Audio Video Show 2026
- Kategoria: Fotorelacje
- Tomasz Karasiński

Kolejna edycja Audio Video Show przeszła do historii. Kiedy kilka tygodni temu organizatorzy zaczęli publikować zapowiedzi tegorocznych atrakcji, mogliśmy odnieść wrażenie, że szykuje się kolejny festiwal bicia rekordów. Największa liczba wystawców i sal, najdroższe systemy, najwięcej premier i prezentacji specjalnych. Coś takiego słyszeliśmy już jednak wiele razy, a stali bywalcy warszawskiej wystawy doskonale wiedzą, że nie zawsze przekłada się to na jakość samej imprezy. Można przecież ustawić w pokoju kolumny za trzy miliony złotych, podłączyć do nich wzmacniacze kosztujące drugie tyle i uzyskać dźwięk, od którego człowiekowi robi się niedobrze. Można zaprosić światowej sławy artystę, a później zorganizować spotkanie w taki sposób, że połowa zainteresowanych nie będzie miała szansy go zobaczyć. Można wreszcie zajmować coraz większą powierzchnię wystawienniczą, nie rozwiązując problemów logistycznych, takich jak dojazd, parkingi, kolejki, szatnie czy zwykła możliwość zjedzenia czegoś w trakcie wielogodzinnego zwiedzania. Na szczęście organizatorzy Audio Video Show dbali nie tylko o to, aby ta impreza rosła w oczach, ale także o to, aby stawała się coraz lepsza z punktu widzenia osób, do których od samego początku była kierowana - pasjonatów muzyki i sprzętu audio. I chyba właśnie to sprawiło, że po trzech dniach spędzonych w dwóch warszawskich hotelach i na PGE Narodowym doszedłem do wniosku, że wydarzyło się coś znacznie ważniejszego niż pobicie kolejnego rekordu. Największa polska wystawa sprzętu audio-video osiągnęła poziom, na którym nie musi już nikomu niczego udowadniać. Zamiast gonić światową czołówkę, sama zaczęła wyznaczać standardy.
Zanim przejdziemy do rzeczy, mała uwaga organizacyjna dotycząca formy niniejszego reportażu. W ubiegłym roku z wystawy przywiozłem około stu zdjęć, natomiast tym razem, już po wstępnej selekcji, zostało mi ich ponad czterysta. Ostatecznie część odłożyłem jeszcze na bok, traktując je jako materiał zapasowy, ale i tak uzbierała się imponująca kolekcja. Sama obróbka fotografii zajęła mi tydzień, a kiedy wreszcie uporałem się z tym zadaniem, zacząłem zastanawiać się, jak to wszystko sensownie zaprezentować. Gdybym postanowił tradycyjnie przeplatać tekst zdjęciami, wyszłaby z tego gigantyczna galeria z krótkimi fragmentami reportażu wciśniętymi pomiędzy kolejne ujęcia. Ani to wygodne do czytania, ani szczególnie przyjemne do oglądania. Dlatego zdecydowałem się rozdzielić te dwie rzeczy. Najpierw zapraszam do lektury moich wrażeń, obserwacji i przemyśleń dotyczących tegorocznego Audio Video Show, a następnie do obejrzenia obszernej galerii zamieszczonej pod artykułem. Każde zdjęcie będzie można powiększyć, przyjrzeć się szczegółom i spokojnie nacieszyć oczy sprzętem, którego podczas wystawy naprawdę nie brakowało.
Od razu uprzedzam też, że nie zamierzam opisywać każdego pokoju, wymieniać wszystkich prezentowanych urządzeń ani szczegółowo analizować poszczególnych systemów. Wiem, że niektórzy dziennikarze skrupulatnie katalogują takie informacje, odnotowując, jakie kolumny grały z jakimi wzmacniaczami, kablami i akcesoriami, ale moim zdaniem nie ma to sensu. Kiedyś może i miało, jednak wtedy wystawa była znacznie mniejsza, a wystawcom bardziej zależało na uzyskaniu efektu synergii, niezależnie od tego, czy dane połączenie było politycznie poprawne, czy nie. Obecnie dobór komponentów w danym pokoju najczęściej jest podyktowany współpracą handlową albo ustaleniami między dystrybutorami. Nie należy więc traktować wystawowych zestawień jako wskazówek dotyczących budowania własnego systemu. Reportaż polegający na wymienianiu, co grało z czym, zaczyna więc wyglądać bardziej jak spis marek reprezentowanych przez dużych importerów niż zbiór wskazówek, które miałyby jakiekolwiek znaczenie dla wtajemniczonych hobbystów. Wreszcie, sama wystawa - jak każda inna impreza tego typu - jest jedną wielką loterią. Wystawcy nierzadko zmieniają konfigurację systemów, a nawet niewielka korekta ustawienia kolumn może diametralnie zmienić brzmienie. Dlatego nie zamierzam wydawać wiążących opinii na podstawie pięciominutowych odsłuchów w warunkach, nad którymi nikt nie ma pełnej kontroli. Od tego są testy, podczas których mogę sprawdzić sprzęt w znanym otoczeniu, porównać różne konfiguracje i wyciągnąć sensowne wnioski. Audio Video Show traktuję przede wszystkim jako okazję do odkrywania ciekawych urządzeń, spotkań z ludźmi i obserwowania zmian zachodzących w branży. I właśnie na tym chciałbym się skupić.
Kilka dni po zakończeniu wystawy organizator opublikował oficjalne statystyki, które potwierdziły to, co można było zaobserwować podczas trzech dni spędzonych na stadionie i w hotelach. Audio Video Show 2026 zajęło 196 sal prezentacyjnych, wobec 185 rok wcześniej, a na wystawie można było zobaczyć urządzenia blisko 700 marek. Akredytowało się 228 dziennikarzy, w tym 87 przedstawicieli mediów zagranicznych, czyli o 22,5% więcej niż podczas poprzedniej edycji. Najważniejsza jest jednak frekwencja, która wyniosła 15 504 osoby, wobec 14 881 rok wcześniej. Wzrost o 4,2% może nie wygląda spektakularnie, ale pamiętajmy, że mówimy o imprezie, która już od dawna należy do światowej czołówki i niemalże wyczerpała możliwości dalszej rozbudowy. Co więcej, organizatorzy podkreślili, że chodzi o unikalnych odwiedzających, a więc rzeczywistą liczbę osób, które pojawiły się na wystawie, niezależnie od tego, czy kupiły bilet jednodniowy, czy przez cały weekend przemierzały stadionowe korytarze i pokoje hotelowe.
Co więcej, organizator Audio Video Show podał również łączną liczbę wizyt (20 865) jeszcze wyższy wynik, uwzględniający także wejścia osób posiadających identyfikatory wystawców (24 193). Dlaczego to takie ważne? Ponieważ organizatorzy innych tego typu imprez stosują różne metody liczenia frekwencji, dzięki czemu porównywanie publikowanych przez nich wyników ma mniej więcej tyle sensu, co zestawianie mocy wzmacniaczy, z których jeden podaje ją przy 8 Ω, drugi przy 4 Ω, a trzeci chwali się chwilową mocą szczytową przy bliżej nieokreślonych zniekształceniach. Przykładowo na High Endzie w Wiedniu podawane są wejścia, a nie liczba unikalnych osób, które odwiedziły targi. Jeśli więc ktoś przychodzi na wystawę przez trzy dni, w statystykach pojawia się trzy razy. Z kolei amerykańska AXPONA uwzględnia również wejścia osób posiadających identyfikatory wystawców. Gdybyśmy zastosowali te metody w Warszawie, tegoroczna frekwencja wyniosłaby odpowiednio 20 865 wizyt albo aż 24 193 wejścia. Brzmi bardziej imponująco niż 15 504, prawda? A przecież mówimy dokładnie o tym samym wydarzeniu. Muszę przyznać, że podziwiam kreatywność organizatorów innych tego typu imprez (celowo nie używam tu określenia "konkurencyjnych", bo nie sądzę, aby odwiedzający traktowali je w tych kategoriach). Licząc ludzi przy każdym wejściu, aż się prosi o wprowadzenie zniżki dla osób palących (aby jak najczęściej wychodziły na papierosa i wracały na teren wystawy) albo dogadanie się z właścicielami foodtrucków, aby rozstawili się na parkingu w weekend, kusząc gości zapachem sushi, pizzy i hamburgerów. Szczerze mówiąc, zdjęcia z wystawy i tak przemawiają do wyobraźni bardziej niż udostępnione przez organizatora liczby. Wystarczy spojrzeć, jak wyglądały korytarze, sale konferencyjne i mniejsze pokoje hotelowe, aby zdać sobie sprawę z tego, jakiego kalibru imprezą jest Audio Video Show.
Dla mnie w warszawskiej wystawie najważniejsze nie są jednak statystyki. Nie chodzi też o liczbę wystawców ani jakość czy ceny prezentowanych urządzeń (choć wiem, że hasła w stylu "system za dziesięć milionów złotych" przyciągają jeszcze więcej ciekawskich). Chodzi o pewien wyjątkowy klimat i coś, co pojawiło się już w ubiegłym roku, a teraz tylko się potwierdziło - trudny do zdefiniowania luz i spokój. Tak, wiem, w tym całym szaleństwie brzmi to dziwnie, bo impreza jest ogromna, atrakcji jest mnóstwo, na korytarzach tłumy, a człowiek ciągle ściga się z czasem, aby zobaczyć i usłyszeć jak najwięcej. A mimo to towarzyszy nam myśl, że wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Ostatecznie to nie trzecia, piąta czy dziesiąta, ale dwudziesta ósma edycja tej wystawy. I już nie dziwimy się, że będzie nam dane posłuchać sprzętu, którego ceny przyprawiają o ból głowy, że jednego dnia będziemy mogli przetestować dziesiątki hi-endowych słuchawek, że do Warszawy przyjadą setki zagranicznych gości, przedstawiciele mediów z całego świata i reprezentanci marek, które śledzimy i lubimy, a być może nawet korzystamy z ich sprzętu na co dzień. Nie dziwimy się nawet, widząc ludzi gromadzących się przed wejściami pół godziny przed otwarciem bram, świetnie przygotowanych i mających swój własny plan na zwiedzanie tej ogromnej wystawy. W końcu to Audio Video Show i jest to zupełnie normalne.
Wracając do zakrzywiania czasoprzestrzeni, wystawa trwała łącznie dwadzieścia pięć godzin. Gdybyśmy chcieli spędzić w każdej sali zaledwie dziesięć minut, potrzebowalibyśmy prawie trzydziestu trzech godzin, i to bez uwzględniania przechodzenia między pokojami, przejazdów autobusami, jedzenia, picia, rozmów ze znajomymi i wszystkich innych czynności, które ludzie normalnie wykonują, aby utrzymać się przy życiu. Do tego należałoby doliczyć przymierzanie słuchawek, oglądanie sprzętu wystawionego na stoiskach oraz uczestnictwo w wydarzeniach specjalnych. Realizacja takiego planu byłaby możliwa jedynie pod warunkiem spowolnienia upływu czasu, a najlepiej stworzenia kilku własnych kopii. Ja takich umiejętności niestety nie posiadam, więc podobnie jak w poprzednich latach musiałem dokonywać pewnych wyborów. Wydaje mi się jednak, że tym razem udało mi się wykorzystać dostępny czas niemal w stu procentach. Oczywiście po powrocie do domu nogi bolały tak, jakbym przebiegł półmaraton, ale jakoś nie potrafię uznać tego za powód do narzekania.
Co ciekawe, choć tegoroczna edycja była rekordowa, jeszcze większe wrażenie zrobiło na mnie coś innego - organizacja. Wiem, brzmi to trochę dziwnie, bo przecież impreza tej wielkości nie mogłaby funkcjonować przez niemal trzy dekady, gdyby jej przygotowanie od początku przypominało festyn zorganizowany przez koło gospodyń wiejskich. Rzecz w tym, że Audio Video Show rozwijało się niesamowicie szybko, a w pewnym momencie wydawało się, że nie nadąża za własnym sukcesem. Przybywało sal, wystawców i zwiedzających, co niewątpliwie cieszyło, ale równolegle pojawiały się związane z tym problemy. Pamiętam korki pod stadionem, szatnie przypominające skład używanej odzieży, korytarze zatłoczone tak, że nie można było przecisnąć się przez tłum, wyprzedane jedzenie, puste lodówki z napojami i hostessy, które same nie do końca wiedziały, którędy należy się dostać do konkretnej części wystawy. Po kilku godzinach fotografowania sprzętu z ciężką torbą na ramieniu marzyłem tylko o znalezieniu spokojnego miejsca, w którym mógłbym usiąść, zgrać zdjęcia i wypić szklankę wody. Chwaląc wystawę za jej rozmach, apelowałem jednocześnie o poprawienie kilku tego typu drobiazgów. Nie po to, aby sobie ponarzekać, lecz po to, aby w kolejnych latach takie detale nie psuły ogólnego odbioru imprezy.
W tym roku pomyślałem, że nie mam już o co prosić. Jest parking pod PGE Narodowym, są bezpłatne autobusy kursujące między stadionem a hotelami, są szatnie, są stewardzi wskazujący drogę, są czytelne oznaczenia, jest gdzie zjeść, napić się kawy i odpocząć. Działają windy, klimatyzacja, obsługa techniczna i ekipy sprzątające. Jest nawet pokój prasowy w cichym, niemal oddzielonym od reszty wystawy miejscu. Na liście życzeń pozostały jedynie takie postulaty, których po prostu nie da się spełnić. Dobrym przykładem jest przejście na pierwszym piętrze między wschodnią a zachodnią częścią stadionu, gdzie do godziny piętnastej działają biura. Trzeba więc iść przez parking. Tyle, że chodzi tu o 3 z 25 godzin - to 12% czasu trwania wystawy, więc chyba nie ma o czym mówić. Dodatkowo jest to piątek, kiedy to część osób jest jeszcze w pracy - prawdziwy najazd zwiedzających zaczyna się w sobotę. Ach, no i jeszcze jeden "problem", który zdaniem organizatorów jest już nie do pokonania - brak pomieszczeń, które można by było jeszcze wynająć (mimo że chętni na pewno by się znaleźli). Można co najwyżej rozwijać sekcję boxów na korytarzach, co poniekąd też się już w tym roku stało, albo... dodać czwartą lokalizację. Gdyby jednak do listy dopisano kolejny hotel, trzeba by było wydłużyć czas trwania wystawy albo dodać czwartek, na przykład jako dzień branżowy. Taka decyzja pociągnęłaby za sobą szereg konsekwencji, więc na razie wykorzystano 100% miejsca we wszystkich trzech obiektach.
Muszę przyznać, że świetnie zorganizowani są również sami wystawcy. Naturalnie ci, którzy prezentują swój sprzęt po raz pierwszy, nie wszystko mają jeszcze opanowane, ale pozostali zdają się doskonale wiedzieć, co robią. Przed rozpoczęciem imprezy w niektórych pokojach wciąż trwało gorączkowe ustawianie kolumn, rozpakowywanie elektroniki, układanie kabli, wieszanie obrazków i przesuwanie mebli. Nie wyobrażam sobie zresztą, żeby wyglądało to inaczej. Jeżeli ktoś ma rozstawić system ważący kilka ton, w którym same kable kosztują więcej niż przyzwoity samochód, to nie zrobi tego w piętnaście minut, popijając kawkę i pogwizdując pod nosem. Jednak w chwili otwarcia bram ogromna większość ekspozycji była gotowa na przyjęcie zwiedzających. Wszystko działało tak sprawnie, że chwilami aż przystawałem z wrażenia. Audio Video Show jest jak dobrze dotarta i naoliwiona maszyna, która potrafi samodzielnie poradzić sobie z drobnymi awariami. Można odnieść wrażenie, że nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Adamowi Mokrzyckiemu, całemu jego zespołowi i wszystkim osobom zaangażowanym w przygotowanie i obsługę wystawy należą się za to ogromne brawa, tym bardziej że zorganizowanie takiego przedsięwzięcia wymaga skoordynowania pracy setek osób, które niekoniecznie są zatrudnione przez jedną firmę i mają jeden wspólny plan działania. Wielkie, wielkie brawa!
Nic dziwnego, że sama impreza również doczekała się zupełnie innej pozycji na arenie międzynarodowej. Kiedyś obecność kilku zagranicznych dziennikarzy była wielkim wydarzeniem. Wystawcy wypatrywali ich na korytarzach, a gdy dowiadywali się, że do ich pokoju zmierza przedstawiciel znanego magazynu z Wielkiej Brytanii, Niemiec albo Stanów Zjednoczonych, zaczynało się gorączkowe porządkowanie ulotek, przygotowywanie najlepszej muzyki i dopieszczanie wszystkich szczegółów. Dzisiaj zagranicznych gości jest tylu, że nikogo nie dziwi widok konstruktora z Japonii rozmawiającego z polskim dystrybutorem, właściciela holenderskiej manufaktury tłumaczącego działanie swojego wzmacniacza grupie zwiedzających albo dziennikarza z drugiego końca Europy fotografującego sprzęt w jednym z hotelowych pokojów. Przyjeżdżają nie tylko przedstawiciele mediów i producenci. Coraz częściej można spotkać również zagranicznych dealerów, importerów i zwykłych melomanów, którzy specjalnie na ten weekend wybierają się do Warszawy. Niektórzy zagraniczni goście łączą udział w wystawie z krótkim zwiedzaniem stolicy, inni przyjeżdżają wyłącznie po to, aby zobaczyć, co ciekawego przygotowała polska i międzynarodowa branża. Jeszcze kilkanaście lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić, że ktoś z Europy Zachodniej zaplanuje podróż do Polski tylko po to, aby posłuchać sprzętu audio. Dziś jest to wręcz oczywiste.
Oczywiście wciąż pojawiają się dyskusje o tym, czy Audio Video Show jest drugą największą wystawą tego typu na świecie, czy może już największą w Europie. Ja nie zamierzam rozstrzygać tego sporu, bo wiele zależy od przyjętej metodologii. Jedni liczą powierzchnię wystawienniczą, inni liczbę sal, wystawców lub marek, jeszcze inni zwiedzających. Jedyną europejską konkurencją dla Audio Video Show jest High End, który po wielu latach przeniósł się z Monachium do Wiednia. Jest to impreza ogromna, prestiżowa i niezwykle ważna, ale pod wieloma względami różniąca się od Audio Video Show w Warszawie. W Wiedniu bardzo dużą część publiczności stanowią ludzie zawodowo związani z branżą. Wystawcy, dystrybutorzy, dealerzy, konstruktorzy, dziennikarze. To miejsce, gdzie prezentuje się nowości, zawiera umowy, szuka partnerów handlowych i planuje kolejne przedsięwzięcia. Na korytarzach rzadko widuje się ludzi bez identyfikatora na szyi. Warszawa również pełni taką funkcję, jednak tutaj wciąż najważniejszy jest zwykły zwiedzający. Człowiek, który kupił bilet, przyjechał z drugiego końca Polski, zostawił rodzinę w domu albo przeciwnie - zabrał ją ze sobą, i po prostu chce zobaczyć, posłuchać i dowiedzieć się czegoś nowego. Ktoś taki nie jest dodatkiem do branżowej imprezy, na której co trzecia sala jest zamknięta dla publiczności, bo odbywa się tam szkolenie dla dealerów albo prezentacja dla prasy.
W Warszawie jest inaczej. To właśnie dla owego zwykłego człowieka zorganizowano całą imprezę. Tak zwana branża przyjeżdża na Audio Video Show nie po to, by po raz kolejny uścisnąć sobie dłonie i taplać się we własnym sosie, lecz po to, by spotkać się z pasjonatami muzyki i sprzętu hi-fi. Obecni w kolejnych salach konstruktorzy kolumn, wzmacniaczy, gramofonów i podkładek antywibracyjnych z całego świata nie stoją tam po to, by szukać dystrybutorów - czekają na audiofilów, którzy autentycznie cieszą się na ich widok, nieśmiało podchodzą, by się przywitać, pokazują zdjęcia swoich systemów, opowiadają o swoich doświadczeniach, a czasami widzą i słyszą taki sprzęt pierwszy raz w życiu, ale są ciekawi, otwarci i głodni wrażeń. Pochwały pod adresem zwiedzających, ich zaangażowania, rozległej wiedzy i ogólnej atmosfery Audio Video Show słyszę z ust zagranicznych gości tak często, że stało się to dla mnie oczywistością. A jednak dla nich to wciąż wyjątkowe. Jeśli miałbym zatem przyznawać jakieś wyróżnienia, złote trąbki, odciski palca czy maskotki, pierwszą nagrodę przyznałbym zwiedzającym - zarówno nowym, jak i stałym bywalcom Audio Video Show. Wspaniała robota, kochani! Takiego klimatu nie ma nigdzie indziej na świecie. Bez Was ta impreza byłaby tylko zebraniem smutnych ludzi przechadzających się wokół drogich gratów po pustych korytarzach.
Co więcej, zagraniczni goście zwracają uwagę na rzecz, której my, obserwując wystawę z roku na rok, możemy nawet nie dostrzegać. Nie tylko na liczbę zwiedzających, ale przede wszystkim na ich wiek. Słyszałem już wiele opowieści o zagranicznych imprezach audiofilskich, na których co roku pojawiają się praktycznie ci sami goście. Panowie w coraz bardziej zaawansowanym wieku, od dawna posiadający drogie systemy, świetnie znający wszystkie liczące się marki i zainteresowani głównie tym, czy tegoroczna wersja wzmacniacza za sto tysięcy euro gra odrobinę lepiej niż poprzednia. Oczywiście nie ma w tym niczego złego. Sam należę już do kategorii ludzi, którzy widzieli tyle urządzeń, że coraz trudniej zrobić na nich wrażenie. Jednak branża, która nie przyciąga nowych odbiorców, prędzej czy później będzie miała poważny problem. A w Warszawie, obok wieloletnich bywalców, pojawia się coraz więcej młodych melomanów. Nastolatków, studentów, par, a nawet całych rodzin. Jedni przychodzą z ciekawości, chcą pobuszować w winylach lub załapać się na rozmowę ze znanym artystą, inni szukają pierwszego poważniejszego sprzętu, jeszcze inni chcą po prostu posłuchać ulubionej muzyki na czymś lepszym niż głośnik Bluetooth. I wszyscy znajdują tutaj coś dla siebie.
Najbardziej widać to oczywiście w strefie słuchawkowej. W tym roku po raz kolejny można było odnieść wrażenie, że funkcjonuje ona jak osobna wystawa, z własną publicznością, własnymi gwiazdami i nieco innymi zasadami. Podczas gdy w dużych salach odsłuchowych dominowały potężne kolumny, wzmacniacze ważące po kilkadziesiąt kilogramów i systemy kosztujące setki tysięcy złotych, tutaj można było założyć na głowę słuchawki, podłączyć własny odtwarzacz albo telefon i od razu rozpocząć odsłuch. Dla młodszych melomanów jest to o wiele bardziej naturalna forma kontaktu z wysokiej klasy sprzętem. Nie trzeba mieć osobnego pokoju, dobrych warunków akustycznych ani sąsiadów, którym nie przeszkadza głośne słuchanie muzyki. Można kupić porządne słuchawki, niewielki DAC lub wzmacniacz biurkowy i cieszyć się dźwiękiem, który pod wieloma względami potrafi konkurować z dużo droższymi systemami stacjonarnymi. Oczywiście nie da się całkowicie zastąpić wrażeń oferowanych przez kolumny, ale też nie ma takiej potrzeby. To po prostu inny sposób obcowania z muzyką. I bardzo dobrze, że tak wiele osób zaczyna od niego swoją przygodę z hi-fi.
W strefie słuchawkowej można było znaleźć niemal wszystko - od niedrogich dokanałówek i modeli bezprzewodowych po zaawansowane konstrukcje planarne, elektrostatyczne i dynamiczne, których ceny potrafią przyprawić o zawrót głowy. Miłośnicy takich wynalazków mogli zainteresować się chociażby modelami Final DX10000 CL, Meze Audio Arta, Spirit Torino Valkyria Titanium czy elektrostatycznymi Staxami. Nie zabrakło też sprzętu bardziej przystępnego cenowo, przenośnych odtwarzaczy, wzmacniaczy i akcesoriów. Jednak po raz kolejny to nie same urządzenia zrobiły na mnie największe wrażenie, lecz ludzie, którzy godzinami przesiadali się z krzesła na krzesło, porównując kolejne modele. Niektórzy byli tak pochłonięci słuchaniem, że sprawiali wrażenie zupełnie odciętych od otaczającego ich zamieszania. I świetnie! W końcu właśnie po to przyszli. Co więcej, jestem przekonany, że część z nich za kilka lat zacznie rozglądać się za pierwszym wzmacniaczem zintegrowanym, później kupi lepsze kolumny, a jeszcze później może dojdzie do wniosku, że jednak trzeba wymienić kable głośnikowe. Nie twierdzę, że każdy posiadacz słuchawek musi ostatecznie skończyć z wielkim systemem stereo. Ale jeśli ktoś już dziś poświęca kilka godzin na porównywanie przetworników, wzmacniaczy i źródeł, to trudno sobie wyobrazić, żeby zainteresowanie dobrym dźwiękiem nagle całkowicie mu przeszło. Kto raz złapie bakcyla, pozostanie audiofilem przez całe życie.
Najlepszym dowodem na to, że Audio Video Show wciąż przyciąga nowych ludzi, były zresztą rozmowy, które słyszałem poza samymi salami odsłuchowymi. Kiedy fotografowałem PGE Narodowy i oba hotele z zewnątrz, siłą rzeczy przysłuchiwałem się osobom wchodzącym na wystawę i tym, które właśnie ją opuszczały. Szczególnie zapadły mi w pamięć rozmowy ludzi, którzy pojawili się tutaj po raz pierwszy. Byli trochę oszołomieni, trochę zaskoczeni, czasami wręcz nie wiedzieli, od czego zacząć opowiadanie o tym, co zobaczyli. Jedni wspominali gigantyczne kolumny, inni możliwość posłuchania niezwykle drogich słuchawek, jeszcze inni muzykę, która w jednym z pokojów zrobiła na nich ogromne wrażenie. Nie słyszałem natomiast charakterystycznego dla nieudanych wydarzeń marudzenia, że nie było po co przyjeżdżać, że zmarnowali czas albo że za te pieniądze mogli zrobić coś ciekawszego. Wręcz przeciwnie. W tych rozmowach było mnóstwo entuzjazmu. I właśnie wtedy pomyślałem sobie, że niezależnie od tego, ile milionów złotych kosztuje najdroższy system tegorocznej wystawy, jej największym sukcesem może być przekonanie kolejnej grupy ludzi, że słuchanie muzyki na dobrym sprzęcie jest po prostu fantastycznym zajęciem. Odnoszę nawet wrażenie, że im bardziej świat pędzi, krzyczy, atakuje nas kilkunastosekundowymi filmikami, rolkami, reklamami, wszelkiego rodzaju bzdurami angażującymi naszą uwagę, tym bardziej kusząca staje się perspektywa, by założyć na głowę słuchawki albo zanurzyć się w fotelu przed głośnikami, włączyć w telefonie tryb samolotowy, odpalić ulubioną muzykę, zamknąć oczy i po prostu słuchać. I to nieważne, czy kolumny kosztują pięć tysięcy, czy pięć milionów złotych. Liczy się czysta przyjemność, jaką możemy z tego czerpać. Widząc, w jaki sposób podchodzą do tego młodzi melomani, zacząłem się nawet zastanawiać, czy przypadkiem oni nie rozumieją tego jeszcze lepiej niż ci, nazwijmy to, bardziej doświadczeni.
Nie znaczy to oczywiście, że wielkie systemy high-endowe przestały być atrakcją. Wręcz przeciwnie. Organizatorzy i wystawcy po raz kolejny wyciągnęli najcięższą artylerię, a w materiałach promocyjnych mogliśmy przeczytać o zestawach kosztujących pięć, osiem, a nawet dziesięć milionów złotych. Największe zainteresowanie budził system oparty na kolumnach Wilson Audio Autobiography, współpracujących z cyfrowym źródłem dCS Varèse, elektroniką Ubiq Audio Labs i dwoma subwooferami Wilson Audio Subsonic. Całość wyceniono na około dziesięć milionów złotych. Trudno nawet wyobrazić sobie taką kwotę w odniesieniu do sprzętu odtwarzającego muzykę. Za te pieniądze można kupić kilka luksusowych samochodów albo nieruchomość, w której znalazłoby się miejsce na kilkanaście pełnowymiarowych pokojów odsłuchowych. Tymczasem tutaj wszystko zostało podporządkowane jednemu celowi - możliwie wiernemu odtworzeniu nagrania. A właściwie odtworzeniu go w taki sposób, jaki zdaniem konstruktorów i właścicieli systemu jest najlepszy, bo w ekstremalnym high-endzie samo pojęcie wierności oryginałowi bywa interpretowane dość swobodnie. Konkurencja w kategorii najbardziej imponujących konstrukcji również nie próżnowała. Amerykańska firma YG Acoustics zaprezentowała Ultimate Titan - pięciodrożne kolumny mierzące ponad dwa metry wysokości i ważące po 455 kilogramów każda. Ich obudowy wykonano z aluminium, a zewnętrzne zwrotnice są indywidualnie dopasowywane do konkretnej pary. W systemie wykorzystano elektronikę Vitus Audio z referencyjnej serii Masterpiece. Były też kolumny Kharma Enigma Veyron 4D-C, wykorzystujące diamentowe przetworniki, egzotyczna elektronika Aries Cerat, potężne Göbel Divin Monarque, Marten Coltrane Quintet, Rockport Technologies, Magico, Estelon i wiele innych konstrukcji. Oczywiście nie wszystkie wyglądały równie efektownie. Niektóre były piękne, inne przypominały urządzenia wyjęte z laboratorium szalonego naukowca, a jeszcze inne sprawiały wrażenie, że ich konstruktorzy postawili sobie za punkt honoru stworzenie kolumn, których nie da się wnieść do mieszkania bez użycia dźwigu. Ale przecież nie przychodzimy na taką wystawę wyłącznie po to, aby oglądać rzeczy małe, tanie i praktyczne. Od czasu do czasu dobrze jest zobaczyć coś, co kompletnie wymyka się zdrowemu rozsądkowi.
W tym roku wydarzyło się coś, co szczerze mnie zaskoczyło. Najdroższe systemy po prostu dobrze grały. Wiem, brzmi to jak żart. Przecież jeśli ktoś wydaje na sprzęt kilka milionów złotych, powinien otrzymać dźwięk, od którego opada szczęka, a przynajmniej taki, którego nie trzeba się wstydzić. Tyle teoria. W praktyce historia Audio Video Show zna wiele przypadków, kiedy najbardziej spektakularne i najdroższe prezentacje okazywały się największymi rozczarowaniami. Do dziś pamiętam system z kolumnami Living Voice Vox Olympian, zaprezentowany w 2015 roku, który kosztował siedem milionów złotych, a grał tak fatalnie, że trudno było uwierzyć własnym uszom. Później zdarzały się kolejne wpadki. Podczas wystawy w 2023 roku usłyszałem system, który moim zdaniem ustanowił nowy rekord w kategorii najgorszego stosunku jakości dźwięku do ceny. Nie chodzi nawet o to, że takie zestawy nie spełniały wygórowanych oczekiwań. One często brzmiały po prostu źle. Z nienaturalną barwą, przerysowaną dynamiką, basem zagłuszającym wszystko inne albo wysokimi tonami, od których po kilku minutach człowiek miał ochotę uciekać. Oczywiście część winy można było zrzucić na trudne warunki akustyczne, ale nie zmieniało to faktu, że największe atrakcje promowane przez organizatora nierzadko stawały się powodem do kpin. W tym roku było inaczej. Nie twierdzę, że wszystkie najdroższe systemy grały idealnie, ale obyło się bez grubych wpadek. Były prezentacje dobre, bardzo dobre i spektakularne. Jedne zachwycały potęgą, inne precyzją, jeszcze inne zdolnością do stworzenia realistycznej przestrzeni i swobodnego odtwarzania najtrudniejszych fragmentów muzyki. Co najważniejsze, nie odczuwałem takiego zażenowania, które towarzyszyło mi czasami podczas poprzednich edycji. Nie wychodziłem z pokoju, zastanawiając się, czy wszyscy zaangażowani w przygotowanie prezentacji stracili słuch, czy może po prostu nikt nie miał odwagi powiedzieć właścicielowi systemu, że coś poszło bardzo nie tak. Wreszcie można było posłuchać najdroższych konstrukcji i zrozumieć, dlaczego ktoś chciałby wydać na nie fortunę. Nie oznacza to oczywiście, że są warte swojej ceny w jakimkolwiek obiektywnym sensie. W świecie ekstremalnego high-endu takie rozważania prowadzą donikąd. Ktoś, kto może przeznaczyć dziesięć milionów złotych na zestaw stereo, nie zastanawia się przecież, czy dopłata do droższego wzmacniacza jest ekonomicznie uzasadniona. Chce mieć coś wyjątkowego, a cena jest dla niego tylko jednym z elementów całej układanki. Jednak nawet przy tak abstrakcyjnych kwotach dźwięk powinien pozostawać najważniejszy - nawet jeśli nie spektakularny, to przynajmniej poprawny i zdrowy. I w tym roku wreszcie tak było.
Zastanawiam się, skąd ta zmiana. Czy wystawcy po latach prób i błędów nauczyli się lepiej przygotowywać swoje systemy? Czy producenci zaczęli zwracać większą uwagę na dopasowanie kolumn do pomieszczeń? Czy może po prostu trafiliśmy na wyjątkowo udane zestawienia urządzeń? Prawdopodobnie wszystkiego było po trochu. Nie bez znaczenia jest również doświadczenie zdobywane podczas kolejnych edycji. Wystawcy wiedzą już, jakie problemy sprawiają poszczególne sale, gdzie pojawiają się rezonanse, w którym miejscu najlepiej ustawić kolumny i jakich błędów należy unikać. Coraz częściej korzystają też z profesjonalnych ustrojów akustycznych, systemów pomiarowych i pomocy osób specjalizujących się w adaptacji pomieszczeń. Oczywiście hotelowy pokój albo stadionowa sala konferencyjna nigdy nie będą idealnym środowiskiem do prezentowania wielkich zestawów głośnikowych, jednak w ciągu trzech dni można zrobić wystarczająco dużo, aby sprzęt pokazał swoje możliwości. W tym roku wielu wystawcom ewidentnie się to udało. A jeśli komuś system za osiem milionów złotych nadal nie przypadł do gustu, to przynajmniej miał szansę usłyszeć coś ciekawego, a nie tylko doświadczyć bolesnego ataku na narząd słuchu.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że sama cena urządzenia nie jest żadną gwarancją dobrego brzmienia. Powtarzam to od lat, ale podczas Audio Video Show szczególnie łatwo o tym zapomnieć. Wchodzimy do sali, widzimy potężne kolumny, wzmacniacze wielkości pralek, kable grubsze niż wąż ogrodowy i źródło cyfrowe składające się z kilku osobnych urządzeń. Już sam widok robi wrażenie, a kiedy dowiadujemy się, że całość kosztuje więcej niż luksusowy apartament, podświadomie oczekujemy czegoś niezwykłego. Tymczasem fizyki nie da się oszukać. Nawet najlepsze kolumny mogą zabrzmieć fatalnie, jeśli zostaną ustawione w niewłaściwym miejscu, a wzmacniacz kosztujący kilkaset tysięcy złotych nie naprawi problemów akustycznych pomieszczenia. Z drugiej strony dobrze dobrany system za kilkadziesiąt tysięcy złotych może dostarczyć znacznie więcej przyjemności niż zestaw kosztujący dziesięć razy tyle. Dlatego zawsze zachęcam do szukania na wystawie nie tylko wielkich atrakcji reklamowanych przez organizatora, ale również mniejszych sal, w których gra sprzęt w miarę osiągalny finansowo. W tym roku takich miejsc również nie brakowało, choć znalezienie ich w gąszczu luksusowych konstrukcji wymagało odrobiny cierpliwości.
Z drugiej strony Audio Video Show pozostaje miejscem, w którym można zobaczyć technologie pamiętające początki elektrycznej reprodukcji muzyki. Wzmacniacze lampowe, gramofony, magnetofony szpulowe, kolumny tubowe i głośniki szerokopasmowe nie tylko nie zniknęły, ale wciąż budzą ogromne zainteresowanie. To jeden z największych paradoksów branży hi-fi. Z jednej strony zachwycamy się nowoczesnymi przetwornikami, cyfrową obróbką sygnału, zaawansowanymi materiałami i rozwiązaniami, które jeszcze niedawno były dostępne wyłącznie w profesjonalnych laboratoriach. Z drugiej wracamy do technologii opracowanych kilkadziesiąt, a czasami nawet ponad sto lat temu. I nie robimy tego wyłącznie z sentymentu. Dobrze zaprojektowany wzmacniacz lampowy, gramofon czy kolumna tubowa potrafią zaoferować dźwięk, który pod pewnymi względami nadal trudno uzyskać za pomocą innych rozwiązań. Można oczywiście dyskutować, czy chodzi o większą wierność nagraniu, czy raczej o przyjemny charakter brzmienia. Ale właśnie takie dyskusje są przecież częścią naszego hobby.
A skoro już mowa o muzyce, muszę poruszyć temat, który podczas tegorocznej wystawy doprowadzał mnie chwilami do rozpaczy. Wiele razy narzekałem na dobór repertuaru przez wystawców. Pamiętam lata, kiedy z każdego drugiego pokoju dobiegał Pink Floyd, Yello albo Daft Punk. Pamiętam modę na audiofilskie samplery, składające się z kilkunastu utworów wybranych najwyraźniej po to, aby kolumny mogły pochwalić się głębokim basem, szeroką sceną i możliwością odtworzenia dźwięku pojedynczego trójkąta zawieszonego gdzieś pod sufitem studia nagraniowego. Oczywiście nie mam nic przeciwko dobrym realizacjom. Sam lubię nagrania, które pozwalają sprawdzić możliwości sprzętu, a podczas testów często korzystam z materiału dobrze mi znanego. Problem pojawia się wtedy, gdy prezentacja muzyki zaczyna przypominać pokaz efektów specjalnych, a muzyki w tym wszystkim nie ma - zostaje tylko dobrze zrealizowany dźwięk. W tym roku wystawcy najwyraźniej postanowili pójść o krok dalej i znaleźli nowy hit, który można było usłyszeć w tak wielu pokojach, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to przypadkiem część oficjalnego programu Audio Video Show. Chodzi o "Sunshine of Your Wub" duetu YOOKiE. Dla niewtajemniczonych - jest to trwający minutę i trzydzieści trzy sekundy kawałek elektronicznego łupania, cykania i basowego pierdzenia, którego głównym zadaniem wydaje się sprawdzenie, czy głośniki niskotonowe nie wyskoczą z kolumn, a siedzący przed nimi człowiek nie zacznie mimowolnie przesuwać się razem z fotelem. Nie mam nic przeciwko muzyce elektronicznej, wręcz przeciwnie. Uwielbiam wiele jej odmian, od ambientu i downtempo po techno czy house. Ale to, co serwowano nam w kolejnych pokojach, trudno było uznać za wartościowy materiał muzyczny, szczególnie w takiej ilości. Gdybym usłyszał ten utwór dwa albo trzy razy podczas całej wystawy, pewnie nawet bym się uśmiechnął. Po dwudziestym odsłuchu zaczynałem jednak odczuwać lekką irytację, a po kolejnych miałem ochotę wystąpić do organizatora z oficjalnym wnioskiem o wpisanie go na listę nagrań zakazanych. Drodzy wystawcy, wykorzystaliście limit. Naprawdę. W przyszłym roku bardzo proszę o coś innego.
Z jednej strony rozumiem, dlaczego takie utwory zdobywają popularność. Podczas wystawy wielu zwiedzających wchodzi do pokoju na kilkanaście albo kilkadziesiąt sekund. Nie zamierzają siadać, nie interesuje ich dłuższy odsłuch, chcą tylko sprawdzić, czy sprzęt zrobi na nich wrażenie. Wystawcy starają się więc podać im coś, co zadziała natychmiast. Potężny bas, efektowny impuls, spektakularne przejście z ciszy do maksymalnej głośności. Tyle że Audio Video Show nie jest konkursem na najgłośniejszy system ani pokazem urządzeń służących do wywoływania trzęsień ziemi. Przyjeżdżają tutaj również ludzie, którzy naprawdę kochają muzykę. Chcą usiąść, posłuchać kilku utworów, porozmawiać o sprzęcie, a być może nawet odkryć coś nowego. I właśnie dla nich należałoby przygotowywać prezentacje. Jest przecież tyle fantastycznych płyt, znakomicie nagranych albumów, ciekawych wykonawców, którzy nie pojawiają się na każdej audiofilskiej składance. Czy naprawdę trzeba w kółko puszczać te same półtorej minuty elektronicznego hałasu? Nie wierzę, że ludzie zawodowo zajmujący się sprzętem odtwarzającym muzykę nie są w stanie znaleźć czegoś bardziej interesującego.
Na szczęście podczas tegorocznej wystawy nie brakowało również prezentacji, które pokazywały, jak fantastyczne efekty można osiągnąć, gdy sprzęt zostanie potraktowany jako narzędzie do słuchania muzyki, a nie maszyna do robienia wrażenia na przypadkowych przechodniach. Być może nawet największym komplementem dla wystawcy nie jest to, jak wiele ulotek zniknie z pokoju w trakcie jej trwania, ale jak często goście zaczną pytać o odtwarzaną muzykę lub wyszukiwać ją za pomocą aplikacji takich jak Shazam. Widziałem wiele takich momentów i sam również wróciłem do domu z bogatą historią nagrań do odkrycia. Nie będę wypisywał ich wszystkich, ale kiedy w jednym z mniejszych pokoi w Sobieskim usłyszałem "Jacob's Dream" Alison Krauss, natychmiast się zakochałem i serdecznie polecam twórczość tej artystki tym, którzy podobnie jak ja jeszcze się z nią nie zetknęli. Jedną z najprzyjemniejszych niespodzianek był dla mnie występ Noviki w sali McIntosha. Przyznam, że w poprzednich latach nie przepadałem za tym pomieszczeniem. Oczywiście można było obejrzeć w nim piękną elektronikę amerykańskiej firmy, podziwiać charakterystyczne niebieskie wskaźniki i robić zdjęcia urządzeniom, które dla wielu audiofilów stanowią symbol luksusu i tradycji. Ale sama sala była dziwna. Ciemna, niezbyt przytulna, z pustym, okrągłym barem pośrodku. Sprzęt stał, ludzie chodzili, czasami było nawet zupełnie cicho, a ja za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego nikt nie próbuje wykorzystać potencjału tego miejsca. W końcu McIntosh to marka o niezwykle charakterystycznym wizerunku, którą można prezentować znacznie ciekawiej niż za pomocą kilku wzmacniaczy ustawionych na czarnych postumentach. W tym roku ktoś najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku.
Sala została zamieniona w McIntosh Vinyl Bar, inspirowany atmosferą nowojorskich klubów. Pojawiły się odpowiednie dekoracje, znacznie przyjemniejsze oświetlenie i przede wszystkim muzyka. Za konsoletą stanęli przedstawiciele warszawskiej sceny klubowej, między innymi Harper, Seb Skalski i Novika. Ta ostatnia jest artystką, której twórczość znam i bardzo lubię od lat. Jej muzyka porusza się między elektroniką, housem, downtempo i bardziej subtelnymi, melodyjnymi odmianami klubowego grania. Nie chodzi w niej wyłącznie o rytm, choć ten jest oczywiście bardzo ważny, ale też o atmosferę, barwę, przestrzeń i umiejętne budowanie napięcia. To dokładnie takie dźwięki, których lubię słuchać zarówno w domu, jak i w bardziej imprezowych okolicznościach. Kiedy więc udało mi się trafić na jej występ, nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić. Brzmiało to naprawdę fajnie, a co najważniejsze, wreszcie pojawiło się tam życie. Nie było już atmosfery muzeum luksusowych wzmacniaczy. Była muzyka, ludzie, energia i coś, co sprawiało, że chciało się zostać dłużej. Co ciekawe, sama konstrukcja sali i ustawienie ścianki oddzielającej część muzyczną od głównego korytarza powodowały dość zabawny efekt. Po jednej stronie Novika grała dla grupy może dwudziestu lub trzydziestu osób, które świadomie zatrzymały się, aby posłuchać jej setu. Po drugiej nieustannie przepływał tłum zwiedzających, z których część prawdopodobnie nie miała pojęcia, że za ścianą odbywa się coś wyjątkowego. Mogli pomyśleć, że ktoś po prostu puścił kolejną playlistę z Tidala lub Qobuza. Z jednej strony szkoda, bo taki występ zasługiwał na większą publiczność. Z drugiej - gdyby całą przestrzeń zaaranżowano inaczej, pewnie natychmiast zablokowano by przejście. A tak zainteresowani mogli wejść głębiej i odkryć coś, czego nie znaleźliby w żadnym innym pokoju. Dla mnie było to jedno z najbardziej sympatycznych doświadczeń tegorocznej wystawy. Tym bardziej że Novika przypomniała mi o płytach, do których od dawna nie wracałem. Znam wiele jej starszych nagrań, ale kilka nowszych projektów jakoś mi umknęło. Mam więc co nadrabiać. I za to również dziękuję, bo nie ma chyba lepszej nagrody za cały dzień spędzony na wystawie sprzętu audio niż powrót do domu z ochotą na słuchanie muzyki.
Skoro już wspomniałem o streamingu, warto napisać o czymś, co wydarzyło się podczas konferencji otwierającej targi. Jedną z najważniejszych premier Audio Video Show 2026 nie okazał się gramofon, wzmacniacz ani zestaw głośnikowy, lecz uruchomienie w Polsce nowego serwisu strumieniowego - Qobuza. Dla polskich audiofilów to wydarzenie, na które wielu czekało od lat. Francuska platforma jest znana z udostępniania muzyki w bezstratnej jakości, bogatej oferty plików hi-res oraz podejścia, w którym większą rolę odgrywają albumy, artyści i redakcyjna selekcja muzyki niż niekończące się listy generowane przez algorytmy. Sam korzystam z różnych sposobów odtwarzania plików i streamingu, więc doskonale rozumiem zainteresowanie Qobuzem. Tym bardziej że nie jest to już niszowa usługa dla garstki najbardziej zaangażowanych audiofilów, lecz platforma próbująca znaleźć własne miejsce na globalnym rynku, zdominowanym przez znacznie większych konkurentów. Muszę jednak przyznać, że sposób, w jaki przedstawiciele Qobuza rozpoczęli swoją prezentację podczas konferencji otwierającej wystawę, był dość osobliwy. Spodziewałem się rozmowy o muzyce, jakości dźwięku, katalogu, aplikacjach, możliwościach odtwarzania czy współpracy z producentami sprzętu. Tymczasem na ekranie pojawiły się wykresy ekonomiczne. PKB Polski, dynamika rozwoju gospodarczego, dane dotyczące rynku, różne wskaźniki pokazujące, jak bardzo nasz kraj się zmienił i dlaczego właśnie teraz stał się atrakcyjnym miejscem do rozpoczęcia działalności. Jeden wykres, drugi, trzeci... W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomyliłem sali i nie trafiłem na konferencję inwestycyjną. Przesłanie było mniej więcej takie, że dopiero teraz, gdy Polacy mają coraz więcej pieniędzy, chętnie wydają je na muzykę i dobry sprzęt, szefowie platformy uznali, że warto wreszcie wejść na ten rynek. Oczywiście nikt nie powiedział tego wprost w tak brutalny sposób, ale pierwsze wrażenie było dość zabawne. No pięknie, pomyślałem. Kiedy byliśmy biedni, Qobuz się nami nie interesował, a teraz, kiedy mamy pieniądze, nagle okazuje się, że jesteśmy fantastycznym narodem melomanów, do którego warto się uśmiechnąć. Tylko czy to aby nie za późno?
Podczas luźnej rozmowy po zakończeniu oficjalnej konferencji dowiedziałem się znacznie więcej i okazało się, że sprawa nie jest taka prosta. Uruchomienie serwisu muzycznego na nowym rynku to nie tylko kwestia przetłumaczenia aplikacji i uruchomienia możliwości płacenia w złotówkach. Dochodzą do tego licencje, serwery, obsługa informatyczna, prawa do nagrań, umowy z wytwórniami, kwestie podatkowe, lokalne regulacje, negocjacje biznesowe i wiele innych elementów, których przeciętny użytkownik nawet nie dostrzega. Polska została dwudziestym siódmym rynkiem, na którym Qobuz oficjalnie rozpoczął działalność. To dobrze pokazuje, że z perspektywy międzynarodowych firm nasz kraj staje się coraz ważniejszy, ale też przypomina, że rynek cyfrowej dystrybucji muzyki wcale nie jest tak prosty, jak mogłoby się wydawać. Cała ta historia zainteresowała mnie na tyle, że zamierzam wrócić do niej w osobnym wywiadzie z przedstawicielem Qobuza. Będzie okazja porozmawiać nie tylko o samej platformie, ale również o tym, jak funkcjonuje współczesny streaming, na czym zarabiają takie serwisy, jakie problemy muszą rozwiązywać i dlaczego nie wszystkie usługi są dostępne w każdym kraju. A na razie pozostaje cieszyć się, że polscy melomani mają teraz jeszcze większy wybór. A w przeciwieństwie do zakupu wzmacniacza czy streamera, to nie jest decyzja, którą podejmuje się szybko, po odsłuchu w sklepie lub krótkim teście w domu. Można uruchomić okres próbny, posłuchać i samodzielnie ocenić, czy Qobuz oferuje coś, czego nie znajdziemy u konkurencji. Ja już to zrobiłem i jestem pod dużym wrażeniem tej aplikacji oraz jej możliwości.
Tradycyjnie bardzo ważną częścią Audio Video Show była obecność polskich producentów sprzętu. To temat, do którego wracam od lat, ponieważ obserwowanie rozwoju rodzimych firm sprawia mi ogromną przyjemność. Jeszcze kilkanaście lat temu polska marka hi-fi była dla wielu klientów czymś egzotycznym. Oczywiście mieliśmy własne tradycje, wielkie zakłady produkujące sprzęt elektroniczny i niewielkie manufaktury, ale na rynku wysokiej klasy urządzeń dominowały firmy zachodnie. Jeśli ktoś miał do wydania większą sumę pieniędzy, zwykle rozglądał się za sprzętem niemieckim, brytyjskim, amerykańskim albo japońskim. Polskie produkty traktowano często jako tańszą alternatywę. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Mamy producentów kolumn, wzmacniaczy, gramofonów, przetworników, kabli, kondycjonerów i akcesoriów, którzy odnoszą sukcesy na zagranicznych rynkach, zdobywają nagrody i są wychwalani przez najbardziej prestiżowe magazyny. A podczas Audio Video Show można zobaczyć ich wszystkich w jednym miejscu, porozmawiać z konstruktorami i posłuchać najnowszych urządzeń.
Przykładów nie trzeba daleko szukać. Pylon Audio od lat udowadnia, że polska firma może produkować znakomite kolumny, oferując zarówno urządzenia przystępne cenowo, jak i konstrukcje dla bardzo wymagających odbiorców. Fezz Audio stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek wzmacniaczy lampowych, a jego urządzenia zdobywają coraz więcej wyróżnień i trafiają do systemów melomanów na całym świecie. Tegoroczna wystawa była między innymi okazją do przypomnienia sukcesu wzmacniacza Titania MK2, wyróżnionego nagrodą EISA. W ubiegłym roku obie firmy zorganizowały swoisty pokaz mocy, prezentując swoje flagowe konstrukcje. Tym razem do sali odsłuchowej na parterze Sobieskiego wrócił zdrowy rozsądek. Elektronika Fezza i zaprezentowane po raz pierwszy Opale 40 mkII stworzyły naprawdę zgrany duet. Z racji swojej wielkości nowe Pylony pokazały duży, dynamiczny, potężny dźwięk, ale bez sztuczności czy zadęcia. Lampizator, który jeszcze kilkanaście lat temu dla wielu osób był ciekawostką, dzisiaj należy do międzynarodowej czołówki producentów luksusowych przetworników cyfrowo-analogowych. W Warszawie zaprezentowano między innymi nowy Horizon-2, rozwijający koncepcję wcześniejszego modelu poprzez przeprojektowaną sekcję analogową, udoskonalone wejście USB i nowy system regulacji głośności. J.Sikora to z kolei przykład firmy, która w krótkim czasie zbudowała bardzo mocną pozycję w świecie luksusowych gramofonów, a jej urządzenia pojawiają się dziś w systemach prezentowanych nie tylko przez polskich dystrybutorów, ale również przez zagranicznych producentów elektroniki i kolumn. Jak zwykle zasiedziałem się także w pokoju firmy Audiothlon, gdzie prezentowano kolumny i okablowanie Equilibrium, zasilanie Enerra oraz potężną końcówkę mocy JJ Pure Audio Versonus. Do tego dochodzą Lirogon, Albedo, Circle Labs, Cube Audio, Qualio, AudioPhase, Haiku Audio, Muarah, MuzgAUDIO, Linea Audio i wiele innych firm. Każda ma własną historię, własny pomysł na sprzęt i własną grupę odbiorców. Razem tworzą jednak coś, czego nie da się już ignorować - silną, różnorodną i coraz bardziej rozpoznawalną polską branżę hi-fi.
Osobny akapit, a właściwie kilka akapitów poświęcę Unitrze. Jest to bowiem projekt, który od momentu reaktywacji wywołuje w Polsce niezwykle silne emocje. Z jednej strony mamy markę, którą pamiętają miliony Polaków, a której urządzenia przez lata były niemal synonimem domowego sprzętu audio. Z drugiej - zupełnie nową firmę, która postanowiła wykorzystać historyczną nazwę, ale zbudować pod nią nowoczesną ofertę, opartą na własnych projektach, współczesnych rozwiązaniach technicznych i produkcji prowadzonej w Polsce. Dla mnie jest to przedsięwzięcie niezwykle interesujące. Nie dlatego, że darzę szczególnym sentymentem stare wzmacniacze i magnetofony Unitry, ale dlatego, że ktoś wreszcie podszedł do całej sprawy poważnie. Zamiast kupić prawa do marki, zamówić w Chinach kilka gotowych urządzeń, przykleić na nich historyczne logo i liczyć na łatwy zarobek, zdecydowano się stworzyć własne zaplecze projektowe, zatrudnić inżynierów, przygotować odpowiednie wzornictwo i stopniowo budować pełną ofertę sprzętu hi-fi. To przedsięwzięcie wymagające ogromnych nakładów finansowych, cierpliwości i konsekwencji. Nie da się zrobić tego dobrze w rok ani dwa lata.
Podczas tegorocznej wystawy Unitra zaprezentowała się dokładnie tak, jak powinna wyglądać nowoczesna marka z ambicjami. Elegancka przestrzeń, osobne części ekspozycyjna i odsłuchowa, dopracowane materiały reklamowe, piękne katalogi, dobrze przygotowane urządzenia i ludzie, którzy potrafią o nich opowiadać. W ofercie znajdują się wzmacniacze, kolumny, gramofony, odtwarzacze CD i urządzenia cyfrowe, a sama firma rozwija również bardziej zaawansowane rozwiązania związane ze streamingiem. Ciekawie wygląda połączenie stylistyki inspirowanej dawnym sprzętem Unitry z nowoczesną technologią. Nie chodzi przecież o to, aby odtwarzać urządzenia sprzed czterdziestu lat, łącznie z ich ograniczeniami. Chodzi o stworzenie sprzętu, który zachowuje pewną tożsamość wizualną, ale pod względem funkcjonalności i jakości wykonania może konkurować ze współczesnymi konstrukcjami zagranicznych producentów. I właśnie takie podejście widać w działalności reaktywowanej Unitry. Oczywiście można dyskutować o poszczególnych rozwiązaniach, cenach czy kierunku rozwoju oferty. Sam nie twierdzę, że każdy produkt tej firmy jest najlepszy w swojej klasie. Ale trudno nie docenić skali przedsięwzięcia i konsekwencji, z jaką jest realizowane.
Tymczasem wystarczy wejść do Internetu, aby przekonać się, że dla części Polaków największym problemem związanym z Unitrą jest sam fakt jej istnienia. Jedni narzekają, że sprzęt jest za drogi. Inni, że nie przypomina wystarczająco mocno urządzeń produkowanych w czasach PRL-u. Jeszcze inni twierdzą, że ceny zostały ustalone pod zagranicznych klientów, którzy przecież nie mają żadnego sentymentu do marki Unitra, więc na pewno niczego nie kupią. Gdyby zaś producent postanowił obniżyć ceny, prawdopodobnie natychmiast pojawiłyby się komentarze, że sprzęt jest podejrzanie tani, a więc na pewno zrobiony byle jak. Naprawdę trudno zrozumieć tę logikę. Przez lata słyszeliśmy narzekania, że w Polsce nie produkuje się już porządnej elektroniki, że wszystko zostało sprzedane, zniszczone albo przejęte przez zagraniczne koncerny. A kiedy wreszcie pojawia się firma, która inwestuje w projektowanie i produkcję sprzętu audio w naszym kraju, zatrudnia polskich inżynierów i próbuje zbudować markę mogącą odnieść sukces na świecie, część komentujących robi wszystko, aby ją zniechęcić. Bo za drogo, bo za mało nostalgicznie, bo to już nie ta Unitra, co kiedyś. Ludzie, zdecydujcie się!
Najbardziej irytuje mnie argument, że polski sprzęt powinien być tańszy tylko dlatego, że jest polski. Dlaczego? Czy polski inżynier ma zarabiać mniej niż niemiecki? Czy polska fabryka nie musi kupować materiałów, płacić za energię, utrzymywać maszyn, prowadzić badań i inwestować w rozwój? Czy jeśli wzmacniacz został zaprojektowany i wyprodukowany w Polsce, ale pod względem jakości wykonania i brzmienia dorównuje konkurencyjnemu modelowi znanej zagranicznej marki, to powinien kosztować połowę mniej, bo nie ma brytyjskiego, amerykańskiego albo japońskiego logo? Oczywiście każdy ma prawo uznać, że konkretne urządzenie jest zbyt drogie i wybrać coś innego. Sam często krytykuję ceny sprzętu audio, szczególnie kiedy nie znajdują żadnego uzasadnienia w jego konstrukcji i możliwościach. Ale czym innym jest rzeczowa ocena produktu, a czym innym automatyczne deprecjonowanie całego przedsięwzięcia. Fezz Audio, Pylon Audio, Albedo, J.Sikora czy Lampizator już pokazały, że polskie firmy mogą odnieść sukces na zagranicznych rynkach i sprzedawać urządzenia w cenach porównywalnych z renomowaną konkurencją. Niektóre z nich są dziś znacznie bardziej rozpoznawalne za granicą niż w naszym kraju. I jakoś nikt tam nie oczekuje, że polski produkt ma być tani, bo tak.
Wróćmy jednak do samej wystawy, bo od tych wszystkich internetowych dyskusji można dostać bólu głowy. PGE Narodowy to przede wszystkim rozmach. Wielkie sale, szerokie korytarze, ogromne ekspozycje i sprzęt, który trudno byłoby zmieścić w przeciętnym pokoju hotelowym. To tutaj można było zobaczyć najdroższe systemy, największe kolumny, najbardziej efektowne prezentacje kinowe i sporą część wydarzeń specjalnych. Stadion jest też miejscem, w którym najlepiej widać popularność całej imprezy. Radisson Blu Sobieski to zupełnie inny świat. Mimo że od wielu lat stanowi tylko jedną z trzech lokalizacji, dla mnie pozostaje historycznym sercem Audio Video Show. To tutaj wszystko się zaczęło i do dziś można poczuć atmosferę dawnego Audio Show, kiedy wystawcy zajmowali kolejne pokoje, a zwiedzający przemierzali hotelowe korytarze z katalogami i torbami pełnymi płyt. Na parterze znajdują się duże sale prezentacyjne, ale prawdziwa zabawa zaczyna się na wyższych piętrach. Wchodzimy do jednego pokoju i widzimy system przygotowany przez znanego producenta, kilka drzwi dalej trafiamy na niewielką manufakturę, o której wcześniej nigdy nie słyszeliśmy, a jeszcze dalej ktoś prezentuje wzmacniacz lampowy, którego konstruktor samodzielnie tłumaczy zasadę działania. Czasami jest elegancko i luksusowo, czasami trochę garażowo, a czasami wręcz chaotycznie. Jednak właśnie ta różnorodność sprawia, że Sobieski ma swój niepowtarzalny charakter. Nie wszystko musi być tutaj idealnie wypolerowane i ustawione pod linijkę. Liczy się pomysł, pasja i chęć pokazania czegoś ciekawego. Oczywiście zdarzają się również konstrukcje, przy których człowiek zastanawia się, czy ich twórca przypadkiem nie pomylił elektroniki z jakąś formą sztuki współczesnej. Ale przecież bez takich wynalazków wystawa byłaby nudna. Golden Tulip jest natomiast miejscem, które zawsze traktuję jak niewielką, ale interesującą część całej układanki. Nie ma tam tylu sal co w pozostałych obiektach, a atmosfera jest znacznie spokojniejsza. Tradycyjnie można znaleźć tutaj luksusowe systemy, wyrafinowaną elektronikę, zaawansowane gramofony i kolumny stworzone dla najbardziej wymagających odbiorców. Muszę przyznać, że po wizycie na PGE Narodowym i przeciskaniu się przez korytarze Sobieskiego zwiedzanie przestronnych sal Golden Tulipa daje takie wrażenie, jakby człowiek teleportował się z centrum handlowego do biblioteki. I choć to zaledwie kilka pomieszczeń, kilka wysokiej klasy systemów, zdecydowanie warto.
Audio Video Show jest dziś wydarzeniem znacznie bardziej różnorodnym niż jeszcze kilkanaście lat temu. Oprócz tradycyjnych systemów stereo, słuchawek i sprzętu wideo mamy streamery, serwery muzyczne, zaawansowane przetworniki cyfrowo-analogowe, urządzenia sieciowe, akcesoria do gramofonów, systemy korekcji akustyki i wiele rozwiązań, które wcześniej były znane głównie profesjonalistom. Wystarczy spojrzeć na program seminariów, aby przekonać się, jak szeroki zakres tematów obejmuje współczesne hi-fi. Można dowiedzieć się, jak powstają nagrania, jakie znaczenie mają różne techniki masteringu, dlaczego w niektórych pomieszczeniach bas zachowuje się dziwnie, jak prawidłowo ustawiać kolumny albo jakie różnice występują między oryginalną taśmą, płytą winylową i plikiem cyfrowym. Oczywiście część takich prezentacji ma charakter promocyjny, a ich autorzy chcą przede wszystkim przekonać publiczność do własnych produktów. Ale nawet wtedy można dowiedzieć się czegoś interesującego. Pod warunkiem, że nie traktujemy wszystkich wygłaszanych twierdzeń jak prawdy objawionej. W naszej branży, niestety, wciąż zdarzają się ludzie, którzy z kamienną twarzą potrafią opowiadać rzeczy mające niewiele wspólnego z fizyką, elektrotechniką czy zdrowym rozsądkiem. Na szczęście Audio Video Show daje również możliwość spotkania prawdziwych ekspertów, którzy potrafią wyjaśnić skomplikowane zagadnienia w sposób zrozumiały i bez uciekania się do magicznych teorii.
Najbardziej cieszy mnie jednak to, że mimo coraz większego rozmachu całej imprezy nie zniknęła jej społeczna, niemal klubowa atmosfera. Przez trzy dni można spotkać ludzi, których zna się od lat, ale widuje niemal wyłącznie podczas Audio Video Show. Producentów, dystrybutorów, konstruktorów, dziennikarzy, sprzedawców i zwykłych audiofilów, którzy co roku przyjeżdżają do Warszawy, aby spędzić weekend w towarzystwie osób zarażonych tą samą pasją. Czasami wystarczy wejść do jednego pokoju, aby spotkać trzech znajomych, z których każdy chce opowiedzieć coś ciekawego. Ktoś właśnie upatrzył sobie nowy wzmacniacz, ktoś inny chwali się płytą z autografem znanego artysty, a jeszcze inny przygotowuje premierę urządzenia, nad którym pracował przez ostatnie dwa lata. Nie sposób ze wszystkimi porozmawiać, ale te krótkie spotkania tworzą atmosferę, której nie da się zastąpić oglądaniem zdjęć w Internecie. Właśnie dlatego Audio Video Show jest dla ludzi z branży czymś więcej niż tylko kolejną imprezą w kalendarzu. To miejsce, w którym przez trzy dni można zobaczyć niemal wszystkich, z którymi na co dzień kontaktujemy się telefonicznie, mailowo albo poprzez media społecznościowe.
Co ciekawe, ta atmosfera coraz bardziej udziela się również zwykłym zwiedzającym. Widziałem ludzi, którzy przychodzili na wystawę w większych grupach, wspólnie planowali trasę, porównywali wrażenia i wymieniali się informacjami o pokojach, które warto odwiedzić. W pewnym sensie Audio Video Show przypomina dziś wielki zlot fanów motoryzacji, fotografii albo gier komputerowych. Różnica polega na tym, że nasza pasja jest nieco mniej widowiskowa. Nie mamy wyścigów, pokazów driftu ani premier konsol, na które ludzie ustawiają się w kolejkach od rana. Mamy za to urządzenia, które na pierwszy rzut oka nie robią niczego szczególnego. Stoją sobie na półkach, świecą diodami, czasami mają piękne wskaźniki wychyłowe, a czasami wyglądają jak zwykłe metalowe pudełka. Dopiero kiedy zaczynają grać, okazuje się, że potrafią wywoływać emocje równie silne jak dobry koncert. I właśnie o te emocje chodzi. Jeśli ktoś przychodzi na wystawę po raz pierwszy, może nie rozumieć, dlaczego dorosły człowiek spędza pół godziny przed dwoma głośnikami, słuchając nagrania, które zna na pamięć. Ale jeśli trafi na odpowiedni system i odpowiednią muzykę, bardzo szybko zaczyna to rozumieć.
Na koniec chciałbym podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do przygotowania tegorocznej wystawy. Organizatorom, wystawcom, producentom, dystrybutorom, konstruktorom, pracownikom hoteli i stadionu, a także tym wszystkim osobom, których pracy na pierwszy rzut oka nie widać. Wiem, ile wysiłku wymaga przygotowanie nawet jednej sali odsłuchowej, a tutaj takich pomieszczeń było niemal dwieście. Dziękuję również wszystkim znajomym, z którymi udało mi się porozmawiać, choćby przez kilka minut, oraz zwiedzającym, którzy z uśmiechem ustępowali miejsca podczas fotografowania sprzętu i cierpliwie znosili trzask mojej lustrzanki. Szczególne podziękowania należą się jednak tym, którzy przyjechali na Audio Video Show po raz pierwszy. To właśnie oni pokazują, że nasza pasja wciąż przyciąga nowych ludzi i ma przed sobą przyszłość. Mam nadzieję, że wrócą za rok, przyprowadzą znajomych, a z czasem sami zaczną odkrywać kolejne tajniki dobrego dźwięku. Ja na pewno wrócę. Choć nogi jeszcze trochę bolą, a w głowie wciąż kotłują się dziesiątki melodii, nazw urządzeń i obrazów z wystawy, już teraz wiem, że za rok znów będę przemierzał stadionowe korytarze, hotelowe piętra i kolejne sale odsłuchowe. Pewnie znów nie uda mi się zobaczyć wszystkiego, a po trzech dniach będę potrzebował odpoczynku od muzyki. Ale właśnie na tym polega urok Audio Video Show. Jeśli organizatorzy oraz wystawcy utrzymają poziom tegorocznej edycji, pozostanie mi tylko życzyć im powodzenia w przygotowaniach do kolejnej. Mam tylko jedną, bardzo konkretną prośbę. Niech ktoś wreszcie schowa przed nimi ten cholerny utwór YOOKiE. Wszystko inne może zostać dokładnie tak, jak było.

















Komentarze