Matrix Audio ND-1
- Kategoria: Przetworniki i streamery
- Tomasz Karasiński

Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka dodatkowych wejść, najlepiej będzie zamknąć wszystko w jednej obudowie. W ten sposób powstały urządzenia, które potrafią odtwarzać muzykę z serwisów strumieniowych i lokalnych dysków, współpracować z telewizorem, komputerem, końcówką mocy, aktywnymi monitorami i słuchawkami, a niekiedy nawet przyjmować sygnał ze źródeł analogowych. Z punktu widzenia użytkownika trudno odmówić tej koncepcji sensu. Jeden elegancki klocek może zastąpić kilka urządzeń, uprościć system, ograniczyć liczbę kabli i pozwolić zapanować nad całością za pomocą jednej aplikacji. Dołożenie do tego zestawu transportu CD, chociażby w formie napędu szczelinowego, także nie jest wielkim problemem, a dzięki temu otrzymujemy naprawdę wszechstronne źródło. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zaczynamy się zastanawiać, czy w takim cyfrowym kombajnie wszystkie zadania rzeczywiście są wykonywane równie dobrze. Czy producent, który musi zaprojektować sekcję sieciową, system operacyjny, interfejs użytkownika, moduły łączności, przedwzmacniacz i wzmacniacz słuchawkowy, poświęcił samemu przetwornikowi tyle samo uwagi, ile poświęciłby mu w urządzeniu wykonującym tylko jedno zadanie?
Firma Matrix Audio przez długi czas przekonywała nas, że integracja nie musi być synonimem kompromisu. Sama wprawdzie zaczynała od przetworników i wzmacniaczy słuchawkowych, jednak z czasem skoncentrowała się na źródłach sieciowych, rozwijając własną platformę MA Player i aplikację MA Remote. Historia marki sięga początku XXI wieku, kiedy trzech szkolnych kolegów z Xi'an, zafascynowanych muzyką i elektroniką, zbudowało swoje pierwsze zestawy głośnikowe. Po studiach zajęli się urządzeniami cyfrowymi, a w 2006 roku stworzyli pierwszy poważniejszy przetwornik. Trzy lata później pojawił się Mini-i - model, którego kolejne generacje do dziś zajmują ważne miejsce w katalogu. Później dołączył do niego wzmacniacz słuchawkowy M-Stage, natomiast w 2013 roku oficjalnie zarejestrowano markę Matrix Audio i zaprezentowano pierwszego X-Sabre'a. Ten ostatni był szczególnie istotny, ponieważ pokazał, że młoda chińska firma nie chce rywalizować wyłącznie ceną, najnowszymi układami scalonymi i imponującą listą formatów. X-Sabre otrzymał obudowę wyfrezowaną z aluminium i wzornictwo, w którym można było już dostrzec własny charakter, a nie tylko inspirację sprzętem zachodnich producentów.
Nazwa marki została zaczerpnięta z matematycznego pojęcia macierzy, mającego w tym przypadku symbolizować równowagę między dwiema płaszczyznami oceny sprzętu - tym, co się słyszy i tym, co się widzi. Brzmi to jak zgrabnie napisana firmowa legenda, ale trzeba przyznać, że Matrix Audio rzeczywiście od dawna trzyma się tej zasady. Jego urządzenia mają być nie tylko zaawansowane technicznie, lecz również dopracowane pod względem wzornictwa, jakości wykonania i codziennej obsługi. Co ważniejsze, Chińczycy nie ograniczyli się do projektowania atrakcyjnych obudów wokół gotowych modułów. Zbudowali własne zaplecze badawczo-rozwojowe, a także zajęli się oprogramowaniem i aplikacjami, dzięki czemu nie są całkowicie zależni od zewnętrznego dostawcy platformy streamingowej. To trudniejsza i znacznie kosztowniejsza droga, ale właśnie ona pozwoliła Matrixowi przeobrazić się z producenta interesujących DAC-ów w markę zdolną konkurować z takimi specjalistami od cyfrowych źródeł jak Auralic, Lumin, Aurender czy Rose.
Prawdziwy przełom nastąpił w 2018 roku wraz z premierą serii Element. To właśnie wtedy firma na dobre przestawiła się z produkcji klasycznych przetworników na rozbudowane źródła sieciowe, łączące streaming, konwersję cyfrowo-analogową i - zależnie od modelu - obsługę słuchawek, przedwzmacniacz albo końcówkę mocy. Elementy wyglądały oryginalnie, były znakomicie wykonane i oferowały funkcjonalność, której wielu bardziej rozpoznawalnych konkurentów dopiero się uczyło. Miałem okazję przekonać się o tym podczas testu modelu Element I. Najtańszy klocek z ówczesnej flagowej serii nie był urządzeniem idealnym. Firmowa aplikacja wymagała dopracowania, obsługa mogła być bardziej intuicyjna, a w dźwięku brakowało mi odrobiny masy w zakresie niskich tonów i bardziej przekonującej głębi sceny. Mimo to czystość, neutralność, spójność i mikrodynamika wyraźnie wykraczały poza standard obowiązujący w tej cenie. Był to jeden z tych produktów, po których odsłuchu człowiek zaczyna się zastanawiać, co potrafią droższe modele tej samej marki.
Znacznie nowszy TS-1 przyniósł częściową odpowiedź. Tym razem otrzymaliśmy urządzenie jeszcze bardziej wszechstronne - streamer, DAC, przedwzmacniacz i wzmacniacz słuchawkowy z dużym ekranem dotykowym, wejściem HDMI ARC, miejscem na dysk SSD, możliwością zgrywania płyt CD i rozbudowanym systemem odtwarzania plików. Co najważniejsze, TS-1 zachował równowagę między przejrzystością a muzykalnością, ale dodał do niej głębszy bas, większą przestrzeń, więcej swobody i coś, co najłatwiej byłoby nazwać ludzkim pierwiastkiem. Szczegóły nadal były obecne, jednak nie wyskakiwały z nagrań jak opiłki metalu oświetlone mocną latarką. Dźwięk pozostawał czysty i rozdzielczy, ale stawał się bardziej naturalny, przyjazny i angażujący. Matrix Audio wyraźnie dojrzewało, a wszystko wskazywało na to, że kolejnym krokiem będzie jeszcze bardziej rozbudowane centrum sterowania systemem.
TEST: Matrix Audio TS-1
Chińscy konstruktorzy niespodziewanie skręcili jednak w przeciwną stronę. ND-1 nie jest odtwarzaczem sieciowym. Nie ma portu LAN, Wi-Fi, Bluetootha, wzmacniacza słuchawkowego, wejść analogowych ani HDMI. Nie wyświetla okładek albumów i samodzielnie nie połączy się z Tidalem, Qobuzem czy Roonem. Jest klasycznym przetwornikiem cyfrowo-analogowym przeznaczonym dla użytkowników, którzy mają już transport, komputer, streamer albo serwer muzyczny i nie zamierzają ponownie płacić za funkcje, z których nie skorzystają. Firma kojarzona ostatnio przede wszystkim z urządzeniami wielozadaniowymi wróciła zatem do korzeni, ale nie po to, aby stworzyć prostą puszkę z popularnym układem DAC, trzema wejściami i parą gniazd RCA. ND-1 korzysta z rozwiązań opracowanych dla flagowego MS-1, oferuje zaawansowany układ zegarowy, sprzętową zmianę częstotliwości próbkowania, konwersję do DSD i dwa odmienne warianty analogowego stopnia wyjściowego - operacyjny oraz transformatorowy.
Technicznie nowy model czerpie z flagowego MS-1, natomiast pod względem wyglądu i koncepcji systemowej należy do zupełnie nowej rodziny. Seria N ma być pomostem między kompaktowymi, wielofunkcyjnymi Matrixami a pełnowymiarowymi komponentami z serii M - zestawem urządzeń wyspecjalizowanych, ale wciąż na tyle niedużych, aby zmieściły się na szerokim biurku albo niewielkim stoliku. Pierwszym elementem tej układanki był NT-1, czyli zaawansowany transport i odtwarzacz sieciowy. Później dołączyły do niego ND-1 oraz NA-1 - w pełni zbalansowany wzmacniacz słuchawkowy i przedwzmacniacz pracujący w klasie A. Podział obowiązków jest tu klarowny. NT-1 zajmuje się pobieraniem, odczytywaniem i wysyłaniem danych. Oferuje firmowy system MA Player, obsługę serwisów strumieniowych, wejście sieciowe Ethernet i światłowodowe SFP, miejsce na dysk, możliwość współpracy z zewnętrznym napędem optycznym i szeroki zestaw wyjść cyfrowych. ND-1 przejmuje sygnał i odpowiada wyłącznie za jego obróbkę oraz konwersję na postać analogową, natomiast NA-1 napędza słuchawki albo steruje aktywnymi monitorami. Trzy urządzenia mogą zostać połączone przewodami triggera, a transport i DAC zsynchronizowane za pomocą opcjonalnego zegara SC-1. Producent rozłożył więc klasyczny streamer ze wzmacniaczem słuchawkowym na kilka osobnych obudów, z których każda otrzymała własne zasilanie i została podporządkowana jednemu zadaniu.
Podobnie jak każde inne urządzenie z serii N, ND-1 może być traktowany jako niezależny klocek - w tym wypadku wysokiej klasy przetwornik. Nie musimy kupować pozostałych elementów, aby nasz DAC funkcjonował jak należy. Jego przynależność do serii pasujących do siebie komponentów można jednak potraktować jako ciekawą opcję rozwojową. Świadczą o tym nawet udostępnione przez firmę zdjęcia, na których ND-1 prezentowany jest w towarzystwie pozostałych klocków z tej rodziny, przy czym nie stoją one na szafce pod telewizorem, lecz na niezwykle efektownym stoliku Audio Bastion Tempo DX Rack+, który w tej wersji został wykonany tak, aby idealnie pasować do urządzeń Matrixa z serii N. Ażurowa konstrukcja z krzyżującymi się ramionami i podporami zakończonymi kolcami wygląda jak pomniejszona wersja poważnego stolika hi-endowego. W materiałach firmowych NT-1, ND-1 i NA-1 ustawione jeden nad drugim prezentują się nieziemsko - trochę jak aparatura laboratoryjna, trochę jak futurystyczny system biurkowy, a trochę jak kosztowna zabawka dla kogoś, kto zamiast ukrywać wysoki stopień zaawansowania swojego systemu stereo, chce się nim chwalić. Muszę przyznać, że choć nie jestem wielkim fanem audiofilskiej biżuterii i kosztownych akcesoriów antywibracyjnych, przemawia do mnie nie tylko estetyka takiego zestawu, ale też fakt, że chińska firma zadbała o wszystko - nawet o mebel, na którym jej sprzęt będzie prezentował się godnie (co przy niestandardowych wymiarach nie jest takie oczywiste). Rodzi się zatem kilka pytań. Czy klienci przymierzający się do zakupu DAC-a z wysokiej półki powinni wziąć pod uwagę ND-1? Czy model ten sprawdza się jako samodzielny przetwornik, w oderwaniu od serii, do której należy? Czy dzięki możliwości zmiany trybu pracy wyjścia naprawdę otrzymujemy dwa urządzenia w jednej obudowie, czy jest to naciąganie rzeczywistości?


Wygląd i funkcjonalność
Matrix Audio konsekwentnie realizuje swoją filozofię, zgodnie z którą sprzęt powinien być oceniany zarówno przez pryzmat brzmienia, jak i wyglądu. ND-1 jest jednym z najlepszych przykładów takiego podejścia. Teoretycznie nie ma tu niczego ekstrawaganckiego, może poza ciekawie wyciętymi otworami wentylacyjnymi. Obudowa zachowuje klasyczne proporcje, a jej przednią ściankę podzielono na dwie poziome części - aluminiową dolną listwę oraz szeroki, czarny pas mieszczący wyświetlacz i pola sterujące. Z drugiej strony wszystko wygląda nowocześnie, czysto i elegancko, a precyzja wykonania obudowy stoi na poziomie, który do niedawna był zarezerwowany dla sprzętu hi-endowego. ND-1 wygląda tak, jakby wyszedł wprost z symulacji komputerowej. Aluminiowe elementy idealnie do siebie pasują, satynowa powierzchnia jest przyjemna w dotyku, złociste logo i ładnie wkomponowany w płaszczyznę frontu przycisk zasilania stanowią eleganckie akcenty, a charakterystyczny wzór otworów wentylacyjnych na pokrywie i bokach sprawia, że bez problemu odróżnimy to urządzenie od konkurencji. W porównaniu z wcześniejszymi Matrixami ND-1 wygląda dojrzalej i bardziej luksusowo. Nie próbuje udawać laboratoryjnego przyrządu pomiarowego ani futurystycznej zabawki, nie jest też przesadnie ozdobny. Projektanci nie dorobili mu wielkiego pokrętła z kolorowym pierścieniem, pochylonego ekranu ani nóżek przypominających fragmenty zawieszenia samochodu. Cały efekt wynika z dobrze dobranych proporcji, jakości materiałów, dokładności montażu i kilku dyskretnych detali. Podoba mi się to bardziej niż wzornictwo wielu hi-endowych komponentów, które za wszelką cenę starają się wyglądać drogo. ND-1 nie musi niczego udowadniać. Jest skromny, ale zdecydowanie nie anonimowy.
Rozmiary początkowo mogą być mylące. Na zdjęciach ND-1 sprawia wrażenie niewielkiego, ale 33 cm szerokości i 26,7 cm głębokości to też nie do końca format "biurkowy". Na szczęście wysokość nie przekracza 10 cm, więc w typowym systemie pozostanie raczej dyskretnym dodatkiem niż dominującym elementem układanki. Przy takich wymiarach obudowy masa 5,6 kg daje przyjemne poczucie solidności. Po wzięciu urządzenia do rąk od razu czujemy, że nie mamy do czynienia z pustą obudową, w której umieszczono jedną niewielką płytkę i zasilacz impulsowy. ND-1 pewnie spoczywa na blacie, w czym pomagają firmowe stopki MA-Damper Pro - opracowane we współpracy z firmą Audio Bastion. Zbudowano je między innymi z aluminium, stali nierdzewnej, gumy i kompozytowego korka, a ich wielowarstwowa konstrukcja ma ograniczać przenoszenie drgań. Można dyskutować, czy tak rozbudowany system jest w przetworniku cyfrowym niezbędny, jednak z praktycznego punktu widzenia najważniejsze jest to, że nóżki są duże, solidne i skutecznie zapobiegają przesuwaniu się urządzenia podczas podłączania kabli.
ND-1 pewnie spoczywa na blacie, w czym pomagają firmowe stopki MA-Damper Pro - opracowane we współpracy z firmą Audio Bastion. Zbudowano je między innymi z aluminium, stali nierdzewnej, gumy i kompozytowego korka, a ich wielowarstwowa konstrukcja ma ograniczać przenoszenie drgań.Na przedniej ściance nie znajdziemy klasycznego pokrętła. Obsługa odbywa się za pomocą pól dotykowych rozmieszczonych na szerokim, czarnym panelu. Po lewej stronie umieszczono przyciski służące do wyboru wejścia, które po włączeniu regulacji poziomu wyjściowego mogą przejąć funkcję sterowania głośnością. Pośrodku wyświetlane są informacje dotyczące aktywnego wejścia, częstotliwości próbkowania, formatu sygnału, poziomu głośności, wybranego wariantu barwy i stanu poszczególnych funkcji. Oprócz tego na froncie znajdziemy przyciski umożliwiające zmianę ustawienia Sound Color (Mellow, Analytical, Dynamic, Natural, Analog, Detail), aktywację stopnia transformatorowego, włączenie układu ASRC i wejście do menu. Całość prezentuje się minimalistycznie, ale czytelnie, a zastosowane symbole po krótkim przyzwyczajeniu nie budzą wątpliwości. Jednym z niewielu miejsc, w których estetyka wyraźnie wygrała z ergonomią, jest natomiast brak fizycznej gałki. Jeżeli ND-1 ma pracować jako klasyczny DAC ze stałym poziomem wyjściowym, nie stanowi to najmniejszego problemu. Jeśli jednak podłączymy go bezpośrednio do końcówki mocy albo aktywnych kolumn, pokrętło byłoby szybsze, wygodniejsze i dawałoby większe poczucie bezpieczeństwa niż dotykowe przyciski. Firma najwyraźniej założyła, że większość użytkowników będzie w takiej sytuacji korzystać z dołączonego pilota, i prawdopodobnie ma rację, ale dobrym regulatorem raczej nikt by się nie obraził. Szczególnie że jego brak nie wynika z konieczności oszczędzania miejsca. Na dolnej części frontu znalazłoby się go aż nadto.
Menu nie należy do przesadnie rozbudowanych, lecz pozwala skonfigurować wszystkie istotne parametry. Możemy wybrać poziom wyjściowy, włączyć lub wyłączyć cyfrową regulację głośności, ustawić balans z dokładnością do 0,5 dB, wskazać wewnętrzne albo zewnętrzne źródło zegara, aktywować automatyczne włączanie po wykryciu sygnału i ustalić czas przechodzenia w stan czuwania. Do dyspozycji mamy także regulację jasności ekranu i przycisków, automatyczne przyciemnianie oraz konfigurację wyzwalaczy. Instrukcja jest w tej kwestii konkretna i przejrzysta, choć opis bardziej zaawansowanych funkcji brzmieniowych mógłby być dokładniejszy. Producent poświęca sporo miejsca ustawieniom ekranu i triggera, natomiast działanie poszczególnych wariantów Sound Color pozostawia właściwie bez komentarza. Regulacja głośności działa w stu krokach, dzięki czemu ND-1 może zostać podłączony bezpośrednio do końcówki mocy lub aktywnych zestawów głośnikowych. Należy jednak pamiętać, że mamy do czynienia z regulacją cyfrową, a nie analogową drabinką rezystorową. Nie oznacza to, że funkcja została dodana wyłącznie na pokaz. Zakres regulacji jest szeroki, sterowanie wygodne, a niska impedancja wyjściowa umożliwia współpracę z większością urządzeń.
Tylny panel został zagospodarowany wzorowo. Po stronie cyfrowej otrzymujemy wejścia AES/EBU, koaksjalne, optyczne, USB-B, USB-C i IIS-LVDS, a więc właściwie wszystko, czego może potrzebować posiadacz klasycznego transportu, komputera, urządzenia przenośnego albo zaawansowanego streamera. USB-B jest przeznaczone przede wszystkim dla komputerów, natomiast USB-C pozwala wygodnie podłączyć smartfon lub tablet. Użytkownicy systemu Windows muszą zainstalować firmowy sterownik, podczas gdy komputery Apple rozpoznają przetwornik bez dodatkowego oprogramowania. Producent uczciwie zaznacza, że z powodu różnic sprzętowych nie może zagwarantować zgodności ze wszystkimi telefonami i tabletami z Androidem. Wejście IIS-LVDS wykorzystuje fizyczne gniazdo HDMI, ale nie należy mylić go z wejściem telewizyjnym. Przesyłany jest nim sygnał I2S, a ponieważ producenci nie uzgodnili jednego obowiązującego sposobu przypisania sygnałów do poszczególnych styków, Matrix oferuje cztery ustawienia. Wybranie niewłaściwego może spowodować brak dźwięku, szum albo zamianę kanałów. Nie jest to niedociągnięcie charakterystyczne dla ND-1, lecz problem całego sposobu przesyłania I2S przewodem HDMI. Jeśli zamierzamy połączyć Matrixa z transportem innej firmy, trzeba najpierw sprawdzić zgodność obu urządzeń. Z NT-1 sprawa jest oczywiście prosta - firmowe komponenty zaprojektowano do bezpośredniej współpracy, dzięki czemu mogą tworzyć spójny system zarówno pod względem technicznym, jak i użytkowym.
Ciekawym dodatkiem jest wejście zewnętrznego zegara 10 MHz. Naturalnym partnerem ND-1 jest firmowy generator SC-1, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby użyć innego zgodnego urządzenia. Rozwiązanie nabiera szczególnego sensu w kompletnym systemie serii N, gdzie jeden generator może synchronizować jednocześnie transport i DAC. Powiedzmy sobie jednak uczciwie, że jest to już zabawa dla najbardziej zaawansowanych i zamożnych użytkowników. Sam SC-1 kosztuje więcej niż niejeden bardzo dobry przetwornik, dlatego nie kupowałbym go w ciemno tylko po to, aby wykorzystać kolejne gniazdo. Jeżeli poprawa okaże się jednoznaczna i warta swojej ceny - świetnie. Jeśli będzie ledwo zauważalna, rozsądniej może być przeznaczyć taki budżet na wzmacniacz, kolumny albo akustykę pomieszczenia. O ile jednak można założyć, że niewielka część użytkowników ND-1 zdecyduje się dołożyć do niego zewnętrzny zegar, a nawet transport czy wzmacniacz słuchawkowy z tej samej serii, wielu posiadaczy opisywanego DAC-a będzie postrzegało sam fakt istnienia takich klocków jako swego rodzaju wartość dodaną - czynnik prestiżowy. Każdy, kto orientuje się w temacie, wie, że zaprojektować dobry przetwornik to jedno, ale mieć w ofercie również wysokiej klasy transport, a nawet zegar referencyjny, to już wyższa szkoła jazdy. Matrix Audio musi doskonale znać potrzeby wymagających klientów, ale oprócz tego docenia potęgę oddziaływania pewnych faktów i komunikatów na tych, którzy nigdy takiej zaawansowanej wieży nie zbudują. Czym innym jest kupić przetwornik czy wzmacniacz, do którego firma nie oferuje nawet opcjonalnego pilota, a czym innym postawić w swoim systemie klocek, który na zdjęciach prezentowany jest w towarzystwie kilku innych, idealnie dopasowanych do niego urządzeń, a cała ta wieża stoi na pięknym, hi-endowym stoliku, który pochłania wibracje skrzydeł muchy latającej u sąsiada. Nieważne, że na zakup zegara SC-1 (24 990 zł) zdecyduje się jeden na pięćdziesięciu posiadaczy ND-1. W szerszej perspektywie polityka systemowa i tak się opłaci.
Po stronie analogowej znajdują się wyjścia RCA i XLR. Użytkownik może wybrać nominalny poziom 2 lub 2,25 V dla połączenia niezbalansowanego oraz 4 lub 4,5 V dla zbalansowanego. Różnica nie jest duża, ale pozwala dokładniej dopasować przetwornik do czułości kolejnego urządzenia. Niska impedancja wyjściowa - odpowiednio 10 i 20 Ω - powinna zapewnić bezproblemową współpracę z większością wzmacniaczy, przedwzmacniaczy i monitorów aktywnych. Dopełnieniem wyposażenia są wejście i wyjście triggera, mechaniczny włącznik sieciowy oraz gniazdo IEC. Najważniejsze jest jednak to, czego na tylnej ściance nie ma. ND-1 nie został wyposażony w port sieciowy, antenę Wi-Fi ani wejście dla dysku. Samodzielnie nie współpracuje z aplikacją MA Remote, nie ma certyfikacji Roon Ready i nie obsługuje serwisów strumieniowych. Po połączeniu go z NT-1 odpowiednim przewodem można włączyć rozszerzone sterowanie i zarządzać wybranymi funkcjami DAC-a za pośrednictwem aplikacji obsługującej transport, ale nie zmienia to jego podstawowej natury. ND-1 pozostaje przetwornikiem, a nie streamerem, z którego dla oszczędności usunięto gniazdo sieciowe.
PORADNIK: Chi-Fi - rewolucja czy zagrożenie?
Dla użytkownika, który chce kupić jedno pudełko i natychmiast zalogować się do ulubionego serwisu, będzie to oczywista wada. Dla kogoś, kto ma już transport Auralica, Lumina, Aurendera, Matrixa NT-1, dobry transport CD albo dopracowany komputer audio, brak sekcji sieciowej może być zaletą. Nie płacimy za kolejne dublujące się funkcje, a wewnątrz obudowy nie pracuje wydajny procesor odpowiedzialny za indeksowanie biblioteki, pobieranie okładek i obsługę aplikacji. Oczywiście samo usunięcie streamera nie gwarantuje jeszcze lepszego dźwięku. Można zbudować słaby DAC bez sieci i znakomity odtwarzacz wielofunkcyjny. W tym przypadku widać jednak, że zwolnione miejsce i zaoszczędzony budżet wykorzystano rozsądnie. W codziennym użytkowaniu ND-1 okazuje się więc urządzeniem prostym, ale nie ubogim. Wybieramy wejście, wariant stopnia wyjściowego, ewentualnie ustawiamy poziom głośności i właściwie możemy zapomnieć o całej reszcie. Bardziej dociekliwi użytkownicy otrzymują asynchroniczną zmianę częstotliwości próbkowania, konwersję do DSD, ustawienia Sound Color, możliwość wykorzystania zewnętrznego zegara i konfigurowalne wejście IIS-LVDS.
Najważniejsza funkcja jest przy tym dostępna bez zagłębiania się w menu. Wystarczy nacisnąć jeden przycisk, aby zmienić tryb pracy analogowego stopnia wyjściowego. W trybie Transformer sygnał przechodzi przez transformatory wyjściowe firmy Lundahl Transformers, które mają odpowiadać za bardziej nasyconą strukturę harmoniczną i płynniejszą prezentację materiału muzycznego. Alternatywny tryb Op-Amp wykorzystuje klasyczny tor operacyjny, nastawiony na maksymalną szybkość narastania sygnału, precyzję transjentów i neutralność przekazu. Według producenta takie rozwiązanie pozwala traktować ND-1 jak dwa różne przetworniki w jednej obudowie. "Większość przetworników oferuje tylko jedną sygnaturę dźwiękową. ND-1 oferuje wybór. To tak, jakby mieć dwa najwyższej klasy urządzenia w jednej obudowie, przełączane jednym przyciskiem." - tłumaczy przedstawiciel Matrix Audio. To zdecydowanie najciekawsza funkcja opisywanego DAC-a z punktu widzenia kogoś, komu zależy przede wszystkim na dźwięku. Jak to działa w praktyce i czy w ogóle powinniśmy koncentrować się na tej funkcji, czy może raczej potraktować ją jako jeden z wielu dodatków, z których będziemy korzystać sporadycznie?


Brzmienie
Element I był jednym z tych urządzeń, których charakter można rozpoznać niemal natychmiast. Neutralna, namacalna średnica, czysta góra, wysoka przejrzystość, dobra mikrodynamika i naturalna spójność pozwalały szybko zapomnieć, że słuchamy relatywnie niedrogiego streamera z przetwornikiem i wzmacniaczem słuchawkowym. Brakowało mu trochę masy w zakresie niskich tonów i bardziej przekonującej, trójwymiarowej przestrzeni, ale już wtedy było wiadomo, że Matrix Audio znalazło własną drogę. Nie próbowało imponować wyczynową analizą, sztucznie poszerzoną sceną ani ociepleniem, które po kilkunastu minutach zaczyna przypominać kołdrę narzuconą na kolumny. Chińscy konstruktorzy starali się połączyć neutralność, przejrzystość i szybkość z gładkością, spójnością oraz muzykalnością. TS-1 poszedł w tym kierunku znacznie dalej. Zachował rzetelność i klarowność wcześniejszych modeli, ale dodał pełniejszy bas, lepszą przestrzeń, delikatne ocieplenie i ten trudny do zdefiniowania czynnik ludzki, dzięki któremu dźwięk był nie tylko poprawny, ale również przyjemny, naturalny i łatwy do zaakceptowania podczas długich odsłuchów.
ND-1 należy do tej samej rodziny, lecz gra lepiej praktycznie pod każdym względem. Nie chodzi o zmianę firmowej filozofii ani o całkowicie nowy sposób prezentacji. Testowany DAC rozwija zalety Elementa I i TS-1, eliminując ich ograniczenia oraz podnosząc poziom brzmienia w sposób, którego nie da się sprowadzić do jednego efektownego parametru. Dźwięk jest bardziej dojrzały, pełniejszy, swobodniejszy i wyraźnie bardziej wyrafinowany. Matrix zachował znakomitą równowagę między przejrzystością a muzykalnością, ale teraz nie mamy poczucia, że osiągnięto ją poprzez lekkie uspokojenie góry albo ocieplenie średnicy. ND-1 brzmi naturalnie dlatego, że każdy element prezentacji jest lepiej uporządkowany i dokładniej osadzony w większej całości. Dostajemy więcej informacji, mocniejszy bas, głębszą scenę i lepszą dynamikę, a mimo to dźwięk wydaje się spokojniejszy, bardziej płynny i mniej techniczny. To jedna z cech naprawdę dobrego sprzętu - wraz ze wzrostem rozdzielczości nie rośnie nerwowość przekazu, lecz jego swoboda.
Owa umiejętność łączenia pozornie sprzecznych elementów wydaje mi się tutaj najważniejsza. Tańsze urządzenia często próbują przyciągnąć uwagę jakąś łatwą do wychwycenia cechą. Jedne oferują mocny, efektowny bas, inne wyjątkowo jasną i szczegółową górę, jeszcze inne rozciągają scenę daleko poza kolumny. Pierwsze wrażenie bywa wtedy bardzo dobre, ale po dłuższym odsłuchu okazuje się, że dźwięk został zbudowany wokół jednego pomysłu, a reszta pasma musi się do niego dopasować. ND-1 niczego nie forsuje. Nie ma jednej sztuczki, którą można zaprezentować znajomym w ciągu trzydziestu sekund. Jego klasa ujawnia się stopniowo - w swobodzie, z jaką łączy rozdzielczość z gładkością, masę z szybkością, przejrzystość z nasyceniem i precyzję z oddechem. Im dłużej go słuchamy, tym wyraźniej dostrzegamy, że nie chodzi o imponujący zbiór cech, lecz o ich właściwe proporcje.
Równowaga tonalna została ustawiona wzorowo. ND-1 nie próbuje oszukiwać słuchacza podkręconym basem, wypchniętą średnicą ani rozświetloną górą. Całe pasmo pozostaje spójne, a poszczególne zakresy płynnie przechodzą jeden w drugi. W brzmieniu można doszukać się lekkiego przesunięcia w stronę ciepła i nasycenia, ale nie należy mylić go z typowym ociepleniem polegającym na pogrubieniu średnicy i wycofaniu wysokich tonów. Matrix nie brzmi ciemno, miękko ani romantycznie. Zachowuje klarowność, szybkość i szerokie pasmo, a jego muzykalność bierze się przede wszystkim z bogatej faktury, płynności i umiejętnego zespolenia wszystkich informacji. Detale nie pojawiają się jako osobna warstwa szelestów, kliknięć i oddechów, lecz pozostają częścią głównego przekazu - instrumentów, głosów i akustyki nagrania. Dzięki temu możemy skupić się na analizie, kiedy mamy na to ochotę, ale urządzenie samo nas do niej nie zmusza.
Średnica jest jednym z największych atutów ND-1. Neutralna, czysta i namacalna, przypomina to, co prezentowały wcześniejsze Matrixy, jednak tutaj zyskuje więcej wypełnienia, plastyczności i wewnętrznego zróżnicowania. Wokale nie są sztucznie wysuwane do przodu, ale mają odpowiednią obecność, wielkość i ciężar. Instrumenty akustyczne brzmią wiarygodnie, ponieważ DAC nie redukuje ich do konturów i najważniejszych składowych. Słychać nie tylko atak struny, membrany czy młoteczka, ale także rezonans pudła, wybrzmienie i delikatne zmiany barwy zachodzące między początkiem a końcem każdego dźwięku. ND-1 bardzo dobrze pokazuje, że nasycenie nie musi oznaczać zamglenia. Dostajemy pełne, organiczne brzmienie, ale w strukturze nagrania nadal można dostrzec mnóstwo drobnych informacji. Głosy mają ciało, lecz nie stają się przesadnie duże, fortepian zachowuje zarówno twardość mechanicznego uderzenia, jak i drewniany rezonans, a gitara elektryczna może być szorstka, brudna i agresywna, nie zamieniając się przy tym w płaski pas zniekształceń. W tej dziedzinie testowany przetwornik wyraźnie odróżnia się od tańszych DAC-ów, które oferują albo wyrazistość kosztem naturalności, albo przyjemną barwę okupioną spadkiem przejrzystości.
Wysokie tony są dobrze rozciągnięte, czyste i precyzyjne, ale podane z dużą kulturą. Matrix nie maskuje ostrości wpisanej w nagranie, jednak nie dodaje do niej własnej nerwowości. Blachy mają odpowiednią metaliczność i energię, a jednocześnie ich wybrzmienia nie kończą się w sposób sztuczny i gwałtowny. Najdrobniejsze informacje są obecne, lecz nie atakują słuchacza. Można powiedzieć, że góra została dokładnie wypolerowana, ale nie zaokrąglona. To ważna różnica. Wygładzenie kojarzy się zwykle ze stępieniem krawędzi i utratą mikrodynamiki, tymczasem ND-1 zachowuje szybkość narastania sygnału i pokazuje strukturę wysokich tonów bez wysiłku. Nawet w bardziej agresywnych nagraniach nie pojawia się cyfrowa ziarnistość ani nieprzyjemne rozwarstwienie między zasadniczą treścią muzyczną a detalami. Urządzenie nie próbuje udowadniać swojej klasy poprzez eksponowanie wszystkiego, co znajduje się na drugim i trzecim planie. Informacje są dostępne, ale pozostają na właściwych miejscach.
W moim odczuciu właśnie takie podejście do prezentacji detali jest jedną z najważniejszych różnic między źródłami dobrymi a wybitnymi. Bądźmy szczerzy - znalezienie DAC-a, który potrafi pokazać mnóstwo szczegółów i zaatakować słuchacza dynamiką, nie jest wielkim osiągnięciem. Takie atrakcje serwują nawet urządzenia za 3000-5000 zł, czego doskonałym przykładem jest FiiO S15. O ludzie kochani, jak ten streamer jedzie po bandzie! Tyle tylko, że znacznie powyżej tego poziomu trzeba pokazać więcej - i wcale nie mam tu na myśli "więcej tego samego", a raczej "więcej tego, czego w tańszych źródłach brakuje". ND-1 dokładnie to robi. Czy pozwoli nam usłyszeć więcej niż FiiO S15? Tak, szczególnie jeśli zaczniemy przyglądać się wydarzeniom rozgrywającym się w skali mikro, ale nawet nie tu kryje się jego siła. Tańsze źródła pokazują nam dużo, a te droższe wiedzą jeszcze, jak to wszystko uporządkować i zaserwować, abyśmy słyszeli muzykę, a nie potok chaotycznych dźwięków. Przywiązują większą wagę do takich kwestii jak barwa, spójność czy szeroko pojęta muzykalność. Dzięki temu nie wpadamy w typową dla wielu urządzeń pułapkę i po piętnastu minutach zachwytu nie mamy ochoty przerywać odsłuchu, a po kilku godzinach nie zaczynamy grzebać w ustawieniach lub szukać kabli, które złagodzą brzmienie całego naszego systemu.
Bas pokazuje, jak daleko Matrix Audio zaszło od czasów Elementa I. W tamtym modelu niski zakres był zwarty, szybki i rytmiczny, ale brakowało mu masy oraz najgłębszego zejścia. ND-1 nie tylko wypełnia tę lukę, lecz robi to bez utraty kontroli. Niskie tony są głębokie, sprężyste i odpowiednio ciężkie, ale nie dominują nad resztą pasma. Ich najważniejszą cechą jest połączenie masy z szybkością. Opisywany DAC potrafi zbudować potężną podstawę i pokazać najniższe pomruki, ale równie dobrze radzi sobie z krótkimi, rytmicznymi impulsami. Nie zostawia za sobą ogona, nie pompuje średniego basu i nie próbuje powiększać każdego instrumentu. Różnice między nagraniami pozostają czytelne. Tam, gdzie niskie tony są suche i punktowe, ND-1 ich nie doprawia. Gdy materiał zawiera głęboki, gęsty bas, urządzenie nie ogranicza jego skali. W porównaniu z TS-1 dół jest jeszcze lepiej różnicowany, swobodniejszy i bardziej wielowarstwowy. Nie chodzi wyłącznie o większą ilość energii. Bas ma tu fakturę, głębię i własną przestrzeń. Można łatwiej odróżnić uderzenie od późniejszego rezonansu, pracę membrany od akustyki pomieszczenia, a kontrabas od syntezatora nie tylko po barwie, lecz także po sposobie narastania i wygaszania dźwięku.
Matrix nie brzmi ciemno, miękko ani romantycznie. Zachowuje klarowność, szybkość i szerokie pasmo, a jego muzykalność bierze się przede wszystkim z bogatej faktury, płynności i umiejętnego zespolenia wszystkich informacji. Detale nie pojawiają się jako osobna warstwa szelestów, kliknięć i oddechów, lecz pozostają częścią głównego przekazu.Dynamika to właściwie powtórka z tego, co napisałem o rozdzielczości i charakterze wysokich tonów. ND-1 gra tak efektownie, jak przystało na tej klasy źródło, ale nie efekciarsko. Nie atakuje nas od pierwszych sekund przesadzonym kontrastem ani nie próbuje robić wrażenia za pomocą utwardzonego basu, który bezlitośnie kopie nas w brzuch. Jego siła ujawnia się w swobodzie, z jaką przechodzi od najcichszych fragmentów do pełnej skali. Muzyka rozwija się naturalnie, bez kompresji i poczucia, że urządzenie zbliża się do granic swoich możliwości. Duże skoki głośności mają odpowiednią energię, ale równie istotna jest mikrodynamika - delikatne zmiany nacisku, intonacji i artykulacji. Chiński przetwornik nie traktuje cichych dźwięków jako wypełniacza przestrzeni między ważniejszymi wydarzeniami. Każdy z nich zachowuje własną strukturę i znaczenie, dzięki czemu nagrania brzmią żywo również przy niewysokim poziomie głośności. Nie trzeba rozkręcać wzmacniacza, aby pojawiły się emocje, rytm i poczucie bezpośredniego kontaktu z muzyką. To kolejna oznaka wysokiej klasy opisywanego urządzenia. Sprzęt nastawiony na pierwsze wrażenie często zaczyna naprawdę grać dopiero wtedy, gdy w pokoju robi się głośno. ND-1 zachowuje pełnię i wewnętrzne napięcie także podczas wieczornego słuchania.
Jak można było się spodziewać po tak dopracowanym przetworniku, ND-1 pokazał także bardzo wciągającą przestrzeń. Po raz kolejny wyraźnie słychać tu postęp w poczynaniach chińskich inżynierów, jaki dokonał się na przestrzeni zaledwie kilku lat. Element I budował scenę poprawną, ale dość zwyczajną. TS-1 zrobił duży krok naprzód, pokazując wyraźne warstwy, precyzyjne źródła i większą swobodę w operowaniu przestrzenią. ND-1 rozwija tę koncepcję, dodając bardziej przekonującą głębię, namacalność i lepsze zróżnicowanie odległości. Pierwszy plan nie jest przyklejony do linii kolumn, a dalsze warstwy nie kończą się na umownej ścianie znajdującej się metr za nimi. Scena rozwija się swobodnie w trzech wymiarach, przy czym Matrix nie rozpycha jej sztucznie na boki. Rozmiar przestrzeni zależy od nagrania. W kameralnych realizacjach otrzymujemy bliski, intymny obraz, natomiast duże składy potrafią wyjść daleko poza bazę i zbudować przekonującą perspektywę w głąb. Źródła pozorne mają stabilne pozycje i właściwe rozmiary. Nie są mikroskopijnymi punktami, lecz trójwymiarowymi obiektami mającymi własną objętość. Między nimi pozostaje dużo powietrza, jednak całość nie rozpada się na oderwane od siebie elementy. To nie jest przestrzeń wykreślona linijką. Jest precyzyjna, ale jednocześnie naturalna i płynna.
Skoro najważniejsze aspekty prezentacji mamy omówione, pora zająć się dodatkami, w tym bodaj najbardziej interesującym elementem wyposażenia testowanego DAC-a, jakim jest możliwość zmiany trybu pracy analogowego stopnia wyjściowego. Chińczycy z jednej strony słusznie uznali, że opcja modyfikacji brzmienia w ten sposób będzie dla klientów kusząca, z drugiej zaś nie poszli na łatwiznę, oferując coś w rodzaju bufora lampowego albo sprowadzając całą tę korekcję do ustawienia filtra cyfrowego, co zwykle ma mocno ograniczony wpływ na ostateczny rezultat. Wybór między wzmacniaczami operacyjnymi a transformatorami brzmi dość egzotycznie, więc nie mogłem się tej zabawy doczekać. Jak to wyszło? Najkrócej można ująć to tak, że żaden z trybów nie zmienia sytuacji o sto osiemdziesiąt stopni, ponieważ w każdym z wariantów brzmienie wciąż ma tę samą bazę. 90% efektu to wspólna podstawa, a 10% - charakter wybranego trybu pracy wyjścia. Różnica między nimi jest jednak na tyle wyraźna, że wybór nie sprowadza się do kosmetycznego dostrojenia góry pasma.
W trybie Op-Amp ND-1 brzmi szybciej, bardziej precyzyjnie i bezpośrednio. Kontury są wyraźniejsze, transjenty mocniej zaznaczone, a źródła pozorne dokładniej skupione. Bas wydaje się zwartszy, wysokie tony bardziej otwarte, a cała prezentacja zyskuje nowoczesny, uporządkowany charakter. Nie oznacza to, że urządzenie staje się zimne lub techniczne. Nadal zachowuje firmową gładkość, spójność i lekkie nasycenie, ale przesuwa akcent w stronę dynamiki, kontroli oraz przejrzystości. Ten wariant szczególnie dobrze sprawdzi się w systemach o ciepłym, miękkim charakterze oraz wszędzie tam, gdzie zależy nam na rytmie, szybkości i precyzji. Po włączeniu transformatorów Lundahla atak delikatnie łagodnieje, kontury tracą odrobinę ostrości, a średnica i bas zyskują więcej ciała. Wybrzmienia rozwijają się swobodniej, faktury stają się bogatsze, a źródła pozorne nieco większe i bardziej plastyczne. Przestrzeń nie musi być szersza, lecz wydaje się głębsza i bardziej naturalna, ponieważ dźwięki nie są tak mocno przywiązane do konkretnych współrzędnych. Między nimi pojawia się organiczna ciągłość przypominająca sposób, w jaki instrumenty współistnieją w realnym pomieszczeniu. Tryb Transformer wnosi więcej spokoju, miękkości i nasycenia, ale nie zamienia ND-1 w lampowy, romantyczny DAC. Rozdzielczość pozostaje wysoka, bas nie traci kontroli, a góra nie zostaje schowana. Zmienia się przede wszystkim faktura i sposób przekazywania energii. Dźwięk nie staje się wolniejszy w dosłownym znaczeniu. Po prostu nie podkreśla tak mocno chwili ataku, poświęcając więcej uwagi temu, co dzieje się później - wypełnieniu.
Producent sugeruje, że dzięki temu gadżetowi otrzymujemy dwa przetworniki w jednej obudowie. Jest to marketingowa przesada, ale tylko niewielka. Podstawowy charakter urządzenia pozostaje rozpoznawalny, jednak oba warianty różnią się znacznie bardziej niż typowe filtry cyfrowe. Nie mamy poczucia, że przesunięto jeden suwak o pół decybela albo nieznacznie zmieniono sposób wygaszania najwyższych częstotliwości. Transformatory wpływają na plastykę, przestrzeń, kontury i nasycenie całego pasma. Co ważne, nie da się wskazać trybu obiektywnie lepszego. Op-Amp jest bardziej neutralny w klasycznym, technicznym znaczeniu tego słowa, szybszy i dokładniejszy. Transformer pozwala jednak wykorzystać cały potencjał ND-1 w dziedzinie muzykalności, barwy i trójwymiarowości. Gdybym miał wybrać jedno ustawienie i już nigdy go nie zmieniać, pozostawiłbym w torze transformatory. Nie dlatego, że układ operacyjny ma wyraźne wady, lecz dlatego, że właśnie z Lundahlami Matrix pokazuje coś naprawdę szczególnego. Dobrych, precyzyjnych DAC-ów jest dziś bardzo dużo. Urządzeń potrafiących połączyć podobną ilość informacji z naturalnością, nasyceniem i spokojem - znacznie mniej. Nie znaczy to jednak, że po kilku odsłuchach przycisk wyboru stopnia wyjściowego staje się zbędny. W systemie wymagającym dodatkowej energii, konturu i przejrzystości tryb operacyjny może okazać się trafniejszy. Przyda się również wtedy, gdy pozostałe elementy toru już mocno zaokrąglają transjenty lub dodają własnego ciepła. ND-1 nie zmusza nas do wyboru raz na zawsze. Możemy potraktować oba ustawienia jak dwie równorzędne możliwości dopasowania źródła do nagrania, systemu albo zwyczajnie do nastroju.
Jeżeli lubicie bawić się sprzętem i wyciskać z niego wszystko, co najlepsze, uprzejmie donoszę, że na ostateczny rezultat wpływają również funkcje Sound Color i ASRC. Ich znaczenie jest jednak mniejsze. Ustawienia barwy nie zmieniają podstawowej równowagi tonalnej ani nie zamieniają ND-1 w zupełnie inne urządzenie. Służą raczej do delikatnego dostrojenia faktury i temperatury dźwięku. Podobnie działa sprzętowy układ asynchronicznej zmiany częstotliwości próbkowania. Możemy pozostawić sygnał w postaci natywnej, zastosować nadpróbkowanie PCM albo konwersję do DSD. Różnice zależą od materiału i źródła, ale zwykle dotyczą bardziej gładkości, gęstości oraz uporządkowania przestrzeni niż równowagi tonalnej. W przeciwieństwie do wyboru Transformer/Op-Amp nie są to funkcje, wokół których należałoby budować cały opis brzmienia. Traktowałbym je jako narzędzia do końcowego dostrojenia systemu. Najpierw warto wybrać odpowiadający nam stopień wyjściowy, a dopiero później eksperymentować z obróbką cyfrową. Inaczej łatwo ugrzęznąć w niekończącym się przełączaniu ustawień i zapomnieć, że głównym celem miało być słuchanie muzyki.
Minusy? Hmm, naprawdę trudno mi się tu do czegokolwiek przyczepić. Matrix Audio daje nam uniwersalne, dopracowane źródło, w którym dodatkowo można to i owo podkręcić wedle własnego uznania. Nieznacznie, bo przecież nie jest to sprzęt dla osób, które za nic mają pojęcie wysokiej wierności, a tuż po pierwszym uruchomieniu ustawiają korektor graficzny w "V-kę", ale każdy dodatek w stylu dwóch trybów pracy wyjścia analogowego czy filtra cyfrowego to po pierwsze fajna zabawka dla audiofila, a po drugie użyteczne narzędzie, dzięki któremu w razie chęci "odbicia" ze strojeniem systemu w którąś stronę nie będziemy szukali droższych kabli albo nowych kolumn. Mówcie, co chcecie, ale im jestem starszy, tym częściej sięgam po tego typu ulepszenia i przełączniki. Ot, wzmacniacz lampowy, w którym możemy ustawić tryb triodowy lub pentodowy - z tego drugiego korzystam częściej, ale kiedy chcę się zrelaksować, posłuchać muzyki tylko dla przyjemności, niemal odruchowo przełączam ten hebelek na "Triode". Czy to oznacza, że opisywany DAC będzie pasował do każdego systemu? Oczywiście nie, ale powinien sprawdzić się wszędzie tam, gdzie potrzebne jest rzetelne, neutralne, dobrze zrównoważone źródło.
Największą zaletą ND-1 nie jest jednak ani bas, ani przestrzeń, ani możliwość przełączania trybu pracy wyjścia. Jest nią dojrzałość całego przekazu. Testowany DAC nie ma jednej efektownej cechy, którą można wychwycić w pięć sekund. Jego klasa ujawnia się podczas dłuższego słuchania, kiedy okazuje się, że muzyka nie męczy, a jednocześnie za każdym razem można odkryć w niej coś nowego. Brzmienie jest szczegółowe, ale nie suche. Gładkie, ale nie zamazane. Nasycone, ale nie ciężkie. Dynamiczne, ale nie agresywne. Matrix znalazł równowagę, do której zmierzał od dawna. ND-1 doprowadził koncepcję chińskich inżynierów do poziomu, na którym nie musimy już dodawać zastrzeżeń dotyczących basu, przestrzeni czy muzykalności. Nie gra inaczej niż wcześniejsze Matrixy. Gra podobnie, ale lepiej - swobodniej, bardziej naturalnie i z większym poczuciem, że wszystkie decyzje konstruktorów prowadziły do jasno określonego celu.

Budowa i parametry
Matrix Audio ND-1 to przetwornik cyfrowo-analogowy z kilkoma dodatkowymi funkcjami. Sercem urządzenia jest układ określany przez Matrix Audio jako architektura "1+2". Jeden modulator delta-sigma AKM AK4191EQ współpracuje z dwoma przetwornikami AK4499EX, po jednym dla każdego kanału. Rozdzielenie sekcji cyfrowego filtrowania i modulacji od właściwej konwersji cyfrowo-analogowej jest jednym z najważniejszych elementów koncepcji Velvet Sound Verita. W typowym układzie DAC wszystkie te bloki znajdują się w jednej obudowie scalonej, tymczasem AKM przeniosło filtr cyfrowy, nadpróbkowanie i modulator do AK4191EQ, pozostawiając AK4499EX zadanie przekształcania przygotowanego strumienia na sygnał analogowy. Konstruktor zyskuje dzięki temu większą swobodę w zakresie zasilania, izolacji i rozmieszczenia poszczególnych bloków, a część intensywnie pracująca w dziedzinie cyfrowej może zostać fizycznie odsunięta od wrażliwego toru analogowego.
Zastosowanie dwóch kości AK4499EX pozwoliło przydzielić każdy układ jednemu kanałowi, poprawiając symetrię i separację. Nie jest to jednak dokładnie ta sama architektura, którą znajdziemy we flagowym MS-1. Tam każdy kanał dysponuje własnym kompletem AK4191 i AK4499EX, natomiast ND-1 korzysta z jednego wspólnego modulatora i dwóch przetworników. Nowy DAC czerpie więc z rozwiązań droższego modelu, ale nie jest jego sekcją konwersji zamkniętą w mniejszej obudowie. Podobnie należy traktować układ zegarowy. Matrix zastosował zegar femtosekundowy oraz syntezę DPLL wywodzącą się z MS-1, nie publikuje jednak dla ND-1 wszystkich parametrów podawanych przy okazji flagowca. Najważniejsza z praktycznego punktu widzenia jest możliwość przełączenia urządzenia na zewnętrzną referencję 10 MHz.
Wszystkie wejścia cyfrowe mają być elektrycznie odseparowane od masy urządzenia, co powinno ograniczać zakłócenia wspólne i powstawanie pętli masy. Może to mieć szczególne znaczenie w przypadku komputerów, rozbudowanych systemów sieciowych i źródeł z zasilaczami impulsowymi. Sygnały z wejść mogą być przetwarzane przez sprzętowy układ ASRC, pozwalający na asynchroniczną zmianę częstotliwości próbkowania PCM oraz konwersję materiału do DSD. Producent przedstawia to rozwiązanie jako sposób na ograniczenie wpływu niestabilności czasowej źródła i zwiększenie gęstości prezentacji. Trzeba jednak pamiętać, że żadne nadpróbkowanie nie odzyskuje informacji nieobecnych w nagraniu. Zmienia sposób dalszego przetwarzania sygnału i może wpływać na charakter brzmienia, ale nie zwiększa rzeczywistej rozdzielczości materiału źródłowego. Mimo to w praktyce, czyli w odsłuchu, jak najbardziej ma sens. Przez wejścia AES/EBU, koaksjalne i optyczne ND-1 przyjmuje sygnały PCM do 24 bitów i 192 kHz oraz DSD64 przesyłane w postaci DoP. Wejścia USB-B i USB-C obsługują PCM do 24 bitów i 768 kHz, DSD256 przez DoP oraz natywne DSD512.
Najbardziej oryginalna część konstrukcji znajduje się za układami przetworników. Użytkownik może wybrać klasyczny stopień operacyjny albo tor wykorzystujący transformatory wyjściowe Lundahla. Nie jest to filtr ani programowa symulacja. Sygnał rzeczywiście przechodzi przez inny tor analogowy, co potwierdzają parametry. W trybie Op-Amp zniekształcenia THD+N mają być niższe niż 0,0002%, natomiast po włączeniu transformatorów rosną do 0,02%. Stosunek sygnału do szumu pozostaje na poziomie ponad 127 dB dla XLR i ponad 121 dB dla RCA, ale nieznacznie zmieniają się pasmo i separacja kanałów. Wzrost zniekształceń o dwa rzędy wielkości może wyglądać niepokojąco, lecz 0,02% nadal jest wartością niską. Co więcej, w tym przypadku nie mamy do czynienia z przypadkową niedoskonałością, lecz świadomym wykorzystaniem właściwości transformatorów do zmiany struktury harmonicznej i sposobu przekazywania sygnału. Nie należy przy tym automatycznie zakładać, że transformatory dodają wyłącznie przyjemne harmoniczne parzyste. Producent nie opublikował pełnego widma pokazującego ich proporcje. Wiemy natomiast, że zmiana jest rzeczywista, mierzalna i zgodna z tym, co słychać.
Sekcje cyfrowa i analogowa zostały rozdzielone na dwóch płytkach ułożonych piętrowo. Zasilanie zapewnia liniowy układ oparty na wielouzwojeniowym transformatorze toroidalnym i licznych stabilizatorach LDO. Warto przy okazji sprostować informację pojawiającą się w niektórych zagranicznych materiałach. Lundahle pracują w analogowym stopniu wyjściowym, natomiast w zasilaniu zastosowano klasyczny toroid. Maksymalny pobór mocy nie przekracza 50 W, a w trybie czuwania urządzenie zużywa mniej niż 3 W. Jeżeli chcemy całkowicie odłączyć je od sieci, należy skorzystać z mechanicznego wyłącznika umieszczonego na tylnej ściance. ND-1 może pracować ze stałym albo regulowanym poziomem wyjściowym. Maksymalne napięcie wynosi 2,25 V na gniazdach RCA i 4,5 V na wyjściu XLR, a użytkownik może również wybrać bardziej standardowe wartości 2 i 4 V. Impedancja wyjściowa to 10 Ω dla połączenia niezbalansowanego i 20 Ω dla zbalansowanego. Producent podaje pasmo przenoszenia 20 Hz - 20 kHz z tolerancją ±0,3 dB, przy czym punkt -3 dB wypada przy 90 kHz w trybie z op-ampami na wyjściu i 85 kHz w trybie transformatorowym. Urządzenie ma wymiary 330 x 267 x 97 mm i waży dokładnie 5,6 kg.
Werdykt
Matrix Audio ND-1 jest urządzeniem trochę przewrotnym. Powstał w czasach, w których producenci prześcigają się w dodawaniu kolejnych funkcji, a mimo to nie ma odtwarzacza sieciowego, wzmacniacza słuchawkowego, wejść analogowych, gniazda HDMI ani rozbudowanej aplikacji. Kosztuje przy tym więcej niż TS-1 - jeden z najbardziej wszechstronnych cyfrowych kombajnów, jakie można dziś kupić. Dla użytkownika szukającego pierwszego poważnego źródła albo jednego pudełka obsługującego cały system ND-1 prawdopodobnie nie będzie najlepszym rozwiązaniem, ponieważ trzeba do niego dołożyć transport lub komputer, a jeśli chcemy słuchać na nausznikach - również osobny wzmacniacz. Nawet regulacja głośności, choć praktyczna, pozostaje cyfrowa i nie zastąpi w każdym systemie dobrego analogowego przedwzmacniacza.
Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy mamy już dopracowane źródło cyfrowe i szukamy wyspecjalizowanego DAC-a. Wówczas brak funkcji sieciowych przestaje być ograniczeniem, a zaczyna stanowić część przemyślanej koncepcji. ND-1 nie musi wykonywać jednocześnie wielu zadań, utrzymywać połączenia z serwisami muzycznymi ani obsługiwać rozbudowanego interfejsu. Całą uwagę poświęcono konwersji, zasilaniu, zegarom i analogowemu stopniowi wyjściowemu. Rezultat słychać natychmiast. Testowany przetwornik zachowuje najlepsze cechy wcześniejszych urządzeń Matrix Audio - neutralność, przejrzystość, spójność, gładkość i muzykalność - ale prezentuje je na wyraźnie wyższym poziomie. Gra pełniej niż Element I, przestrzenniej i swobodniej niż TS-1, a przede wszystkim dojrzalej. Nie usłyszymy tu jednej sztuczki odpowiedzialnej za dobre pierwsze wrażenie. Zamiast tego dominuje poczucie, że producent poświęcił tyle samo uwagi każdemu aspektowi prezentacji. W efekcie otrzymujemy uniwersalne, rzetelne, dopracowane źródło, które nie musi niczego udowadniać, stawiać wszystkiego na jedną kartę ani grać agresywnie tylko po to, aby zrobić wrażenie na każdym słuchaczu.
Na tym historia mogłaby się zakończyć. Mając na uwadze jakość wykonania tego urządzenia, klienci byliby usatysfakcjonowani. Ale chińscy projektanci poszli o krok dalej, dając nam kilka bardzo ciekawych gadżetów. Przełączany stopień wyjściowy oferuje dwa wyraźnie różne sposoby prezentowania tej samej muzyki. Pierwszy (Op-Amp) stawia na szybkość, precyzję i kontrolę, drugi (Transformer) na plastykę, nasycenie i naturalność wybrzmień. Nie otrzymujemy dwóch całkowicie niezależnych DAC-ów, ale różnica jest większa niż w przypadku większości filtrów cyfrowych i na tyle użyteczna, że może ułatwić dopasowanie urządzenia do systemu. Co najważniejsze, oba tryby stoją na wysokim poziomie. Nie ma tu ustawienia właściwego i awaryjnego. Jest wybór między dwiema równorzędnymi odmianami bardzo dobrego brzmienia. Zaawansowany upsampling i funkcja Sound Color też dodają do tej mieszanki swoje trzy grosze. W rezultacie otrzymujemy naprawdę spory wachlarz opcji, dzięki którym bardzo dobry DAC może stać się wybitny. Nie dlatego, że jego brzmienie staje się obiektywnie lepsze (choć w niektórych obszarach trudno z tym dyskutować), ale dlatego, że sami możemy dopasować je do konkretnego systemu oraz własnych preferencji. Matrix Audio nie próbuje udowodnić, że doskonałość polega wyłącznie na wyzerowaniu wszystkich zniekształceń. Daje użytkownikowi możliwość wyboru między bardziej bezpośrednim, dokładnym przekazem a dźwiękiem bogatszym, głębszym i bardziej organicznym. I to na kilku poziomach.
Niniejszy test pokazuje jeszcze coś innego. Matrix Audio nie jest już firmą, która za uczciwe pieniądze zaoferuje nam kilka ładnych, nowoczesnych przetworników, które możemy postawić na biurku, obok komputera i stojaka na słuchawki. A przynajmniej nie tylko. Od pewnego czasu ambicje chińskiej manufaktury sięgają znacznie wyżej, czego ND-1 jest doskonałym dowodem. To nie jest źródło dla początkujących melomanów, ale sprzęt dla doświadczonych, wymagających audiofilów, którzy na pewno będą wiedzieli, jak wycisnąć z niego maksimum możliwości. Dla części z nich kuszący będzie nie tylko opisywany przetwornik, ale także perspektywa rozbudowy systemu o pozostałe komponenty należące do serii N. NT-1, ND-1 i NA-1 ustawione na stoliku Tempo DX wyglądają imponująco, tworzą logiczną całość i pozwalają rozwijać zestaw etapami. Można zacząć od samego DAC-a, później dodać transport, wzmacniacz słuchawkowy, a na końcu - jeśli potrzeba perfekcjonizmu okaże się silniejsza niż finansowy instynkt samozachowawczy - zewnętrzny zegar SC-1. Nie jest to najkrótsza ani najtańsza droga do słuchania muzyki, ale z pewnością ma więcej uroku niż kolejny czarny klocek wykonujący wszystkie zadania naraz. Co najważniejsze, Matrix Audio nie próbuje dogonić uznanych producentów cyfrowych źródeł poprzez oferowanie podobnych rozwiązań za mniejsze pieniądze. Chińczycy wypracowali własny styl, a ND-1 jest bodaj najlepszym przykładem tego, dokąd ich ta droga doprowadziła.

Dane techniczne
Układy konwersji: 1 x AKM AK4191EQ, 2 x AKM AK4499EX
Wejścia cyfrowe: AES/EBU, koaksjalne, optyczne, USB-B, USB-C, IIS-LVDS
Wejście zegara: BNC, 10 MHz, 50 Ω
Wyjścia analogowe: RCA, XLR
Stopień wyjściowy: Op-Amp/Transformer
Maksymalna jakość sygnału: PCM 24 bit/768 kHz, DSD512
Poziom wyjściowy: 2/2,25 V RMS (RCA), 4/4,5 V RMS (XLR)
Impedancja wyjściowa: 10 Ω (RCA), 20 Ω (XLR)
Stosunek sygnał/szum: >121 dB (RCA), >127 dB (XLR)
Zniekształcenia: <0,0002% (Op-Amp), <0,02% (Transformer)
Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz (±0,3 dB)
Maksymalny pobór mocy: <50 W
Wymiary (W/S/G): 9,7/33/26,7 cm
Masa: 5,6 kg
Cena: 12 990 zł
Konfiguracja
Audiovector QR5, Equilibrium Nano, Pylon Audio Jade 10, Unison Research Triode 25, Octavio AMP, Hegel H20, Auralic Aries G1, Silent Angel M1T, Auralic Vega G1, Marantz HD-DAC1, Clearaudio Concept, Cambridge Audio CP2, Cardas Clear Reflection, Tellurium Q Ultra Silver II, Tellurium Q Ultra Blue II, Van den Hul CS-122 Hybrid, Albedo Geo, KBL Sound Red Corona, Enerr One 6S DCB, Enerr Tablette 6S, Enerr Transcenda Ultimate, Fidata HFU2, Melodika Purple Rain, Final Audio Design A8000, Sennheiser HD 600, Beyerdynamic DT 990 PRO, Beyerdynamic DT 770 PRO, Meze 99 Classics, Bowers & Wilkins PX5, Pro-Ject Wallmount It 1, Custom Design RS 202, Silent Angel N8, Vicoustic VicWallpaper VMT, Vicoustic ViCloud VMT.
Równowaga tonalna![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Dynamika![]()
Rozdzielczość![]()
Barwa dźwięku![]()
Szybkość![]()
Spójność![]()
Muzykalność![]()
Szerokość sceny stereo![]()
Głębia sceny stereo
Jakość wykonania![]()
Funkcjonalność![]()
Cena![]()
Nagroda


















Komentarze