Puhovsky.5 - Muralesy & Karnawały
- Kategoria: Newsy muzyczne
- Tomasz Karasiński

Są wydawnictwa, w przypadku których odbiorcy mają koncentrować się na teledyskach, okładkach i singlach, a historia nagrania kończy się na informacji o nazwie studia, producencie i kilku urządzeniach użytych podczas sesji. W przypadku "Muralesów & Karnawałów" byłoby to zdecydowanie za mało. Czteroutworowa EP-ka projektu Puhovsky.5 - Mazzoll Wojtczak Gos Tymański - przeszła bowiem drogę tak zawiłą, że sam proces jej powstawania stał się niemal równoległą opowieścią do zawartej na niej muzyki. Zaczęło się od kompozytorskiej podróży przez Luizjanę i Mississippi, później była sesja direct-to-disc na maszynie pamiętającej pierwszą połowę XX wieku, następnie całkowity reset i nagranie na analogową taśmę w Studiu S4 Radia Gdańsk, a finałem stało się tłoczenie winylu na historycznej linii produkcyjnej odnalezionej po latach w Zimbabwe. Dzięki autorowi projektu, Romanowi Puchowskiemu, możemy opublikować bardzo szczegółowy opis całego przedsięwzięcia, a przy okazji prześledzic także historię urządzeń, na których powstało finalne wydanie. Dzięki temu pokazujemy tę płytę od strony, której zwykle nie widać - od pierwszego pomysłu aż po odsłuch gotowego egzemplarza.
Muzycznie "Muralesy & Karnawały" są spotkaniem kilku światów, które w biografii Puhovsky'ego funkcjonowały od dawna, choć niekoniecznie w jednym miejscu. Jednym z najważniejszych punktów odniesienia pozostaje Delta Blues. Część materiału powstała podczas podróży po amerykańskim Południu. "Pieśni pisałem podczas kompozytorskiej podróży przez ostępy Luizjany i Mississippi, pozwalając magicznej krainie Delty oddziaływać na mój umysł. Obok alternatywy, Delta blues był dla mnie jedną z tych sił, które sprawiły, że zająłem się profesjonalnie muzyką." - wspomina Puhovsky. Druga droga do korzeni prowadzi znacznie bliżej. Zamykające płytę "Żywioły Lasu" wyrastają z fascynacji naturą i folklorem, a dla autora są również powrotem do Kaszub - rodzinnych stron jego mamy. W rezultacie zamiast czystego bluesa dostajemy muzykę, w której rdzenne inspiracje spotykają się z alternatywą, jazzem, improwizacją i yassem.

Do realizacji tej wizji Puhovsky zebrał skład, który sam nazywa "Konstelacją Marzeń". Jerzy Mazzoll gra na klarnecie i klarnecie basowym, Ireneusz Wojtczak na saksofonie tenorowym, Michał Gos na perkusji, Tymon Tymański na kontrabasie, natomiast Puhovsky odpowiada za śpiew, slide i gitarę akustyczną. "Ludzie emanujący dobrą energią. Atmosfera, zaangażowanie kolegów na poszczególnych etapach pracy było niebywale budujące. Idea zbudowania ensemble'u orbitującego w takich przestrzeniach ewoluowała we mnie od dłuższego czasu, nieocenione w zmaterializowaniu tej wizji jest wsparcie Tymona Tymańskiego." - mówi lider projektu. Obecność Mazzolla, Gosa, Wojtczaka i Tymańskiego sprawia, że blues nie zostaje tutaj potraktowany jak muzealny eksponat. Zderza się z językiem trójmiejskiej improwizacji i yassu, a całość funkcjonuje bardziej jako żywy organizm niż próba pogodzenia kilku gatunkowych etykiet.

Najbardziej niezwykłe jest jednak to, jak ta muzyka miała zostać zarejestrowana. Pierwsze podejście odbyło się jesienią 2024 roku i zakładało sesję direct-to-disc. Puhovsky przygotował materiał tak, aby wykonanie było od razu nacinane na fizycznym nośniku. Wykorzystano do tego oryginalną holenderską maszynę Sondisko z lat 30. XX wieku, wyposażoną w amerykańską głowicę Presto z lat 40., przywróconą do życia przez Jędrzeja Kubiaka. Muzycy grali oczywiście na setkę, do jednego mikrofonu. Nie było klasycznego miksera pozwalającego później poprawić proporcje między instrumentami - rolę suwaków pełniła przestrzeń. Głośność poszczególnych źródeł regulowano, ustawiając wykonawców bliżej lub dalej od mikrofonu (!). Maszyna obsługiwała płyty o maksymalnej średnicy 10 cali i właśnie stąd wzięła się pierwotna koncepcja niewielkiej EP-ki.

Eksperyment ostatecznie nie doprowadził jednak do powstania finalnego wydawnictwa. Jak przyznaje Puhovsky, głównie z powodów technicznych zdecydował się zawrócić z obranej drogi. To ciekawe również dlatego, że efekt pierwszej sesji nie został zniszczony. Wycięte bezpośrednio podczas nagrania płyty matki, czyli lakiery, trafiły do archiwum. Autor nie wyklucza, że kiedyś powrócą jako osobne, specjalne wydawnictwo. W obecnej historii "Muralesów & Karnawałów" pozostał po nich natomiast format 10-calowej EP-ki oraz sama idea maksymalnego zbliżenia procesu rejestracji do wspólnego, jednorazowego wykonania. Pod koniec 2025 roku nastąpił więc - jak określa to sam Puhovsky - "reset". Pomysł analogowego nagrania pozostał, zmienił się natomiast nośnik. Tym razem muzyka miała trafić na taśmę. Udało się zsynchronizować kalendarze wszystkich członków zespołu i zarezerwować Studio S4 Radia Gdańsk na 16 i 17 lutego 2026 roku. Czekał tam 24-śladowy magnetofon Studer A827 MCH, wyprodukowany na zamówienie Radia Gdańsk w maju 1996 roku i świeżo po przeglądzie oraz serwisie. Sama sesja miała dla studia wymiar symboliczny - według relacji Puhovsky'ego było to analogowe "przebudzenie" S4 po kilkunastu latach przerwy.

Studer nie został zresztą wybrany tylko dlatego, że jest dużym, efektownym magnetofonem stojącym w legendarnym studiu. Puhovsky zwraca uwagę na konstrukcyjną specyfikę modelu A827, rozwiniętego na bazie wcześniejszego A820. Wprowadzona w nim elektronika i sposób kalibracji sprawiają, że ostateczny rezultat w dużym stopniu zależy od człowieka obsługującego maszynę. Dobór prądów podkładu, poziomów korekcji czy proporcji harmonicznych w zależności od użytej taśmy realnie wpływa na charakter zarejestrowanego dźwięku. Stąd pojawiające się w środowisku porównanie tego rodzaju magnetofonu do instrumentu muzycznego - urządzenia, które nie tylko "zapisuje", ale w odpowiednich rękach staje się częścią procesu twórczego.

Koncepcja samej sesji pozostała radykalnie prosta. Cała piątka muzyków znalazła się w jednym pomieszczeniu, ustawiona blisko siebie, w kręgu. Korzystanie ze słuchawek ograniczono do minimum, tak aby muzycy słyszeli nie tylko siebie w monitorach, lecz przede wszystkim czuli fizyczną obecność całego ensemble'u. Sesję realizował Maciej Bogusławski, doskonale znający akustykę S4. Samo dobranie, ustawienie i podłączenie mikrofonów zajęło dwa wieczory, w sumie około dziewięciu godzin. Kiedy jednak wszystko było gotowe, właściwa rejestracja trwała zaledwie kilkadziesiąt minut. Trudno o lepsze podsumowanie idei tego projektu - wielogodzinne przygotowania po to, aby później niczego już nie składać, poprawiać ani odtwarzać kawałek po kawałku. Po sesji nastąpił etap, który również trudno nazwać purystycznie analogowym, ale właśnie dzięki temu cała historia nie zamienia się w fetyszyzowanie technologii dla samej technologii. Materiał z taśm został zdigitalizowany przy użyciu wysokiej klasy przetworników analogowo-cyfrowych, a następnie zmiksowany. Nie zastosowano efektów przestrzennych, natomiast korekcję i kompresję ograniczono do absolutnego minimum. Chodziło o zachowanie naturalnego, ciemnego brzmienia zespołu zarejestrowanego na taśmę. Miks i mastering pod winyl wykonano w studiu M-1 Radia Gdańsk, ponownie pod kierunkiem Macieja Bogusławskiego. Dopiero wtedy gotowe pliki trafiły do firmy Takt, która miała przygotować matryce i wytłoczyć 300 fizycznych egzemplarzy.

I właśnie tutaj zaczyna się część historii, którą Puhovsky postanowił specjalnie dla StereoLife rozpracować znacznie dokładniej. Sięgnął między innymi do książki Gordona Wallisa "Africa's Lost Vinyl Record Factory", aby prześledzić losy linii produkcyjnej, na której ostatecznie powstały "Muralesy & Karnawały". Nie jest to bowiem współczesny zestaw maszyn kupiony kilka lat temu z katalogu producenta. Takt dysponuje kompletną historyczną linią z urządzeniami szwedzkiej firmy Toolex Alpha i niemieckiego Neumanna, odnalezioną po latach w Zimbabwe. Maszyny należały do Zimbabwe Music Corporation w Harare. Pojawiają się również przekazy, według których wcześniej mogły pracować w Republice Południowej Afryki, ale sam Puhovsky uczciwie zaznacza, że nie udało mu się tego jednoznacznie potwierdzić. Gordon Wallis, Brytyjczyk mieszkający w Zimbabwe, zajmował się między innymi wyszukiwaniem lokalnych wydań płyt na wystawkach, wyprzedażach i aukcjach. Egzemplarze w dobrym stanie lub doprowadzone do stanu kolekcjonerskiego potrafiły osiągać na rynku bardzo wysokie ceny."Gordy, dlaczego nie znajdziesz maszyn, które nagrały te płyty i nie spróbujesz ich sprzedać?" - rzucił pewnego dnia jeden ze znajomych. Wallis potraktował pomysł poważnie. To, co ostatecznie odnalazł, przypominało zapomniane muzeum przemysłowe. Kompletna fabryka płyt z lat 60. stała nietknięta przez około dwie dekady. Maszyny były pokryte grubą warstwą kurzu, jakby ktoś zatrzymał produkcję i po prostu zamknął drzwi.

Jeszcze ciekawsze było pomieszczenie z maszyną do nacinania matryc. Było dźwiękoszczelne i hermetyczne, dlatego nie dostał się do niego kurz. Znajdująca się wewnątrz nacinarka Neumanna zachowała się w stanie, który Puhovsky określa niemal jako fabryczny. Po wielu perturbacjach cały zestaw urządzeń został kupiony przez firmę Takt. Operację demontażu w Harare i późniejszego uruchomienia w Polsce nadzorował Roy Matthews, uznany specjalista związany ze światem produkcji winyli. Przy szkoleniu załogi pomagał również Sean Davis. Całą fabrykę rozebrano, zapakowano do kontenerów, przewieziono do Polski i tutaj ponownie złożono oraz skonfigurowano. Razem z urządzeniami do kraju trafiła więc nie tylko stara technika, ale również wiedza potrzebna do jej właściwego wykorzystania. "Muralesy & Karnawały" zostały wytłoczone właśnie na tej linii.

Puhovsky nie ograniczył się przy tym do wysłania masteru i odebrania później kartonów z gotowymi płytami. Pojechał do Taktu, obejrzał park maszynowy i osobiście obserwował proces produkcji własnego wydawnictwa. Dźwięk zapisany w postaci plików 96 kHz/24 bit został najpierw przeniesiony na lakier przy użyciu nacinarki Neumann VMS 70. Nacięty nośnik poddano galwanizacji, pokrywając go warstwami srebra i niklu, dzięki czemu powstały metalowe matryce. Dopiero one trafiają do pras Toolex Alpha, gdzie rozgrzany krążek tworzywa pod wpływem temperatury i ciśnienia zamienia się w płytę. Ostatnim etapem mechanicznym jest usunięcie nadmiaru materiału i nadanie nośnikowi właściwej średnicy oraz równych krawędzi. Później pozostaje jeszcze około doby chłodzenia. Dopiero po tym czasie winyle można pakować.

Puhovsky opisuje własną wizytę w tłoczni z wyraźnym entuzjazmem. "Miałem wielką przyjemność i zaszczyt być gościem w firmie Takt, obejrzeć ten legendarny maszynowy park oraz obserwować proces powstawania albumu 'Muralesy & Karnawały' - naszej płyty. Miałem też możliwość zasmakować niepowtarzalnej atmosfery panującej w firmie. Elastyczna, winylowa masa otrzymuje tam ten magiczny 'touch' dobrych wibracji. Bezcenne." - mówi. Ostateczny nośnik jest zatem zwieńczeniem całej drogi - od planowanej sesji direct-to-disc, przez taśmę Studera, cyfrowy etap miksu i masteringu, aż po fizyczny rowek wycięty i odtworzony na kilkudziesięcioletnich maszynach. Równie osobisty charakter ma sama oprawa. Gatefoldową okładkę wykonano według technicznego projektu Puhovsky'ego w gdańskiej drukarni Mila, a poszczególne egzemplarze są ręcznie składane. Numerowaniem i konfekcjonowaniem całego nakładu autor zajmuje się osobiście. "Z sercem i analogowo!" - komentuje. Nawet pierwsze odsłuchy gotowego tłoczenia miały charakter małego rytuału. Pierwszy odbył się jeszcze w Takcie, na urządzeniu Neumanna. Kolejny Puhovsky przeprowadził we własnej pracowni, korzystając z dobrze znanego mu gramofonu Daniel, a następne u Ireneusza Buckiego, na gramofonach McIntosh MT-5 z wkładką Hana MC oraz Transrotor ZET. "Po tych testach wiedziałem już, że jest bardzo dobrze!" - stwierdził.

Na "Muralesach & Karnawałach" znalazły się cztery utwory. Stronę czerwoną zajmują "Likes" i "Hermes Cloud", natomiast na stronie niebieskiej umieszczono tytułowe "Muralesy & Karnawały" oraz "Żywioły Lasu". Całość ukazała się nakładem Puhovsky Music w limitowanej serii 300 egzemplarzy na czerwonym, transparentnym winylu. Latem muzyka trafiła również do serwisów streamingowych, ale fizycznego odpowiednika na CD nie ma - jeśli ktoś chce mieć ten materiał na półce, pozostaje winyl. W całej tej historii najciekawsze jest chyba to, że nie chodziło o nagranie materiału cyfrowo, a później dodanie szumu taśmy, starego zdjęcia magnetofonu i czerwonego winylu, żeby stworzyć odpowiedni klimat. Puhovsky od pierwszej nieudanej sesji direct-to-disc konsekwentnie próbował znaleźć sposób, aby technologia podporządkowała się idei żywego grania. Ostatecznie muzycy znaleźli się razem w jednym pomieszczeniu, wykonali materiał bez dogrywek, zapisali go na taśmie, a gotowa płyta została wytłoczona na maszynach, które same mają za sobą historię godną osobnego artykułu. Wszystko to sprawia, że ta niewielka EP-ka to nie tylko kilka ciekawych, klimatycznych utworów, ale też album, który ze względu na sam proces nagrywania i produkcji zasługuje na osobny artykuł. Nic dziwnego, że brzmi wyjątkowo.
Źródło: Puchovsky

















Komentarze