The Ocean - Solaris
- Kategoria: Metal
- Karol Otkała

Berliński The Ocean może być przykładem tego, jak powinna wyglądać udana muzyczna ewolucja. Komuś, kto nie zna tego projektu, może być ciężko uwierzyć, że debiutancki "Fluxion" i chociażby "Holocene" nagrał ten sam zespół. Chociaż w tym przypadku lepiej zabrzmiałoby określenie "grupa muzyków grających pod szyldem The Ocean". Przez ćwierć wieku działalności przez jej szeregi przewinęło się kilkadziesiąt osób, a jedynym stałym punktem pozostaje gitarzysta, kompozytor i autor tekstów Robin Staps. Zresztą trudno nazwać The Ocean zwyczajnym zespołem metalowym. Od początku była to raczej platforma do realizowania ambitnych pomysłów muzycznych, w których ciężkie gitarowe riffy, rozbudowane kompozycje i eksperymenty brzmieniowe spotykały się z równie nieoczywistą tematyką. Na "Precambrian" muzycy sięgnęli do geologicznej historii naszej planety, na "Heliocentric" i "Anthropocentric" przyglądali się relacjom między nauką, religią i ludzkim postrzeganiem świata, a później powrócili do dziejów Ziemi na albumach "Phanerozoic I", "Phanerozoic II" i "Holocene". Można powiedzieć, że The Ocean przez lata konsekwentnie przemierzał kolejne epoki geologiczne, jednocześnie coraz śmielej oddalając się od swoich muzycznych korzeni.
Ostatnie lata przyniosły jednak zmiany, które nawet w przypadku zespołu o tak płynnym składzie trudno uznać za kosmetyczne. Z grupą pożegnała się większość muzyków odpowiedzialnych za jej najbardziej rozpoznawalne albumy, w tym perkusista Paul Seidel i wokalista Loïc Rossetti. Ze starej ekipy pozostali właściwie tylko Staps oraz basista Mattias Hägerstrand, związany z The Ocean od 2015 roku. Dołączyli do nich perkusista Jordi Farré, znany między innymi z Crippled Black Phoenix, gitarzyści Emmanuel Jessua i Marco Gennaro oraz dwoje wokalistów - Chinka Lane Shi i Włoch Enrico Tiberi. W rezultacie The Ocean znów stał się siedmioosobowym kolektywem, którego członkowie wnoszą do wspólnej twórczości doświadczenia z bardzo różnych muzycznych światów. Można zatem uznać, że zespół rozpoczął zupełnie nowy rozdział. Jego pierwszym efektem jest wydany 25 września 2026 roku nakładem Pelagic Records "Solaris".
Tytuł nie jest przypadkowy. To album koncepcyjny inspirowany filmem Andrieja Tarkowskiego z 1972 roku, będącym adaptacją słynnej powieści Stanisława Lema. Robin Staps od dawna fascynuje się twórczością rosyjskiego reżysera, a do jego "Stalkera" nawiązywał już wcześniej przy okazji "Pelagial". Tym razem zainteresował się historią tajemniczej planety pokrytej oceanem, będącym niezrozumiałą dla człowieka formą inteligencji. Nie chodzi jednak o muzyczne zilustrowanie filmu ani wierne odtworzenie jego fabuły. The Ocean potraktował "Solaris" jako punkt wyjścia do szerszej opowieści o odkrywaniu nieznanego, ludzkiej ciekawości, potrzebie przekraczania granic i nie zawsze szlachetnych motywacjach, które towarzyszą eksploracji. Staps zestawił wizję kosmicznej podróży z historiami dawnych odkrywców, wyruszających na wieloletnie wyprawy w poszukiwaniu nowych lądów. Fascynacja nieznanym miesza się tu z lękiem, nadzieją, ambicją i pragnieniem podporządkowania sobie tego, czego człowiek jeszcze nie rozumie. Tematyka jest więc inna niż na wcześniejszych albumach, ale sposób myślenia ich autora pozostaje zaskakująco konsekwentny.
Co więcej, "Solaris" stanowi swego rodzaju kontynuację "Holocene". Tamten album kończył się utworem "Subatlantic", przedstawiającym dystopijną wizję Ziemi, z której ludzkość musi w końcu uciec. Ostatnie słowa piosenki, "Prepare for departure", można dziś potraktować jako zapowiedź kolejnego rozdziału. Na "Solaris" podróż rzeczywiście się rozpoczyna, choć jej ostatecznym celem nie okazuje się wyłącznie odległa planeta, lecz również próba zrozumienia ludzkiej natury. Ciekawa jest przy tym historia powstania samej muzyki. Pierwsze szkice kompozycji Staps przygotował jeszcze w 2021 roku, w czasie pandemii, równolegle z materiałem, który ostatecznie trafił na "Holocene". Tamten projekt otrzymał pierwszeństwo, a pozostałe pomysły na kilka lat powędrowały do szuflady. Wróciły z niej dopiero po zmianach personalnych, kiedy trzeba było na nowo określić przyszłość zespołu. Muzyka była więc w dużej mierze gotowa wcześniej, natomiast partie wokalne, teksty i ostateczna forma albumu powstały już z udziałem nowego składu.
Podczas nagrań muzycy korzystali między innymi z legendarnego berlińskiego Hansa Studios, gdzie w październiku 2025 roku zarejestrowano partie perkusji oraz część instrumentów klawiszowych. Pozostały materiał powstawał przede wszystkim w należącym do zespołu studiu Oceanland w Berlinie. Za miks i mastering odpowiadał Jens Bogren, współpracujący wcześniej z The Ocean przy "Pelagial" i obu częściach "Phanerozoic". Do nagrań zaproszono również kilku gości, w tym Thorstena Quaeschninga z Tangerine Dream, odpowiedzialnego za partie syntezatorów, oraz puzonistę Simena Eifringa z norweskiego Spurv. Warto o tym wspomnieć, ponieważ rozbudowane instrumentarium, elektronika i orkiestralne dodatki odgrywają na "Solaris" znacznie większą rolę, niż można by oczekiwać po albumie zespołu wywodzącego się ze sceny postmetalowej.
Już podczas pierwszego przesłuchania w uszy rzucają się dwie podstawowe rzeczy. Pierwsza i najważniejsza to zmiana na stanowisku głównego wokalisty, a właściwie wokalistów. Po kilkunastu latach współpracy z zespołem odszedł Loïc Rossetti, którego charakterystyczny głos był jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów brzmienia The Ocean. Zastąpienie go dwiema osobami o zupełnie różnych temperamentach i doświadczeniach wyglądało na papierze co najmniej ryzykownie, ale w praktyce sprawdza się znakomicie. Lane Shi, znana między innymi z eksperymentalnego projektu Otay:Onii, wnosi do muzyki pierwiastek eteryczny, niepokojący i momentami niemal teatralny, podczas gdy Enrico Tiberi odpowiada za bardziej klasyczną, metalową ekspresję. Co najważniejsze, ich głosy wzajemnie się uzupełniają, tworząc dialog, który brzmi tak, jakby oboje współpracowali ze sobą od lat, a nie zaledwie od kilku miesięcy.
Tymczasem kulisy nagrań były zupełnie inne. Staps pracował z Lane Shi i Enrico Tiberim przeważnie osobno, a kolejne pomysły jednego wokalisty stawały się punktem wyjścia dla drugiego. W ten sposób przez kilka miesięcy powstawały partie wokalne, które stopniowo zaczęły funkcjonować jako jeden spójny organizm. Wiedząc o tym, jeszcze bardziej doceniam efekt końcowy. Ich współpraca momentami przywodzi mi na myśl "Mariner" Cult of Luna i Julie Christmas, który z biegiem lat lubię coraz bardziej. Oczywiście to nie jest dokładnie ten sam rodzaj muzycznej chemii, ale podobnie fascynujące okazuje się zestawienie odmiennych głosów i osobowości w ramach jednej, monumentalnej całości. Tym bardziej cieszy, że The Ocean nie próbował znaleźć kogoś, kto po prostu zabrzmi jak Rossetti. Zamiast tego zdecydował się na rozwiązanie, które rzeczywiście otwiera przed zespołem nowe możliwości.
Druga zmiana dotyczy samej stylistyki. The Ocean od początku eksperymentował międzygatunkowo, przechodząc przez metalcore, sludge, post-metal, rock i inne rejony muzyki gitarowej. Z biegiem lat ciężar coraz częściej ustępował miejsca przestrzeni, elektronice i zdecydowanie bardziej progresywnym klimatom. Na "Solaris" zespół wykonał kolejny krok w tym kierunku. Jego muzyka jest teraz wyraźnie bardziej progresywna niż postmetalowa. Królują tu rozbudowane kompozycje, czyste wokale i długie fragmenty instrumentalne, w których poszczególne motywy rozwijają się stopniowo, zamiast prowadzić bezpośrednio do kolejnej eksplozji gitarowego hałasu. Growl oraz cięższe fragmenty oczywiście nie zniknęły, ale pojawiają się rzadziej, pełniąc raczej funkcję kontrastu niż odgrywając główną rolę. Dobrym przykładem jest "Light Pollution", który rozpoczyna się od elektroniki przypominającej "Holocene", by stopniowo przejść do znacznie bardziej rozbudowanej, monumentalnej formy. To zresztą jeden z utworów, których początki sięgają prac nad poprzednim albumem, więc muzyczny pomost między oboma wydawnictwami nie jest przypadkowy.
Trzon "Solaris" stanowią trzy prawdziwe molochy: "Simulacra", "Belligerence" oraz "Ultima Esperanza", trwające łącznie niemal 40 minut. Pierwszy z nich przekracza 17 minut, dwa pozostałe trwają odpowiednio prawie 11 i 12 minut. I chyba tylko ich długość usprawiedliwia fakt, że na platformach streamingowych zostały podzielone na części - innego uzasadnienia nie widzę. Zwłaszcza że cały "Solaris" trwa prawie 70 minut, co czyni go drugim najdłuższym albumem w dorobku The Ocean, zaraz po "Precambrian", który liczy niespełna 84 minuty. Tam jednak materiał oficjalnie podzielono na dwie części trwające odpowiednio 22 i 61 minut. Tutaj mamy do czynienia z jednym, zwartym albumem, którego osiem zasadniczych utworów zostało pomyślanych jako ciągła opowieść. Oczywiście podział na krótsze fragmenty może ułatwić poruszanie się po materiale, ale w przypadku takiej muzyki trudno uznać to za szczególnie istotne udogodnienie.
I właśnie to może być największym problemem "Solaris". W czasach pędzącego świata, skracania wszystkiego do minimum i nagrywania singli tak, by zmieściły się między blokami reklamowymi, The Ocean przygotował album, który zmusza słuchacza do zwolnienia, zatrzymania się na te 70 minut i skupienia na muzyce. Ciężka sprawa, nie? Tutaj nie wystarczy przesłuchać kilku fragmentów, wybrać ulubionego refrenu i przejść do następnej płyty. Poszczególne kompozycje mają własną dramaturgię, ale dopiero zestawione ze sobą pokazują skalę całego przedsięwzięcia. Motywy powracają, nastroje zmieniają się stopniowo, a spokojniejsze momenty nie są tylko chwilą odpoczynku przed kolejnym uderzeniem. Często okazują się równie istotne jak najbardziej intensywne fragmenty. Jeśli komuś uda się spełnić te warunki i poświęcić albumowi należytą uwagę, "Solaris" odwdzięczy się z nawiązką.
To chyba najtrudniejszy album w dorobku projektu. Nie ze względu na ciężar czy stopień skomplikowania materiału, ale jego rozmach i fakt, że najlepiej sprawdza się jako całość. Oczywiście można wskoczyć w niego gdzieś w trakcie, ale szkoda stracić całą podróż od Berlina po fiord w Patagonii. I nie jest to wyłącznie figura retoryczna. Pierwszy i ostatni utwór otrzymały tytuły będące współrzędnymi geograficznymi. Otwierające album "52°30'11"N, 13°26'12"E" prowadzi do berlińskiej siedziby zespołu, jego studia i miejsca prób, gdzie powstawała znaczna część materiału. Z kolei zamykające "51°28'30"S, 73°6'11"W" wskazuje rejon Última Esperanza w południowym Chile, związany z historią dawnych wypraw poszukujących przejścia w okolice Cieśniny Magellana. Sama nazwa oznacza "Ostatnią Nadzieję". W ten sposób kosmiczna opowieść zatacza koło i wraca na Ziemię, łącząc futurystyczną wizję Tarkowskiego z historią rzeczywistych odkrywców. Znając ten zamysł, jeszcze łatwiej zrozumieć, dlaczego kolejność utworów ma tutaj tak duże znaczenie.
Zwłaszcza że pod koniec tej podróży kryją się takie smaczki jak dwa ostatnie utwory, w których The Ocean skręca bardzo mocno w stronę elektroniki. "Milk Of My Dreams" i zamykająca płytę kompozycja o tytule zapisanym za pomocą współrzędnych geograficznych wyraźnie oddalają się od typowego metalowego instrumentarium, wprowadzając znacznie bardziej atmosferyczne brzmienia. Efekt jest intrygujący, a jednocześnie świetnie komponuje się z resztą materiału. Zresztą udział muzyków związanych z elektroniką, muzyką eksperymentalną i post-rockiem sprawia, że na "Solaris" trudno wyznaczyć wyraźną granicę między poszczególnymi stylistykami. Wszystko podporządkowano większej całości, a pomimo zmian personalnych i muzycznych poszukiwań album pozostaje wyjątkowo spójny.
The Ocean przygotował również kilka wersji fizycznych "Solaris", od standardowych wydań CD i winylowych po kolekcjonerskie edycje "Book of Solaris". Te ostatnie mają formę książki w twardej oprawie, zawierającej między innymi 32 strony materiałów graficznych, ilustracje Phillipa Janty oraz dodatkowe elementy nawiązujące do kosmicznej tematyki albumu. Trudno się dziwić takiej oprawie, ponieważ mamy do czynienia z materiałem, w którym koncepcja, muzyka i warstwa wizualna stanowią części jednej artystycznej wizji.
The Ocean ma w swojej dyskografii albumy, które cenię wyżej, ale "Solaris" i tak należy do najmocniejszych punktów w dorobku Berlińczyków i jest jednym z najlepszych wydawnictw tego roku. Co najważniejsze, ogromne zmiany personalne nie osłabiły zespołu ani nie pozbawiły go własnej tożsamości. Przeciwnie - pozwoliły mu spojrzeć na muzykę z innej perspektywy i poszerzyć horyzonty, które przecież już wcześniej wydawały się niemal nieograniczone. Zresztą trudno się dziwić - ta ekipa jeszcze nigdy nie nagrała słabego materiału.
Artysta: The Ocean
Tytuł: Solaris
Wytwórnia: Pelagic Records
Rok wydania: 2026
Gatunek: Progressive Metal, Post Metal
Czas trwania: 69:22
Ocena muzyki![]()
Ocena wydania![]()
Nagroda












Komentarze