Hegel D50
- Kategoria: Przetworniki i streamery
- Tomasz Karasiński

Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej oczywistych sposobów rozbudowy systemu. Komputerowe audio dopiero nabierało rozpędu, coraz więcej osób przenosiło muzykę z płyt na dyski, a nawet dość drogie wzmacniacze potrafiły być konstrukcjami całkowicie analogowymi. Jeżeli chcieliśmy słuchać plików albo poprawić jakość dźwięku z odtwarzacza CD, kupowaliśmy konwerter z gniazdem USB i sprawa była załatwiona. Później sytuacja zaczęła się zmieniać. Przetworniki trafiły do wzmacniaczy, streamerów, odtwarzaczy sieciowych, aktywnych kolumn, a w końcu właściwie wszędzie. Te funkcjonujące jako samodzielne urządzenia oczywiście nie zniknęły, ale przestały być tak potrzebne jak wcześniej. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie Hegla. Norweska firma była jednym z pionierów w kwestii DAC-ów. Podczas gdy inni producenci sprzętu hi-fi albo nie mieli w tej materii zupełnie nic do zaproponowania, albo też uznawali, że dołożenie gniazda USB-B jest wystarczającym rozwiązaniem, manufaktura z Oslo prezentowała coraz większe, ciekawsze i bardziej zaawansowane technicznie przetworniki - HD2, HD10, HD11, HD12, HD20, HD25 i wreszcie flagowy, pełnowymiarowy model HD30. Widząc ogromną popularność DAC-ów, Hegel przez lata konsekwentnie rozwijał cyfrowe sekcje swoich wzmacniaczy zintegrowanych, dodając kolejne wejścia, lepsze układy wewnętrzne, a z czasem również streaming. Doszliśmy do punktu, w którym kupując jeden z piecyków tej marki, dostawaliśmy właściwie kompletny system elektroniczny - wystarczyło dołożyć kolumny i telefon z aplikacją do odtwarzania muzyki. Jeszcze niedawno w ofercie Hegla nie było ani jednego wzmacniacza zintegrowanego pozbawionego części cyfrowej i łączności sieciowej. Sytuację tę zmieniła dopiero premiera modelu A200, która odbyła się zaledwie parę miesięcy temu. Można więc dojść do wniosku, że Hegel sam skutecznie ograniczył zapotrzebowanie na własne zewnętrzne przetworniki. Przeciętnego klienta nie interesował zewnętrzny DAC. Kupował wzmacniacz, a konwersję cyfrowo-analogową dostawał niejako w pakiecie. Nagle, trochę niespodziewanie, Norwegowie wrócili do produkcji zewnętrznych przetworników i postawili na jedyny segment, w którym z ich punktu widzenia miało to sens - górną półkę. Tak powstał D50, pełniący dziś rolę flagowego źródła Hegla.
Omawiany model jest więc ciekawy już przez sam fakt swojego istnienia. To pierwszy od wielu lat pełnowymiarowy, samodzielny przetwornik tej marki i jednocześnie urządzenie, które pod wieloma względami stoi w kontrze do tego, do czego Hegel przyzwyczajał nas przez ostatnie lata. Nie jest bowiem cyfrowym kombajnem. Nie ma łączności sieciowej, aplikacji, regulacji głośności ani wyjścia słuchawkowego. Nie zastąpi streamera, nie będzie sterował aktywnymi kolumnami jak przedwzmacniacz i nie pozwoli nam ograniczyć systemu do jednego pudełka. Potrzebuje źródła cyfrowego - komputera, transportu CD albo streamera - a po drugiej stronie wzmacniacza lub przedwzmacniacza, który zajmie się regulacją poziomu sygnału, a później wzmocnieniem i całą resztą. Co więcej, jego poprzednik, HD30, miał funkcje sieciowe (co prawda w tamtych czasach jeszcze nie były one tak zaawansowane, ale jednak podjęto tę próbę), więc D50 trudno traktować jak zwyczajną kontynuację tamtego projektu. Hegel wykonał ruch w przeciwnym kierunku. Zamiast dodać do nowego modelu kolejne możliwości, postawił na typową dla hi-endu prostotę, dając nam urządzenie pełniące jedną funkcję. Norweska firma wraca więc do klasycznego podziału ról. Co ciekawe, stało się to w momencie, gdy bez problemu można było zbudować wielofunkcyjne źródło, bo wszystkie karty są na stole (streaming we wzmacniaczach jest opanowany od dawna, a w aktualnym katalogu znajdziemy również odtwarzacz CD Viking i phono stage V10).
Norwegowie doskonale wiedzieli, co robią i bronili tego pomysłu już podczas pierwszej prezentacji testowanego urządzenia. Mówili, że chcieli stworzyć znakomity, czysty, niesplamiony żadnymi innymi funkcjami przetwornik, koncentrując się na jednym celu - jak najwyższej jakości dźwięku. Zresztą, co by nie powiedzieć, dla producenta, który od wielu lat oferuje melomanom wzmacniacze z wbudowanym przetwornikiem i świetnie ogarniętymi funkcjami sieciowymi (AirPlay, TIDAL Connect, Spotify Connect, Roon, JPLAY, własna aplikacja sterująca, kompatybilność z systemami inteligentnego domu i inne tego typu atrakcje stały się u Hegla standardem), wypuszczenie czegoś w rodzaju cyfrowego kombajnu, łączącego w jednej obudowie przetwornik, streamer i odtwarzacz płyt kompaktowych, byłoby co najmniej dziwne. Większość klientów mogłaby zacząć się zastanawiać, dla kogo właściwie jest taki sprzęt, bo na pewno nie dla nich (któryś z dwóch DAC-ów lub streamerów musiałby w tym układzie pójść w odstawkę). Tymczasem rozszerzenie swojego systemu o D50 stało się kuszącą propozycją dla posiadaczy zintegrowanych piecyków tej marki, ponieważ Hegel już dawno temu, w epoce takich modeli jak HD12, HD25 czy HD30, zachęcał ich do wypróbowania sposobu połączenia znanego jako DAC-Loop. D50, mimo że wciąż dublował funkcję przetwornika we wzmacniaczu, mógł więc wynieść brzmienie takiego zestawu na wyższy poziom, a gdyby w przyszłości konfiguracja znów się zmieniła, pozostawał świetnym, samodzielnym konwerterem. A takie urządzenie zawsze jest w cenie - niezależnie od tego, czy po jednej stronie mamy transport CD, streamer czy komputer, a po drugiej lampowy przedwzmacniacz, tranzystorową integrę czy wzmacniacz słuchawkowy.
Decyzja konstruktorów z Oslo jest jeszcze bardziej zrozumiała dla fanów marki i wszystkich audiofilów, którzy zauważyli jeden niepozorny detal - niewielkie wcięcie na górnym panelu opisywanego DAC-a. Ten element stylistyczny wprowadzono stosunkowo niedawno, a otrzymały go tylko cztery urządzenia - końcówka mocy H30A, przedwzmacniacz P30A, odtwarzacz płyt kompaktowych Viking i właśnie D50. Razem tworzą one referencyjną serię Hegla. Można zatem złożyć tor, w którym każde pudełko wykonuje dokładnie jedno zadanie - Viking odczytuje dane z płyty, D50 dokonuje konwersji, P30A steruje poziomem sygnału, a H30A napędza zestawy głośnikowe. Dla zwolennika minimalizmu taki układ może wyglądać jak kosztowna próba odtworzenia funkcji porządnej integry przy użyciu czterech urządzeń. Dla miłośnika systemów dzielonych to jednak zupełnie normalna sytuacja. Każdy element można wybrać niezależnie, każdy można później wymienić, a jego konstruktorzy nie muszą godzić się na kompromisy wynikające z upchnięcia wszystkich funkcji w jednej obudowie.
W tę opowieść doskonale wpisuje się przydomek bohatera naszego testu. Jak zapewne wielu czytelników wie, Norwegowie lubią nadawać swoim klockom "ksywki". H150 został na przykład nazwany "The Prodigy" (geniusz, cudowne dziecko), ponieważ, będąc podstawowym modelem w ofercie, oferuje poziom wydajności i wszechstronności zarezerwowany dla znacznie droższych modeli. P30A to w firmowej nomenklaturze "The Conductor" (dyrygent), ponieważ "z opanowaniem i kontrolą oddaje wszystkie detale, majestat, emocje i złożoność każdego utworu muzycznego". D50 otrzymał natomiast ksywkę "The Raven" (kruk). Inspiracją dla tego imienia były dwa kruki Odyna, Hugin i Munin, które każdego dnia przemierzały świat, zbierały informacje i przynosiły je swemu panu. DAC robi w pewnym sensie coś podobnego - przyjmuje cyfrowy zapis, odczytuje zawarte w nim informacje i przekazuje je dalej w formie analogowego sygnału. Metafora jest całkiem sympatyczna, choć ma jeden zabawny słaby punkt. Ten konkretny kruk sam po muzykę nigdzie nie poleci. Nie wejdzie do naszej sieci, nie znajdzie NAS-a i nie zaloguje się do Qobuza. Najpierw trzeba dostarczyć mu sygnał w formie zer i jedynek. A ponieważ jest to jego jedyne zadanie, stworzyła go firma ciesząca się znakomitą opinią, a samo urządzenie do tanich nie należy, nie ukrywam, że już przed otwarciem kartonu miałem wobec niego duże oczekiwania. Sprawdźmy zatem, co potrafi to czarne ptaszysko z mroźnej północy.


Wygląd i funkcjonalność
Pod względem stylistycznym Hegel od dawna znajduje się w wygodnej sytuacji. Nie musi co kilka lat wymyślać swoich urządzeń na nowo, ponieważ nigdy nie próbował nadążać za modą. Typowo skandynawskie obudowy, proste, choć charakterystycznie ukształtowane fronty i centralnie umieszczone wyświetlacze są już na tyle rozpoznawalne, że D50 właściwie nie potrzebuje logo, aby zorientowany audiofil wiedział, z czym ma do czynienia. Nie jest to jednak minimalizm w wydaniu jubilerskim. Nie znajdziemy tu centymetrowych płyt aluminium, lustrzanych powierzchni, chromowanych ozdobników ani wielkich nóżek wyglądających jak elementy podwozia promu kosmicznego. Za dwadzieścia tysięcy złotych można kupić sprzęt, który wizualnie zrobi większe wrażenie. Hegel najwyraźniej uznał, że nie ma takiej potrzeby. Skromne są także wymiary urządzenia. D50 mierzy 43 x 9,9 x 30,5 cm i waży 6,6 kg. Jest więc pełnowymiarowym komponentem, ale daleko mu do dwudziestokilogramowych pancerników, w których sama obudowa staje się częścią uzasadnienia ceny. Tutaj lepsze wrażenie robi dopiero bliski kontakt - świetne spasowanie elementów, frezowany przedni panel, sztywność konstrukcji i porządek panujący z tyłu. Wszystko jest dokładnie tam, gdzie powinno, żaden element nie wygląda na przypadkowy, a stylistyczna powściągliwość sprawia, że D50 powinien dobrze się starzeć. To bardzo heglowskie podejście. Zamiast urządzenia, które ma wyglądać na drogie, otrzymujemy urządzenie, które na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale jest po prostu bardzo porządnie wykonane.
TEST: Hegel H150
Centralnie umieszczony wyświetlacz pokazuje aktywne wejście i częstotliwość sygnału. Tyle w zupełności wystarczy, bo D50 nie zna nazw utworów, okładek ani bibliotek muzycznych. Intensywność świecenia można zmniejszyć, a ekran całkowicie wygasić, co podczas wieczornego słuchania jest znacznie bardziej użyteczne niż kolejna kolorowa animacja. Podobnie jak włącznik we wzmacniaczach zintegrowanych, trzy przyciski służące do sterowania przetwornikiem schowano pod dolną krawędzią frontu. Początkowo trzeba sobie przypomnieć, gdzie dokładnie się znajdują i co robią, a później używa się ich właściwie odruchowo. Środkowy włącza lub wyłącza DAC-a, a jego dłuższe przytrzymanie pozwala wejść do pokładowego menu. Dwa przyciski po bokach służą oczywiście do zmiany źródła oraz do poruszania się po ustawieniach. Dobrze, że projektanci nie wyciągali przycisków na przednią ściankę, ponieważ to zaburzyłoby jej czystą linię, a większość użytkowników zapewne i tak będzie korzystać z dołączonego pilota RC8. Jest metalowy, cięższy niż typowe plastikowe sterowniki i wykonany wystarczająco dobrze, aby nie wyglądał jak część pożyczona z tańszego modelu. Nie ma podświetlenia ani ekranu, ale w D50 nie ma też funkcji, które uzasadniałyby zamianę pilota w drugi komputer.
Menu również jest krótkie i sensowne. Możemy tu na przykład ustawić jasność ekranu, zdecydować, jak urządzenie ma reagować na pojawienie się sygnału, uruchomić automatyczne przełączanie wejść oraz ustawić przechodzenie w tryb czuwania. D50 może więc na co dzień wykonywać wiele poleceń automatycznie - wybudzić się po rozpoczęciu odtwarzania i przejść w tryb czuwania, kiedy muzyka przestanie grać. Mimo że pod względem wzornictwa i podstawowych funkcji norweski DAC jest niemal demonstracyjnie staroświecki, w codziennym użytkowaniu nie zachowuje się jak sprzęt z poprzedniej epoki. Nie trzeba pamiętać o kolejnych przyciskach, przedzierać się przez wielopiętrowe menu ani konfigurować ustawień, których po miesiącu sami nie będziemy rozumieli. Podłączamy, wybieramy wejście i słuchamy.
Tylny panel pokazuje jednak, że prostota nie oznacza ubóstwa tam, gdzie ma znaczenie. Na początek dostajemy sześć wejść cyfrowych - USB-B, AES/EBU (XLR), koaksjalne S/PDIF na gniazdach BNC i RCA oraz dwa wejścia optyczne. Można więc jednocześnie podłączyć komputer, streamer i transport CD, a "optyki" zostawić choćby dla telewizora i konsoli. Dobrze, że producent nie ograniczył się do najbardziej oczywistych standardów. AES/EBU i BNC w typowym systemie domowym mogą przez lata pozostać niewykorzystane, ale w urządzeniu adresowanym do wymagających użytkowników dobrze jest mieć je pod ręką. Jeśli później kupimy transport wyposażony w jedno z takich wyjść, nie będziemy zmuszeni do korzystania z przejściówek tylko dlatego, że ktoś kilka lat wcześniej uznał BNC za zbyt niszowe.
Maksymalne parametry sygnału zależą od wybranego wejścia. USB obsługuje PCM do 32 bitów i 384 kHz oraz DSD256 przez DoP. AES/EBU i oba wejścia współosiowe przyjmują PCM do 24 bitów i 192 kHz oraz DSD64 DoP, a możliwości gniazd optycznych kończą się na PCM 24/96. Na rynku bez trudu znajdziemy urządzenia przyjmujące PCM 768 kHz i DSD512 albo jeszcze bardziej egzotyczne formaty. Trudno jednak uznać to za realne ograniczenie. Tak, wiem - zaraz pojawią się osoby twierdzące, że w swojej kolekcji plików nie schodzą z jakością poniżej 24-bitowych FLAC-ów i DSD64, a i albumów w jakości DSD512 mają tyle, że w piwnicy musieli postawić na nie osobną serwerownię, z audiofilskimi kablami LAN i switchami stojącymi na antywibracyjnych nózkach. A świstak siedział i zawijał je w te sreberka... Mówcie, co chcecie, ale moim zdaniem jakość 32 bit/384 kHz i DSD256 na wejściu USB to świat i ludzie. Nie twierdzę, że pliki wyższej jakości są bez sensu, ale nawet dla wymagających audiofilów to już przesada, sztuka dla sztuki, a dla innych użytkowników - niezrozumiały bełkot i ściganie się na parametry, które nie mają znaczenia. Zdecydowanie bardziej interesujące jest to, że D50 daje duży wybór sposobów połączenia z transportem, bo w praktyce jakość konkretnego interfejsu i jego implementacji może mieć większe znaczenie niż liczba widniejąca przy maksymalnej częstotliwości próbkowania.
Jeśli chodzi o wyjścia analogowe, do wyboru mamy oczywiście parę gniazd RCA i XLR. I tutaj zaczyna się prawdziwy purystyczny minimalizm. Oba wyjścia pracują ze stałym poziomem nominalnym 2,5 V. Nie ma możliwości regulacji głośności, więc Hegel nie odegra roli cyfrowego przedwzmacniacza. Jeżeli chcielibyśmy podłączyć go bezpośrednio do końcówki mocy, potrzebny byłby jeszcze element odpowiedzialny za regulację poziomu głośności. To ważniejsze ograniczenie niż brak gniazda HDMI czy wyjścia słuchawkowego, ponieważ wiele nowoczesnych DAC-ów pozwala dziś zbudować system złożony z transportu, przetwornika, końcówki mocy i kolumn. D50 konsekwentnie odrzuca ten scenariusz. Przedwzmacniacz ma być przedwzmacniaczem, streamer streamerem, a konwerter - konwerterem. Brak wyjścia regulowanego wiąże się z kolejną rzeczą, o której wspomniałem już na początku testu - D50 nie łączy się z siecią. Ani przewodowo, ani bezprzewodowo, ani za pośrednictwem kruka niosącego karteczki z zapisanym ręcznie ciągiem zer i jedynek.
Mimo że wyjaśniłem, dlaczego podjęto taką decyzję, dla wielu osób może to być zaskakujące. Szczególnie biorąc pod uwagę to, że Hegel zdecydowanie nie jest firmą, która nie umie poradzić sobie ze streamingiem. Nowsze integry mogą obsługiwać między innymi Roona, TIDAL Connect, Qobuz Connect, Spotify Connect, AirPlay, Google Cast czy UPnP, a producent rozwija także aplikację Hegel Control. Z perspektywy posiadacza piecyka tej marki streaming stał się więc czymś zupełnie naturalnym. Oczywiście wybór Norwegów można krytykować, czego nie omieszkałem zrobić. W momencie premiery opisywanego DAC-a wydawało mi się zupełnie naturalne, że będzie on wyposażony w moduł sieciowy przeszczepiony z topowych wzmacniaczy zintegrowanych, a tu klops. Gdyby D50 miał Ethernet i porządną platformę sieciową, byłby urządzeniem znacznie bardziej atrakcyjnym dla wielu właścicieli elektroniki innych marek. Osoby mające wzmacniacz jakiejkolwiek innej firmy i rozglądające się za wysokiej klasy źródłem wbrew pozorom nie mają wielkiego wyboru. Lumin, Auralic, Rose, Matrix Audio, Audiolab, EverSolo, Moon, może Atoll, Naim albo T+A, a potem co? D50 mógłby z automatu stać się ważnym uczestnikiem tej rozgrywki, a Hegel mógłby zyskać zupełnie nowe grono fanów - idealnie trafić w potrzeby wymagających melomanów, którzy z jakiegoś powodu nie kupili wzmacniacza takiego jak H400 czy H600. Być może nie trafia do nich koncepcja pakowania wszystkich elementów do jednej obudowy, może mają jakieś inne zastrzeżenia filozoficzno-techniczne, a może po prostu wolą dźwięk szklanych baniek albo ciepło zestrojonych tranzystorów. Ale porządne źródło łączące w sobie funkcje streamera, przetwornika i przedwzmacniacza chętnie by kupili. A D50 to tylko połowa takiego urządzenia i zawsze będzie potrzebował zewnętrznego transportu.
DAC-Loop polega na tym, aby współpracujące ze sobą urządzenia - w tym przypadku będą to wzmacniacz zintegrowany z sekcją strumieniową i przetwornik cyfrowo-analogowy - podzieliły się obowiązkami w trochę nieoczywisty sposób. Norwegowie twierdzą, że przynosi to zauważalne korzyści brzmieniowe i ja się pod tym stwierdzeniem podpisuję, ponieważ wielokrotnie miałem okazję testować takie połączenie.Warto w tym miejscu nadmienić, że istnieje także druga strona medalu. Dobry DAC może spokojnie pracować w systemie przez dziesięć czy piętnaście lat, natomiast platformy streamingowe, certyfikaty, aplikacje i standardy sieciowe starzeją się o wiele szybciej. Wystarczy pomyśleć, ile odtwarzaczy sieciowych sprzed dekady nadal doskonale działa jako transport cyfrowy, ale nie obsługuje już części nowych usług albo wymaga aplikacji, której producent od dawna nie rozwija. Rozdzielenie tych funkcji oznacza więcej pudełek, przewodów i większy wydatek na początku, ale daje też swobodę wymiany części systemu bez ruszania pozostałych. Jeżeli za pięć lat pojawi się nowa platforma streamingowa albo cały ten sieciowy świat zdąży się już zmienić nie do poznania, możemy zutylizować stary transport i kupić nowy (aby uzyskać satysfakcjonujące rezultaty, nie musi to być ogromny wydatek), a D50 zostawić na miejscu. W tym sensie jego staroświeckość ma w sobie odrobinę przyszłościowego myślenia. Z drugiej strony jednak Hegel mógł zrobić nam prezent już na starcie. Wystarczyło wziąć tę jedną cholerną płytkę, która montowana jest w niemal każdym wzmacniaczu zintegrowanym norweskiej firmy, aby opisywany DAC stał się pełnoprawnym streamerem. O ile podniosłoby to jego cenę? Zamiast 20 999 zł musielibyśmy zapłacić 22 999 zł? A może to tylko mój punkt widzenia, ponieważ ze wszystkich wzmacniaczy Hegla wybrałem... końcówkę mocy H20, która ma tylko kilka podstawowych gniazd i wielki, głośno pstrykający włącznik na przedniej ściance? Pełnowartościowy streamer z regulacją głośności byłby idealnym partnerem dla takiego piecyka, a chcąc zbudować firmową wieżę, w obecnym układzie musiałbym kupić D50, przedwzmacniacz P20 i Vikinga jako transport CD, a wciąż nie miałbym streamingu. W tej sytuacji niegłupim rozwiązaniem wydaje się kupno integry H150 i skorzystanie z jej wyjścia pre-out. Spór jest chyba nie do rozstrzygnięcia, bo zawsze znajdą się zarówno fani rozbudowanych systemów, w których każdy element pełni tylko jedną funkcję, jak i klienci wyznający zasadę "lepiej coś mieć i nie potrzebować niż potrzebować i nie mieć".
Najciekawszym rozwiązaniem związanym z opisywanym przetwornikiem jest oczywiście wykorzystanie systemu DAC-Loop. W tym momencie warto bardzo wyraźnie zaznaczyć, że nie jest to jakiś patent dostępny wyłącznie dla użytkowników sprzętu Hegla. Nie mówimy bowiem o połączeniu wymagającym użycia specjalnych gniazd, zsynchronizowania ze sobą dwóch urządzeń za pomocą dedykowanej aplikacji ani niczym, czego nie można by było zrobić z wykorzystaniem sprzętu innych marek - o ile mają one wszystkie potrzebne do tego wejścia i wyjścia. Mówimy jednak o standardowych złączach, takich jak gniazdo LAN, wyjście i wejście cyfrowe w tym samym formacie oraz tradycyjne, analogowe złącza RCA lub XLR. Pomysł polega na tym, aby współpracujące ze sobą urządzenia - w tym przypadku będą to wzmacniacz zintegrowany z sekcją strumieniową i przetwornik cyfrowo-analogowy - podzieliły się obowiązkami w trochę nieoczywisty sposób. Norwegowie twierdzą, że przynosi to zauważalne korzyści brzmieniowe i ja się pod tym stwierdzeniem podpisuję, ponieważ wielokrotnie miałem okazję testować takie połączenie. Jak to dokładnie działa? Otóż moduł sieciowy w naszej integrze ma pełnić wyłącznie funkcję transportu cyfrowego. Sygnał wysyłamy do przetwornika w formie cyfrowej (w tym przypadku zapewne trzeba będzie do tego wykorzystać wyjście koaksjalne), a ten zajmuje się tym, co potrafi najlepiej - zamienia go na postać analogową. Teraz pozostaje nam tylko połączyć DAC-a ze wzmacniaczem za pomocą kabli zbalansowanych lub niezbalansowanych, czyli "wracamy" na jedno z jego wejść analogowych. Można o tym pomyśleć w inny sposób - gdybyśmy zechcieli ulepszyć nasz wzmacniacz sieciowy i zamiast przetwornika zmontowanego na stosunkowo niewielkiej płytce wsadzić do niego taki z prawdziwego zdarzenia, z własnym zasilaniem i rozbudowanym stopniem analogowym, dokładnie tak by to wyglądało i tak byłoby połączone w środku. W systemie DAC-Loop użytkownik nadal wybiera źródła i reguluje głośność tak jak wcześniej, może więc korzystać ze streamera wbudowanego w integrę ze wszystkimi jego funkcjami, natomiast za samą konwersję odpowiada zewnętrzny przetwornik. W praktyce oznacza to, że posiadacz takiego piecyka jak H360, H390, H590, H400 czy H600 może potraktować D50 jako elegancki upgrade. Nie musi kupować kolejnego streamera, zmieniać aplikacji ani organizować obsługi systemu od nowa. Wpina przetwornik w pętlę i wszystko działa dokładnie jak wcześniej, tyle że gra wyraźnie lepiej. W takim układzie nie obchodzą nas wspomniane wcześniej ograniczenia. Nie musimy kupować dodatkowego transportu sieciowego, bo mamy go we wzmacniaczu. Poza integrę eksportujemy tylko jeden, ale za to niezwykle ważny proces - konwersję C/A. Nie dziwię się, że to działa. Bardziej zastanawia mnie to, że inni producenci raczej nie zachęcają swoich klientów do podobnych eksperymentów. Może wygodniej i korzystniej jest przekonywać ich, że jedynym sposobem na poprawę brzmienia jest sprzedanie swojego obecnego wzmacniacza i kupno nowego modelu, który na dobrą sprawę niewiele się od niego różni. Ale to już temat na zupełnie inny artykuł.

Brzmienie
Urządzenia Hegla od dawna stawiają recenzentom pewien opór. O wiele łatwiej pisze się bowiem o sprzęcie, który ma silną, natychmiast rozpoznawalną osobowość. Można powiedzieć, że wzmacniacz gra ciepło, kolumny mają wyjątkowo mocny bas, a DAC rozświetla górę pasma i w pierwszych trzydziestu sekundach pokazuje wszystkie detale, jakie znajdują się w nagraniu. D50, podobnie jak niemal wszystkie inne urządzenia norweskiej firmy, nie podsuwa nam takiego prostego klucza. Nie stawia wszystkiego na jedną kartę, nie próbuje zabłysnąć w jednym aspekcie prezentacji, zapominając o wszystkich pozostałych, a już na pewno nie stosuje tanich sztuczek, które miałyby mu pomóc zmiażdżyć konkurencję w ciągu kilkuminutowego odsłuchu w sklepie. Na początku można być trochę zagubionym, a nawet więcej - rozczarowanym. Ostatecznie mamy do czynienia z przetwornikiem za ponad dwadzieścia tysięcy złotych, więc siłą rzeczy oczekujemy, że po jego włączeniu w tor stanie się... no właśnie co? Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie tego sprecyzować, to część z nas chciałaby usłyszeć coś wyjątkowego, jakieś fajerwerki albo przynajmniej ich zapowiedź. Kiedy dźwięk od samego początku jest normalny, neutralny, dobrze zrównoważony i pozbawiony elementów ewidentnie wybijających się na pierwszy plan, entuzjazm może opaść. Zalecam jednak cierpliwość, ponieważ brak owego "efektu wow" nie jest cechą urządzeń dobrych - jest atrybutem tych absolutnie najlepszych. I tak jest również w tym przypadku.
Czy to oznacza, że D50 jest źródłem całkowicie przezroczystym, nieobecnym w torze, pozbawionym własnego charakteru? Nie do końca, jednak chcąc zrozumieć jego podejście do muzyki, proponuję przeprowadzić pewien eksperyment myślowy. Jeżeli po wielu miesiącach projektowania i czasochłonnych testów odsłuchowych (nie wierzę, że istnieje inna metoda, aby to osiągnąć) doprowadzimy do tego, że dane urządzenie gra całkowicie liniowo, nie eksponując ani nie uciszając żadnego fragmentu pasma, następnie uzyskamy idealne odwzorowanie barw, z temperaturą nastawioną na zero, a na końcu upewnimy się, że sprzęt nie robi nic głupiego z dynamiką albo przestrzenią, to gdzie szukać śladów owego charakteru? No właśnie - na dobrą sprawę zostają nam pewne aspekty prezentacji, które dla wielu słuchaczy mają znaczenie drugorzędne albo nie mają go wcale, natomiast dla najbardziej wymagających melomanów są niezwykle istotne. Jestem pewien, że osoby dysponujące dopracowanym systemem - audiofile, którzy poświęcili wiele czasu nie tylko na wybór kolumn, ale nawet na takie sprawy jak dobór kabli zasilających, ustawienie streamera na platformie antywibracyjnej czy przesuwanie ustrojów akustycznych o pięć centymetrów w każdą stronę, bardzo szybko uznają obowiązkowy etap testu D50 za zaliczony i przejdą do sprawdzania wszystkiego, co czai się głębiej. Włącznie z puszczaniem jednego utworu raz po raz i wsłuchiwaniem się w konkretne dźwięki na trzecim czy czwartym planie. Norweski przetwornik na taką zabawę pozwala. W moim przypadku odsłuch "zapoznawczy" był tylko formalnością. Gdyby to był egzamin dojrzałości, mógłbym po pięciu minutach postawić maksymalną ocenę za część podstawową i od razu przynieść arkusz z częścią rozszerzoną. Chcąc przyłapać D50 na błędach, jakie popełniają tańsze, mniej dopracowane źródła, tylko marnujemy czas. Swój i jego.
Kolejna trudność z punktu widzenia recenzenta polega na tym, że nawet kiedy odkryjemy już pewne oznaki własnego charakteru norweskiego DAC-a, po chwili dociera do nas, że każda z nich została bardzo dobrze wtopiona w całość. Brzmienie jest gładkie, nasycone, uporządkowane i spokojne, ale nie miękkie ani ospałe. Jest w nim dużo informacji, lecz żadna nie zostaje specjalnie podkreślona. Kontury są czytelne, ale nie przesadnie ostre. Bas potrafi zejść nisko i dać muzyce solidny fundament, lecz nie demonstruje swoich możliwości za wszelką cenę i nie próbuje zdominować średnicy. Barwy są naturalne, więc jeśli w nagraniu pojawia się bliski, gęsty, mięsisty wokal, będzie on miał odpowiednią masę i wypełnienie, a nawet zostanie pokazany jako ciepły, przyjemny i organiczny. Przez chwilę wydaje nam się, że przyłapaliśmy Hegla na zagęszczaniu średnicy, po czym zmieniamy repertuar i po tym romantycznym klimacie nie ma śladu, bo teraz wymagane jest coś innego i D50 dokładnie na tym się koncentruje. To zestaw cech, które pojedynczo brzmią wręcz banalnie. No bo czy nie istnieją znacznie tańsze przetworniki grające równo i neutralnie? Albo takie z bardzo dobrym, głębokim i zwartym basem, który nie przysłania średnich tonów? Oczywiście, że istnieją. Cała sztuka polega jednak na tym, że tutaj wszystkie te cechy występują jednocześnie i żadna nie została wyczarowana kosztem pozostałych. Być może dlatego największą zaletę norweskiego przetwornika zaczyna się doceniać trochę później - gdy po kilku, może kilkunastu płytach orientujemy się, że już dawno przestaliśmy słuchać przetwornika i jedyne, co teraz robimy, to słuchamy muzyki. Dla czystej przyjemności. To nie marketingowy frazes, tylko... moje tłumaczenie, dlaczego test trwał tak długo. Ile miał trwać, skoro nawet gdy siadałem do kolejnego odsłuchu, powtarzając sobie "testujesz sprzęt, puszczaj konkretne utwory, analizuj brzmienie i zapisuj wnioski", maksymalnie po dwudziestu minutach zaczynałem już odpływać myślami gdzie indziej? Potem włączałem muzykę, którą zwyczajnie lubię (a nie zawsze mówimy tu o mistrzowskich realizacjach), a jeszcze później zaczynałem myśleć o tym, że z takim źródłem w moim systemie kable głośnikowe Tellurium Q Ultra Silver II chyba sprawdziłyby się lepiej niż Cardasy Clear Reflection. Trzeba było zakończyć ten test po dwóch dniach słuchania, ale nie miałem wystarczająco dużo samozaparcia i zamiast tego przeciągnąłem "procedurę" do granic możliwości. Przepraszam, biję się w pierś.
Najbardziej charakterystyczny jest chyba sposób, w jaki D50 podaje informacje. Jak to bywa w urządzeniach z wysokiej półki, rozdzielczość nie bierze się z podkreślenia wysokich tonów ani górnej średnicy, więc na początku można nawet nie odnotować jej jako jednej z kluczowych zalet danego modelu. Dopiero gdy zaczniemy świadomie śledzić wybrany obszar nagrania albo pojedynczy instrument, okazuje się, że właściwie wszystko jest dostępne aż do poziomu muzycznego planktonu. Słychać sposób uderzenia w strunę, zmianę artykulacji, drobny oddech wokalisty, akustykę pomieszczenia, długie wygasanie talerza albo różnicę między dwiema niemal identycznymi frazami. Informacje nie są jednak ustawiane w jednym szeregu przed słuchaczem. Pozostają częścią nagrania. Można się na nich skupić, ale co ważniejsze, równie łatwo można przestać je analizować i wrócić do muzyki jako całości. To istotna różnica, bo istnieje pewien typ "cyfrowego" brzmienia, który podczas krótkiego odsłuchu robi ogromne wrażenie. Wszystko jest ostre, wyraźne, precyzyjnie wykrojone, scena wydaje się wielka, a w nagraniach nagle pojawiają się dziesiątki drobiazgów. Przez kwadrans można mieć wrażenie, że odkryliśmy nowy poziom jakości. Później okazuje się, że niezależnie od tego, czego słuchamy, przetwornik ciągle stosuje ten sam trik. Najpierw zachwycaliśmy się odgłosami szarpania strun gitary, potem analizowaliśmy uderzenia werbla i wszystko to robiło na nas ogromne wrażenie, a później sięgamy po spokojne, ambientowe nagranie oparte na elektronicznym basie i wokalu, gdzie nie ma żadnych wyskoków dynamicznych ani instrumentów akustycznych, a mimo to wciąż czujemy się tak samo, jak chwilę wcześniej, gdy słuchaliśmy gitary i werbla. Okazuje się, że to nie sprzęt grał tak realistycznie i przekonująco, tylko jego charakter akurat pasował do tamtych nagrań, podkreślał ich walory, a do innych nie pasuje w ogóle, sprawiając, że brzmią dziwnie, płasko i nienaturalnie. D50 działa odwrotnie. Im dłużej gra, tym mniej słychać jego własną charakterystykę, o ile ona w ogóle istnieje. To prowadzi do kolejnych odkryć. Z tak neutralnym źródłem różnice między nagraniami stają się większe, a nie mniejsze. Dobra realizacja potrafi zabrzmieć spektakularnie, słaba pozostaje słaba, a sprzęt ani nie wygładza ostrych krawędzi, ani nie dodaje kolejnej porcji szklistości i nerwowości.
W tę filozofię znakomicie wpisuje się najważniejsza część pasma - średnica. Jest pełna i namacalna, ale nie została wypchnięta do przodu ani ocieplona w sposób, który natychmiast kojarzyłby się z "muzykalnym" przetwornikiem. Wokal ma prawidłową wielkość, właściwą masę i przede wszystkim zachowuje własną fakturę. Jeżeli głos jest cienki, matowy, nosowy, chropowaty czy lekko zachrypnięty, D50 nie przerabia go na jedną przyjemną masę. Kiedy realizacja jest bliska i intymna, artysta może pojawić się niemal na wyciągnięcie ręki. Jeżeli nagranie zostało zbudowane z większego dystansu, Hegel nie będzie sztucznie przesuwał wokalu przed linię kolumn tylko po to, żebyśmy poczuli obecność muzyków w pokoju. Podobnie zachowują się instrumenty akustyczne. Fortepian nie składa się wyłącznie z uderzeń młoteczka, po których szybko nastaje cisza. Jest też ciężar, rezonans i powietrze wokół instrumentu. Trąbka może zabrzmieć gęsto, szorstko i agresywnie, a nawet więcej - powinna, bo tak zazwyczaj brzmi w rzeczywistości. D50 nie robi z każdego instrumentu przedmiotu pięknego i eleganckiego. Muzyka w jego wydaniu nie jest kolekcją eksponatów muzealnych. Jest żywa i przekonująca. A jeśli w jego brzmieniu czai się odrobina gładkości, to nie polega ona na braku ziarnistości, chropowatości czy piskliwości. Każde z tych "nieprzyjemnych" zjawisk może nas spotkać, bo taki jest prawdziwy świat, a artyści i realizatorzy nagrania też mają w tej materii wiele do powiedzenia.
Hegel ma tak zdrowe podejście, że niczego nie musi udawać. Odsuwa na bok własne ambicje i zostawia materiał w spokoju. Nam pozostaje tylko chłonąć dźwięk i wyrobić sobie własne zdanie zarówno na temat samej muzyki, jak i jej realizacji. Na temat samego D50 właściwie też nie musimy prowadzić wewnętrznych debat, bo nie ma o czym rozmawiać - jest świetnie i tyle.Cały czas wracamy więc do tej samej rzeczy - proporcji. D50 nie jest najcieplejszym DAC-em, jaki można kupić, ani najbardziej analitycznym. Nie przygniata słuchacza ogromną liczbą szczegółów, ale wystarczy zacząć ich szukać, żeby odkryć, że właściwie niczego nie brakuje. Przy krótkim kontakcie ze sprzętem może być to problemem, szczególnie jeśli mówimy o szybkim odsłuchu w warunkach sklepowych, ale w domu ma jedną, ogromną zaletę - nie nudzi się. W tym momencie przydałoby się pewnie maleńkie ostrzeżenie dla tych, którzy pomyślą, że nazywam Hegla neutralnym, rzetelnym i przezroczystym, a w rzeczywistości jest łagodny jak baranek. Źródło o przyjaznym usposobieniu nie robiłoby rzeczy, które dla D50 są czymś tak normalnym, że nie czuje nawet potrzeby, by się z tego tłumaczyć. DAC nastawiony na muzykalność byłby bardziej wyrozumiały, a nawet mógłby poprawiać kiepskie realizacje, ale zwykle jest wtedy jeden haczyk - po pewnym czasie okazuje się, że taki sprzęt próbuje również poprawić te dobre, co zdecydowanie nie wychodzi im na zdrowie. Hegel ma natomiast tak zdrowe podejście, że niczego nie musi udawać. Odsuwa na bok własne ambicje i zostawia materiał w spokoju. Nam pozostaje tylko chłonąć dźwięk i wyrobić sobie własne zdanie zarówno na temat samej muzyki, jak i jej realizacji. Na temat samego D50 właściwie też nie musimy prowadzić wewnętrznych debat, bo nie ma o czym rozmawiać - jest świetnie i tyle.
Jeszcze większe wrażenie robi przestrzeń. Nie dlatego, że D50 zawsze rysuje scenę o szerokości sali koncertowej. Zdarzają się urządzenia, które w tej jednej dziedzinie idą jeszcze dalej - rozrzucają instrumenty daleko poza kolumny i od pierwszych sekund każą zachwycać się holografią. Hegel jest bardziej powściągliwy, ale też bardziej wiarygodny. Jeżeli scena w danym nagraniu jest dość ciasna, D50 nie próbuje jej sztucznie pompować. Kiedy materiał został zarejestrowany z dużą ilością informacji o akustyce i pogłosie, norweski przetwornik potrafi wykorzystać je naprawdę efektownie. Szczególnie dobrze wypada głębia i wzajemne relacje między źródłami. Pierwszy plan nie jest przyklejony do kolumn, dalsze warstwy nie zlewają się w jedną ścianę, a źródła pozorne są przy tym nie tylko dobrze zlokalizowane, ale mają odpowiednią objętość. To dla mnie znacznie ważniejsze niż laserowa precyzja. Instrument istnieje w przestrzeni jako coś większego niż punkt - są nie tylko kontury, ale też wypełnienie. To bardzo ważne, ponieważ po jakimś czasie daje wrażenie stabilności i pewności co do uzyskanego efektu. Można nawet powiedzieć, że przestrzeń w wykonaniu Hegla idealnie pasuje do całej reszty - jest to kolejny element prezentacji, którego charakter i jakość nie budzą żadnych wątpliwości, a wręcz umacniają nas w przekonaniu, że na tym DAC-u naprawdę można polegać. Jeśli miałbym znaleźć dla niego jedno określenie, nie byłaby to nawet "neutralność", bo ten termin zbyt często kojarzy się z chłodem i nudą. Bardziej pasowałaby mi dojrzałość i to też nie powinno być zaskakujące, bo jeśli firma ciesząca się taką renomą, słynąca ze wzmacniaczy o mocnym, równym, dynamicznym i uniwersalnym brzmieniu, wprowadza do swojej oferty jeden jedyny przetwornik, który automatycznie wchodzi w skład referencyjnego zestawu i tworzy piękną wieżę wraz z odtwarzaczem CD, flagowym przedwzmacniaczem i potężnym, ważącym niespełna 50 kg wzmacniaczem o mocy 1100 W/8 Ω, to jest dość oczywiste, że nie stworzono go dla osób o niewyrobionym guście. Dobrze byłoby mieć tak rzetelne źródło w swoim systemie, ale cóż, po skończonym teście norweski kruk musiał trafić do swojej kartonowej klatki. Odynie, nie myśl o mnie źle - Chrisa Jonesa słuchałem z czystego obowiązku.

Budowa i parametry
Hegel D50 to przetwornik cyfrowo-analogowy w pełnowymiarowej obudowie. Po jej otwarciu nie zobaczymy tu jednego spektakularnego rozwiązania, wokół którego można zbudować całą opowieść marketingową. Konstruktorzy postawili raczej na konsekwentne eliminowanie potencjalnych problemów. Sekcje zostały od siebie fizycznie oddzielone, wrażliwe układy otrzymały osobne zasilanie, zwrócono dużą uwagę na taktowanie i ograniczenie zakłóceń elektromagnetycznych, a samą płytkę przetwornika umieszczono ponad główną elektroniką. Dzięki temu można skrócić część ścieżek sygnałowych i zwiększyć dystans od obwodów, które mogłyby wprowadzać zakłócenia. Nie brzmi to tak efektownie jak osiem DAC-ów pracujących równolegle albo własny algorytm rekonstrukcji sygnału nazwany tajemniczym skrótem, ale właśnie takie podejście wydaje się bardzo zgodne z charakterem Hegla. Sercem sekcji cyfrowej jest układ ESS9039 firmy ESS Technology, wybrany ze względu na parametry idealnie dopasowane do architektury urządzenia. Wybór kości wydaje się co najmniej ciekawy, ale współczesny rynek DAC-ów znakomicie pokazuje, jak niewiele można powiedzieć o brzmieniu gotowego urządzenia na podstawie zastosowanego chipu. Tę samą rodzinę układów znajdziemy w urządzeniach brzmiących zupełnie inaczej, bo o rezultacie decydują również odbiorniki wejściowe, zegary, zasilanie, prowadzenie masy, filtracja, topologia stopnia analogowego i dziesiątki mniej efektownych decyzji projektowych. Hegel najwyraźniej podchodzi do sprawy podobnie, ponieważ nie próbuje budować całej komunikacji D50 wokół nazwy jednego kluczowego układu.
D50 ma trzy główne zegary - jeden przeznaczony dla sygnałów S/PDIF oraz dwa obsługujące USB, osobno dla rodzin częstotliwości 44,1 i 48 kHz. Idea jest prosta - zamiast zmuszać jeden generator do obsługi wszystkich możliwych częstotliwości, wykorzystujemy właściwą bazę zegarową dla danego materiału. Dla użytkownika nic się nie zmienia, ale dla układu odpowiedzialnego za konwersję stabilność czasowa sygnału jest jednym z podstawowych warunków prawidłowej pracy. Jeszcze więcej wysiłku włożono w zasilanie i tu doskonale widać coś, co pamiętam z przetwornika HD30 - dwa transformatory toroidalne umieszczone w stalowym ekranie w rogu obudowy, jak najdalej od innych układów elektronicznych. Jeden toroid obsługuje tryb czuwania i obwody generujące więcej zakłóceń, drugi zasila wrażliwą część cyfrową i analogową. Konstrukcja wykorzystuje około dwudziestu niezależnie regulowanych szyn zasilających. Nie chodzi więc wyłącznie o rozdzielenie napięcia na kilka sekcji, ale o stworzenie możliwie stabilnych warunków pracy dla poszczególnych bloków. Przy wejściu sieciowym zastosowano również rozbudowane filtrowanie EMI. Można oczywiście wzruszyć ramionami i powiedzieć, że każdy producent hi-endowego DAC-a opowiada o czystym zasilaniu i niskim jitterze. Problem w tym, że nie każdy rzeczywiście poświęca tym zagadnieniom tyle miejsca wewnątrz urządzenia. Niektóre firmy uważają nawet, że przetwornik, jako źródło o stosunkowo niskim zapotrzebowaniu na prąd, powinien w zupełności zadowolić się zasilaczem wtyczkowym w stylu "ładowarki do Nokii". Hegel jednak na zasilaniu nigdy nie oszczędza, więc i tutaj tak rozbudowana "elektrownia" nie jest wielkim zaskoczeniem.
Parametry techniczne są znakomite, choć producent nie próbuje ustanawiać światowych rekordów. Deklarowane zniekształcenia pozostają na poziomie poniżej 0,0002%, poziom szumu ma wynosić około -150 dB, a pasmo przenoszenia rozciąga się od zera aż do częstotliwości powyżej 100 kHz. Patrząc na takie wyniki, trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia ze źródłem idealnym, co w dość ciekawy sposób łączy się z wrażeniami odsłuchowymi. Bardzo niski poziom szumu, dobra liniowość i odporność na jitter same w sobie nie gwarantują pięknego dźwięku - byłbym bardzo daleki od formułowania wniosków na temat dźwięku tylko na podstawie liczb lub wykresów. Trudno jednak nie zauważyć pewnej zbieżności. Czyste tło, zdolność do pokazywania bardzo drobnych informacji bez ich podkreślania oraz brak cyfrowej szorstkości pasują do urządzenia, którego podstawowe parametry pozostają daleko poniżej granicy tego, co mogłoby stać się słyszalnym problemem. D50 nie jest przykładem sprzętu, przy którym trzeba tłumaczyć, że pomiary wyglądają przeciętnie, ale mimo wszystko "dźwięk się broni". Tutaj inżynieria i odsłuch mówią tym samym językiem.
Werdykt
D50 to jeden z najciekawszych przetworników, z jakimi zetknąłem się w ostatnich latach. Już sama koncepcja "czystego DAC-a" wydaje się co najmniej odważna. Wielu potencjalnych klientów niemal automatycznie odrzuci pomysł zakupu źródła, które nie łączy się z siecią, nie steruje głośnością, nie napędza słuchawek, nie ma złącza HDMI, nie przyjmie sygnału analogowego ani nie zastąpi przedwzmacniacza. Przetwornik pozbawiony wszelkiego rodzaju dodatków i skupiony wyłącznie na swoim podstawowym zadaniu to dziś sprzęt dla najbardziej wymagających audiofilów - tych, którzy zamiast kompaktowego systemu all-in-one wolą mieć stolik pełen nietuzinkowych klocków, z których każdy robi tylko jedną rzecz, ale jest w tym bezbłędny.
Dokładnie na tym polega koncepcja D50. Hegel nie chce, żebyśmy kupowali go dlatego, że potrzebujemy jeszcze jednego centrum dowodzenia. To propozycja dla osoby, która takie centrum już ma albo w ogóle go nie potrzebuje. Być może korzysta z ulubionego streamera i nie chce zmieniać platformy. Być może ma świetny transport CD. Być może zbudowała system dzielony, w którym regulacja głośności należy do przedwzmacniacza. A może ma świetny wzmacniacz zintegrowany, taki jak H400 lub H600, jest z niego zadowolona i chce po prostu przesunąć jakość toru cyfrowego o szczebel wyżej bez wymiany całej elektroniki. W każdym z tych scenariuszy lista funkcjonalnych braków D50 przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko to, jak ten przetwornik gra. A tak się składa, że gra wyśmienicie.
Na koniec zostawiłem sobie kwestię ceny, ponieważ tutaj ocena sytuacji ponownie zależy od tego, z jakiej perspektywy patrzymy. Dwadzieścia tysięcy złotych za przetwornik bez streamingu, regulacji głośności, wyjścia słuchawkowego i innych "przydatnych funkcji" to dużo. Sęk w tym, że pod względem jakości brzmienia, a w szczególności tego, jaki poziom neutralności i realizmu udało się norweskim inżynierom osiągnąć, ta kwota nie wydaje się już wygórowana. Jeżeli należycie do grona osób oceniających sprzęt nie przez pryzmat tego, jak pięknie się prezentuje, ile waży i jakie napisy zdobią jego przednią ściankę, ale wyłącznie na podstawie tego, jak gra, jestem przekonany, że szybko zakwalifikujecie D50 do kategorii źródeł z najwyższej półki. Nie obawiałbym się postawić go w jednym rzędzie z takimi przetwornikami jak Rockna Audio Wavelight DAC (27 900 zł), Auralic Vega G2.2 (36 800 zł) czy Mola Mola Tambaqui (51 900 zł).
Nierozwiązany pozostaje jedynie problem streamingu. I choć wielu audiofilów doceni fakt, że Hegel obrał bezkompromisową, purystyczną ścieżkę, ja dostrzegam w tej taktyce pewną lukę. Oczywiście nie ma jej, jeśli założymy, że opisywanym przetwornikiem zainteresują się przede wszystkim posiadacze wzmacniaczy zintegrowanych norweskiej firmy. Tam moduł sieciowy jest już na pokładzie, więc wystarczy połączyć oba komponenty w systemie DAC-Loop i wykorzystujemy 100% możliwości posiadanego sprzętu. Nie jest jednak tak różowo, jeśli mamy czysto analogowy piecyk albo końcówkę mocy. Wówczas do D50 natychmiast musimy dołożyć kolejne klocki. Zresztą co tu daleko szukać - referencyjna seria Hegla składa się z końcówki H30A, przedwzmacniacza P30A, opisywanego DAC-a i odtwarzacza płyt kompaktowych Viking. A gdzie streamer, a w zasadzie transport sieciowy? Jedyne logiczne rozwiązanie tej zagadki jest według mnie takie, że jeszcze nie powstał. Może Norwegowie doszli do wniosku, że moduł sieciowy wymontowany żywcem z H400 lub H600 to za mało? Może pracują już nad hi-endowym transportem cyfrowym z prawdziwego zdarzenia? A może będą zaciekle bronili swojej decyzji, argumentując, że w porządnym systemie stereo przetwornik powinien zawsze być tylko przetwornikiem, a nie streamerem, przedwzmacniaczem, korektorem akustyki pomieszczenia i ekspresem do kawy?
D50 pokazuje, że ta filozofia ma sens. Jest specjalistycznym źródłem, które nie próbuje przekonać nas, że płacimy za magiczny algorytm, egzotyczne materiały albo obudowę wyfrezowaną z trzydziestokilogramowego bloku metalu. Tutaj pieniądze poszły na dopracowaną sekcję cyfrową, bardzo solidne zasilanie, separację obwodów, zegary, analogowy stopień wyjściowy i wszystkie rzeczy, które trudno pokazać na ekranie, a które ostatecznie składają się na wysoką jakość dźwięku. W świecie urządzeń coraz bardziej rozbudowanych, inteligentnych i wielofunkcyjnych brzmi to niemal staromodnie. Rzecz w tym, że podczas odsłuchu nie mamy już ochoty zagłębiać się w tego typu rozważania, ponieważ D50 gra po prostu wspaniale. Dla wymagającego audiofila, który szuka idealnej równowagi, neutralności, uniwersalności i tego, co zwykliśmy nazywać prawdą o muzyce, jest to wręcz źródło marzeń. Po kilku tygodniach z tym przetwornikiem trudno uznać, że Hegel przegapił szansę, by stworzyć znakomity streamer albo czegoś tu nie zrozumiał. Możliwe, że doskonale zrozumiał, iż czasami najbardziej luksusową funkcją sprzętu audio jest po prostu robić jedną rzecz naprawdę dobrze.

Dane techniczne
Układ DAC: ESS Technology ESS9039
Wejścia cyfrowe: USB-B, AES/EBU (XLR), S/PDIF BNC, S/PDIF RCA, 2 x Toslink
USB: PCM do 32 bit/384 kHz, DSD256 (DoP)
AES/EBU, BNC, RCA: PCM do 24 bit/192 kHz, DSD64 (DoP)
Toslink: PCM do 24 bit/96 kHz
Wyjścia analogowe: RCA, XLR
Poziom wyjściowy: 2,5 V
Zniekształcenia: < 0,0002%
Poziom szumu: -150 dB
Pasmo przenoszenia: 0 Hz - 100 kHz
Zużycie energii: < 20 W
Wymiary (W/S/G): 9,9/43/30,5 cm
Masa: 6,6 kg
Cena: 20 999 zł
Konfiguracja
Audiovector QR5, Equilibrium Nano, Pylon Audio Jade 10, Fezz Audio Titania MK2, Hegel H20, Octavio AMP, Unison Research Triode 25, Auralic Aries G1, Auralic Vega G1, Clearaudio Concept, Cambridge Audio CP2, FiiO BTR13, FiiO M21, Marantz HD-DAC1, Silent Angel M1T, Apple AirPods Max, Baseus Inspire XH1, Beyerdynamic DT 270 PRO, Beyerdynamic DT 30 IE, Beyerdynamic DT 770 PRO, Beyerdynamic DT 990 PRO, Bowers & Wilkins P5, Bowers & Wilkins Px8 S2, Denon AH-MM400, Final Audio Design A8000, Grado SR60, HiFiMAN Edition X, Koss Porta Pro, Meze 99 Classics, Musical Fidelity MF-100, Sennheiser HD 600, Sennheiser Momentum M2 AEi, Sennheiser Momentum On-Ear, Sennheiser Momentum True Wireless 5, Sennheiser Urbanite XL, Sonus Faber Pryma, Sony WF-1000XM3, Yamaha HPH-150, Albedo Geo, AudioQuest Cinnamon, AudioQuest NRG-2, Cardas Clear Reflection, Equilibrium Pure IC Ultimate, Fidata HFU2, KBL Sound Red Corona, Melodika Purple Rain, Tellurium Q Ultra Blue II, Tellurium Q Ultra Silver II, Van den Hul CS-122 Hybrid, Enerr One 6S DCB, Enerr Tablette 6S, Enerr Transcenda Ultimate, Silent Angel N8, Custom Design RS 202, Pro-Ject Wallmount It 1, Vicoustic ViCloud VMT, Vicoustic VicWallpaper VMT, Apple iPhone 15 Pro, Asus Zenbook UX31A, Xiaomi 15T Pro.
Równowaga tonalna![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Dynamika![]()
Rozdzielczość![]()
Barwa dźwięku![]()
Szybkość![]()
Spójność![]()
Muzykalność![]()
Szerokość sceny stereo![]()
Głębia sceny stereo
Jakość wykonania![]()
Funkcjonalność![]()
Cena![]()
Nagroda


















Komentarze