Czy moda na winyl się skończy? Jeśli tak, to bardzo dobrze!
- Kategoria: Felietony
- Tomasz Karasiński

Od kilku lat mam wrażenie, że czarna płyta przestała być nośnikiem muzyki, a zaczęła pełnić mniej więcej tę samą funkcję co rower typu ostre koło, ekspres kolbowy i broda przystrzyżona tak pieczołowicie, żeby wyglądała na nieprzystrzyżoną. Winyl jest czymś, co po prostu trzeba mieć. Najlepiej całą kolekcję. I choć nie jest to wymagane, można nawet kupić gramofon. Jeszcze lepiej, jeśli jest ładny, drewniany i stoi na komodzie obok monstery, świecy zapachowej i albumu o architekturze skandynawskiej, którego nikt nigdy nie otworzył. Wtedy wiadomo, że muzyka jest dla nas ważna. Każdy, kto nas odwiedzi, będzie miał wrażenie, że spędzamy wolny czas, chłonąc analogowy dźwięk z charakterystycznymi trzaskami, czytając książki i popijając prawdziwą japońską matchę. A że równie dobrze możemy na telewizorze puścić koncert nagrany telefonem, przeglądać głupie rolki i jeść paskudne, zimne frytki, w których składzie jest wszystko, włącznie z wołowiną, to już inna historia. Skromna kolekcja winyli na regale w stylu retro ratuje sytuację i mówi, kim naprawdę jesteśmy - ludźmi ceniącymi sobie slow life, kontakt z prawdziwą muzyką, analogowe brzmienie, przyjemne rytuały towarzyszące odsłuchowi, ale też świadomymi konsumentami, którzy inwestują w limitowane wydania i wspierają artystów, a nie wytwórnie, korporacje i serwisy strumieniowe płacące twórcom marne grosze. Tiaaa...
Nie nabijam się z winyli. Sam je lubię. Gramofony również. Jest w tym wszystkim coś niezwykle przyjemnego - duża okładka, wyciąganie płyty z koperty, szczoteczka, opuszczanie ramienia, te dwadzieścia minut, podczas których człowiekowi trochę głupio wstać i zająć się czymś innym. Winyl ma jedną przewagę nad streamingiem, której nie da się opisać parametrami technicznymi. Zmusza nas, żebyśmy przez chwilę potraktowali muzykę poważnie. Nie da się przewinąć utworu kciukiem, podczas gdy drugą ręką sprawdzamy pogodę, kurs euro i film ze śmiesznymi kotami. Płyta leci, a my siłą rzeczy siedzimy i słuchamy, a przynajmniej mamy jakiś argument, aby na chwilę się zatrzymać.
Problem w tym, że żadna moda nie trwa wiecznie. A jeśli ktoś nadal twierdzi, że winylowy renesans nie jest modą, proponuję odwiedzić pierwszy lepszy sklep z ubraniami, księgarnię, market z elektroniką albo dyskont spożywczy. Czarne płyty pojawiają się dziś wszędzie. Limitowane kolory, marmurki, wydania jubileuszowe, edycja na czerwonym winylu, niebieskim winylu, przezroczystym winylu i zapewne niedługo na winylu pachnącym wanilią. Album wydany trzy miesiące temu może mieć piętnaście wersji, choć muzyka na każdej jest dokładnie ta sama. A kiedy coś, co jeszcze niedawno było niszowym hobby, zaczyna być sprzedawane między skarpetkami a zestawem filiżanek, powinna nam się chyba zapalić lampka ostrzegawcza.
Winylowy boom sam zaczął podgryzać własny ogon. Przez lata opowiadano nam, że czarna płyta jest przeciwieństwem cyfrowego świata. Że jest prawdziwa, namacalna, trwała, trochę niepraktyczna, ale właśnie dzięki temu wartościowa. Tymczasem przemysł szybko zrozumiał, że skoro ludzie chcą kupować winyle, trzeba im tych winyli wyprodukować jak najwięcej. Efekt? Premiery tłoczone na kilku kolorach jednocześnie, wznowienia wznowień, coraz wyższe ceny i kolejki w tłoczniach. Romantyczny analogowy nośnik zaczął funkcjonować według logiki fast fashion. Nowy kolor? Bierz, bo zaraz zniknie. Limitowana edycja? Zamawiaj. Masz już tę płytę? Nieważne, ale nie masz jej jeszcze w kolorze "smoked transparent petrol". A kiedy zaczyna się kolekcjonować nie tyle muzykę, co tworzywo sztuczne w różnych kolorach, coś chyba poszło nie tak.
Podobnie wygląda sprawa z gramofonami. Przez pewien czas producenci mogli zacierać ręce, ponieważ do tego hobby wchodziły całe zastępy nowych klientów. Człowiek kupował pierwsze płyty, potem gramofon za tysiąc złotych, później dowiadywał się, że można wymienić wkładkę i w ten sposób stosunkowo niewielkim kosztem wyraźnie podnieść jakość brzmienia, potem zbierał na poważny przedwzmacniacz korekcyjny, docisk, specjalny kabel... Ach, no i ta mata, która podobno zmienia życie. Zaczynał się cały ciąg wydarzeń, cały wielki projekt pod nazwą "słuchamy muzyki z czarnych płyt". Miał być prosty, budżetowy gramofon i kilka albumów na początek, a skończyło się na wymianie wzmacniacza i przestawianiu mebli w salonie, bo trzeba było znaleźć miejsce na kolejny, odpowiednio wytrzymały regał.
Niektórzy mocno się wkręcili i na jednym regale wcale nie zamierzają poprzestać, tylko ilu takich ludzi można znaleźć? Jak długo można napędzać ten winylowy boom? W pewnym momencie każdy, kto chciał mieć gramofon, już go kupił. Drugi raczej nie jest potrzebny, no chyba że ktoś chce mieć kilka niedrogich szlifierek w różnych kolorach albo zaczął już wyjaśniać rodzinie, że jeden będzie miał zamontowaną wkładkę MM, drugi MC, a trzeci to właściwie inwestycja, bo to limitowana edycja wyglądająca jak okładka "Dark Side of the Moon" albo logo Metalliki.
Logicznym krokiem byłaby raczej przesiadka na droższy, lepszy gramofon zapewniający wyższą jakość brzmienia. Tyle tylko, że to już spory wydatek, który siłą rzeczy pociągnie za sobą kolejne - wkładkę, phono stage, wzmacniacz, kolumny, może nawet ustroje akustyczne na ścianach. Tymczasem nie każdy chce się bawić w audiofila. Niektórzy wolą kupić trzy kolejne płyty, zapisać się na jedną z pięćdziesięciu limitowanych edycji, jakie pojawią się w sklepach w przyszłym miesiącu, ewentualnie wybrać się na koncert i zgarnąć płytę z autografem. A gramofon? Jest bardziej do wyglądania niż do używania. Albo może go nie być w ogóle. Tej samej muzyki można przecież posłuchać z telefonu.
I tu zaczyna się robić ciekawie, bo boom na winyle od początku był napędzany nie tyle przez nostalgię starszych słuchaczy, co raczej efekt nowości - dla tych znacznie młodszych. Nie chodzi rzecz jasna o nowość technologiczną, bo trudno tak nazwać rozwiązanie starsze od większości jego użytkowników, ale o pewien kontekst kulturowy. Dla ludzi wychowanych na plikach i Spotify gramofon był czymś świeżym. Nagle muzyka dostała wielką okładkę, oryginalnie wyglądający nośnik i całą otoczkę - od zakupu po ewentualny (opcjonalny) odsłuch.
Dla dojrzałych melomanów, którzy zaczynali właśnie od winyli albo przegrywanych na kasety audycji radiowych, zabrzmi to co najmniej dziwnie, ale dla wielu młodych ludzi muzyka nigdy nie miała żadnej fizycznej formy. Była empetrójkami na komputerze, teledyskami z YouTube'a, playlistami na Spotify, ale nigdy czymś, co można dotknąć, postawić na półce albo zamówić w preorderze i czekać, aż przyjdzie do paczkomatu. Winyl otworzył przed nimi drzwi do tego magicznego świata, ale zachwyt chyba właśnie mija. Dzieci ludzi, którzy odkryli winyle dziesięć lat temu, mogą już nie widzieć w nich niczego niezwykłego. Dla nich gramofon będzie urządzeniem, które stoi u rodziców obok amplitunera i kompletu kieliszków używanych dwa razy w roku. Tak samo jak dla mojego pokolenia normalnym widokiem był magnetofon kasetowy. Kiedyś fascynujący wynalazek, obiekt pożądania, później po prostu stary grat.
Być może właśnie dochodzimy do tego momentu. Ceny płyt rosną, entuzjazm trochę stygnie, półki kolekcjonerów się zapełniają, a ludzie odkrywają, że po kupieniu setnego winyla niekoniecznie słucha się muzyki sto razy częściej. Co gorsza, rynek zrobił wszystko, aby z czegoś sympatycznego i trochę romantycznego zrobić kolejną maszynę do wyciskania pieniędzy. Jeśli wybieramy się na giełdę, wyobrażając sobie, że z setek plastikowych skrzynek uda nam się wygrzebać jakieś perełki, rzadkie wydania albo po prostu fajne płyty w bardzo dobrym stanie, a za torbę winyli zapłacimy tyle, co za jedną nową płytę, można się srogo rozczarować. Jeśli celujemy w nówki, z reguły jest jeszcze drożej. A kiedy zwykły album zaczyna kosztować tyle, że przy kasie człowiek przez chwilę zastanawia się, czy dociągnie do końca miesiąca, czar może prysnąć.
Drogie płyty i różnego rodzaju komplikacje związane z ich odtwarzaniem i przechowywaniem, od zakupu i ustawiania gramofonu aż po nieuchronne zagracenie mieszkania, sprawiły, że część osób zaczęła szukać alternatywy. I znalazła ją - to płyty kompaktowe, a coraz częściej także kasety magnetofonowe. No bo bądźmy szczerzy, jeśli kupujemy takie przedmioty, nie mając najmniejszego zamiaru regularnie ich używać (jak wynika z ankiet, często nawet nie mając do tego odpowiedniego sprzętu), a zależy nam wyłącznie na ich kolekcjonowaniu albo wspieraniu ulubionych wykonawców, równie dobrze możemy kupić coś innego, mniejszego i tańszego. Płyta kompaktowa pasuje tu jak ulał. Na dobrą sprawę mogłyby to być koszulki, czapki, kubki albo - co widujemy na koncertach System of a Down - kostki do gitary.
Jak donosi RIAA (Recording Industry Association of America), w pierwszej połowie 2026 roku przychody ze sprzedaży płyt kompaktowych wzrosły o 58,6% w porównaniu do roku poprzedniego, osiągając 171 milionów dolarów. Myślicie, zdziadziali audiofile, że ludzie wreszcie "przejrzeli na oczy" i uznali, że cedeki brzmią lepiej niż pliki i streaming? Że znudziło im się comiesięczne opłacanie subskrypcji za muzykę, która może po prostu zniknąć z zasobów danego serwisu? Że pokochali kolejną starożytną technologię i zapragnęli teraz kłaść płyty nie na duży, spokojnie obracający się talerz, ale na wyjeżdżającą z urządzenia tackę? Nie wydaje mi się. Oni po prostu przerzucili się ze zbierania dużych, niepraktycznych i drogich kawałków plastiku na te nieco mniejsze i tańsze. A to, jaki sprzęt służy do ich odtwarzania, na czym w ogóle polega odczyt danych za pomocą wiązki lasera i jak ma się dźwięk z płyt kompaktowych do brzmienia winyli i streamingu, gówno ich obchodzi.
Czy moda na gramofony i czarne płyty przemija? Czy wzrost sprzedaży płyt CD to nic innego jak przesiadka części kolekcjonerów na nowy format, a niebawem to samo stanie się z kasetami magnetofonowymi, MiniDiscami, płytami SACD i Blu-ray Audio? Nie wiem, ale trudno nie zauważyć, że ten rozpędzany od wielu lat pociąg hamuje. Może nastąpiło zmęczenie materiału, może rynek się nasycił, a może część osób uznała, że na trzydziestu płytach i budżetowym gramofonie odkurzanym i używanym dwa razy w roku należałoby tę zabawę zakończyć. I wiecie co? Jeśli winylowy boom faktycznie zacznie się kończyć, nie będę rozpaczał. Obstawiam nawet, że wyjdzie mu to na zdrowie. Znikną ludzie kupujący płyty dlatego, że dobrze wyglądają na Instagramie. Firmy przestaną tłoczyć siedemnastą wersję tego samego albumu. Sklepy wyczyszczą magazyny, a ceny może trochę znormalnieją. Po jakimś czasie zostaną tylko ci, którzy naprawdę lubią słuchać muzyki właśnie w ten sposób. Czyli dokładnie ci sami ludzie, którzy kupowali winyle wtedy, gdy podobno były martwe. I może wtedy znowu będzie fajnie.


















Komentarze