobie luksusowy jacht i głośnik JBL-a, mając wylane na ten cały audiofilizm... Na razie staram się kombinować tak, aby zrobić jak najlepszy użytek z pieniędzy, które mogę przeznaczyć na swoje hobby, a Hegel pozwolił wykonać w tej materii ogromny krok do przodu. Jest dyskretny, funkcjonalny, świetnie wykonany i gra tak, że już po kilku minutach wiadomo, że nie będzie się do czego przyczepić. Z dziennikarskiego obowiązku nawet próbowałem, ale szkoda życia. Lepiej posłuchać jakiejś nowej płyty. Najbardziej zastanawia mnie to, że "dwudziestka" nie odniosła jakiegoś wielkiego sukcesu komercyjnego, a wzmacniacze, które zbudowano na jej podstawie - owszem. Prawdopodobnie jest to wyraźny sygnał, że przedwzmacniacze i końcówki mocy nie są już traktowane z takim namaszczeniem, jak kiedyś. Wyraźnie brakuje ludzi, którzy widzą w tym sens. Klienci wybierają proste i wygodne rozwiązanie w postaci integry, która może być jednocześnie przetwornikiem, a nawet streamerem. H390, wysokiej klasy kolumny i okablowanie, stabilna sieć, Roon i tak oto otrzymujemy hi-endowy system gotowy do pracy w ciągu piętnastu, może dwudziestu minut. Coś mi się jednak wydaje, że zainteresowanie końcówkami mocy będzie rosło proporcjonalnie do popularności streamerów, które mogą wziąć na siebie funkcję przedwzmacniacza i wywiązać się z tego zadania naprawdę dobrze. Po co komu wtedy drugi przedwzmacniacz, a już tym bardziej kolejny przetwornik w torze? Możliwe, że zaczniemy to obserwować dopiero za dwa, trzy lata. Wtedy też zaczęłoby znikać przeświadczenie, że końcówka mocy to wybitnie audiofilski produkt, który trudniej jest sprzedać na rynku wtórnym. Ale może nie stanie się to nigdy - tak samo, jak nigdy nie doczekaliśmy się nagłej eksplozji zainteresowania kolumnami aktywnymi. Ja akurat nigdy nie byłem ich zwolennikiem. Ale porządna końcówka mocy, najlepiej z wysokiej klasy źródłem albo lampowym przedwzmacniaczem? Ma to sens.

Hegel H20

Budowa i parametry

Hegel H20 to stereofoniczna końcówka mocy wykorzystująca najważniejsze rozwiązanie z firmowego arsenału technologicznego - SoundEngine. Jest to system dynamicznego eliminowania zniekształceń, który działa trochę jak układy redukcji hałasu w nowoczesnych słuchawkach bezprzewodowych. Mówiąc obrazowo, wzmacniacz wyłapuje własne zniekształcenia, odwraca je w fazie, a następnie dodaje do sygnału w taki sposób, że są one de facto kasowane. Oprócz znacznego obniżenia poziomu zniekształceń, rozwiązanie opracowane przez Benta Holtera pozwala uzyskać niewiarygodnie wysoki współczynnik tłumienia, czyli stosunek impedancji znamionowej kolumny do impedancji wyjściowej wzmacniacza. Przyjmuje się, że 100 to już niezły wynik, 200 - bardzo dobry. Jeśli wierzyć danym producenta, w H20 ów współczynnik wynosi więcej niż 1000, co mówi samo za siebie. Hegel twierdzi, że przekłada się to na świetną kontrolę basu i ogólne panowanie nad głośnikami, co potwierdziło się podczas odsłuchu. Oprócz systemu SoundEngine testowany model otrzymał technologie DualAmp (oddzielne sekcje wzmacniacza prądowego i napięciowego) i DualPower (zasilacz podzielony na dwie główne sekcje dostosowane do potrzeb układów o różnym zapotrzebowaniu na prąd). Wnętrze "dwudziestki" to - podobnie jak przedni i tylny panel - jest idealnie symetryczne. Króluje w nim solidny transformator toroidalny o mocy 1000 VA otoczony kondensatorami filtrującymi o łącznej pojemności 90000 μF. Z transformatora wyprowadzono wiele uzwojeń wtórnych - osobno dla lewego i prawego kanału oraz dla dodatniej i ujemnej gałęzi napięcia zasilającego. Być może dlatego konstruktorzy uznali, że nie ma potrzeby instalowania w obudowie dwóch mniejszych toroidów. Jeden, ale tak bogato "obsadzony" w zupełności wystarczy. Patrząc na wzmacniacz od góry, można powiedzieć, że praktycznie cała jego podłoga to potężny zasilacz. Płytki z kluczowymi układami elektronicznymi umieszczono pionowo po bokach - układy wejściowe tuż za gniazdami RCA i XLR, a właściwe końcówki mocy z przodu, na wysokości transformatora. Pięć par bipolarnych tranzystorów Toshiby przykręcono do aluminiowych radiatorów, które w przedniej części niemal stykają się z aluminiowym frontem, który też jest niczego sobie. Ta pogrubiona w środkowej części, piaskowana i anodowana na czarno bryła metalu waży aż 1,5 kg. W podobny sposób, choć już z nieco mniej masywnych elementów wykonano resztę obudowy. Norwegowie twierdzą, że H20 dzieli wiele rozwiązań technicznych z topowym modelem H30. Co ciekawe, do obu końcówek mocy oraz dedykowanych im przedwzmacniaczy P20 i P30 dodawana jest ta sama instrukcja obsługi, a informacje dotyczące opisywanego modelu spokojnie zmieściłyby się na dwóch stronach. Najwięcej uwagi poświęcono kwestii wentylacji. Zaleca się ustawienie wzmacniacza na płaskiej, twardej powierzchni w taki sposób, aby mógł on bez przeszkód oddawać ciepło do otoczenia. W grę nie wchodzi nawet dywan, nie mówiąc już o zamkniętej szafce. Żadnemu audiofilowi raczej nie przyszłoby to do głowy, ale Hegel uznał, że lepiej się zabezpieczyć, a na wszelki wypadek ustawił końcówkę na czterech wysokich nóżkach. Wracając do wnętrza, jakość komponentów użytych do budowy H20 jest dobra, aczkolwiek nie widać tu ociekających złotem kondensatorów i innych elementów, które uśmiechają się do nas hasłami w stylu "for audio", "super duper" i "turbo hi-end". Zastosowano je w kilku newralgicznych miejscach, ale na pewno nie wszędzie, bez zastanowienia i sprawdzenia, czy rzeczywiście ma to jakiś sens. Wiem natomiast, że tranzystory do każdego wzmacniacza są dobierane ręcznie na podstawie pomiarów. Podobno aby skompletować 20 sztuk, trzeba przerzucić ich ponad 100, a czasami 200. Jakość montażu nie budzi zastrzeżeń. Wewnątrz H20 nie ma ani jednego luźnego przewodu. Wszystkie zostały starannie przycięte i spięte opaskami samozaciskowymi, a w kilku miejscach przymocowane do radiatorów lub samoprzylepnych zaczepów przyklejonych do podstawy obudowy. Piękna robota.

Werdykt

Są wzmacniacze, które w swoim brzmieniu nie mają nic, ale są też takie, które mają wszystko. Niektórym może się wydawać, że jest to jedno i to samo, bo powinniśmy przecież dążyć do idealnej neutralności, braku urządzenia w torze, dźwięku zgodnego z oryginałem i tak dalej. W rzeczywistości można się na tych frazesach ostro przejechać. Nie da się osiągnąć tego celu, jeśli krok po kroku będziemy eliminować i równać z ziemią rzeczy, w których zawarte są muzyczne emocje. Czy zatem jedyną drogą do sukcesu jest kupno gramofonu, wzmacniacza lampowego i dziwacznych kolumn z głośnikami tubowymi? Nie. Można bowiem trafić na wzmacniacz, który wykonuje swoją pracę bardzo uczciwie, rzetelnie i sumiennie, ale wie, że sprowadzanie wszystkiego do wspólnego mianownika i chlubienie się brzmieniem nudnym jak grzybobranie w listopadzie to wylewanie dziecka z kąpielą. Hegel H20 opanował tę sztukę do perfekcji. W jego równym, neutralnym i uniwersalnym dźwięku nie ginie muzyka. Przeciwnie - wysoki realizm wciąga nas w nią jeszcze bardziej. Jak dla mnie, ta końcówka to prawdziwa petarda i jestem na siebie nawet trochę zły, że przetestowałem już tyle urządzeń Hegla, a "dwudziestką" zainteresowałem się dopiero teraz. Powinienem był posłuchać jej znacznie wcześniej.

Hegel H20

Dane techniczne

Moc: 2 x 200 W/8 Ω
Wejścia: RCA, XLR
Impedancja wejściowa: 50 kΩ (RCA), 10 kΩ (XLR)
Zniekształcenia: < 0,006 %
Stosunek sygnał/szum: > 100 dB
Współczynnik tłumienia: > 1000
Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz (+/- 0,2 dB)
Wymiary (W/S/G): 12/43/37 cm
Masa: 25 kg
Cena: 22999 zł

Konfiguracja

Audiovector QR5, Pylon Audio Sapphire 31 StereoLife Edition, DALI Menuet SE, AudioSolutions Figaro B, ELAC Debut Reference 62, Auralic Vega G1, Unison Research Triode 25, Clearaudio Concept, Cambridge Audio CP2, Cardas Clear Reflection, Albedo Geo, Enerr One 6S DCB, Enerr Transcenda Ultra, Enerr Transcenda Ultimate, Custom Design RS 202, Norstone Esse.

Sprzęt do testu dostarczyła sieć salonów Top Hi-Fi & Video Design. W artykule wykorzystano zdjęcia udostępnione przez firmę Hegel i wykonane przez redakcję portalu StereoLife.

Równowaga tonalna
RownowagaStartRownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4RownowagaStop

Dynamika
Poziomy8

Rozdzielczość
Poziomy7

Barwa dźwięku
Barwa4

Szybkość
Poziomy7

Spójność
Poziomy8

Muzykalność
Poziomy8

Szerokość sceny stereo
SzerokoscStereo2

Głębia sceny stereo
GlebiaStereo13

Jakość wykonania
Poziomy7

Funkcjonalność
Poziomy7

Cena
Poziomy6

Nagroda
sl-wyborredakcji


Komentarze (3)

  • Piotr

    Jak powiedział mi kiedyś pan z salonu audio, sprzedają się jak świeże bułki, tylko czemu nas na to nie stać...

    0
  • Miłosz

    Przed zakupem H390 myślałem także o H20. Zdecydowałem się na funkcjonalność i uniwersalność integry, a nadal mam możliwość użycia jej jako końcówki mocy. Ale cóż, pewnie nigdy się nie dowiem czy dzielony zestaw P20 + H20 pozwoliłby mi osiągnąć lepsze rezultaty. Wolałem mieć DAC-a i streaming w jednym klocku.

    0
  • Tomek

    Jest to już konstrukcja dość wiekowa, bo sprzed 10 lat (w magazynie SoundStage test w 2011 roku), od 2015 roku w urządzeniach Hegla przeniesiono przycisk na spód - tu jest klasycznie na froncie obudowy, podobnie jak w H300 i poprzednikach. Nie jest to oczywiście żaden zarzut, bo Hegel robi solidne urządzenia na długie lata, ale trzeba mieć świadomość, że po modernizacji linii wzmacniaczy zintegrowanych nastąpi nieubłagana modernizacja przedwzmacniaczy i końcówek mocy. Moduł SoundEngine zaimplementowano w H20 w wersji pierwszej, od kilku lat jest już wersja druga tego układu. Układ elektryczny prawdopodobnie jest zbalansowany i to nie z powodu obecności gniazd XLR, ale tego, co jest dalej. Naturalnym partnerem dla H20 wydaje się przedwzmacniacz P20. Pytanie, czy jest zbalansowany, co pozwala w pełni wykorzystać zalety takiej transmisji. Firma twierdzi, że tak, zdaniem części recenzentów jednak za gniazdami XLR jest desymetryzator. O dźwięku napisano w recenzji chyba wszystko i trudno się z nią nie zgodzić. Hegel jest niezwykle czysty, dynamiczny, mięsisty na basie i neutralny barwowo. To nie jest ani zimny Wiking, ani gorąca Włoszka. Przy rozważnym doborze reszty toru dostaniemy dźwięk na długie lata komfortowego słuchania. W przypadku połączenia ze zbyt suchym/twardym przedwzmacniaczem lub przetwornikiem z funkcją preampu i zbyt sucho/twardo brzmiącymi kablami oraz kolumnami, może być już zbyt bezosobowo. Alan Shaw na wystawach łączy wzmacniacze Hegla ze swoimi Harbethami. Wie, co robi.

    0

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Zobacz także

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Sunny Chang - Soundgil

Sunny Chang - Soundgil

Soundgil to jedna z firm, które skupiają się na jednej, jedynej rzeczy, ale robią ją wyjątkowo dobrze. W tym przypadku mówimy o kompaktowych zestawach głośnikowych będących w istocie miniaturowymi odpowiednikami hi-endowego systemu stereo. Jak na maleńkie, aktywne kolumienki, są projektowane i budowane w całkowicie bezkompromisowy sposób. Ich konstruktorzy chcieli skopiować...

Mads Klifoth - Audiovector

Mads Klifoth - Audiovector

Audiovector to jedna z firm, których kariera na polskim rynku wyraźnie przyspieszyła w ciągu kilku ostatnich lat. Teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, aby ta skromna, rodzinna manufaktura założona w 1979 roku stała się u nas jednym z ważniejszych graczy zaraz po transformacji ustrojowej, kiedy to głodni nowości i ciekawi...

Audiofil - jednostka chora i społecznie niebezpieczna

Audiofil - jednostka chora i społecznie niebezpieczna

Bycie audiofilem to świetna sprawa. Człowiek słucha sobie muzyki i dąży do tego, aby robić to w jak najlepszy sposób - wyciskać z niej jak najwięcej. Relaksujące zajęcie, które wzmacnia kontakt ze sztuką, zachęca do pogłębiania wiedzy, pobudza wyobraźnię i pozwala rozwijać się na wielu różnych płaszczyznach. Będąc audiofilem, można...

Gustavo Pires - Vicoustic

Gustavo Pires - Vicoustic

Gdybyśmy spytali audiofilów, który element systemu stereo jest ich zdaniem najważniejszy, większość z pewnością postawiłaby na kolumny, wzmacniacz lub źródło, ewentualnie - w przypadku tych najbardziej zakręconych - na coś takiego, jak kable, akcesoria zasilające lub podkładki antywibracyjne. Spora grupa odpowie jednak, że największy wpływ na ostateczny rezultat brzmieniowy ma...

James Tanner - Bryston

James Tanner - Bryston

Miłośnicy wysokiej klasy sprzętu grającego przyzwyczaili się do tego, że jest on nie tylko kupowany, ale także budowany przez pasjonatów. Często tych, którzy kiedyś znajdowali się w podobnej sytuacji, a swoje hobby rozwinęli do tego stopnia, że w pewnym momencie postanowili zbudować coś swojego - lepszego niż sprzęt oferowany w...

Nowe testy

Poprzedni Następny
Matrix Audio Element I

Matrix Audio Element I

Czasami odnoszę wrażenie, że jednym z ulubionych zajęć miłośników audiofilskiej aparatury jest narzekanie na ceny hi-endowego sprzętu, który przecież z definicji nie jest dla każdego. To trochę tak, jakby pasjonaci...

ELAC Debut Reference DBR62

ELAC Debut Reference DBR62

Czasami odnoszę wrażenie, że firmy działające na rynku audio można podzielić na trzy grupy - te, które spokojnie robią swoje, te, które wegetują, od dawna nie wprowadzają żadnych istotnych nowości...

Sonus Faber Lumina I

Sonus Faber Lumina I

Premiery nowych zestawów głośnikowych manufaktury założonej przez Franco Serblina zawsze budzą wiele emocji, których treść i wydźwięk można zazwyczaj streścić w dwóch zdaniach: "Och, jakie to piękne!" i "Ech, tylko...

Bannery boczne

Komentarze

olo
Świetna recenzja, super sprzęt w tej cenie. Gwarantuje przyjemność i odprężenie podczas słuchania muzyki.
Dariusz
Panie Jarosławie, serdecznie dziękuję za recenzję, bo dzięki Panu kupiłem te słuchawki. Są wspaniałe, a ja słuchając na nich muzyki czuję się szczęśliwy. Dzięku...
stereolife
@Mao Lao - "Co więcej, nie można tak po prostu zamówić po kilka egzemplarzy każdego modelu uwzględnionego w aktualnym katalogu, bowiem nie wszystkie są wytwarza...

Płyty

Oranssi Pazuzu - Mestarin Kynsi

Oranssi Pazuzu - Mestarin Kynsi

Bieżący rok jest wyjątkowy pod każdym względem. Wyjątkowo specyficzny, dziwny, trudny. Śmiało można stwierdzić, że pandemicznym rykoszetem oberwał praktycznie każdy...

Newsy

Audiovector R6

Audiovector R6

Audiovector wprowadza na rynek hi-endowe zestawy głośnikowe oznaczone symbolem R6. Jak deklaruje producent, będzie to nie tylko uzupełnienie linii R,...

Tech Corner

Krótka historia płyty kompaktowej

Krótka historia płyty kompaktowej

Jak wyglądał świat w marcu 1979 roku? Andrzej Wajda kręcił "Panny z Wilka". Jan Paweł II był papieżem niecałe pół roku. Prezydentem USA był Jimmy Carter. W Nowym Jorku urodziła się Norah Jones. Atari wypuściło na rynek komputery Model 400 i Model 800. W salonach samochodowych pojawiły się Peugeot 505,...

Prezentacje

40 lat głośnikowego modernizmu - Focal

40 lat głośnikowego modernizmu - Focal

Co przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o Francji? Wiadomo - świetna kuchnia, doskonałe wina i sery, luksusowe perfumy, nowoczesna architektura, pokazy mody, festiwale filmowe, słynni malarze i wiecznie zakorkowane uliczki Paryża. Dla amatorów sprzętu hi-fi jest to także jeden z najważniejszych krajów na audiofilskiej mapie świata. To właśnie tutaj...

Poradniki

Listy

Galerie

Najpiękniejsze i najciekawsze gramofony świata

Najpiękniejsze i najciekawsze gramofony świata

Większość audiofilów ceni gramofony za wyjątkowe, analogowe brzmienie. Uważają, że muzyka płynąca z winylowych płyt jest cieplejsza, bardziej wielowymiarowa i...

Dyskografie

Wywiady

Sunny Chang - Soundgil

Sunny Chang - Soundgil

Soundgil to jedna z firm, które skupiają się na jednej, jedynej rzeczy, ale robią ją wyjątkowo dobrze. W tym przypadku...

Popularne artykuły

Vintage

Sony WM-W800

Sony WM-W800

Pamiętam, gdy szukając ciekawych magnetofonów w Internecie po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcie Walkmana Sony WM-W800. Myślałem, że to jakaś przeróbka...

Słownik

Poprzedni Następny

Naskórkowość

Efekt występujący w kablach podczas przesyłania prądu zmiennego. Polega na tym, że gęstość prądu maleje wraz ze zbliżaniem się do wnętrza przewodnika, a mówiąc jeszcze prościej - sygnał zasuwa bardziej...

Cytaty

PaulSamuelLeonJohnson.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych klikając tutaj.