Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie, które po okresie kopiowania cudzych pomysłów przeszły do ofensywy, proponując audiofilom urządzenia nowoczesne, znakomicie wykonane i często bardzo atrakcyjnie wycenione. Reszta świata wciąż pozostaje jednak na marginesie. Owszem, od czasu do czasu trafiamy na ciekawy wzmacniacz z Serbii, kolumny z Litwy, słuchawki z Rumunii albo przetwornik z kraju, którego wcześniej nie kojarzyliśmy z produkcją sprzętu audio, ale większość klientów woli trzymać się utartych ścieżek. Jeżeli wydajemy na elektronikę kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych, chcemy mieć poczucie, że stoi za nią firma dysponująca odpowiednim doświadczeniem i zapleczem technicznym, mająca porządną sieć dystrybucji i obiecujące perspektywy dalszego rozwoju. Dokonując płatności, chcemy nie tylko mieć pewność, że wybraliśmy urządzenie, które nam odpowiada, ale też wiedzieć, że za rok czy dwa nasz sprzęt nie stanie się bezwartościowym złomem, firma nagle nie zniknie z rynku, a w razie drobnej awarii nie zostaniemy z problemem sami, kursując od serwisu do serwisu. Co by nie mówić, w przypadku znanych, funkcjonujących od wielu lat marek prawdopodobieństwo wpadki jest znacznie mniejsze, dlatego też na etapie niezobowiązujących odsłuchów audiofile często chwalą sprzęt początkujących, egzotycznych manufaktur, a koniec końców zabierają do domu NAD-a, Marantza, Cambridge'a, Yamahę, Hegla, Audiolaba albo Atolla. W grupie tych "pewniaków" ponownie pojawiają się te same kraje pochodzenia - Wielka Brytania, Japonia, Francja, Norwegia czy USA. Słowacja na pewno nie jest pierwszym kierunkiem, jaki przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o zakupie sprzętu hi-fi. A szkoda, ponieważ właśnie tam działa jeden z największych i najbardziej samowystarczalnych producentów elektroniki audio w naszej części Europy.

Mowa oczywiście o Canorze. Używanie słowa "manufaktura" w odniesieniu do tej firmy może prowadzić do nieporozumień. Wyobrażamy sobie bowiem niewielki warsztat, w którym kilku konstruktorów lutuje wzmacniacze na drewnianych stołach, zamawia obudowy u lokalnego podwykonawcy i osobiście pakuje gotowe urządzenia do kartonów. W Preszowie wygląda to zupełnie inaczej. Canor wraz z siostrzaną firmą Pretech dysponuje dwoma dużymi zakładami produkcyjnymi, liniami do montażu powierzchniowego, rozbudowanym działem projektowym, obrabiarkami CNC, własną anodownią, stanowiskami do piaskowania i szczotkowania aluminium, komorami do badań akustycznych i elektromagnetycznych, aparaturą pomiarową, ogromnym magazynem lamp elektronowych i innych części zamiennych, znakomicie wyposażoną salą odsłuchową oraz zapleczem pozwalającym zaprojektować i zbudować praktycznie dowolnie skomplikowane urządzenie elektroniczne.

Znaczna część działalności słowackiej firmy polega na realizowaniu zleceń dla innych marek, z których tylko garstka otwarcie się do tego przyznaje. Jedną z nich jest Pro-Ject, ale nie jest to ani wielkie zaskoczenie, ani przykład producenta kojarzonego ze sprzętem z naprawdę wysokiej półki - a i taki w zakładach Canora powstaje. Nie chodzi przy tym o samo wykonywanie obudów lub montaż gotowych płytek, lecz często o przeprowadzenie całego procesu - od projektu, przez prototypowanie, obróbkę metalu, produkcję elektroniki i testy, aż po oznakowanie, pakowanie i wysyłkę. Innymi słowy, gdybyście nabyli prawa do jednej z uznanej w audiofilskim środowisku marek, ale poza "znaczkiem" nie mieli właściwie nic, moglibyście pojechać do Preszowa i poprosić Słowaków, aby zaprojektowali i wyprodukowali pełny przekrój sprzętu stereo, od przetworników przez wzmacniacze zintegrowane aż po lampowe przedwzmacniacze i końcówki mocy. Na takich zleceniach opiera się lwia część biznesu Canora. Najciekawsze jest jednak to, co firma robi pod własną marką. Jest ona w tym układzie projektem szczególnym, ponieważ pozwala jej konstruktorom wykorzystać wszystkie te możliwości bez oglądania się na budżet zewnętrznego klienta, jego kalendarz i wymagania działu marketingu. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że pod tym szyldem słowaccy inżynierowie realizują swoje marzenia - tworzą taki sprzęt, jakiego sami chcieliby używać.

Historia Canora rozpoczęła się w 1995 roku, kiedy Zdeněk Březovják oraz bracia Jozef i Ján Koščo Čurlík zaprezentowali w Brnie prototyp wzmacniacza lampowego TP101, zbudowanego na lampach EL34. Pięć lat później formalnie zarejestrowali firmę Edgar, a pod koniec 2007 roku przeprowadzili reorganizację i przyjęli nazwę Canor, wywodzącą się z łaciny i odnoszącą się do śpiewności, melodii i tonu. Już na tym etapie został wyznaczony kierunek rozwoju marki. Słowacy chcieli budować urządzenia hi-endowe, a głównym konstruktorem i strażnikiem ich brzmieniowej filozofii został Zdeněk Březovják. Canor przez długi czas był kojarzony niemal wyłącznie z techniką lampową. W firmie powstały nawet autorskie maszyny służące do wygrzewania, mierzenia, selekcjonowania i dobierania lamp. System Aladdin pozwala zapisywać parametry każdego egzemplarza w bazie danych, dzięki czemu w razie awarii można odnaleźć lampę możliwie dokładnie odpowiadającą tej, która pierwotnie pracowała w danym wzmacniaczu. Do tego dochodzi technologia CMT, polegająca na frezowaniu laminatu płytek drukowanych w wybranych miejscach, co ma ograniczać straty dielektryczne w układach o wysokiej impedancji. Wszystko to budowało obraz producenta tradycyjnego w najlepszym znaczeniu tego słowa - wierzącego w szklane bańki, potężne transformatory, starannie dobierane komponenty i jakość wykonania, którą można ocenić nie tylko na zdjęciach, ale również po odkręceniu pokrywy.

Canor nie zamknął się jednak w świecie lamp. Pierwszym całkowicie tranzystorowym wzmacniaczem zintegrowanym marki był AI 1.20 pracujący w czystej klasie A. W kolejnych latach pojawiły się konstrukcje hybrydowe, końcówki mocy i urządzenia wykorzystujące klasę D, a kulminacją rozwoju układów półprzewodnikowych stała się referencyjna końcówka Virtus S1S. Zmiana nie polegała zatem na porzuceniu dotychczasowej filozofii, lecz na stopniowym rozszerzaniu arsenału. Jeżeli konkretny cel można osiągnąć za pomocą lamp, Canor chętnie ich używa. Jeżeli lepszym rozwiązaniem okazują się tranzystory MOSFET albo nietypowy układ sprzężenia zwrotnego, marka nie ma z tym problemu. Właśnie w tym miejscu pojawiają się bohaterowie naszego testu - Verto D4S i Virtus I4S, pierwsze urządzenia z nowej linii Foundation. Po raz pierwszy zobaczyłem je rok temu, podczas imprezy z okazji dwudziestych urodzin polskiego dystrybutora Canora, firmy Rafko, gdzie prezentował je przedstawiciel słowackiej manufaktury, Ivan Bosnovic. Kompaktowe, ale solidne obudowy, nowoczesne linie, odważne wersje kolorystyczne - poza mistrzowską jakością wykonania i wyświetlaczami wkomponowanymi w pokrętła regulacji siły głosu nie pasowało mi to do wcześniejszych dokonań tej marki. Ale właśnie o to chodziło. Firma udowodniła już, że potrafi zbudować duży, piękny wzmacniacz zintegrowany albo lampowe monobloki, które aż chce się postawić na stoliku bez pokrywy, bo wewnątrz prezentują się jak dzieło sztuki. Aby się rozwijać, trzeba było wymyślić coś innego i powalczyć o klienta, który potrafi rozpoznać wysoką jakość wykonania i brzmienia, ale szuka sprzętu kompaktowego funkcjonalnego i wycenionego - jak na to, co sobą reprezentuje - rozsądnie.

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Wygląd i funkcjonalność

Nazwa może sugerować serię budżetową, ale w katalogu Canora słowo "Foundation" nie oznacza sprzętu dla początkujących. Jest to raczej niższy poziom pełnoprawnej aparatury tej marki - bardziej kompaktowy, nowoczesny i łatwiejszy do zaakceptowania w normalnym salonie, lecz nadal oparty na ambitnych układach i produkowany z wykorzystaniem tego samego zaplecza co droższe modele. W firmowej hierarchii nad Foundation znajdują się serie Performance, Premium i Reference, a poniżej - Essential. Nie brzmi to przesadnie oryginalnie, ale na swojej stronie internetowej Canor tłumaczy także nazwy nadawane konkretnym komponentom, wywodzące się z łaciny lub greki. I tak wzmacniacze noszą nazwę Virtus, przedwzmacniacze - Hyperion, przedwzmacniacze gramofonowe - Asterion, przetworniki cyfrowo-analogowe - Verto, odtwarzacze CD - Gaia, a wzmacniacze słuchawkowe - Crius. W aktualnym katalogu znajdziemy więc aż pięć Virtusów - Virtus I4S (Foundation), A3 (Performance), I2 (Premium), S1S i M1 (Reference). Wracając do opisywanego kompletu, cyfra "4" w nazwie obu modeli wskazuje właśnie na linię Foundation, litera "S" oznacza konstrukcję półprzewodnikową, "D" - przetwornik cyfrowo-analogowy, natomiast "I" - wzmacniacz zintegrowany. Nie mamy więc do czynienia z następcami starszych urządzeń, mimo że niektóre zastosowane rozwiązania można odnaleźć w DAC-u 2.10, Virtusie A3 albo referencyjnej końcówce S1S. Verto D4S i Virtus I4S otwierają nowy rozdział w historii Canora i tak też wyglądają.

Najciekawszy jest kontrast między ich wyglądem a konstrukcją. Na zdjęciach widzimy dwa smukłe klocki z dużą ilością czarnego szkła, dotykowymi ekranami, wejściem HDMI ARC i możliwością aktualizowania oprogramowania. Można by pomyśleć, że Canor postanowił wejść na rynek eleganckich systemów lifestyle'owych, wykorzystując gotowe moduły i zasilacze impulsowe, aby zmieścić całą elektronikę w niskich obudowach. Tymczasem wewnątrz znajdziemy duże transformatory toroidalne, liniowe zasilanie, rozbudowane baterie kondensatorów, w pełni dyskretne stopnie analogowe, układy dual mono, masywne elementy miedziane i rozwiązania wywodzące się z referencyjnych urządzeń marki. Nowoczesny interfejs został tu nałożony na elektronikę zbudowaną według znacznie bardziej konserwatywnych zasad.

Drugi interesujący kontrast dotyczy funkcjonalności. Rynek zmierza dziś w stronę integracji. Streamer, DAC, przedwzmacniacz, końcówka mocy, phono stage i wzmacniacz słuchawkowy coraz częściej trafiają do jednej obudowy. Canor ma zresztą w katalogu Virtusa A3, który podąża tą drogą. Foundation rozdziela jednak część cyfrową od analogowej. Verto D4S nie ma modułu sieciowego, regulacji głośności ani wyjścia słuchawkowego, natomiast Virtus I4S pozostaje wzmacniaczem całkowicie analogowym. Aby zbudować kompletny system, potrzebujemy dwóch urządzeń, dwóch przewodów zasilających i interkonektu, a do strumieniowania muzyki również osobnego transportu. Zyskujemy natomiast fizyczne odseparowanie najbardziej wrażliwych sekcji, możliwość niezależnej rozbudowy systemu i szansę na to, że większa część budżetu została wydana na jakość toru sygnałowego, a nie na licencje, aplikację i kolejne funkcje. Pozostaje pytanie, czy taka strategia ma dziś jeszcze sens? Czy nie lepiej byłoby już stworzyć jedno większe urządzenie, które ogarnie wszystko, wliczając w to streaming? Być może w przyszłości seria Foundation wzbogaci się o pełnoprawny system all-in-one, ale na razie skład tej linii pozostaje na wskroś "staromodny", czyli źródło robi swoje, a wzmacniacz - swoje.

Verto D4S i Virtus I4S mają pełnowymiarowe obudowy o szerokości 43 cm, ale mierzą zaledwie 7,5 cm wysokości. DAC ma 30 cm głębokości i waży 8 kg. Wzmacniacz jest o centymetr głębszy, a jego masa wynosi 12 kg. Na papierze mogą więc wydawać się stosunkowo niepozorne, jednak ciężar szybko podpowiada, że nie są to wydmuszki złożone z kilku płytek i lekkiego zasilacza. Obudowy wykonano z aluminium, szkła i stali, a duże, grube elementy tworzą konstrukcję znacznie sztywniejszą, niż można by oczekiwać po tak smukłych urządzeniach. W pierwszym kontakcie w oczy (a właściwie dłonie) rzuca się także chropowata faktura zasadniczej części obudowy. Front i górna ścianka są przyjemnie gładkie, natomiast boki, tył i podstawa zostały pokryte gruboziarnistym lakierem, przypominającym w dotyku drobny papier ścierny. Ciekawe rozwiązanie, które wzmacnia wrażenie solidności wykonania. Producent oferuje trzy wersje kolorystyczne - czarną, srebrną i brązową. Ta ostatnia jest nowością w katalogu Canora i chyba najlepiej podkreśla odrębny charakter serii Foundation. Nie wygląda ani przesadnie ekstrawagancko, ani staroświecko. W odpowiednim otoczeniu może przypominać ciemne, lekko miedziane wykończenia spotykane w luksusowych samochodach lub sprzęcie studyjnym. Odmiany czarna i srebrna są anodowane, natomiast w wersji brązowej powierzchnia jest wykańczana lakierem proszkowym.

Oba modele zaprojektowano według tej samej koncepcji, lecz ich przednie ścianki nie są identyczne. W Verto D4S niemal całą centralną część zajmuje siedmiocalowy ekran dotykowy. Wyświetla on wybrane wejście, format sygnału, częstotliwość próbkowania i aktywny filtr cyfrowy, a ponadto pozwala wejść do menu i zmienić jasność, motyw kolorystyczny, ustawienia HDMI CEC oraz inne parametry pracy. Interfejs jest czytelny i logiczny, a dzięki dużej powierzchni nie wymaga trafiania palcem w mikroskopijne ikony. W praktyce ekran staje się czymś więcej niż ozdobą. Wiele nowoczesnych DAC-ów wyświetla okładki albumów, paski postępu i animowane mierniki, ale bez modułu sieciowego informacje te niewiele by tu wnosiły. Canor wykorzystał więc panel do pokazania tego, co faktycznie dotyczy pracy urządzenia. Szczególnie ciekawa jest prezentacja filtrów cyfrowych, którym towarzyszą uproszczone wykresy.

Z filtrów do wyboru mamy Fast Rolloff, Slow Rolloff, Linear Apodizing, Minimum Phase Fast, Minimum Phase Slow, Hybrid, Brickwall i Optimal Transient. Ten ostatni jest rozwiązaniem firmowym i ma kłaść większy nacisk na zachowanie informacji w domenie czasu niż na idealnie płaską charakterystykę aż do granicy pasma. Canor rekomenduje właśnie to ustawienie, ale wybór pozostawiono użytkownikowi. Różnice nie powinny być traktowane jak osiem zupełnie innych wersji urządzenia. Mówimy raczej o subtelnych zmianach ostrości konturów, przestrzeni, faktury wysokich tonów i sposobu prowadzenia wybrzmień. Z praktycznego punktu widzenia dobrze, że taka opcja istnieje, ponieważ pozwala dopasować charakter źródła do reszty systemu. Gorzej, gdy właściciel zacznie zmieniać filtr przy każdej płycie i zamiast słuchać muzyki, zamieni się w operatora odsłuchowego laboratorium. Po znalezieniu ustawienia pasującego do naszych upodobań najlepiej więc zostawić je w spokoju.

Tylny panel DAC-a jest przejrzysty, ale pokazuje, że urządzenie zostało zaprojektowane jako wyspecjalizowane źródło, a nie cyfrowy kombajn. Do dyspozycji mamy USB-C, AES/EBU, wejście współosiowe, dwa wejścia optyczne i gniazdo HDMI ARC opisane jako TV. Sygnał analogowy możemy wyprowadzić przez RCA lub XLR, przy czym poziom jest stały - odpowiednio 2 i 4 V. Verto D4S nie pełni funkcji przedwzmacniacza, więc podłączanie go bezpośrednio do końcówki mocy byłoby nierozsądne. Na pokładzie nie ma również streamera, portu Ethernet, Wi-Fi, wejść analogowych ani wyjścia słuchawkowego. Dla jednych będzie to poważne ograniczenie, dla innych dowód, że producent skupił się na jednym zadaniu. Z punktu widzenia użytkownika najdotkliwszy może być brak modułu sieciowego, ponieważ do DAC-a za ponad jedenaście tysięcy złotych trzeba dokupić transport. Z drugiej strony rozdzielenie tych funkcji wydaje się rozsądne. Wielu audiofilów woli zainwestować w przetwornik, traktując transport jako sprzęt komputerowy - coś, co można bez problemu wymienić, a nawet trzeba będzie robić to raz na kilka lat, aby być na bieżąco z nowymi formatami, funkcjami i certyfikatami. Właściciel Verto D4S może więc wybrać takie "źródło danych" samodzielnie i za kilka lat je wymienić, nie pozbywając się dużego, drogiego klocka. Szkoda tylko, że praktyka odsłuchowa nie do końca potwierdza sensowność takiego myślenia. Transport ma o wiele większy wpływ na efekt końcowy, niż sugeruje nasz najdoskonalszy doradca - chłopski rozum.

Wejście HDMI ARC rozszerza zakres zastosowań Verto w bardzo praktyczny sposób. Po podłączeniu do kompatybilnego telewizora DAC może odbierać dwukanałowy sygnał PCM, reagować na włączanie i wyłączanie odbiornika oraz współpracować z jego pilotem dzięki protokołowi CEC. Trzeba tylko pamiętać o ustawieniu wyjścia telewizora na PCM, ponieważ D4S nie dekoduje Dolby Digital ani DTS. Sterowanie głośnością w takim układzie odbywa się po stronie telewizora lub transmisji cyfrowej, a nie w analogowym stopniu wyjściowym Canora. Nie zmienia to faktu, że jedno gniazdo pozwala włączyć wysokiej klasy system stereo w codzienne oglądanie filmów i seriali bez dodatkowych konwerterów, plątaniny przewodów i żonglowania pilotami. Tak na marginesie, popularność wieczornych projekcji z wykorzystaniem systemu stereo w roli nagłośnienia musiała w ostatnich latach wzrosnąć lawinowo, ponieważ jeszcze kilka lat temu audiofile traktowali HDMI w stereofonicznym DAC-u jak zdradę ideałów, a dziś coraz częściej pytają, dlaczego go zabrakło. Po raz kolejny wygrywają więc względy praktyczne, ale czy jest w tym coś złego? Chyba tylko to, że kiedy po raz kolejny wybieramy film lub serial, to siłą rzeczy nie słuchamy w tym czasie muzyki. Ot, problemy pierwszego świata.

Virtus I4S prezentuje się jeszcze ciekawiej. Centralnym elementem jego przedniej ścianki jest duże pokrętło regulacji głośności z umieszczonym w środku okrągłym, 1,8-calowym ekranem dotykowym. Gałka obraca się na dwóch łożyskach, a jej położenie jest odczytywane bezkontaktowo. Producent określa zastosowany czujnik jako CCD, choć z punktu widzenia użytkownika najważniejsze jest to, że regulacja odbywa się płynnie, precyzyjnie i bez mechanicznego potencjometru, którego kanały mogłyby się rozjeżdżać przy cichym odsłuchu. Skala obejmuje sto kroków po 1 dB. Na ekranie można wybierać wejścia, kontrolować głośność, konfigurować phono stage, sprawdzać temperaturę radiatorów i prędkość obrotową wentylatora, zmieniać ustawienia oraz aktywować tryb kina domowego. Okrągły panel jest mniejszy niż ekran w DAC-u, więc obsługa dotykowa wymaga większej precyzji, ale większość podstawowych operacji wykonujemy pokrętłem lub pilotem.

Na tylnej ściance znajdziemy dwa wejścia liniowe RCA, jedno wejście XLR, osobne gniazda RCA dla gramofonu, wyjście z przedwzmacniacza, terminale głośnikowe, triggery i gniazdo zasilające. Liczba wejść nie imponuje, ale w typowym systemie powinna wystarczyć. Verto D4S zajmie wejście XLR, odtwarzacz CD lub tuner jedno RCA, drugie zostanie dla dodatkowego źródła, a gramofon ma własną sekcję. Jeżeli ktoś zgromadził kilka magnetofonów, osobny tuner, odtwarzacz SACD i zewnętrzny DAC, szybko natrafi na ograniczenie. Wyjście przedwzmacniacza jest dostępne tylko przez RCA, co pozwala podłączyć subwoofer albo dodatkową końcówkę mocy. Na przedniej ściance umieszczono wyłącznie niesymetryczne gniazdo słuchawkowe 6,3 mm. Canor informuje przy tym, że wzmacniacz słuchawkowy jest oddzielnym, dyskretnym układem. Fani nauszników na pewno się ucieszą, choć coś mi podpowiada, że większość z nich i tak zdążyła się już zaopatrzyć w osobny piecyk albo korzysta ze słuchawek głównie podczas pracy przy komputerze, a wyjście we wzmacniaczu będzie dla nich rozwiązaniem awaryjnym.

Rozmieszczenie gniazd wynika z architektury dual mono. Wejścia i terminale lewego oraz prawego kanału znajdują się po przeciwnych stronach obudowy, co wygląda bardzo logicznie. Oczywiście w takim przypadku raczej odpada korzystanie z interkonektów, w których wiązki prawego i lewego kanału są rozdzielone tylko na końcach, ale na szczęście takie cuda spotyka się dziś rzadko i raczej mówimy wówczas o naprawdę tanich kablach. W firmowym zestawie najbardziej naturalnym wyborem wydaje się połączenie XLR. Nie tylko ze względu na wygodę, ale również dlatego, że Verto D4S ma w pełni symetryczny stopień wyjściowy, a zbalansowane wejście Virtusa I4S także zostało zbudowane z elementów dyskretnych. Trzeba jedynie pamiętać, że napięcie na XLR-ach jest dwukrotnie wyższe niż na RCA, więc wszelkie porównania należy przeprowadzać po dokładnym wyrównaniu głośności.

Jedną z największych atrakcji Virtusa I4S jest przedwzmacniacz gramofonowy. Obsługuje on wkładki MM i MC, oferując dwa poziomy wzmocnienia dla każdego typu. Dla MM są to 40 i 46 dB, natomiast dla MC - 60 i 66 dB. W trybie MM możemy ustawić pojemność 50, 150, 300 lub 400 pF, a w trybie MC wybrać impedancję 10, 50 lub 100 Ω, 1 kΩ albo 47 kΩ. Wszystko odbywa się z poziomu menu i pilota, bez odwracania wzmacniacza, zdejmowania pokrywy czy manipulowania mikroskopijnymi przełącznikami. W integrze z tego przedziału cenowego jest to wyposażenie ponadprzeciętne. Większość konkurentów proponuje proste wejście MM albo jeden, fabrycznie ustalony wariant MC. Canor ma duże doświadczenie w budowie osobnych przedwzmacniaczy gramofonowych, dlatego nie potraktował tej sekcji jako dodatku służącego wyłącznie do zaznaczenia odpowiedniego pola w tabeli. Ostatnio takie cuda widziałem we wzmacniaczu Advance Paris A12 Apex, który jest od Virtusa I4S o połowę droższy. Słowacka integra może też współpracować z systemem kina domowego. Wybranemu wejściu da się przypisać tryb HT, w którym poziom głośności zostaje ustawiony na zaprogramowaną wartość, pozwalając procesorowi wielokanałowemu sterować całym systemem. Po powrocie do normalnego źródła wzmacniacz znów działa jak klasyczny wzmacniacz stereo. To kolejna funkcja pokazująca, że Foundation ma trafić nie tylko do audiofilskich świątyń, ale również do salonów, w których jeden zestaw obsługuje muzykę, telewizor, gramofon i słuchawki.

Oba urządzenia wyposażono w triggery i współpracują z tym samym pilotem. Sterownik jest praktyczny i pozwala obsługiwać różne komponenty Canora, ale pod względem jakości tworzyw i pracy przycisków nie dorównuje samym urządzeniom. Nie jest to dramat, lecz przy systemie kosztującym ponad dwadzieścia tysięcy złotych można było oczekiwać cięższego, bardziej luksusowego nadajnika. Tym bardziej, że wizualnie Verto D4S i Virtus I4S prezentują się bardzo nowocześnie i ekskluzywnie. Pozostając przy kwestiach praktycznych, oprogramowanie obu modeli można aktualizować, lecz wymaga to połączenia przewodowego i komputera z Windowsem. Ciekawostką jest także procedura automatycznego czyszczenia przekaźników, uruchamiana co dwudzieste wyłączenie. Urządzenia przełączają wtedy styki w specjalnej sekwencji, która ma usuwać z nich nalot i przedłużać ich żywotność. Dla użytkownika oznacza to krótką informację na ekranie, ale od strony konstrukcyjnej jest dobrym przykładem połączenia klasycznej elektroniki z cyfrowym sterowaniem. Muszę przyznać, że taka troska o pozornie nieistotne szczegóły robi na mnie duże wrażenie. Mógłbym wręcz zapytać, który przetwornik lub wzmacniacz za wielokrotnie większe pieniądze regularnie wykonuje jakieś procesy konserwacyjne inne niż procedura miękkiego startu, automatyczna regulacja biasu czy aktualizacja oprogramowania.

Ciekawostką jest także procedura automatycznego czyszczenia przekaźników, uruchamiana co dwudzieste wyłączenie. Urządzenia przełączają wtedy styki w specjalnej sekwencji, która ma usuwać z nich nalot i przedłużać ich żywotność. Muszę przyznać, że taka troska o pozornie nieistotne szczegóły robi na mnie duże wrażenie.

Minusy? Szczerze mówiąc, do kilku drobiazgów przyczepiłem się już wyżej, jednak w każdym przypadku mówimy raczej o czymś, co wynika wprost z decyzji konstruktorów niż o oczywistym błędzie czy niedopatrzeniu. Słowaccy projektanci dokonali po prostu wyboru, wskazując optymalny podział obowiązków między dwoma kluczowymi elementami systemu stereo. Moim zdaniem trochę szkoda, że Verto D4S nie ma funkcji sieciowych, ale rozumiem też, że nie każdy tego potrzebuje, a dla producenta często jest to ogromny kłopot, bo czegoś takiego jak streamer nie można po prostu wyprodukować, wysłać do dealerów i zapomnieć, przystępując do pracy nad kolejnymi urządzeniami. O taki sprzęt trzeba cały czas dbać - regularnie wypuszczać aktualizacje oprogramowania, nadążać za rynkowymi trendami i być w niemal stałym kontakcie z dystrybutorami i klientami, nie mówiąc już o stworzeniu i utrzymaniu własnej aplikacji na urządzenia mobilne. To, co z punktu widzenia klienta może wydawać się prostym rozszerzeniem funkcjonalności urządzenia (wystarczy dodać jedną płytkę, gniazdo i antenkę), dla producenta oznacza po prostu ogrom pracy. Chyba że wybierze on drogę na skróty i faktycznie zrobi to na zasadzie "okej, dodałem tę płytkę, tak jak prosiliście", a potem będzie czytał komentarze, jak to jednemu użytkownikowi nie działa radio internetowe, drugiemu na starym Samsungu wiesza się firmowa apka, ale już na nowym iPhonie działa dobrze, a trzeci zacznie pytać, kiedy sprzęt otrzyma certyfikat Roona. Po kilku miesiącach bez aktualizacji software'u wszystko zacznie się walić, a dobremu urządzeniu zostanie przypięta łatka tego, w którym nic nie działa tak, jak powinno. Nie dziwię się zatem producentom, którzy decydują się na taki podział obowiązków, jaki zastosował Canor. W tym przypadku podstawowym źródłem i sercem cyfrowej części systemu jest DAC, a czy podłączymy do niego kilkunastoletni odtwarzacz CD, budżetowy transport sieciowy, czy też wysokiej klasy źródło "zer i jedynek", to już wyłącznie nasza sprawa.

Z pozostałych ciekawostek najwięcej pytań budzi wentylator we wzmacniaczu. Tak, wentylator, ponieważ już podczas rozpakowywania wzmacniacza zauważyłem w jego podstawie duże wycięcie zabezpieczone siateczką. Zastosowanie aktywnego chłodzenia w sprzęcie stereo nie cieszy się dobrą opinią, ponieważ nawet bardzo cichy szum może przeszkadzać podczas wieczornego odsłuchu. W Virtusie I4S pracą "wiatraka" steruje elektronika monitorująca temperaturę. Ciepło jest najpierw rozprowadzane przez masywne elementy miedziane i grubą aluminiową pokrywę, więc wentylator pełni w zasadzie rolę pomocniczą, a nie próbuje zastąpić radiatorów wielkości kaloryfera. Słowacy po raz kolejny zdecydowali się więc na rozwiązanie dość nietypowe, ale zrobili to z głową. Nie miejcie złudzeń - ci ludzie znają się na swojej robocie i na pewno nie zamontowaliby we wzmacniaczu elementu generującego więcej hałasu niż pracujący na pełnych obrotach robot sprzątający. Wentylator pozostaje niesłyszalny z miejsca odsłuchowego nawet po kilku godzinach pracy piecyka. Najwyraźniej pracuje on na minimalnych obrotach, a jego rola rzeczywiście sprowadza się do delikatnego wspomagania przepływu powietrza. Mimo to warto zapewnić opisywanemu piecykowi trochę wolnego miejsca dookoła. Producent chętnie pokazuje oba komponenty ustawione jeden na drugim, ale z praktycznego punktu widzenia lepiej zostawić między nimi trochę przestrzeni albo przynajmniej nie zamykać Virtusa w ciasnej szafce.

Koniec końców oba urządzenia z serii Foundation robią bardzo dobre pierwsze wrażenie. Są kompaktowe, ale wydają się nieprzeciętnie solidne i przemyślane. Wyglądają nowocześnie, lecz pod maską wciąż mamy do czynienia ze sprzętem zbudowanym "po staremu", a więc bez klasy D, zasilaczy rodem z komputera i innych znienawidzonych przez audiofilów wynalazków. Jakość wykonania w obu przypadkach stoi na poziomie, który delikatnie trąci hi-endem. Grube, metalowe płyty, znakomite spasowanie, ładnie zaimplementowane wyświetlacze, zaawansowana regulacja głośności z czujnikiem CCD we wzmacniaczu, phono stage z możliwością regulacji kilku kluczowych parametrów pracy, procedura automatycznego czyszczenia przekaźników - pod wieloma względami Verto D4S i Virtus I4S to wręcz pokaz możliwości technicznych Canora.

A może tak miało być od samego początku? Może skoro słowacka manufaktura projektuje i wytwarza sprzęt dla wielu innych marek, opisywany komplet był traktowany nie tylko jako propozycja dla klientów indywidualnych, melomanów i audiofilów, ale także jako swego rodzaju wizytówka, wisząca w powietrzu oferta. Jeśli mam być brutalnie szczery, w ostatnich latach część producentów wysokiej klasy aparatury próbowała budować podobne urządzenia, wpadając w jedną z kilku pułapek. Pierwsza - zbyt ambitne plany, a wręcz pewna nonszalancja. Oto nagle firma kojarzona z całkowicie analogowymi wzmacniaczami daje nam system all-in-one ze streamingiem, integracją z systemami inteligentnego domu, własną aplikacją na urządzenia mobilne i nie wiadomo, czym jeszcze. Kończyło się to przeważnie źle. Druga - próba stworzenia przystępnego cenowo sprzętu poprzez radykalne odchudzenie modeli hi-endowych. Otrzymujemy wtedy sprzęt brzydki, tandetnie wykonany i kiepsko wyposażony. I nikogo nie obchodzi, że zamontowana w nim sekcja przedwzmacniacza jest prawie taka sama jak w integrze za pięćdziesiąt tysięcy złotych. Trzecia - wszystko jest piękne, cudowne, dopracowane, ale o wiele za drogie. Ot, producent kojarzony z oryginalnym, ale sensownie wycenionym sprzętem, nagle wyskakuje z małym wzmacniaczem za dwadzieścia lub trzydzieści tysięcy złotych.

Canor żadnego z tych błędów nie popełnił, co samo w sobie jest świetną reklamą firmy jako podwykonawcy. Zupełnie jakby powiedzieć: za dziesięć tysięcy złotych za klocek jesteśmy w stanie zrobić coś takiego - jeśli chcesz, zrobimy to też dla Ciebie, wyślij tylko swoje logo i dane do faktury. I tak zupełnie szczerze, nie zdziwiłbym się, gdyby niebawem pojawiły się urządzenia podejrzanie podobne do Verto D4S i Virtusa I4S, tylko z innym znaczkiem i dwukrotnie wyższą ceną. Ba! Nie zdziwię się, jeśli będą się sprzedawały jak ciepłe bułeczki, o ile tylko ów "znaczek" będzie wystarczająco prestiżowy. Być może Verto D4S i Virtus I4S to takie oczko puszczone do ludzi, którzy naprawdę znają się na rzeczy. Większość osób - nawet tych uważających się za doświadczonych audiofilów - przejdzie obok tych klocków obojętnie, komentując odważną wersję kolorystyczną lub rzucając złośliwą uwagę, że Canor to marka o zerowej rozpoznawalności, a jeśli za kilka miesięcy niemal identyczne urządzenia pojawią się w sprzedaży w innym "garniturku", zaczną piać z zachwytu i umówią się na odsłuch. Ale jakby ktoś pytał, to tylko moje przypuszczenia, niepotwierdzone żadnymi deklaracjami producenta ani tym, co widziałem podczas wizyty w fabryce w Preszowie cztery lata temu.

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Brzmienie

Decydując się na system złożony z urządzeń jednej marki, często godzimy się na wzmocnienie charakterystycznych dla niej właściwości brzmieniowych. Dlatego właśnie firmowe zestawy często robią świetne wrażenie podczas krótkiej prezentacji, ale po dłuższym czasie zaczynają męczyć. Producent słynący z ciepłego, muzykalnego dźwięku nie stworzy przecież źródła, które przeciwstawi się tej koncepcji, równoważąc przyjazne usposobienie wzmacniacza. Inny będzie chciał udowodnić, że jego źródło jest niezwykle rozdzielcze, a wzmacniacz dynamiczny i bezkompromisowy. W efekcie otrzymujemy system, który albo zamula, albo wyciąga przed szereg najwyższe tony, twardo rysuje kontury, podkręca bas i nienaturalnie rozciąga scenę na boki. Canor idzie w przeciwnym kierunku. Verto D4S i Virtus I4S nie starają się wygrać odsłuchu w ciągu pierwszych pięciu minut. Ich największą zaletą jest dojrzałość, czyli umiejętność połączenia wysokiej jakości dźwięku z prezentacją, która nie domaga się nieustannej uwagi i nie próbuje zachwycać za pomocą jednej wyeksponowanej cechy. Nie oznacza to, że firmowy duet gra zachowawczo, nudno albo przesadnie miękko. Jego spokój nie wynika z ograniczonej dynamiki, zamazania detali czy wycofania skrajów pasma, lecz ze sposobu, w jaki wszystkie elementy zostały ułożone i połączone w jeden przekaz. Dźwięk jest równy, czysty i dobrze kontrolowany, ale nie ma w nim nerwowości. Canory nie przyspieszają muzyki przez utwardzanie ataku, nie poprawiają przejrzystości przez odchudzanie średnicy i nie tworzą wrażenia rozdzielczości poprzez podświetlanie szelestów, oddechów i studyjnych artefaktów. Informacji jest dużo, lecz pozostają częścią muzycznej całości. To urządzenia pewne siebie - takie, które nie muszą co chwilę przypominać, ile kosztują i jakie układy pracują pod ich pokrywami.

Zazwyczaj podczas testowania całych systemów dość długo chłonę dźwięk całego opisywanego kompletu, a dopiero potem sprawdzam każde z opisywanych urządzeń osobno. Tym razem odsłuch pełnego zestawu mogłem uznać za zakończony po kilku godzinach - nie było się do czego przyczepić, a już na pewno mając na uwadze cenę. Dostałem dobrze zrównoważony, dynamiczny, pełny, głęboki i czysty dźwięk o dość neutralnej, może minimalnie skręcającej w kierunku lampowego ciepła barwie. Nuda? Z perspektywy słuchacza szukającego dobrego, wszechstronnego sprzętu na lata, na pewno nie, ale dla recenzenta - trochę tak. Dość szybko zdecydowałem się więc rozdzielić oba elementy i tu zaczęło się robić ciekawie. Verto D4S jest bardziej neutralny, dokładny i przejrzysty. Nie próbuje ocieplać dźwięku ani nadawać mu lampowej miękkości tylko dlatego, że na obudowie widnieje logo Canora. Jego wkład polega przede wszystkim na uporządkowaniu nagrania, wydobyciu drobnych różnic w fakturze i pokazaniu naturalnych wybrzmień bez rozjaśniania całego obrazu. Virtus I4S wnosi natomiast trochę więcej nasycenia, plastyczności i łagodności. To on przesuwa prezentację w stronę pastelowych barw, mocniej osadza głosy i instrumenty w przestrzeni oraz sprawia, że firmowy zestaw odbieramy jako muzykalny i przyjazny. Gdyby zamienić wzmacniacz na bardziej suchą, bezpośrednią konstrukcję, charakter Verto D4S stałby się łatwiejszy do rozpoznania. Neutralny, uniwersalny charakter firmowego kompletu nie wynikał więc z tego, że oba urządzenia z premedytacją pozbawiono własnego charakteru, ale z tego, że każde z nich ma inne usposobienie. Kiedy analityczny temperament przetwornika i spokój wzmacniacza nakładają się na siebie, otrzymujemy dźwięk spójny, elegancki i nieznacznie ocieplony, ale wciąż daleki od lampowego romantyzmu.

Równowaga tonalna w obu modelach została ustawiona bardzo rozsądnie. Bas nie jest napompowany, średnica nie wychodzi przed szereg, a góra nie pełni funkcji reflektora oświetlającego każdy drobiazg. Można odnieść wrażenie, że najważniejszym obszarem jest środek pasma, ale nie dlatego, że skraje zostały wycofane. Chodzi raczej o wagę przypisywaną barwie, naturalnym proporcjom i czytelności głosów. Canor pokazuje wokale w sposób pełny i ekspresyjny, bez sztucznego powiększania ich rozmiarów. Nie są suche, cienkie ani przyklejone do linii kolumn. Mają odpowiednią masę, oddech i wyraźną strukturę wewnętrzną. Łatwo wychwycić różnice w artykulacji i sposobie nagrania, ale urządzenia nie rozkładają każdego głosu na sybilanty, rezonanse i ruchy ust. Pozwalają słuchać człowieka, a nie artefaktów wyłapywanych przez stojący przed nim mikrofon. Barwa średnicy jest nasycona, choć nie przesłodzona. Instrumenty akustyczne zachowują naturalną drewnianą lub metaliczną fakturę, a ich harmoniczne nie zostają sprowadzone do jednego, przyjemnego koloru. Virtus I4S nie jest wzmacniaczem, który wszystkim nagraniom dodaje bursztynową poświatę i gęstą warstwę lukru. Jego ocieplenie ma subtelny charakter. Bardziej przypomina zmianę światła z chłodnego, białego na lekko żółtawe, ale wciąż dalekie od bursztynowego. Dzięki temu słabsze realizacje stają się łatwiejsze do zaakceptowania, ale dobrze nagrany materiał nie traci zróżnicowania. Canor potrafi grać pięknie, ale na szczęście nie stara się upiększać wszystkiego w identyczny sposób.

Niskie tony są szybkie, sprężyste i zdyscyplinowane. Verto D4S nie produkuje ciężkiego, obfitego basu i nie próbuje przekonać nas do swojej klasy przez dokładanie subsonicznego pomruku. Jego brzmienie jest bardziej konturowe. Poszczególne uderzenia są dobrze oddzielone, rytm pozostaje czytelny, a faktura instrumentów nie ginie pod warstwą jednostajnego ciśnienia. Virtus I4S dodaje do tego więcej masy i swobody, ale również nie zmienia się w basowego potwora. Nie jest to system dla słuchacza, który oczekuje, że każde nagranie elektroniczne zatrzęsie kanapą, a stopa perkusji będzie miała rozmiar samochodowego koła. Canory wolą pokazać, kiedy bas jest twardy, krótki, kiedy ciągnie się dłużej, kiedy schodzi bardzo nisko, a kiedy jego energia skupia się w wyższym podzakresie. Kontrola niskich częstotliwości stoi na wysokim poziomie, szczególnie biorąc pod uwagę niewielkie gabaryty wzmacniacza. Virtus I4S nie zachowuje się jak delikatna integra, którą trzeba chronić przed prądożernymi kolumnami. Dysponuje realnym zapasem mocy i potrafi utrzymać membrany w ryzach, choć sposób demonstrowania tej siły jest typowy dla całego zestawu - bardziej opanowany niż ostentacyjny. Bas narasta i wygasa w naturalnym tempie, a w bardziej wymagających fragmentach nie zaczyna puchnąć ani zlewać się ze średnicą. W zakresie niskich tonów doskonale słychać też inną cechę, która jest dla tego zestawu dość charakterystyczna - przewidywalność i stabilność. Zmiana repertuaru nie powoduje, że raz dół jest efektowny i głęboki, a za chwilę znika lub wymyka się spod kontroli. Po pewnym czasie zaczynamy wręcz ufać temu systemowi. Włączając kolejne nagrania, nie spodziewamy się niczego innego niż to, że zostaną one odtworzone ze wszech miar prawidłowo - bez kombinowania, naginania muzyki pod własną wizję świata czy nieśmiesznych niespodzianek, kiedy to w danym nagraniu coś powinno się pojawić, a nijak pojawić się nie chce.

W pozostałych aspektach prezentacji również nie zauważyłem żadnych niemiłych niespodzianek. Dynamika jest bardzo dobra, co pokazuje, że nawet wzmacniacz o przyjaznym usposobieniu może prowadzić membrany żelazną ręką, a lekko zadziorny charakter przetwornika tylko to wrażenie podkręca. Jeszcze lepiej wygląda to w skali mikro i mam wrażenie, że w tym przypadku źródłem sukcesu jest DAC. Verto D4S bardzo sprawnie różnicuje drobne zmiany natężenia, pracę palców, nacisk smyczka, oddech i naturalny rozwój wybrzmień. Nie wyciąga tych elementów na pierwszy plan, ale kiedy skupimy na nich uwagę, okazuje się, że są obecne i dobrze uporządkowane. Dźwięk nie jest ostry, ale pozostaje żywy, ponieważ wewnątrz obszaru działania każdego instrumentu dużo się dzieje. Naturalnie, na wyróżnienie zasługuje także przejrzystość - i tu po raz kolejny uśmiecham się w kierunku przetwornika. Układy ESS Sabre mają opinię kości, które łatwo skłonić do grania jasnego, twardego i technicznego. Canor wykorzystuje dwa przetworniki w konfiguracji dual mono i całkowicie dyskretny, symetryczny układ analogowy, dzięki czemu otrzymał brzmienie wolne od ziarnistości i szklistości. Wysokich tonów nie brakuje, lecz nie są one kanciaste ani mechaniczne. Detaliczność nie opiera się na syczeniu, podkreślaniu szumu czy wycinaniu instrumentów ze sceny skalpelem. Jest po prostu elementem większej całości - niezwykle istotnym, ale zgranym z resztą, a nie występującym gdzieś obok, na innej scenie.

Góra pasma jest czysta, ale dzięki pewnej miękkości wzmacniacza także przyjemnie spokojna. Po raz kolejny oba komponenty idealnie się uzupełniają - Verto D4S wydobywa z nagrań wiele szczegółów, a Virtus I4S delikatnie je poleruje, układa i nadaje im odrobinę przyjemniejsze zabarwienie, ale nie zaokrągla ich na tyle, aby wszystko zabrzmiało łagodnie, słodko i nudno. Słowacki system potrafi wciągnąć w słuchanie, ale nie jest bezlitosny dla ostro zrealizowanych nagrań. Najwyższe składowe nie są wycofane, ale mają rzadko spotykaną w tym przedziale cenowym kulturę. Można powiedzieć, że Canor pokazuje dużo, ale nie krzyczy i nie zmusza nas do przejścia w tryb analityczny, jeśli nie mamy na to ochoty. Jasne, na rynku można znaleźć źródła, które jeszcze mocniej rozdzielają plany, ostrzej rysują krawędzie i podają detale w bardziej bezpośredni sposób. Podobnie wśród wzmacniaczy nie brakuje konstrukcji, które sprawiają wrażenie szybszych i bardziej bezkompromisowych. Urządzenia z serii Foundation nie walczą jednak o rekord w jednej konkurencji. Ich rozdzielczość jest wprzęgnięta w większą całość. Informacje mają służyć naturalności i wiarygodności obrazu, a nie przypominać słuchaczowi, że urządzenie ma znakomite parametry. W długim odsłuchu takie podejście okazuje się wyjątkowo cenne. Można komfortowo przepłynąć przez kilka albumów bez narastającego zmęczenia, a jednocześnie nie odnosi się wrażenia, że system coś ukrywa albo wygładza.

Połączenie D4S i I4S ma sens nie tylko wizualny. Charakter obu urządzeń został dobrany tak, aby wzajemnie się uzupełniały. Neutralność i precyzja DAC-a chronią system przed nadmiernym ociepleniem, natomiast plastyczność wzmacniacza sprawia, że źródło nie brzmi zbyt technicznie.

W tym miejscu pozwolę sobie napisać słówko na temat dwóch istotnych dodatków. Wbudowany w Virtusa I4S phono stage zachowuje podstawowe cechy wzmacniacza, ale dodaje im jeszcze odrobinę gładkości i plastyczności. Tło jest ciche, obraz stabilny, a wysokie tony nie stają się szorstkie nawet przy wkładkach o bardziej otwartym charakterze. Najważniejsza jest jednak nie sama barwa, lecz możliwość rzeczywistego dopasowania wejścia do wkładki. Zmiana impedancji obciążenia pozwala regulować proporcje między swobodą, nasyceniem, kontrolą basu i otwartością góry, a różne ustawienia pojemności pomagają wykorzystać potencjał wkładek MM. Na pewno nie jest to phono stage dodany z obowiązku, a jego charakter powinien podkreślić wyjątkowość odsłuchu z wykorzystaniem gramofonu i czarnych płyt. Wyjście słuchawkowe również nie pełni roli dekoracyjnej. Układ oferuje wystarczającą moc dla większości słuchawek dynamicznych i wielu modeli planarnych, a brzmieniowo zachowuje równowagę między czystością, nasyceniem i spokojem. Nie jest to zamiennik specjalistycznego wzmacniacza słuchawkowego za kilka lub kilkanaście tysięcy złotych. Najbardziej wymagające nauszniki mogą potrzebować większej rezerwy prądowej i bardziej bezpośredniego ataku, a brak wyjścia symetrycznego ogranicza funkcjonalność. Do regularnego, wieczornego słuchania Virtus I4S nadaje się jednak bardzo dobrze i nie pozostawia wrażenia, że sekcję słuchawkową dodano na końcu projektu z użyciem najprostszego układu scalonego.

Połączenie D4S i I4S ma sens nie tylko wizualny. Charakter obu urządzeń został dobrany tak, aby wzajemnie się uzupełniały. Neutralność i precyzja DAC-a chronią system przed nadmiernym ociepleniem, natomiast plastyczność wzmacniacza sprawia, że źródło nie brzmi zbyt technicznie. W rezultacie otrzymujemy dźwięk lekko ciepły, ale nie przyciemniony, rozdzielczy, ale nie analityczny, dynamiczny, ale nie agresywny. Nie jest to najbardziej uniwersalny zestaw w rozumieniu całkowitej bezbarwności. Ten system ma swój charakter i w moim odczuciu będzie najlepiej współpracował z kolumnami, które potrafią zagrać szybko, otwarcie i neutralnie. W połączeniu z konstrukcjami już mocno ocieplonymi, obfitymi w wyższym basie i delikatnymi na górze efekt może okazać się zbyt łagodny. Z kolei jasne, techniczne lub lekko nerwowe zestawy powinny skorzystać z kultury i nasycenia Virtusa.

Największa zaleta firmowego zestawu ujawnia się po dłuższym czasie. Canory nie próbują narzucać jednej interpretacji każdemu nagraniu. Mają własny charakter, lecz nie jest on na tyle silny, aby repertuar zaczął brzmieć podobnie. Dają muzyce przestrzeń, zachowują jej naturalne proporcje i pozwalają słuchać długo bez zmęczenia. Jednocześnie nie wpadają w pułapkę sprzętu przesadnie grzecznego, który wszystko robi poprawnie, ale nie budzi emocji. Fundamentem ich muzykalności nie jest miękkość, lecz spójność. Rytm, barwa, dynamika i przestrzeń nie walczą ze sobą o uwagę. Układają się w jedną historię, dzięki czemu po pewnym czasie przestajemy oceniać poszczególne elementy i zaczynamy słuchać całego nagrania. Zestaw z serii Foundation nie jest więc rozwiązaniem dla kogoś, kto podczas piętnastominutowej prezentacji chce zostać przygnieciony basem, olśniony detalami i otoczony sceną o rozmiarach stadionu. Przeciwnie. Tam, gdzie niektórym urządzeniom kończą się pomysły, zestaw Canora dopiero się rozkręca, budując ze słuchaczem relację opartą na pewności, że wszystko będzie w porządku. Im dłużej słuchamy, tym bardziej doceniamy brak sztuczności, dobrą organizację, naturalne barwy i niewymuszoną swobodę dynamiczną. To brzmienie dojrzałe i długodystansowe. Nie próbuje udowodnić, że tranzystorowy Canor potrafi być równie efektowny jak niektórzy konkurenci. Pokazuje raczej, że firma potrafi przenieść znaną ze swoich urządzeń lampowych filozofię muzykalności do wygodnego świata cyfry i półprzewodników.

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Budowa i parametry

Canor Verto D4S to przetwornik cyfrowo-analogowy zbudowany w konfiguracji dual mono. Jego sercem są dwa układy ESS Sabre ES9038Q2M - po jednym na kanał. Jest to ten sam model przetwornika, który Canor zastosował wcześniej w lampowym DAC-u 2.10, jednak dalsza część toru została zaprojektowana zupełnie inaczej. We wspomnianym modelu sygnał trafiał do zbalansowanego stopnia wyjściowego wykorzystującego cztery lampy 6922, natomiast D4S jest konstrukcją całkowicie półprzewodnikową. Stopień analogowy zbudowano wyłącznie z elementów dyskretnych, bez wzmacniaczy operacyjnych. Układ pozostaje symetryczny aż do wyjść XLR, a kanały są od siebie fizycznie i elektrycznie oddzielone. Wszystkie wejścia cyfrowe mają być galwanicznie izolowane od źródeł sygnału, co ogranicza możliwość powstawania pętli masy i przenikania zakłóceń z komputera, transportu lub telewizora. Zasilacz liniowy oparto na transformatorze toroidalnym, a sekcje cyfrowa i analogowa korzystają z osobnych układów regulacji. Nie oznacza to dwóch całkowicie niezależnych transformatorów, lecz rozbudowane rozdzielenie napięć i torów zasilających.

Wejście USB-C przyjmuje sygnały PCM do 24 bitów i 768 kHz, DSD w trybie DoP do DSD256 oraz natywne DSD do DSD512. Pozostałe wejścia obsługują PCM do 24 bitów i 192 kHz, a według dokumentacji część z nich może przyjmować również DSD64 przez DoP. Urządzenie nie dekoduje MQA, nie wykonuje wybieranego przez użytkownika upsamplingu i nie oferuje aktywowanej osobno funkcji reclockingu, mimo mylących przycisków na systemowym pilocie. W czasach, gdy zainteresowanie MQA wyraźnie spadło, brak tej funkcji nie powinien być istotnym problemem. Znacznie ważniejsze jest to, że DAC obsługuje wszystkie popularne formaty i nie ogranicza użytkownika korzystającego z plików wysokiej rozdzielczości. Wyjścia RCA dostarczają napięcie 2 V, natomiast XLR - 4 V. Deklarowane zniekształcenia harmoniczne nie przekraczają 0,0005%, odstęp od szumu wynosi ponad 112 dB, a przesłuch między kanałami ma być niższy niż -127 dB. Pasmo od 20 Hz do 20 kHz mieści się w tolerancji mniejszej niż 0,1 dB. Szczególnie imponująco wygląda separacja kanałów, będąca logicznym rezultatem układu dual mono.

Virtus I4S jest całkowicie dyskretnym wzmacniaczem zintegrowanym pracującym w klasie AB. Producent określa jego architekturę jako "true dual mono". Oba kanały mają własne sekcje filtracji i niezależne prowadzenie zasilania, choć korzystają ze wspólnego dużego transformatora z osobnymi uzwojeniami. Bateria kondensatorów oferuje pojemność 40 000 µF na kanał, czyli łącznie 80 000 µF. Stopień wyjściowy wykorzystuje jedną komplementarną parę dużych tranzystorów MOSFET na kanał. Zamiast równolegle łączyć kilka mniejszych elementów i stosować rezystory wyrównujące prąd, Canor zdecydował się na jedną parę o bardzo dużej wydajności. Ma to ograniczać różnice pomiędzy tranzystorami i zmniejszać impedancję wyjściową. Rozwiązanie jest nietypowe, ponieważ większość wzmacniaczy o podobnej mocy wykorzystuje kilka par elementów pracujących równolegle. Wymagało ono jednak opracowania skutecznego chłodzenia i bardzo starannego zarządzania warunkami pracy. Tranzystory zostały sprzężone termicznie z masywnymi elementami miedzianymi, które jednocześnie pomagają dostarczać prąd z kondensatorów filtrujących. Ciepło jest rozprowadzane przez miedź i grubą aluminiową pokrywę, a sterowany temperaturowo wentylator wspomaga przepływ powietrza. Wzmacniacz monitoruje temperaturę, przeciążenie, zwarcie, obecność składowej stałej i pracę wentylatora. Układ zabezpieczający ma chronić urządzenie oraz kolumny, nie ingerując w tor sygnałowy podczas normalnej pracy.

Kolejnym charakterystycznym rozwiązaniem jest Error Correction Technology, wywodząca się z referencyjnej końcówki Virtus S1S. Canor stosuje lokalne pętle sprzężenia zwrotnego linearyzujące poszczególne stopnie, ze szczególnym naciskiem na sekcję wyjściową. Idea polega na korygowaniu błędów możliwie blisko miejsca ich powstawania, zanim zostaną objęte główną pętlą sprzężenia. Ma to zmniejszać zniekształcenia przejścia i ograniczać konieczność stosowania bardzo głębokiego globalnego sprzężenia zwrotnego. Nie należy oczywiście porównywać Virtusa I4S jeden do jednego z ważącym 39 kg Virtusem S1S, osiągającym 250 W przy 8 Ω i 400 W przy 4 Ω. Nowa integra przejmuje jedynie część jego rozwiązań i filozofii projektowej. W stopniu wyjściowym zastosowano autorski dławik wykonany z płaskiej taśmy. Jego zadaniem jest zapewnienie stabilności przy obciążeniach o charakterze pojemnościowym bez wprowadzania dużej rezystancji szeregowej. Jest to szczegół, którym większość producentów nie chwali się w podstawowym opisie produktu, ale dobrze ilustruje sposób myślenia słowackich inżynierów. Zamiast stosować gotowy element i skorygować jego wpływ w innym miejscu układu, zaprojektowali własne rozwiązanie dopasowane do konkretnego stopnia końcowego.

Virtus osiąga 75 W na kanał przy obciążeniu 8 Ω i 120 W przy 4 Ω. Współczynnik tłumienia wynosi 330 dla 8 Ω i 160 dla 4 Ω, czułość wejściowa to 380 mV, a całkowite wzmocnienie - 35,5 dB. Zniekształcenia THD mają być niższe niż 0,005% przy 1 kHz i mocy 5 W, natomiast odstęp od szumu przekracza 90 dB. Deklarowane pasmo przenoszenia obejmuje zakres 20 Hz - 20 kHz z odchyłką mniejszą niż 0,2 dB, choć w jednej wersji instrukcji dolną granicę określono na 10 Hz. Osobny wzmacniacz słuchawkowy dostarcza 580 mW przy 30 Ω i 190 mW przy 300 Ω. Na wejściu pracują tranzystory JFET, a cała sekcja została zbudowana z elementów dyskretnych. Na tle wcześniejszych wzmacniaczy Canora I4S zajmuje specyficzne miejsce. AI 1.20 pracuje w czystej klasie A, osiąga 30 W przy 8 Ω i wykorzystuje znacznie bardziej rozbudowane zasilanie z dwoma transformatorami oraz ogromną pojemnością filtrującą. Jest większy, cięższy, gorętszy i mniej funkcjonalny. Virtus I2 jest z kolei klasycznym wzmacniaczem lampowym na KT88, oferującym przełączanie między trybem triodowym i ultraliniowym. Najbliższym funkcjonalnym krewnym pozostaje Virtus A3 - hybrydowy all-in-one z lampowym stopniem wejściowym, DAC-iem opartym na dwóch ES9038Q2M, phono MM/MC, wzmacniaczem słuchawkowym i większą mocą. A3 łączy więc w jednej obudowie znaczną część możliwości D4S i I4S, ale kosztuje więcej, jest cięższy i nie pozwala niezależnie wymienić sekcji cyfrowej oraz analogowej. Nikogo jednak nie powinno dziwić, że seria Foundation prezentuje się inaczej niż lampowa część oferty Canora. Nie chodziło przecież o to, aby poszczególne serie ze sobą rywalizowały, ale o to, aby stworzyć coś zupełnie innego - sprzęt, który pod względem budowy, wyposażenia i ceny będzie mógł trafić w potrzeby klientów, którzy nigdy nie zdecydowaliby się na hi-endowy wzmacniacz lampowy.

Werdykt

Powiedzmy to wprost - Canor prawdopodobnie nie jest pierwszą marką, jaka przychodzi nam do głowy, gdy przymierzamy się do zakupu systemu stereo za ponad dwadzieścia tysięcy złotych. Słowacki producent pozostaje mniej rozpoznawalny niż firmy brytyjskie, niemieckie czy japońskie, choć pod względem zaplecza technicznego, jakości produkcji i doświadczenia absolutnie nie ma się czego wstydzić. Verto D4S i Virtus I4S są tego najlepszym dowodem. To urządzenia nowoczesne i kompaktowe, ale zbudowane tak, że mucha nie siada. Można wręcz powiedzieć, że w swoim przedziale cenowym stanowią przykład rzetelnego, skrupulatnego, sensownego podejścia do projektowania. Bez chodzenia na skróty, bez stosowania gotowych końcówek mocy wielkości paczki zapałek, za to z wykorzystaniem układów dyskretnych, rozbudowanego zasilania i rozwiązań przeniesionych z droższych konstrukcji tej marki. Obudowy - petarda. Wyposażenie - dość bogate, ale skoncentrowane na podstawowej funkcji każdego z elementów. Wrażenia z użytkowania - bez zastrzeżeń. Oczywiście można narzekać, że Verto D4S nie jest streameram, a Virtus I4S nie ma lampowego przedwzmacniacza, co z jednej strony zwiększyłoby wygodę użytkowania, a z drugiej byłoby zgodne z wizerunkiem marki, ale jestem pewien, że Słowacy się tego nie boją i będą bronić swoich decyzji. W końcu nie chodzi o to, aby sprzęt służył do wszystkiego i podobał się każdemu. Ten z pewnością przypadnie do gustu doświadczonym melomanom, którzy potrafią dostrzec i docenić prawdziwą jakość, nie przywiązując aż tak dużej wagi do zdobiącego przednią ściankę "znaczka".

Wrażenia odsłuchowe? Co tu dużo mówić - pełna synergia. Nie wynika ona z tego, że oba elementy zestawu grają tak samo - neutralnie, nudno i przewidywalnie. Przeciwnie. Każde z urządzeń ma własny charakter, a kluczem do sukcesu jest to, jak Verto D4S i Virtus I4S wzajemnie się uzupełniają. W obu przypadkach brzmienie zbudowane jest na pewnym dość oczywistym fundamencie, więc to nie tak, że przetwornik gra skrajnie jasno, agresywnie i piskliwie, a wzmacniacz ma do zaoferowania tylko buczący bas, przesłodzoną średnicę i przygaszoną górę. Wszystko odbywa się tu w granicach dobrego smaku, ale nie ulega wątpliwości, że DAC stawia na neutralność, precyzję i mikrodynamikę, a integra dodaje od siebie odrobinę ciepła i gładkości, ale bez odfiltrowywania szczegółów i przy zachowaniu pełnej kontroli nad głośnikami. W efekcie otrzymujemy duet, który nie gra pod publiczkę. Nie próbuje oczarować słuchacza atomowym basem, jaskrawą górą ani sceną rozepchniętą do granic możliwości. Jego charakter jest bardziej dojrzały - naturalny, uporządkowany, lekko ocieplony i bardzo spójny. Chciałbym się do czegoś przyczepić, ale i tak napisałem więcej, niż powinienem, bo kiedy Verto D4S i Virtus I4S grają razem, ich brzmienia nie trzeba bez końca analizować. Można po prostu włączyć muzykę i po kilku godzinach zorientować się, że od dawna nie myślimy już o przetwornikach, filtrach, tranzystorach ani parametrach.

A jeśli uważacie, że marka Canor nie jest wystarczająco prestiżowa, są tylko dwa wyjścia. Pierwsze - możecie przyjrzeć się innym, droższym urządzeniom słowackiej manufaktury, poczytać recenzje, a także zobaczyć mój reportaż z fabryki w Preszowie i przekonać się, o jakim poziomie technologii, organizacji i pomysłowości mówimy. Drugie - poczekajcie, aż jeden z tych "renomowanych" producentów sprzętu hi-fi skontaktuje się z Canorem i zamówi swoją wersję Verto D4S i Virtusa I4S, a może jeszcze dorzuci do tego transport sieciowy, w którym znajdą się bebechy Lumina. Załóżmy, że byłaby to firma pokroju Passa, Krella, Gryphona, MBL-a, Marka Levinsona albo Luxmana. Nawet gdyby cena gładko przekraczała dwadzieścia tysięcy złotych za element, jestem pewien, że chętnych znalazłoby się co niemiara. Ale może to tylko moja wybujała wyobraźnia. Może inżynierowie Canora, projektując opisywany zestaw, ani razu nie pomyśleli o tym, że podstawą ich działalności jest produkcja sprzętu dla innych marek, a Verto D4S i Virtus I4S mogą zostać potraktowane nie tylko jako pokaz możliwości technicznych, ale także jako gotowa baza do stworzenia bliźniaczo podobnego systemu noszącego zupełnie inne logo? A może nie ma to żadnego znaczenia, bo choćby opisywane urządzenia wyglądały i grały jak marzenie, choćby wykorzystywały rozwiązania rzadko spotykane nawet w hi-endzie, spora część klientów i tak się na tym nie pozna? Nie wiem i w sumie nie moja broszka, ale nie ukrywam, że komplet Canora zrobił na mnie duże wrażenie. Jeżeli szukacie przetwornika, wzmacniacza albo całego systemu w zbliżonej cenie, koniecznie dajcie mu szansę.

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Dane techniczne

Canor Verto D4S
Konstrukcja: dual mono, w pełni dyskretny i symetryczny stopień analogowy
Przetworniki C/A: 2 x ESS Sabre ES9038Q2M
Wejścia cyfrowe: 1 x USB-C, 1 x AES/EBU, 1 x koaksjalne, 2 x optyczne, 1 x HDMI ARC
Wyjścia analogowe: 1 x RCA, 1 x XLR
Napięcie wyjściowe: 2 Vrms (RCA), 4 Vrms (XLR)
Impedancja wyjściowa: 100 Ω (RCA), 200 Ω (XLR)
Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz (-0,1 dB)
Zniekształcenia THD: < 0,0005%
Stosunek sygnał/szum: > 112 dB (A)
Przesłuch międzykanałowy: < -127 dB
Wyświetlacz: 7-calowy ekran dotykowy
Zasilanie: 230 V/50-60 Hz
Pobór mocy: 30 W
Wymiary (W/S/G): 7,5/43/30 cm
Masa: 8 kg
Cena: 11 395 zł

Canor Virtus I4S
Klasa pracy: AB
Konstrukcja: w pełni dyskretna, dual mono
Moc wyjściowa: 2 x 75 W/8 Ω, 2 x 120 W/4 Ω
Pojemność filtrująca: 40 000 µF na kanał
Wzmocnienie: 35,5 dB
Czułość wejściowa: 380 mV
Współczynnik tłumienia: 330/8 Ω, 160/4 Ω
Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz (-0,2 dB)
Zniekształcenia THD: < 0,005% / 1 kHz, 5 W
Stosunek sygnał/szum: > 90 dB
Impedancja wejściowa: 50 kΩ (RCA), 100 kΩ (XLR)
Wejścia liniowe: 2 x RCA, 1 x XLR
Wejście gramofonowe: 1 x RCA, MM/MC
Wzmocnienie phono MM: 40 lub 46 dB
Wzmocnienie phono MC: 60 lub 66 dB
Pojemność wejściowa MM: 50, 150, 300 lub 400 pF
Impedancja obciążenia MC: 10, 50, 100 Ω, 1 kΩ lub 47 kΩ
Wyjście regulowane: 1 x RCA
Wyjście słuchawkowe: 6,3 mm
Moc wyjścia słuchawkowego: 580 mW/30 Ω, 190 mW/300 Ω
Wyświetlacz: 1,8-calowy ekran w pokrętle głośności
Zasilanie: 230 V/50-60 Hz
Maksymalny pobór mocy: 620 W
Wymiary (W/S/G): 7,5/43/31 cm
Masa: 12 kg
Cena: 12 795 zł

Sprzęt do testu dostarczyła firma Rafko. W artykule wykorzystano zdjęcia udostępnione przez firmę Canor i wykonane przez redakcję magazynu StereoLife z wykorzystaniem narzędzi AI.

Równowaga tonalna
RownowagaStartRownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4RownowagaStop

Dynamika
Poziomy7

Rozdzielczość
Poziomy7

Barwa dźwięku
Barwa5

Szybkość
Poziomy6

Spójność
Poziomy8

Muzykalność
Poziomy7

Szerokość sceny stereo
SzerokoscStereo1

Głębia sceny stereo
GlebiaStereo13

Jakość wykonania
Poziomy8

Funkcjonalność
Poziomy7

Cena
Poziomy6

Nagroda
sl-rekomendacja


Komentarze

  • Brak komentarzy

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Zobacz także

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Od toroidów do wzmacniaczy marzeń - Fezz Audio

Od toroidów do wzmacniaczy marzeń - Fezz Audio

Gdyby ktoś powiedział, że siedziba jednej z najciekawszych i najszybciej rozwijających się firm produkujących wzmacniacze lampowe i podzespoły do sprzętu hi-fi nie mieści się w Monachium, Glasgow czy Tokio, ale w maleńkiej wsi pod Białymstokiem, wielu audiofilów uniosłoby brwi. W końcu to samo serce Podlasia, które w Polsce uważane jest...

Sekrety skandynawskiego designu - od architektury do sprzętu stereo

Sekrety skandynawskiego designu - od architektury do sprzętu stereo

Styl skandynawski to jedno z najbardziej rozpoznawalnych zjawisk we współczesnym wzornictwie. Często bywa opisywany tak, jakby był gotowym schematem - zestawem zasad, które można odtworzyć w dowolnym miejscu na świecie. Wystarczy tylko połączyć jasne drewno, białe ściany, kilka prostych form, odrobinę tekstyliów, rośliny w ceramicznej doniczce i gotowe. W rzeczywistości...

432 kontra 440 Hz - Muzyczny sekret czy teoria spiskowa?

432 kontra 440 Hz - Muzyczny sekret czy teoria spiskowa?

Melomani potrafią godzinami zasłuchiwać się w ulubionych płytach, śledząc najdrobniejsze niuanse ich realizacji i różnice między poszczególnymi wydaniami. Audiofile z obsesyjną dokładnością porównują brzmienie różnych DAC-ów, lamp i przewodów z czystego srebra - wszystko po to, by zbliżyć się do tego, co określają jako "prawdę nagrania" lub "dźwięk jak na...

Erik Wiederholtz - Perlisten

Erik Wiederholtz - Perlisten

Marka Perlisten wkroczyła na rynek hi-fi w sposób, który zaskoczył wielu - nagle, a jednocześnie z wielkimi ambicjami. Jej debiut nie był przypadkowym wejściem w świat audio, lecz przedsięwzięciem realizowanym przez zespół doświadczonych specjalistów - inżynierów i menedżerów, którzy pracowali już przez dekady przy wysoce zaawansowanych projektach w obrębie przetworników,...

Spotify Lossless - ósmy cud świata czy spóźniony pociąg, który nikogo już nie zabierze?

Spotify Lossless - ósmy cud świata czy spóźniony pociąg, który…

Na pewne rzeczy w życiu czeka się tak długo, że człowiek zaczyna wątpić, czy w ogóle dożyje ich spełnienia. Jedni latami wypatrują nowej płyty ulubionego zespołu, inni odliczają dni do kolejnego sezonu ukochanego serialu, a audiofile? Cóż, oni od niemal dekady czekali, aż Spotify wreszcie wprowadzi streaming w bezstratnej jakości....

Bannery dolne

Nowe testy

Poprzedni Następny
Canor Verto D4S + Virtus I4S

Canor Verto D4S + Virtus I4S

Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...

Matrix Audio ND-1

Matrix Audio ND-1

Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...

Bluesound Powernode (2025)

Bluesound Powernode (2025)

Kiedy w 2019 roku testowaliśmy Bluesounda Powernode 2i, całą opowieść rozpoczęliśmy od pytania o różnicę między audiofilem a melomanem. Ten pierwszy miał doskonale znać nazwy i symbole interesujących go urządzeń,...

Bannery boczne

Komentarze

Zdzisław Dyrman
Przez bardzo wiele lat tę płytę lubiłem najmniej i odrażała mnie okładka. Obecnie za najsłabsze wydawnictwa zespołu uważam Bordeaux i Viridian, a Cyan sporo wyw...
Alfred
Jakość wykonania, w szczególności napędu i elektroniki ma się nijak do (dużo tańszych) odtwarzaczy Accuphase. Odnoszę wrażenie, że nawet Marantz jest lepszy. Ja...
Garfield
@1piotr13 - Młodzi ludzie podążający za modą na retro. Do tego samego grona kierowane są kasetowe odtwarzacze.
1piotr13
Nie wiem do jak szerokiego grona jest kierowany przenośny CD. Teraz, kiedy w telefonie lub innym przenośnym grajku masz tysiące plików oraz streaming z platform...
Hubert
Miałem Diamondy 28 i szybko się z nimi pożegnałem. Na początku było woow, niestety z czasem denerwował mnie ten misiowaty, przeciągnięty bas z ogonem i wycofana...

Płyty

All Them Witches - House Of Mirrors

All Them Witches - House Of Mirrors

Mniej więcej rok temu przestałem wierzyć, że usłyszymy jeszcze nową muzykę od All Them Witches. Może nie dlatego, że zespół...

Newsy

Tech Corner

Korekcja sygnału audio - grzech, czy przydatne narzędzie?

Korekcja sygnału audio - grzech, czy przydatne narzędzie?

Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...

Nowości ze świata

  • FiiO is expanding its range of desktop audio equipment with the Level 1, a compact integrated amplifier designed to drive passive loudspeakers. The new model combines a Class D power amplifier, a built-in digital-to-analogue converter, Bluetooth connectivity, traditional tone controls...

  • Wharfedale has introduced the Elysian R series, a refreshed version of its flagship loudspeaker range. This is not an entirely new project, but rather a carefully considered evolution of speakers that already occupied a special place in the British brand's...

  • Pylon Audio has introduced the Opal 23 mkII, a new version of one of its best-known floorstanding loudspeakers. The model develops a concept that has been part of the Polish manufacturer's catalog for years - a full-size, reasonably priced loudspeaker...

Prezentacje

Sukces mierzony głośnikami - Pylon Audio

Sukces mierzony głośnikami - Pylon Audio

Polski sprzęt audio - to hasło przeciętnemu obywatelowi naszego kraju kojarzy się ze wzmacniaczami, kolumnami głośnikowymi i gramofonami sprzed kilku dekad. Większość z nas wyobraża sobie piękne wieże Unitry, Diory czy Radmora, kultowe Altusy lub gramofony takie, jak Daniel, Adam czy Bernard. Jeżeli myślicie, że to wszystko relikty minionego systemu,...

Poradniki

Listy

Galerie

Dyskografie

Dirge - Metalowy collage

Dirge - Metalowy collage

Dirge to po angielsku lament, zawodzenie, elegia, pieśń żałobna. Jest to również nazwa francuskiej grupy założonej w 1994 roku, niedaleko...

Wywiady

Erik Wiederholtz - Perlisten

Erik Wiederholtz - Perlisten

Marka Perlisten wkroczyła na rynek hi-fi w sposób, który zaskoczył wielu - nagle, a jednocześnie z wielkimi ambicjami. Jej debiut...

Popularne artykuły

Vintage

Denon PMA-500Z

Denon PMA-500Z

Oto wzmacniacz produkowany przez Denona w latach siedemdziesiątych. Większość egzemplarzy dostępnych dziś na internetowych aukcjach pochodzi z roku 1975 lub...

Słownik

Poprzedni Następny

THD

Total Harmonic Distorsion czyli całkowite zniekształcenia harmoniczne - współczynnik określający miarę zniekształceń nieliniowych w urządzeniach elektronicznych, w tym oczywiście w sprzęcie audio. Idealną sytuacją byłoby, gdyby wzmacniacz po otrzymaniu sygnału...

Cytaty

GottfriedWilhelmLeibniz.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.