Audiolab D9
- Kategoria: Przetworniki i streamery
- Tomasz Karasiński

Audiolab jest i dla wielu miłośników sprzętu stereo chyba już zawsze będzie specjalistą od wzmacniaczy. Jest to zrozumiałe nie tylko przez wzgląd na historię marki, ale także jej dzisiejszy katalog, w którym pierwszoplanową rolę grają integry, wzmacniacze sieciowe, przedwzmacniacze i końcówki mocy. Sęk w tym, że brytyjska marka raz po raz poszerzała swoją ofertę, proponując nam na przykład odtwarzacze płyt kompaktowych, kieszonkowe przetworniki lub wysokiej klasy streamery. Jak to bywa z eksperymentami, jedne okazały się udane, inne dość szybko zakończono. Gdybyśmy jednak mieli wskazać dziedzinę, w której Audiolabowi naprawdę się powiodło i która udowodniła, że firma może poradzić sobie w innym segmencie, a nawet stanąć na czele peletonu, byłyby to przetworniki. W ostatnich latach coś ewidentnie przycichło. Audiolab dostarczał nam kolejne wzmacniacze, pokazał serie 7000 i 9000, wprowadził pierwszy pełnowymiarowy odtwarzacz strumieniowy, a DAC-ów nadal nie było. W ubiegłym roku, kiedy już część fanów marki przestała się łudzić, że ten moment kiedykolwiek nastąpi, firma zaprezentowała dwa nowe modele - D7 i D9. Zdjęcia, parametry, wyposażenie, specyfikacje, a nawet ceny - wszystko się zgadzało. Było dokładnie tak, jak moglibyśmy sobie wymarzyć. Dwa nowoczesne urządzenia zostały zaprojektowane zarówno z myślą o użytkownikach desktopowych, jak i miłośnikach klasycznych systemów hi-fi, a jednocześnie przejmują rolę duchowych spadkobierców niezwykle uznanej serii M-DAC, która zdobyła serca audiofilów na całym świecie. Czy brytyjska manufaktura faktycznie dała nam to, czego od dawna brakowało w jej katalogu? Czy D7 i D9 wytrzymają starcie z innymi przetwornikami, których w tym przedziale cenowym nie brakuje? Postanowiłem to sprawdzić, biorąc do testu droższy model - D9.
Na papierze Audiolab D9 prezentuje się oczywiście bardzo poważnie - topowy chip ESS Technology ES9038PRO, zbalansowana konfiguracja z czterema kanałami na stronę, liniowy zasilacz z transformatorem toroidalnym, wejście AES/EBU, Bluetooth z LDAC, odtwarzanie z pamięci USB, regulowany poziom wyjściowy, dekodowanie MQA, obsługa sygnałów PCM do 32 bitów i 768 kHz, DSD512, wyjścia RCA i XLR, a do tego jeszcze wzmacniacz słuchawkowy i parę innych gadżetów. Można by więc napisać, że jest to jeden z najbardziej kompletnych DAC-ów w swoim segmencie cenowym, postawić kropkę i przejść do porównania z konkurencją. Tyle że w przypadku Audiolaba byłoby to potworne spłaszczenie tematu. D9 nie jest bowiem tylko kolejnym przetwornikiem zbudowanym wokół popularnego, choć bardzo zaawansowanego układu ESS-a. To urządzenie, które w katalogu tej marki ma przywrócić coś, z czym Audiolab przez długie lata był mocno kojarzony - specjalistyczny, samodzielny DAC pomyślany nie jako dodatek do systemu, lecz jego centralny element - DAC integrujący sygnał z różnych źródeł cyfrowych, a być może nawet samodzielny biurkowy system hi-fi, do którego możemy podłączyć wysokiej klasy słuchawki lub monitory aktywne.
Aby w pełni zrozumieć ten produkt, trzeba nakreślić pewien kontekst. Audiolab nie jest firmą, która wskoczyła na rynek przetworników wczoraj, zachęcona modą na streamery i hi-resy. Historia marki zaczyna się w 1983 roku, kiedy Philip Swift i Derek Scotland stworzyli wzmacniacz 8000A - jeden z tych produktów, które nie musiały wyglądać jak dzieło sztuki, aby zyskać status klasyka. Audiolab od początku był marką racjonalną, techniczną, trochę inżynierską w tym najlepszym, brytyjskim rozumieniu tego słowa. Nie obiecywał magii. Obiecywał porządek, funkcjonalność, solidność i dobrą relację jakości do ceny. Późniejsza historia firmy, z epizodem TAG McLaren Audio i powrotem pod skrzydłami International Audio Group, może być odczytywana jako okres dziwnych zawirowań, ale tak naprawdę tylko wzmocniła tę specyfikę. Audiolab nigdy nie stał się producentem dziwacznych wynalazków i audiofilskich kapliczek do kontemplacji. Pozostał marką od urządzeń, których się używa, które mają sens i które nie próbują być mądrzejsze od muzyki ani od użytkownika.
W przypadku D9 cień historii jest jednak jeszcze bardziej konkretny, bo trudno nie przywołać kultowego w niektórych kręgach M-DAC-a. Zaprojektowany przez Johna Westlake'a przetwornik z 2011 roku stał się dla Audiolaba czymś więcej niż udanym produktem. Był jednym z tych komponentów, które uporządkowały oczekiwania całej grupy użytkowników. M-DAC był rozsądnie wyceniony, funkcjonalny, elastyczny i na tyle poważny, że można go było wstawić do ambitnego systemu. Późniejszy M-DAC+ rozwinął tę koncepcję, ale mniej więcej w momencie jego premiery firma zaczęła odpuszczać ten segment. Wystarczyło utrzymywać pozycję, ulepszać istniejące modele i wspinać się wyżej, prezentując kolejne, coraz lepsze i droższe przetworniki. Tak się jednak nie stało. Ostatni samodzielny DAC Audiolaba - M-DAC Mini - został zaprezentowany w 2017 roku. Potem nastała długa cisza. Trudno to zrozumieć. W czasach, w których rzadko który system może funkcjonować bez dobrego przetwornika, a wielu producentów walczy o to, by jakoś zaistnieć na tym rynku i odciąć swój kawałek cyfrowego tortu, brytyjska firma, mając już na koncie ogromny sukces w postaci M-DAC-a i kolejnych modeli, tak po prostu machnęła na ten segment ręką. Zupełnie jakby ktoś doszedł do wniosku, że eksperyment się powiódł, teoria została udowodniona i nie ma co dłużej drążyć tematu, bo tylko się człowiek znudzi. Gdyby nie ta decyzja, historia sporego obszaru rynku hi-fi mogłaby potoczyć się inaczej. Gdyby Audiolab cisnął temat z przetwornikami, a następnie dołożył do nich funkcje sieciowe, bardzo możliwe, że o wiele trudniej byłoby się wybić takim markom jak FiiO, Topping, Eversolo, WiiM, iFi Audio czy Denafrips, bo klienci domyślnie wybieraliby M-DAC-a MK5, M-DAC-a Mini R2R albo M-Streama Pro.
D7 i D9 są więc nie tyle kolejnymi nowościami, ile powrotem do tematu, z którym marka ewidentnie miała historyczny dług do spłacenia. I o ile D7 (2499 zł) jest modelem wejściowym do tej nowej linii, D9 (5499 zł) pełni rolę konstrukcji flagowej, nawiązującej funkcjonalnie i estetycznie do platformy 9000, choć formalnie nie jest klasycznym pełnowymiarowym komponentem z tej serii. Najciekawsze jest to, że D9 nie próbuje wskrzesić M-DAC-a w sposób nostalgiczny. To nie jest remake kultowego urządzenia, tylko jego współczesna interpretacja. Rynek, na który trafia, jest zupełnie inny niż ten sprzed kilkunastu lat. W czasach pierwszego M-DAC-a użytkownik przetwornika najczęściej miał transport CD, komputer albo odtwarzacz plików. Dziś DAC musi ogarnąć świat streamerów, laptopów, telewizorów, słuchawek, aktywnych kolumn, końcówek mocy i domowych systemów, w których klasyczny podział na źródło, przedwzmacniacz i wzmacniacz coraz częściej przestaje być oczywisty. Dlatego D9 nie jest purystycznym pudełkiem z jednym wejściem USB i jedną parą wyjść RCA. Jest raczej hubem cyfrowym, przetwornikiem, przedwzmacniaczem i sensownym wzmacniaczem słuchawkowym w jednej obudowie. Nie udaje streamera, bo nie ma łączności sieciowej ani aplikacji do obsługi serwisów muzycznych, ale robi bardzo wiele, aby w realnym systemie można było zrezygnować z kilku pośrednich klocków, konwerterów w postaci maleńkiej płytki montowanej we wzmacniaczu i innych prowizorek. Sprawdźmy zatem, czy "dziewiątka" to coś więcej niż biurkowy gadżet w ładnej obudowie i czy Audiolab nadal umie robić przetworniki, które niczym nie ustępują jego wzmacniaczom.

Wygląd i funkcjonalność
Pierwsza decyzja projektantów objawia się już w samych wymiarach opisywanego przetwornika. D9 nie jest pełnowymiarowym komponentem o szerokości 43 cm, ale nie jest też urządzeniem kieszonkowym czy biurkowym - pudełkiem, które można przesunąć po blacie jednym palcem. Przy wymiarach 8,8 x 31,5 x 27,7 cm i masie 4,2 kg sprawia wrażenie urządzenia kompaktowego, zwartego, lecz jak najbardziej stacjonarnego. To ważne, bo wiele dzisiejszych przetworników w podobnej cenie przyjmuje formę bardzo nowoczesnych, czasami wręcz komputerowych akcesoriów, w których minimalizm wynika nie tyle z elegancji, ile z ograniczeń konstrukcyjnych. Audiolab poszedł inną drogą. Aluminiowa obudowa jest na tyle poważna, żeby D9 mógł stanąć obok wzmacniacza zintegrowanego, transportu lub streamera i nie sprawiać wrażenia, że jest tylko chwilowym gościem w naszym systemie - sprzętem, który ma pełnić swoją funkcję tylko przez dwa, może trzy lata, kiedy to pojawi się coś nowszego, lepszego, zbudowanego w oparciu o bardziej zaawansowane kości. Jednocześnie D9 może stać się centralnym elementem systemu biurkowego, co pokazują udostępnione przez producenta zdjęcia. Mamy zatem DAC-a, który powinien świetnie wpasować się zarówno w zestaw stereo pracujący w salonie, jak i konfigurację desktopową, ale z gatunku tych poważniejszych - nie gamingowych, lecz stricte audiofilskich. To dobry kompromis, zwłaszcza dla osób budujących system wokół końcówki mocy, aktywnych monitorów albo wzmacniacza ustawionego w komodzie pod telewizorem, gdzie każdy dodatkowy centymetr ma znaczenie.
TEST: Audiolab 9000N
Stylistycznie D9 jest typowym Audiolabem, co odbieram jednoznacznie pozytywnie. Co by nie mówić, brytyjska firma wypracowała sobie własny język stylistyczny. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale w ciekawy sposób nawiązuje do historii marki, łącząc w sobie minimalizm, solidność, wysokiej klasy materiały i odrobinę surowego, garażowego dizajnu. Nie ma tu żadnych drewnianych ornamentów, wymyślnych frezów, złotych akcentów ani prób udawania sprzętu dwa razy droższego. Front jest elegancki, logicznie rozplanowany i podporządkowany wygodnej obsłudze urządzenia. Najważniejszym elementem jest 2,8-calowy kolorowy wyświetlacz IPS o rozdzielczości 480 x 640 pikseli. W czasach, gdy nawet niedrogie urządzenia z Chin potrafią mieć duże, kolorowe ekrany z animowanymi wskaźnikami, sama obecność wyświetlacza nie robi już wielkiego wrażenia, ale Audiolab wykorzystał go w sposób sensowny. Podział frontu na ekran i aluminiową płytę z pokrętłami doskonale wpisuje się w stylistykę klocków z serii 9000, więc D9 postawiony obok wzmacniacza 9000A lub transportu 9000CDT będzie wyglądał jak jego przedłużenie. Wyświetlacz może oczywiście pełnić różne funkcje. Do wyboru mamy różne tryby prezentacji, w tym cyfrowe i analogowe wskaźniki VU, klasyczny widok z informacjami o wejściu i parametrach sygnału, logo lub całkowite wygaszenie. Przy takiej liczbie wejść, filtrów i trybów pracy czytelna informacja o trybie pracy urządzenia ma realne znaczenie, szczególnie gdy D9 pracuje jako centrum systemu, a nie tylko DAC podłączony zawsze tylko do jednego źródła cyfrowego.
Menu jest rozbudowane znacznie bardziej, niż sugerowałby spokojny wygląd urządzenia. Instrukcja opisuje trzynaście stron ustawień, obejmujących między innymi filtry cyfrowe, upsampling, DPLL, balans, jasność i czas wygaszania wyświetlacza, animacje, sterowanie triggerem, tryb wyjścia, limit głośności po włączeniu i konfigurację MQA. To dużo, ale na szczęście nie ma się wrażenia, że ktoś ukrył podstawowe funkcje pod grubą warstwą tych niepotrzebnych i rzadko używanych. Obsługa D9 jest intuicyjna, ale z uwagi na mnogość dostępnych funkcji wymaga pewnego przyzwyczajenia. To nie jest urządzenie, które wyciągamy z pudełka, podłączamy i przez następne pięć lat nie zaglądamy do instrukcji. Można oczywiście używać go w najprostszym trybie, ale byłoby to marnowanie części jego możliwości. Szczególnie użytkownicy planujący pracę bezpośrednio z końcówką mocy powinni zapoznać się z procedurą przełączania wyjścia w tryb stały i regulowany. Każdy, kto zdecydował się na taką konfigurację, wie, że pomyłka może oznaczać odpalenie muzyki z pełną mocą, potworny ryk, nerwowe wyłączenie końcówki mocy i sprawdzanie, czy głośniki przeżyły. Aby tego uniknąć, lepiej dobrze zapoznać się z ustawieniami DAC-a i mieć pewność, że nic takiego się nie stanie. W tym kontekście należy pochwalić producenta za to, że pamiętał o możliwości ustawienia limitu głośności. Jeśli to zrobimy, możemy być spokojni, że nawet jeśli ktoś pod naszą nieobecność będzie się bawił potencjometrem, nie narobi szkód. Najwyżej trzeba będzie przy najbliższej okazji przeprosić sąsiadów za hałas.
Jednym z największych atutów D9 jest bogaty zestaw wejść i wyjść. Wystarczy rzut oka na tylną ściankę, aby przekonać się, że została zagospodarowana niemal do ostatniego milimetra. Do dyspozycji mamy dwa wejścia koaksjalne, dwa optyczne, wejście AES/EBU, USB-B dla komputera, USB-A dla pamięci masowych, a także Bluetooth 5.1 z obsługą kodeków aptX, aptX HD i LDAC. AES/EBU kojarzy się raczej ze sprzętem studyjnym, transportami wyższej klasy i urządzeniami projektowanymi z myślą o bardziej świadomym użytkowniku. Nie każdy będzie z niego korzystał, ale jego obecność zmienia odbiór D9. To nie jest tylko ładny DAC do laptopa, lecz źródło, które można włączyć w poważniejszą infrastrukturę cyfrową. Podobnie działa obecność wyjść cyfrowych - optycznego i koaksjalnego. Po co komu cyfrowe wyjście z DAC-a? Teoretycznie po nic, ale dzięki temu Audiolab może pełnić funkcję konwertera "wstępnego" lub centrum sterowania dla kilku urządzeń.
Opisywana przez producenta funkcja odtwarzania z nośników USB jest ciekawym dodatkiem, choć nie sądzę, aby była szeroko wykorzystywana. Teoretycznie można dzięki temu podłączyć pendrive'a i słuchać plików bez komputera, wykorzystać D9 w prostszym systemie albo w sytuacji, w której nie chcemy uruchamiać całej infrastruktury sieciowej, ale w realnym scenariuszu jakoś tego nie widzę. W systemie biurkowym opisywany DAC będzie po prostu podpięty do peceta kablem USB, a w zestawie stacjonarnym podstawowymi źródłami będą zapewne transport sieciowy, odtwarzacz CD z wyjściem cyfrowym, a nawet konsola i telewizor. À propos tego ostatniego, trochę szkoda, że na tylnej ściance D9 nie uświadczymy gniazda HDMI. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której podczas odsłuchu korzystamy ze streamera podłączonego do gniazda USB-B, ale na co dzień system stereo ze wzmacniaczem i kolumnami służy nam również jako "wypasiony soundbar". Oczywiście można do tego wykorzystać również wejście optyczne, ale gniazdo HDMI pozwoliłoby na obustronną komunikację i - co niewątpliwie ułatwia życie - sterowanie głośnością DAC-a za pomocą pilota do telewizora.
Bardzo elegancko prezentuje się sekcja wyjść analogowych. Do wyboru mamy dwa najpopularniejsze typy złącz - RCA i XLR. Obecność gniazd zbalansowanych po raz kolejny każe patrzeć na D9 jak na zawodnika poważniejszego, niż sugeruje jego cena. Jak już wspomniałem, wyjścia mogą pracować ze stałym lub regulowanym poziomem, co w praktyce znacząco rozszerza zastosowania urządzenia. Podłączony do klasycznego wzmacniacza D9 zachowuje się jak rasowy DAC, ale po przejściu na końcówkę mocy albo aktywne monitory zaczyna pełnić rolę przedwzmacniacza. Oczywiście brak wejść analogowych oznacza, że nie zastąpi klasycznego preampu w systemie z gramofonem czy magnetofonem. To trzeba powiedzieć jasno - D9 jest przedwzmacniaczem wyłącznie dla źródeł cyfrowych. Jeżeli jednak cały system opiera się na streamingu, transporcie CD, komputerze i telewizorze lub konsoli, jego funkcjonalność może być więcej niż wystarczająca. Oczywiście to, czy wykorzystanie XLR-ów przyniesie wymierne korzyści, zależy również od wzmacniacza. Zazwyczaj poprawę obserwujemy wtedy, gdy jest to urządzenie o konstrukcji zbalansowanej, a nie klocek z dorzuconymi na siłę XLR-ami, za którymi znajduje się desymetryzator. To jednak zupełnie inna historia. Ważne, że Audiolab daje nam wybór, co w DAC-ach z tego poziomu cenowego nie jest standardem.
Kolejnym ciekawym elementem, który producent potraktował całkiem poważnie, jest sekcja słuchawkowa. Audiolab chwali się zastosowaniem oddzielnego wzmacniacza, który opisuje jako szybki i szerokopasmowy, z impedancją wyjściową 2,35 Ω, zalecanym zakresem obciążeń 20-600 Ω i zniekształceniami poniżej 0,01% przy 1 kHz i 50 mW. W firmowych materiałach pojawia się informacja o mocy dochodzącej do 600 mW, co jest naprawdę niezłym wynikiem. Naturalnie nie ma sensu udawać, że D9 jest konkurentem dla wzmacniaczy słuchawkowych z prawdziwego zdarzenia, takich jak iFi Audio Pro iCAN Studio, Ferrum Erco Gen 2 czy Naim Uniti Atom Headphone Edition, ale mimo wszystko jest to DAC z bardzo sensownym wyjściem słuchawkowym, które może obsłużyć poważne słuchawki dynamiczne i sporą część modeli planarnych. To raczej dodatkowa, dobrze zaimplementowana funkcja niż jedyny powód, dla którego ktoś miałby kupować D9. Fani wysokiej klasy nauszników z pewnością zdecydują się na osobny wzmacniacz, najlepiej taki z wyjściami zbalansowanymi. Co ciekawe, w Audiolabie wyjście słuchawkowe wylądowało w ciekawym miejscu - na panelu wyświetlacza. Jest to całkiem wygodne, bo wystający z urządzenia kabel nie utrudnia dostępu do pokręteł selektora wejść i regulacji głośności, ale przy wkładaniu i wyciąganiu wtyczki trzeba zachować ostrożność, aby nie porysować ekranu. Plus za to, że zdecydowano się na gniazdo 6,3 mm - poważniejsze i częściej stosowane w słuchawkach do użytku domowego. Nawet jeśli konieczne będzie zastosowanie przejściówki, to zawsze lepiej w tę stronę niż redukować rozmiar złącza z 6,3 do 3,5 mm.
Widziałem urządzenia za pięciocyfrowe kwoty, które pozazdrościłyby Audiolabowi jakości wykonania, montażu i opakowania. Niby sprzęt ma grać, a nie wyglądać, ale jednak kiedy "przy okazji" wygląda świetnie, to też miło.Na koniec jak zwykle kilka luźnych obserwacji. Po pierwsze, jeśli zastanawiacie się, czy potrzebujecie wszystkich gniazd i funkcji D9, a co za tym idzie, czy lepszym wyborem nie będzie tańszy model D7, radzę dokładnie przyjrzeć się jego danym technicznym, wyposażeniu i wymiarom. To nie jest takie samo urządzenie, w którym w roli konwertera zastosowano inną kość - to zupełnie inny kaliber sprzętu. Oczywiście w swojej kategorii cenowej D7 prezentuje bardzo przyzwoity poziom, ale w porównaniu z "dziewiątką" to jednak maluszek. Obudowa o wymiarach 5,6 x 18 x 20,8 cm, maleńkie pokrętła z przodu, masa 1,2 kg, gniazda upakowane niczym pasażerowie metra w porannym szczycie i zasilacz wtyczkowy. Fakt, że model ten bazuje na chipie ESS Technology ES9038Q2M, który widzieliśmy między innymi we wzmacniaczach Audiolab 6000A MkII i 7000A, a nie ES9038PRO, stanowi tylko potwierdzenie, że D7 to nie jest po prostu tańszy odpowiednik D9. Nie oznacza to, że nie warto brać go pod uwagę, bo nieco ponad dwukrotna różnica w cenie także może być istotnym czynnikiem w całej układance. Mimo to D9 przemawia do mnie bardziej i dlatego właśnie ten model wybrałem do testu. Obstawiam, że będzie cieszył się większą popularnością, bo 5499 zł to jeszcze nie majątek, a DAC prezentuje się bardzo poważnie.
W codziennym użytkowaniu D9 okazuje się urządzeniem przemyślanym i dopracowanym. Po opanowaniu menu korzysta się z niego jak z dobrego narzędzia, które najzwyczajniej nie zawodzi. Ach, no i jeszcze coś, o czym chyba zapomniałem napisać, bo w przypadku Audiolaba jest to oczywistość - wysoka jakość wykonania. Aluminiowa obudowa sprawia wrażenie monolitycznej. Można się jej przyglądać z bliska, a i tak nie dostrzeżemy żadnych nierówności, zakrzywień czy źle spasowanych elementów. Tak samo wygląda tylna ścianka, a nawet wnętrze. Widziałem urządzenia za pięciocyfrowe kwoty, które pozazdrościłyby Audiolabowi jakości wykonania, montażu i opakowania. Niby sprzęt ma grać, a nie wyglądać, ale jednak kiedy "przy okazji" wygląda świetnie, to też miło. Minusy? Brak HDMI i brak pilota. Ten drugi mógłby się przydać, szczególnie w sytuacji, gdy na przemian korzystamy z kilku wejść cyfrowych, a przetwornik jest podłączony do końcówki mocy, służąc także za przedwzmacniacz. No ale jak nie ma, to nie ma i trzeba sobie jakoś radzić. Raz na jakiś czas ruszyć tyłek z kanapy też zdrowo. Albo ustawić głośność raz i nie gmerać, tylko słuchać.

Brzmienie
Audiolab nie występuje na łamach naszego magazynu po raz pierwszy, więc odsłuch nowego przetwornika był dla mnie bardziej potwierdzeniem wyrobionych wcześniej przypuszczeń niż wielką zagadką. Po testach modeli 6000A, 6000A Play, 8200A, 8200CDQ, 8300A, 8300CD, 9000A, 9000Q, 9000P i 9000N dobrze wiedziałem, czego się spodziewać i dokładnie to dostałem - neutralne, dobrze zrównoważone, rzetelne, dokładne i dynamiczne brzmienie, które świetnie sprawdzi się w wielu konfiguracjach sprzętowych. D9 nie jest źródłem, które próbuje uwieść słuchacza pierwszym dźwiękiem. Nie ociepla przekazu, nie pogrubia średnicy w romantyczny sposób, nie wygładza góry tak, aby każda płyta zabrzmiała bardziej komfortowo ani nie pompuje basu dla uzyskania efektu większej skali. Jego charakter najłatwiej opisać jako bardzo precyzyjny, szybki i realistyczny, ale nie w tym laboratoryjnym, odchudzonym sensie, z którym część użytkowników kojarzy wykorzystany tu układ ESS-a. To nie jest urządzenie, które gra jak analizator widma z wyjściem analogowym. Jest w jego brzmieniu porządek, czystość i dyscyplina, ale na szczęście jest też masa, nasycenie i odpowiedni ciężar, szczególnie w dolnych rejestrach. Audiolab nie próbuje być lampowy, aksamitny ani analogowy w znaczeniu łagodzenia wszystkiego, co dostanie na wejściu. Raczej bardzo konsekwentnie pokazuje materiał takim, jaki jest, ale robi to z wyczuciem i kulturą dojrzałego komponentu hi-fi, a nie z bezduszną dosłownością urządzenia pomiarowego.
TEST: Audiolab 9000Q + 9000P
Pierwszą rzeczą, która zwraca uwagę już w pierwszych minutach odsłuchu, jest rozdzielczość połączona z dynamiką. W gęstych nagraniach D9 nie miesza planów i nie skleja instrumentów w jedną masę. Separacja jest bardzo dobra, ale nie polega na sztucznym obrysowywaniu konturów. To nie jest efekt, w którym każdy dźwięk zostaje wycięty skalpelem i położony osobno na czarnym tle, przez co całość zaczyna przypominać demonstrację możliwości sprzętu, a nie muzykę. Audiolab raczej porządkuje przekaz, trzymając kontrolę nad proporcjami, odległościami i rytmem. Podczas testu D9 nie narzucał całemu systemowi jednego charakteru, lecz pozwalał dobrze słyszeć, co robią wzmacniacz, kolumny i słuchawki. Z neutralnym tranzystorem potrafił zabrzmieć szybko, konturowo i bardzo informacyjnie. Z lampową integrą nie zamieniał się nagle w muzykalne źródło o przyjaznym usposobieniu, ale jednak cieplejszy tor pozwolił wydobyć z niego odrobinę więcej plastyczności i masy. To dobry sygnał. Oznacza, że mamy do czynienia z przetwornikiem, który zachowuje swój charakter, ale nie ma ambicji dominowania nad systemem, nie zważając na to, czy zdecydowaliśmy się na neutralny wzmacniacz tranzystorowy, czy cieplejszą konstrukcję lampową, nie wspominając już o kolumnach. D9 zna swoje miejsce w całym tym łańcuchu, skupia się na swojej robocie i wykonuje ją bardzo, ale to bardzo sumiennie.
Balans tonalny można określić jako neutralny z mocnym fundamentem. Dół pasma nie jest przesadzony, ale ma wyraźny ciężar i świetną kontrolę. Bas schodzi nisko, jest sprężysty, szybki i dobrze różnicowany. Nie ma tu efektu subwooferowego dopalenia, ale też nie ma odchudzenia, które czasami słychać w DAC-ach nastawionych na przejrzystość. D9 nie gra basem sztucznie napompowanym, tylko naturalnie głębokim i pewnie osadzonym. W praktyce oznacza to, że muzyka ma mocny punkt podparcia, a duże składy nie tracą skali. Nie ulega jednak wątpliwości, że jeszcze większe wrażenie niż głębia może zrobić na słuchaczach kontrola niskich tonów. W uporządkowanym, poukładanym i starannie zaplanowanym muzycznym świecie Audiolaba żaden ogon nie ma prawa ciągnąć się za każdym uderzeniem basu. Nie ma podbitego buczenia, które wpychałoby się na średnicę. Ta jest rzecz jasna czysta i konkretna. Nie należy oczekiwać od niej lampowej miękkości. D9 nie jest urządzeniem, które będzie maskowało ostrość nagrania pięknym nalotem na wokalach albo wygładzało fakturę instrumentów akustycznych. Jeżeli realizacja jest sucha i twarda, Audiolab tego nie ukryje. Jeżeli wokal został nagrany z dużą ilością sybilantów, D9 pokaże je dość wyraźnie. Nie robi tego złośliwie, ale też nie zamiata problemów pod dywan.
D9 z pewnością nie jest lekarstwem na jasny system. W zestawie o mocno analitycznym charakterze, z kolumnami eksponującymi górę i twardym wzmacniaczem, może pokazać zbyt dużo prawdy. W torze dobrze zbalansowanym odwdzięczy się natomiast świetną czytelnością artykulacji, wyraźną gradacją faktur i bardzo dobrą spójnością między średnicą a skrajami pasma. Na pewno nie jest to ciepłe, zagęszczone, mięsiste, organiczne brzmienie spod znaku przetworników R2R, ale jest rzetelne, szybkie i wystarczająco nasycone, aby muzyka nie straciła ludzkiego wymiaru. To samo można powiedzieć o wysokich tonach. Talerze perkusji, pogłosy, drobne przesunięcia w przestrzeni i wybrzmienia są pokazane z dużą precyzją. W dobrze zrealizowanych nagraniach daje to świetny efekt - szybkość, metaliczność w naturalnym sensie, mikrodynamikę i poczucie obecności. W słabszych realizacjach ta szczerość może uwierać. Po raz kolejny potwierdza się fakt, że D9 nie jest źródłem upiększającym odtwarzany materiał. Nie robi z każdej płyty audiofilskiego spektaklu. Może co najwyżej pokazać, czy taki spektakl faktycznie został zapisany na konkretnym albumie. Jeśli tak, możemy szykować się na muzyczną ucztę. Jeśli nie, będziemy musieli poradzić sobie z mniejszą lub większą dawką brutalnej rzeczywistości. To uczciwe, choć nie dla każdego systemu i nie dla każdego gustu. Mając takie źródło, dobrze by było upewnić się, że przynajmniej jeden element naszego toru opowiada się po tej cieplejszej, łagodniejszej albo ciemniejszej stronie mocy.
Analizując kolejne aspekty prezentacji, coraz mocniej upewniałem się, że mam do czynienia ze stuprocentowym Audiolabem. Dla kogoś, kto zna sprzęt tej marki - zero zaskoczeń. Scena stereofoniczna jest szeroka, stabilna i bardzo dobrze poukładana. D9 nie tworzy przesadnie wypchniętej do przodu panoramy, ale potrafi wyjść z dźwiękiem poza bazę, zachowując przy tym kontrolę nad centrum. Najbardziej imponuje porządek. Instrumenty nie pływają, nie są przyklejone do głośników, nie zlewają się przy większym zagęszczeniu. Audiolab dobrze pokazuje odległości, choć nie buduje holografii w tak spektakularny sposób jak na przykład Chord Qutest. Jak przystało na sprzęt tego producenta, "dziewiątka" stawia raczej na szerokość niż głębię. Być może dlatego jego przestrzeń jest mniej magiczna, ale za to bardzo użyteczna. W długim odsłuchu nie męczy sztucznym efektem trójwymiarowości, bo jej sens wynika z porządku, a nie z prób rozepchnięcia planów na linii przód-tył. Mocną stroną D9 jest także dynamika, ale znów - nie w sensie efekciarskiego uderzenia, a raczej precyzji, objawiającej się nawet podczas cichego słuchania. Ten DAC to urządzenie szybkie, zwarte i zdyscyplinowane. Duże skoki głośności nie powodują kompresji ani chaosu. D9 trzyma rytm i nie gubi struktury nagrania, nawet gdy robi się głośniej i gęściej.
Przejdźmy zatem do "dodatków". W trybie przedwzmacniacza D9 wypada lepiej, niż można by się spodziewać po stosunkowo niedrogim urządzeniu, którego regulacja poziomu działa w domenie cyfrowej. Jeśli mam być szczery, nie jestem przeciwnikiem takiego rozwiązania. Odkąd sam przerzuciłem się na źródło w postaci strumieniowego przetwornika Auralic Vega G1 i końcówki mocy Hegel H20, nie będę nikogo pouczał, że każdy system potrzebuje analogowego, najlepiej lampowego przedwzmacniacza. Czasami najlepsze efekty daje wykorzystanie możliwości układów, z których i tak już korzystamy, a więc uproszczenie całej układanki. Mniej kabli, mniej urządzeń, mniej stopni pośrednich i krótsza ścieżka sygnału potrafią przynieść wymierne, słyszalne natychmiast korzyści. Audiolab to potwierdził, spisując się - jak na swój przedział cenowy - wzorowo. Bezpośrednie połączenie D9 z końcówką mocy dało dźwięk czysty, dynamiczny i bardzo uporządkowany. Jeśli czegoś w nim brakowało, to odrobiny ciepła, mięsistości i cienkiej warstwy miodu, do której przyzwyczaił mnie Auralic. Czy mnie to zaskoczyło? Ani trochę.
Sekcja słuchawkowa potwierdza wcześniejsze obserwacje. Z nausznikami brzmienie było czyste, świeże, energiczne i wystarczająco mocne, aby nie traktować tego gniazda jak dodatku awaryjnego. Podobnie jak na wyjściu analogowym, tak i w tym przypadku Audiolab grał szybko, przestrzennie, rzetelnie, bez zmiękczania czy zamglenia. D9 dobrze pokazuje szczegóły artykulacji, ma świetną kontrolę basu i potrafi zbudować szeroką panoramę stereo. Satysfakcjonujący efekt można uzyskać nawet z bardziej wymagającymi słuchawkami, choć akurat te wykorzystane przeze mnie nie do końca pasowały do "dziewiątki" pod kątem charakteru. Sennheisery HD 600, bezkompromisowe dokanałówki Final Audio Design A8000 czy szybkie, rozdzielcze FiiO FT7, których dystrybutor nie zdążył odebrać po zakończonym teście - to nie jest optymalne towarzystwo dla Audiolaba, chyba że ktoś chce zbudować system do skanowania nagrań, nie licząc się z tym, czy dłuższy odsłuch będzie przyjemny, czy wprost przeciwnie. O wiele lepszym wyborem byłyby moim zdaniem muzykalne nauszniki, takie jak Meze Strada albo Audeze LCD2 Classic.
Ostatnim bonusem jest Bluetooth, który dzięki obsłudze kluczowych z punktu widzenia audiofila kodeków okazał się lepszy, niż można było się spodziewać. Wprawdzie nadal traktowałbym go jako funkcję użytkową, a nie główne źródło do krytycznych odsłuchów, ale do słuchania muzyki z telefonu, podcastów, szybkiego puszczenia albumu albo sytuacji, w której nie chcemy uruchamiać komputera lub streamera, sprawdza się znakomicie. D9 zachowuje wtedy swój porządek, czystość i kontrolę, choć oczywiście najlepszą rozdzielczość, przestrzeń i mikrodynamikę uzyskujemy przez połączenie przewodowe. Jeżeli jednak zastanawiacie się, czy wybrać źródło stawiające na jakość dźwięku, czy wygodę i łatwość użytkowania, to w tym przypadku ów dylemat traci znaczenie - dostajemy i jedno, i drugie. Dobrze, że oprócz cech istotnych dla wymagającego klienta Audiolab pomyślał o realnych, życiowych sytuacjach, w których klasyczny DAC bez takich dodatków byłby albo trudniejszy do wykorzystania, albo wręcz bezużyteczny.
D9 nie próbuje zdobyć serca słuchacza oszustwem ani tanimi sztuczkami. To rasowy realista. Nie funduje nam kolorowej baśni, filmu science fiction ani cukierkowej historii o miłości, lecz dokument. Dobrze zrealizowany, pełen podanych na tacy faktów i relacji, z których wnioski musimy wyciągnąć sami.Najważniejsze w brzmieniu D9 jest to, że nie próbuje zdobyć serca słuchacza oszustwem ani tanimi sztuczkami. Nie robi z kiepskich nagrań dobrych, nie zamienia ostrych realizacji w aksamitną ucztę dla uszu, nie pogrubia wokali i nie tworzy wrażenia analogowej płynności, aby nam się przypodobać. To rasowy realista. Nie funduje nam kolorowej baśni, filmu science fiction ani cukierkowej historii o miłości, lecz dokument. Dobrze zrealizowany, pełen podanych na tacy faktów i relacji, z których wnioski musimy wyciągnąć sami. Skutki są łatwe do przewidzenia. Taki sprzęt jest narzędziem, które w nieodpowiednich rękach może być niebezpieczne, ale doświadczony użytkownik od razu będzie wiedział, jak zrobić z niego użytek. W dobrym systemie D9 może zachwycić rozdzielczością, tempem, czystością, basem i przestrzenią. W źle dobranym torze prawdopodobnie pokaże zbyt dużo detali, konkretów i twardości, a zbyt mało wybaczy. I właśnie dlatego jest urządzeniem bardziej audiofilskim, niż sugerowałyby jego gabaryty i cena. Pod kątem funkcjonalności Audiolab jest wszechstronnym, uniwersalnym źródłem - cyfrowym sercem systemu. Jeśli zaś chodzi o charakter i szeroko rozumianą jakość brzmienia, nie jest sprzętem dla każdego, bo nie jest idiotoodporny. Trzeba mieć do niego szacunek i zachować minimum ostrożności przy konfigurowaniu systemu. Jeśli wiecie, co robicie, gorąco polecam, bo to po prostu świetny DAC. Audiolab w wielkim stylu wrócił do segmentu, w którym nie widzieliśmy go stanowczo za długo.

Budowa i parametry
Audiolab D9 to przetwornik cyfrowo-analogowy, którego najważniejszym elementem technicznym jest oczywiście układ ESS Sabre ES9038PRO. To ośmiokanałowy, 32-bitowy układ delta-sigma z architekturą HyperStream II i mechanizmami redukcji jittera. Sam chip jest dobrze znany z wielu ambitnych konstrukcji, od Toppingów i SMSL-i po urządzenia Myteka czy Matrix Audio. Warto jednak od razu zaznaczyć, że w DAC-ach tej klasy nazwa przetwornika mówi jednocześnie dużo i niewiele. ES9038PRO może być podstawą urządzenia wybitnego, bardzo dobrego, przeciętnego albo irytującego. Wszystko zależy od implementacji - zasilania, zegarów, filtracji, sposobu sumowania kanałów, stopnia analogowego, separacji sekcji cyfrowej i analogowej oraz ogólnej kultury projektu. Audiolab wykorzystuje ES9038PRO w konfiguracji zbalansowanej, z czterema kanałami przypisanymi do każdej strony sygnału stereo. Taki układ pozwala obniżyć poziom szumów, poprawić liniowość i separację kanałów, ale znów - sam w sobie nie gwarantuje sukcesu. Jest raczej punktem wyjścia do stworzenia poważnej konstrukcji.
Tym, co odróżnia D9 od wielu konkurentów w podobnej cenie, jest zasilanie. Zamiast zewnętrznego zasilacza impulsowego albo minimalistycznej sekcji typowej dla urządzeń desktopowych mamy wewnętrzny zasilacz liniowy z transformatorem toroidalnym oraz wieloma regulatorami, z osobnym traktowaniem sekcji cyfrowych i analogowych. W teorii powinno to przynieść niższy poziom szumu, stabilniejsze napięcia, lepszą pracę stopnia wyjściowego i bardziej naturalny fundament brzmienia. Stopień analogowy jest podporządkowany klasycznej filozofii Audiolaba. Producent nie zrobił z D9 modułu cyfrowego z przypadkowym buforem na wyjściu, lecz pełnoprawny komponent, w którym wiele uwagi poświęcono nie tylko sekcji cyfrowej, ale także analogowej. W tym kontekście pojawienie się opisywanego modelu na rynku właśnie w tym momencie zaczyna nabierać sensu. Audiolab najwyraźniej nie chce łapać wszystkich srok za ogon, tylko porusza się wyznaczoną wcześniej ścieżką. Najpierw rozwinął linię wzmacniaczy, wzbogacając część z nich o przetworniki i funkcje sieciowe, a następnie dochodząc do modelu 9000A, później we współpracy z Luminem stworzył odtwarzacz strumieniowy 9000N, po czym wszystkie te doświadczenia wykorzystał przy projektowaniu przetworników D7 i D9.
Obsługiwane formaty są imponujące, choć dziś przyzwyczailiśmy się już do cyfrowej inflacji. USB-B przyjmuje PCM do 32 bitów i 768 kHz oraz DSD do DSD512. Wejścia S/PDIF obsługują sygnał do 24 bitów i 192 kHz. Instrukcja przewiduje kilka trybów pracy, w tym Full Decode A, Full Decode B, Core Decode i Passthrough. Do tego dochodzi pięć filtrów cyfrowych, upsampling do 352,8 lub 384 kHz oraz DPLL dla wejść S/PDIF. Parametry również robią co najmniej dobre wrażenie. THD sekcji DAC-a utrzymuje się poniżej 0,001%, pasmo przenoszenia rozciąga się od 20 Hz do 20 kHz przy tolerancji +/-0,1 dB, stosunek sygnału do szumu wynosi ponad 118 dB dla wyjścia RCA i ponad 123 dB dla XLR. Impedancja wyjściowa sekcji liniowej wynosi 120 Ω. Trzeba też uczciwie oddzielić możliwości samego układu ES9038PRO od parametrów gotowego urządzenia. Gdy mowa o 132 dB dynamiki, chodzi o wartość dotyczącą chipa, nie o niezależnie zmierzony wynik D9 jako kompletnego produktu. To ważne, bo w świecie DAC-ów bardzo łatwo pomylić marketing układu scalonego z realną jakością jego implementacji. Na tle najbliższych rywali Audiolab z pewnością broni się nie tylko wysokiej klasy chipem odpowiedzialnym za konwersję, ale także klasycznym zasilaniem, zbalansowanym torem analogowym, funkcjami preampu i wyjścia słuchawkowego, bogatym zestawem wejść i wyjść, a nawet bardzo estetyczną i świetnie wykonaną obudową. Znalezienie każdego z tych elementów osobno w konkurencyjnych DAC-ach nie jest wyczynem, ale połączenie ich wszystkich w jednym urządzeniu bez wchodzenia w kwoty pięciocyfrowe może okazać się trudne.
Werdykt
Osobom, które miały do czynienia ze wzmacniaczem 9000A albo streamerem 9000N, nie trzeba już nic tłumaczyć. Z całego tego testu wystarczy im odpowiedź na jedno pytanie - czy D9 jest przetwornikiem prezentującym ten sam poziom i charakter brzmienia. Innymi słowy, czy Audiolab przypadkiem nie spaprał roboty, która po wprowadzeniu modelu 9000N wydawała się całkiem prosta (wystarczyło wyrzucić moduł łączności sieciowej, zmniejszyć obudowę, dodać parę drobiazgów i gotowe). Otóż nie spaprał. D9 jest dokładnie tym, czym miał być i czego w ofercie tej firmy długo, długo brakowało - funkcjonalnym, nowoczesnym, poważnym przetwornikiem, który nie kosztuje dziesięć, piętnaście ani dwadzieścia pięć tysięcy złotych.
Brzmieniowo D9 nie próbuje przypodobać się wszystkim. Proponuje dźwięk szybki, czysty, rozdzielczy i bardzo uporządkowany, z mocnym basem i otwartą górą. Nie ociepla, nie maskuje, nie wygładza wszystkiego niczym krem na zmarszczki. W dobrym, zrównoważonym systemie pokaże klasę, stabilność, dynamikę i bogactwo informacji. W zestawie zbyt jasnym albo bezlitośnie analitycznym może okazać się zbyt szczery. To nie jest wada, ale cecha, o której trzeba pamiętać. Audiolab D9 nie jest urządzeniem dla kogoś, kto szuka cyfrowego lampowego bufora albo sposobu na złagodzenie reszty toru. To sprzęt dla użytkownika świadomego i wystarczająco doświadczonego, aby rozumieć, z czym ma do czynienia i jak wykorzystać zalety takiego źródła, a nie udawać zaskoczonego i obserwować, jak punktuje wszystkie niedoskonałości komponentów towarzyszących i realizacji nagrań. Wspaniałe źródło dla kogoś, kto nie boi się prawdy, a w dźwięku szuka neutralności, rzetelności, wysokiej rozdzielczości, dynamiki, porządku i realizmu.
Czy D9 to duchowy następca M-DAC-a? Tak, ale nie w prostym, nostalgicznym sensie. M-DAC był produktem swoich czasów - rozsądnym, funkcjonalnym, świetnie wycenionym i wystarczająco ambitnym, by trafić do bardzo różnych systemów. D9 robi dokładnie to samo, tylko w zupełnie innych realiach. Ma więcej wejść, poważniejszą architekturę, wyjścia zbalansowane, Bluetooth z obsługą istotnych z punktu widzenia audiofila kodeków, a także dwa bardzo konkretne dodatki - funkcję preampu i sekcję słuchawkową. Jest droższy, bardziej zaawansowany i bardziej wymagający wobec reszty toru, ale filozofia pozostaje ta sama. To Audiolab w najlepszym wydaniu - rzeczowy, kompletny, solidny i uczciwy. Może nie ma duszy romantyka, ale jest, skubaniec, tak przekonujący, że trudno go zignorować, szczególnie jeśli rozglądamy się za dobrze wyposażonym źródłem, które będzie pełniło w naszym systemie funkcję cyfrowego centrum dowodzenia.

Dane techniczne
Wejścia cyfrowe: USB-B, USB-A, AES/EBU, 2 x optyczne, 2 x koaksjalne
Wyjścia cyfrowe: optyczne, koaksjalne
Wyjścia analogowe: RCA, XLR
Wyjście słuchawkowe: 6,35 mm
Przetwornik: ESS Sabre ES9038PRO
Obsługiwane sygnały: PCM, DSD, MQA
Obsługiwane pliki (USB-A/HDD): MP3, WMA, AAC, WAV, FLAC, APE
Łączność: Bluetooth 5.1 z obsługą kodeków aptX, aptX HD i LDAC
Maksymalna jakość sygnału: PCM 32 bit/768 kHz, DSD512
Upsampling: do 352,8 kHz lub 384 kHz
Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz (+/- 0,1 dB)
Zniekształcenia: <0,001%
Stosunek sygnał/szum: >121 dB (RCA), >123 dB (XLR)
Poziom wyjściowy: 2,05 V RMS (RCA), 4,1 V RMS (XLR)
Impedancja wyjściowa: 120 Ω
Moc wzmacniacza słuchawkowego: 600 mW
Zalecana impedancja słuchawek: 20-600 Ω
Wymiary (W/S/G): 8,8/31,5/27,7 cm
Masa: 4,3 kg
Cena: 5499 zł
Konfiguracja
Audiovector QR5, Equilibrium Nano, Pylon Audio Jade 10, Unison Research Triode 25, Octavio AMP, Hegel H20, Auralic Aries G1, Silent Angel M1T, Auralic Vega G1, Marantz HD-DAC1, Clearaudio Concept, Cambridge Audio CP2, Cardas Clear Reflection, Tellurium Q Ultra Silver II, Tellurium Q Ultra Blue II, Van den Hul CS-122 Hybrid, Albedo Geo, KBL Sound Red Corona, Enerr One 6S DCB, Enerr Tablette 6S, Enerr Transcenda Ultimate, Fidata HFU2, Melodika Purple Rain, Final Audio Design A8000, Sennheiser HD 600, Beyerdynamic DT 990 PRO, Beyerdynamic DT 770 PRO, Meze 99 Classics, Bowers & Wilkins PX5, Pro-Ject Wallmount It 1, Custom Design RS 202, Silent Angel N8, Vicoustic VicWallpaper VMT, Vicoustic ViCloud VMT.
Równowaga tonalna![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Dynamika![]()
Rozdzielczość![]()
Barwa dźwięku![]()
Szybkość![]()
Spójność![]()
Muzykalność![]()
Szerokość sceny stereo![]()
Głębia sceny stereo
Jakość wykonania![]()
Funkcjonalność![]()
Cena![]()
Nagroda


















Komentarze