Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Beyerdynamic DT 30 IE

Beyerdynamic DT 30 IE

Beyerdynamic to jedna z tych marek, o których trudno pisać bez należnego jej szacunku, ale coraz trudniej robić to bez poczucia pewnego rozżalenia czy wręcz zwątpienia. Szacunku - bo mówimy o firmie zasłużonej, z ogromnym dorobkiem, silną tożsamością i wieloma modelami, które w świecie słuchawek osiągnęły status niemal pomnikowy. Rozżalenia - bo przez długi czas można było odnieść wrażenie, że Niemcy pilnują własnej legendy i odcinają od niej kupony zamiast aktywnie walczyć o nowe terytoria. Niby wszystko się zgadza - jest historia, jest rzemiosło, jest marka o potężnym dorobku, są produkty, które od dekad funkcjonują w studiach nagraniowych, rozgłośniach i domach ludzi naprawdę zainteresowanych dźwiękiem. A jednak gdzieś po drodze zaczęło brakować poczucia, że to właśnie Beyerdynamic nadaje dziś ton. Rynek słuchawek odjechał w ciągu ostatnich kilkunastu lat bardzo daleko, rozwijając się w kilku kierunkach jednocześnie. Jedni producenci obrali kurs na hi-end, drudzy postawili na modele bezprzewodowe, inni na słuchawki planarne, a jeszcze inni na zaawansowane technicznie, luksusowe IEM-y. Kto wygrał? W zasadzie każdy, kto wykazuje się wzmożoną aktywnością, bo rynek rozwinął się do tego stopnia, że trudno popełnić błąd i trafić w próżnię. Beyerdynamic mógł obrać dowolną ścieżkę rozwoju, ale postanowił grać bezpiecznie i robić swoje, jakby każda zmiana na rynku miała być tylko chwilowym trendem. W rezultacie firma wciąż jest kojarzona głównie z modelami DT 770 PRO, DT 880 PRO i DT 990 PRO, czyli słuchawkami zasłużonymi, uwielbianymi, nadal szalenie sensownymi, ale jednak należącymi do innej epoki. Odnoszę wrażenie, że niedawno ktoś w Heilbronn to zauważył i postanowił powoli, małymi krokami wyjść ze stagnacji - przypomnieć wszystkim, że Beyerdynamic to nie tylko kawał historii, ale firma, która może nas jeszcze zaskoczyć. Kiedy nadarzyła się okazja, postanowiłem więc przetestować jej najnowsze dzieło - zaprojektowane z myślą o profesjonalistach dokanałówki DT 30 IE.

We wspomnianej bierności jest coś paradoksalnego, bo mówimy przecież o marce, która dosłownie współtworzyła historię słuchawek. Firma została założona w 1924 roku w Berlinie przez Eugena Beyera jako Elektrotechnische Fabrik Eugen Beyer. Początkowo zajmowała się głównie techniką nagłośnieniową dla kin, ale już w 1937 roku pokazała model DT 48, który sama określa jako pierwsze dynamiczne słuchawki na świecie. Co ważne, DT 48 utrzymały się w katalogu aż do 2012 roku. Po wojnie przedsiębiorstwo przeniosło się do Heilbronn, gdzie znajduje się do dziś. W 1965 roku pojawiły się DT 100, a w latach osiemdziesiątych ukształtował się właściwie cały współczesny mit Beyerdynamica - najpierw DT 880 w 1980 roku, a potem DT 770 PRO i DT 990 PRO w 1985 roku. Producent do dziś podkreśla też, że ponad 85% sprzedawanych przez niego słuchawek i mikrofonów nadal powstaje w Niemczech. To właśnie ten historyczny bagaż jest jednocześnie siłą i problemem. Z jednej strony marka ma produkty, których nie trzeba nikomu przedstawiać. DT 100 nadal są oficjalnie sprzedawane jako zamknięte słuchawki monitorowe do zastosowań studyjnych, a DT 770 PRO i DT 990 PRO wciąż są podstawowym narzędziem wielu profesjonalistów do monitoringu, krytycznego odsłuchu i edycji dźwięku. To robi wrażenie, bo niewiele firm sprzedaje w niemal niezmienionej formie konstrukcje, które od dawna są częścią zawodowej codzienności. Z drugiej strony właśnie to przywiązanie do tradycji zaczęło działać trochę jak przekleństwo. Spora część użytkowników nie ma ochoty szukać lepszych, droższych słuchawek, bo stare, dobre Beyery w zupełności im wystarczają. Poza tym po co mieliby wydawać pieniądze na nowe nauszniki, skoro ich DT 770 PRO po dziesięciu latach pracy i trzech zmianach padów nadal działają świetnie?

To, co nie ma sensu z punktu widzenia zawodowca, wygląda jednak zupełnie inaczej dla melomanów i audiofilów, dla których sprzęt stereo jest czymś więcej niż narzędziem pracy. I chyba właśnie w tym obszarze najbardziej widać, jak bardzo Beyerdynamic został w tyle. Do segmentu słuchawek premium odważnie weszły takie firmy jak Focal czy Bowers & Wilkins. Audio-Technica i Sennheiser również się rozwijały, choć obie marki robią to raczej spokojnie, bo przy tak bogatym katalogu i tak długiej liście sukcesów trudno mówić o presji na nerwowe ruchy. Ale coś robiły. Obok wyrosła konkurencja w rodzaju Meze czy Final Audio Design, nie wspominając już o Audeze, HiFiMAN-ie i kolejnych dalekowschodnich firmach, które od lat próbują narobić na tym rynku sporo zamieszania. W rezultacie miłośnicy słuchawek ekscytują się nowymi modelami Meze, dyskutują o tym, jakie mogą być kolejne premiery Audeze i Audio-Techniki, zastanawiają się, czy nowe Sennheisery grają bardziej jak HD 600, czy może idą w kierunku HD 650, śledzą fora w poszukiwaniu informacji o tym, czy nowe HiFiMAN-y mają już niewidzialne magnesy. A Beyerdynamic? Robi swoje, od czasu do czasu wprowadzając jakąś limitowaną edycję DT 770 PRO lub DT 990 PRO. Nawet modele DT 1770 PRO i DT 1990 PRO, które miały być oczekiwanym od dawna krokiem naprzód, zostały odebrane przez część rynku jako kolejna próba odgrzewania kotleta.

DT 770 PRO i DT 990 PRO można dziś kupić za 550 zł. Jak na pełnowymiarowe, wygodne i świetnie wykonane słuchawki, cieszące się olbrzymim szacunkiem w kręgu profesjonalistów i mające właściwie status kultowych, jest to kwota nieprawdopodobnie niska. Ale to jeszcze nic. 25 lat temu te słuchawki kosztowały około 750 zł. Wiem, bo DT 990 PRO spodobały mi się tak bardzo, że kupiłem od razu dwie pary. Dodajmy tylko, że w 2001 roku średnia krajowa wynosiła mniej więcej 2060 zł, więc cena takich słuchawek stanowiła 35% przeciętnej miesięcznej pensji. Obecnie średnia krajowa to 9560 zł, a kwota 550 zł stanowi z tego 6%. Kiedyś za jedną wypłatę można było kupić 3 pary takich nauszników, a teraz - 17!

Co ciekawe, dzisiejsza oferta Beyerdynamica jest nie tylko mocno zakorzeniona w historii sięgającej co najmniej lat osiemdziesiątych, ale również cennik wygląda tak, jakby świat dawno temu się zatrzymał. Przykładowo, DT 770 PRO i DT 990 PRO można dziś kupić za 550 zł. Jak na pełnowymiarowe, wygodne i świetnie wykonane słuchawki, cieszące się olbrzymim szacunkiem w kręgu profesjonalistów i mające właściwie status kultowych, jest to kwota nieprawdopodobnie niska. Za takie pieniądze można dziś kupić albo słuchawki bardzo, ale to bardzo przeciętnej jakości, albo bezprzewodowe nauszniki, które najprawdopodobniej odmówią posłuszeństwa po dwóch latach użytkowania. O ile nawet jestem w stanie zrozumieć to, że Niemcom nie spieszy się z projektowaniem nowych modeli, kiedy mają w katalogu tak udane konstrukcje, o tyle kompletnie nie rozumiem, jak można nie zauważyć czegoś takiego jak inflacja. DT 770 PRO i DT 990 PRO powinny dziś kosztować co najmniej dwa tysiące złotych. Ale to jeszcze nic. 25 lat temu te słuchawki kosztowały około 750 zł. Wiem, bo DT 990 PRO spodobały mi się tak bardzo, że kupiłem od razu dwie pary. Ot, tak na przyszłość, bo przecież wiadomo było, że ceny pójdą w górę. A tu klops. Dodajmy tylko, że w 2001 roku średnia krajowa wynosiła mniej więcej 2060 zł, więc cena takich słuchawek stanowiła 35% przeciętnej miesięcznej pensji. Obecnie średnia krajowa to 9560 zł, a kwota 550 zł stanowi z tego 6%. Rozumiecie to? Kiedyś za jedną wypłatę można było kupić 3 pary takich nauszników, a teraz - 17! Jak oni to robią? Czy gdzieś w dziale finansowym Beyera siedzi Helmut, który właśnie przymierza się do emerytury i nie zauważył, że w ciągu ostatnich 20-25 lat świat radykalnie się zmienił? A może pewnego dnia dowiemy się, że firma ma milionowe długi, bo Helmut jak Helmut, ale wszyscy inni pracownicy, od magazynierów po prezesa, przez wiele, wiele lat nie widzieli nic dziwnego w tym, że koszty surowców, energii, pracy, transportu i usług rosną, a ceny ich słuchawek spadają?

Choć aspekt antyinflacyjny może być przez niektórych odbierany pozytywnie, pasywna polityka firmy, szczególnie w obszarze słuchawek dla amatorów, melomanów i audiofilów, przekłada się na jej słabnącą rozpoznawalność w tym środowisku. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawiałem na temat słuchawek Beyerdynamica z kimś z branży albo kiedy otrzymałem od czytelnika wiadomość z prośbą o poradę, czy lepiej kupić słuchawki tej marki, czy postawić na ich odpowiednik z oferty Sennheisera, Audio-Techniki, HiFiMAN-a, Focala lub Denona. Podobnie wygląda kwestia komunikowania swoich działań. Może to tylko moje wrażenie, może niektórzy koledzy po fachu odbierają to inaczej, ale gdybym miał oceniać producentów sprzętu na podstawie ich aktywności w nadsyłaniu informacji prasowych, uznałbym Beyerdynamica za firmę z trzeciej ligi - taką, która raz w roku pokazuje coś nowego, a poza tym ledwo daje znać o swoim istnieniu (dopiero niedawno zaczęło się to zmieniać, czego dowodem jest chociażby niniejszy test). Skoro sama nie daje nam ku temu powodów, nie ma się co dziwić, że w środowisku miłośników sprzętu audio praktycznie się o niej nie rozmawia. A może sytuacja wygląda zupełnie inaczej, gdy przyjrzymy się obecności i dostępności jej produktów w sklepach? Chcąc się o tym przekonać, otworzyłem stronę bodaj największego niezależnego salonu audio w Polsce. Jego oferta jest tak bogata, że traktuję go jak swego rodzaju wyszukiwarkę - przegląd rynku z narzędziami do sortowania produktów. Wybieram słuchawki, przeglądam trzecią stronę wyników i nic - zero Beyerów. Wobec tego może lepiej wybrać tę markę z listy? No i jest. Jedna pozycja - DT 770 M, w promocyjnej cenie. Może miałem pecha, może szukałem w nieodpowiednim miejscu, ale z punktu widzenia klienta to może wydawać się co najmniej podejrzane.

Niemiecka firma bynajmniej nie jest jedyną legendą branży audio, która pozwoliła sobie na długą stagnację. Podobne myśli mam dość często, szczególnie gdy widzę minimalne albo zerowe zaangażowanie marek, które doskonale kojarzę z czasów, gdy sam zaczynałem interesować się sprzętem grającym - producentów kolumn, wzmacniaczy czy kabli. Czasami aż się wewnętrznie gotuję ze złości, że firma z taką historią i kultowymi produktami na koncie nie jest w stanie rozesłać do mediów porządnej informacji prasowej o swoim najnowszym modelu. Zupełnie jakby zainteresowanie klientów miało brać się z powietrza i utrzymywać mocą magii do końca świata. Jak melomani, audiofile i profesjonaliści mają debatować o nowościach Beyera, jeśli nie wiedzą, że one w ogóle istnieją? Dlatego kiedy wreszcie polski przedstawiciel firmy odezwał się z propozycją przetestowania jej nowego modelu, na dodatek z możliwością wypożyczenia go przed oficjalną premierą, od razu się zgodziłem. Pal licho, że nie są to akurat takie słuchawki, jakie najbardziej lubię testować i że prawdopodobnie nie leżą w centrum zainteresowania wymagających audiofilów. Ale to wciąż nowe Beyery. Zakładam, że warto się nad nimi pochylić i pozytywnie odpowiedzieć na pierwszy od dawna sygnał, że być może coś wreszcie drgnęło. Kto wie, może uda się przetrzeć szlak i pewnego dnia Beyerdynamic znów będzie marką, o której naprawdę rozmawia się w naszym środowisku.

Beyerdynamic DT 30 IE

Wygląd i funkcjonalność
Zacznijmy od tego, czym są DT 30 IE i dlaczego mogą być tak interesujące. Krótko mówiąc, to dokanałówki stworzone z myślą o profesjonalistach - muzykach i realizatorach dźwięku. Beyerdynamic ma w tej dziedzinie doświadczenie, ponieważ w jego katalogu znajdziemy cztery niezwykle podobne do siebie modele - DT 70 IE, DT 71 IE, DT 72 IE oraz DT 73 IE. Jeżeli myślicie, że są uszeregowane od najtańszych do najdroższych albo że różnią się istotnymi szczegółami konstrukcyjnymi, takimi jak średnica, liczba czy rodzaj zamkniętych wewnątrz przetworników, jesteście w błędzie. Wszystkie wykorzystują przetworniki TESLA.11, charakteryzują się niemal identycznymi parametrami (impedancja i pasmo przenoszenia są dokładnie takie same, a SPL wynosi odpowiednio 113, 112, 114 i 115 dB), mają identyczne wyposażenie i opakowanie. Co więcej, kosztują tyle samo - w zależności od sklepu jest to kwota między 1989 a 2249 zł, ale jeżeli wejdziecie na stronę konkretnego sklepu, wszystkie cztery wymienione modele będą dostępne w takiej samej cenie. Gdzie w takim razie kryją się różnice? W strojeniu. Przy DT 70 IE widnieje adnotacja "Mixing & Critical Listening", przy DT 71 IE - "Drum & Bass", przy DT 72 IE - "Guitar & Voice", a przeznaczenie DT 73 IE to "Classic Instruments & Keys". Kosmos. To tak, jakby HiFiMAN wprowadził nie jeden, ale cztery nowe modele planarne do jazzu, rocka, elektroniki i muzyki klasycznej. Czy taka polityka ma sens? Nie wiem, ale domyślam się, że sensownym ruchem byłoby wprowadzenie pewnej gradacji cenowej, aby potencjalni klienci - wszystko jedno, czy mówimy o zawodowcach, czy amatorach - mieli trochę większy wybór niż cztery odmiany dokanałówek za dwa tysiące złotych. I właśnie czymś takim są DT 30 IE.

Z lektury firmowych materiałów wynika, że choć pewne aspekty wydają się ogarnięte zaskakująco dobrze, nie jest to model, który ma kogokolwiek powalić swoim rozmachem. Pojedynczy 11-milimetrowy przetwornik dynamiczny, impedancja na poziomie 18 omów, skuteczność 111 dB, izolacja pasywna do 39 dB, klasa ochrony IP54, przewód z wygodnymi złączami MMCX i najważniejsze - przystępna cena. W momencie publikacji testu DT 30 IE nie były jeszcze dostępne w sklepach, ale w informacji prasowej podano kwotę 119 euro, co powinno przekładać się na 529 zł. Tak czy inaczej jest to jedna czwarta ceny "siedemdziesiątek", co niewątpliwie zasługuje na uwagę. Beyerdynamic nie próbuje wejść w świat hi-endu, ale raczej zrobić w świecie IEM-ów to, czego dawno już dokonał w kategorii słuchawek wokółusznych - stworzyć dokanałówki proste, niedrogie, profesjonalnie wyglądające, ale tak sensowne, że za kilka lat okaże się, iż pół rynku je zna, używa i nie widzi powodu, żeby szukać czegoś innego. Jest tu jeszcze jeden trop, który czyni ten model naprawdę intrygującym. Producent sprzedaje DT 30 IE jako monitory dla muzyków - ludzi sceny, prób, koncertów i całego tego świata, w którym sprzęt ma nie wyglądać, ale działać. I oczywiście ma rację. Tylko że w praktyce hasło "profesjonalne monitory dokanałowe" od dawna działa również na wyobraźnię amatorów, hobbystów i zwykłych pasjonatów dźwięku. Bardzo możliwe, że Beyerdynamic doskonale o tym wie. Może więc DT 30 IE są jednocześnie narzędziem scenicznym i sprytnie pozycjonowanym produktem dla ludzi, którzy chcą poczuć odrobinę profesjonalnej otoczki bez wydawania kilku tysięcy złotych. W tym sensie to nie tylko premiera nowych słuchawek, ale też bardzo ciekawy test tego, czy niemiecka marka nadal potrafi wyczuć realne potrzeby rynku.

DT 30 IE od razu zdradzają, że nie powstały po to, żeby wywracać obowiązujący porządek albo proponować coś, czego nikt jeszcze nie widział. To sprzęt zaprojektowany według starej logiki Beyerdynamica - ma działać, ma być wygodny, ma wytrzymać trudy intensywnej pracy i pozwolić użytkownikowi zapomnieć o sobie wtedy, kiedy trzeba skupić się na swoim zadaniu. Przy cenie w okolicach 529 zł trudno byłoby zresztą oczekiwać cudów w rodzaju odlewanych na miarę obudów, hybrydowych układów przetworników czy innych wynalazków. I bardzo dobrze, bo producent nie próbuje tu nawet stwarzać takich pozorów. Najlepszym dowodem jest opakowanie. W zwyczajnym, skromnym pudełku znajdziemy tylko instrukcję obsługi i twardy futerał, a w nim osobno dokanałówki, kabel i akcesoria - dwa komplety wkładek dousznych (gumowe i piankowe) oraz maleńkie, okrągłe filtry. Przewód o długości 1,4 m jest całkiem ciekawy. Można go owinąć wokół palca, ale potem sam się rozprostowuje, jakby chciał wyznaczyć najkrótszą drogę do źródła. Po tej stronie zakończono go kątową wtyczką 3,5 mm, co wygląda tak, jakby słuchawki zostały stworzone bardziej pod kątem użytku mobilnego niż studyjnego. Na wyposażeniu nie ma też przejściówki na wtyk 6,35 mm, co zdaje się potwierdzać tę teorię. Etui otrzymało wewnętrzną kieszeń z elastycznej siateczki, więc możemy trzymać w nim drobiazgi, takie jak zapasowe gumki i filtry (te ostatnie są tak małe, że lepiej zostawić je w fabrycznej folii). Zero szpanu, maksimum praktyczności. Za to kiedy przyjrzymy się samym dokanałówkom, zaczynamy nabierać do nich szacunku. Półprzezroczyste obudowy ujawniają całe wnętrze, co wygląda bardzo efektownie. Gdybym nie znał ceny tych słuchawek i miał coś strzelić, mógłbym zacząć swoją wypowiedź od "tysiąc".

W praktyce ta prostota okazuje się całkiem dużą zaletą. Słuchawki są małe, lekkie i ergonomiczne. Producent podaje masę 2,7 g na każdą słuchawkę i nawet jeśli sama liczba nie mówi jeszcze wszystkiego, to w codziennym użytkowaniu przekłada się to na realny komfort. Kluczowym elementem jest tutaj jednak dopasowanie i pod tym kątem mam kilka uwag. Lekkie obudowy, przewód prowadzony za uchem, pogrubione końcówki wzmocnione drutem, aby można było ułożyć z niego idealny "haczyk" - wszystko to ma sens. Na filmie udostępnionym przez producenta wyglądało świetnie. W rzeczywistości pojawiło się kilka problemów. Po pierwsze, nie wiem, jak Beyerdynamic to zrobił, ale z sześciu dołączonych do zestawu gumek pasowały mi tylko jedne. Kiedy otwieram nowe dokanałówki, standardowo sięgam po M-ki, ale w tym przypadku okazały się one za małe - ledwo się zasysały, a słuchawki wypadały mi z ucha przy najdelikatniejszym pociągnięciu za kabel. No to może L-ki? Te okazały się stanowczo za duże - same wybierały wolność po kilku sekundach od założenia. Skoro tak, to może trzeba wypróbować pianki? Wziąłem M-ki - za duże. Za to S-ki pasowały idealnie. Nie pamiętam dokanałówek, w których akurat ten rozmiar okazałby się dla mnie optymalny, ale koniec końców operacja zakończyła się sukcesem.

Podobnie wygląda sprawa z dopasowaniem przewodu. Końcówki wzmocnione drutem wydają się fajne, ale znów powtórzyła się ta sama historia - nie udało mi się dogiąć ich tak, aby idealnie pasowały do moich uszu. Nie mogłem pozbyć się myśli, że może zamiast złącz MMCX trzeba było zastosować zamontowany na sztywno przewód, który zaginałby się tuż przy słuchawkach. Istotnym minusem jest także efekt mikrofonowy. Nawet jeśli zadbamy o to, aby kabel nie ocierał się o ubranie, pozostają jeszcze haczyki i końcówki przewodów zwisające w okolicach szyi. To w zupełności wystarczy, aby najmniejszy ruch głowy wywołał efekt "szurania" w słuchawkach. Siedząc przed komputerem i ruszając głową na boki, miałem wrażenie, jakbym jechał na rowerze w wietrzny dzień. Delikatne odgięcie końcówek haczyków na boki pomogło, ale nie rozwiązało problemu całkowicie. O ile więc z dobrze dopasowanymi gumkami DT 30 IE okazały się na tyle wygodne, że byłbym w stanie zapomnieć, że mam coś w uszach (co jest ogromnym sukcesem, bo prywatnie po prostu nie przepadam za dokanałówkami), o tyle odgłosy przenoszone przez kable skutecznie mi o tym przypominały. Trzeba też nadmienić, że konstrukcja z kablem wychodzącym do góry nie jest idealnym rozwiązaniem dla osób noszących okulary, a obrócenie pchełek nie wchodzi w grę, bo źle układają się w małżowinach. Ostatecznie wszystko zależy od konkretnego użytkownika i jego anatomii, a przy głośniejszym odsłuchu "szuranie" kabla nie powinno nikomu przeszkadzać.

Beyerdynamic deklaruje, że równie duże znaczenie jak komfort ma dla niego izolacja. W tabeli danych technicznych znajdziemy ważną liczbę - 39 dB pasywnego tłumienia. Jeśli ten parametr rzeczywiście znajduje odbicie w praktyce, to mówimy o jednej z najważniejszych cech całego modelu. W świecie monitoringu scenicznego nie chodzi przecież tylko o wysoką jakość brzmienia, ale także o możliwość odcięcia się od bębnów, wzmacniaczy gitarowych, hałasu publiczności i całego scenicznego chaosu. Właśnie dlatego Beyerdynamic tak mocno eksponuje ten aspekt w materiałach prasowych. Jak przekłada się na rzeczywistość? Tu znów wracamy do kwestii dopasowania. Jeżeli znajdziecie właściwy rozmiar tipsów, będzie świetnie. W przypadku tych piankowych jest to łatwiejsze, bo są bardzo elastyczne i rozszerzają się, wypełniając potencjalne "nieszczelności". Z końcówkami silikonowymi miałem problem, więc po pierwsze było mi niewygodnie, a po drugie cierpiała na tym izolacja od dźwięków z zewnątrz. Oczywiście nawet z dobrze dopasowanymi wkładkami nie mówimy jeszcze o takim poziomie wyciszenia jak w przypadku najlepszych dokanałówek z systemem aktywnej redukcji hałasu, ale jeśli mam być szczery, chyba preferuję dobrą izolację pasywną. Niektóre systemy ANC działają moim zdaniem zbyt agresywnie, powodując, że po pewnym czasie boli mnie głowa (i nie jestem w tej dziedzinie wyjątkiem). Powrót do klasycznych, pasywnych, dobrze zaprojektowanych słuchawek przewodowych może być odświeżającym doświadczeniem. Przeszło mi nawet przez myśl, że DT 30 IE mogłyby być bardzo fajnymi słuchawkami sportowymi. Oczywiście producent nie przedstawia ich jako sprzęt treningowy i nie o to tu chodzi. Ale jeśli model jest lekki, dobrze siedzi w uchu (zakładam, że jestem pod tym względem wyjątkiem), nie boi się potu i zachlapań, a do tego nieźle, ale nie całkowicie izoluje od świata, to naturalnie zaczyna się myśleć o nim szerzej niż tylko jako o narzędziu do grania koncertów. Może uda mi się jeszcze sprawdzić ten trop, choć pogoda ostatnio nie zachęca do spacerów ani eskapad rowerowych.

W świecie monitoringu scenicznego nie chodzi przecież tylko o wysoką jakość brzmienia, ale także o możliwość odcięcia się od bębnów, wzmacniaczy gitarowych, hałasu publiczności i całego scenicznego chaosu. Jak przekłada się na rzeczywistość? Jeżeli znajdziecie właściwy rozmiar tipsów, będzie świetnie. Oczywiście nawet z dobrze dopasowanymi wkładkami nie mówimy jeszcze o takim poziomie wyciszenia jak w przypadku najlepszych dokanałówek z systemem aktywnej redukcji hałasu, ale jeśli mam być szczery, chyba preferuję dobrą izolację pasywną. Powrót do klasycznych, dobrze zaprojektowanych słuchawek przewodowych może być odświeżającym doświadczeniem.

Analizując dokumenty udostępnione przez producenta, zacząłem się zastanawiać, czy trafiona jest sama koncepcja słuchawek, które są kierowane do zawodowców, ale kosztują raptem 119 euro. Niejeden audiofil wydał więcej na kabel zasilający do wzmacniacza, więc chciałoby się mieć pewność, że muzyka, której później słuchamy, powstawała z wykorzystaniem sprzętu przynajmniej wysokiej, jeśli nie najwyższej klasy. Aha - jeśli ktoś myśli, że zawodowcy pracują na byle czym, bo nie interesują ich opowieści o "szerokiej scenie", powinien sprawdzić, ile kosztują niektóre monitory studyjne, nie mówiąc już o elektronice. W studiach nagraniowych pracują kolumny, które nawet w świecie hi-endowego audio uchodziłyby za drogie. Nie zdziwcie się, jeśli na zdjęciu "setupu" jednego ze znanych dźwiękowców zobaczycie wielką szafę, a w niej sześć końcówek mocy Brystona, każda za kilka tysięcy dolarów. Czy DT 30 IE są kierowane do artystów i realizatorów, którzy liczą każdą złotówkę? A może opowieści o muzykach i studiach nagraniowych mają być tylko magnesem na normalnego, przeciętnego użytkownika? Tutaj znów pojawia się problem, ponieważ takie słuchawki trzeba mieć do czego podłączyć. Najpewniej będą pracowały z małym przetwornikiem albo odtwarzaczem przenośnym. W dzisiejszych czasach już samo posiadanie takiego sprzętu świadczy o tym, że mamy do czynienia z osobą zainteresowaną jakością dźwięku, a nie wyłącznie wygodą. Dobry kieszonkowy DAC podłączany do telefonu to wydatek rzędu 500-1500 zł. Porządne odtwarzacze przenośne zaczynają się mniej więcej od 1000-2000 zł. Jeśli ktoś ma taki sprzęt, to czy będzie chciał podłączać do niego słuchawki za 529 zł, czy wybierze coś droższego, bardziej adekwatnego do ceny elektroniki? Odpowiedź wydaje się dość oczywista. A może wystarczy mały "dongiel", taki jak FiiO BTR13, który można kupić za 399 zł? Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej nie wiem, dla kogo te nowe Beyerdynamiki rzeczywiście są. A może jednak jest w nich naturalny sens, podobny do tego, który przez lata stał za kultowymi modelami wokółusznymi? Pora zakończyć rozważania teoretyczne i przejść do najważniejszego punktu programu - odsłuchu.

Beyerdynamic DT 30 IE

Brzmienie

Największa pułapka przy opisywaniu DT 30 IE polega na tym, żeby nie dać się ponieść ich profesjonalnej otoczce i odruchowo nie oceniać ich według kryteriów, które nie są w tym przypadku najważniejsze. Oficjalna narracja producenta jest tutaj bardzo jednoznaczna. Beyerdynamic mówi o zrównoważonym profilu monitorowym, klarownym wokalu, dobrze zdefiniowanych instrumentach i wiarygodnych miksach. Menedżer produktu, Kevin Nietsch, podkreśla wręcz, że rynek monitorów dokanałowych bardzo często zmusza użytkownika do kompromisów między jakością dźwięku, izolacją i trwałością, a w przypadku DT 30 IE chodziło właśnie o to, żeby taką równowagę wreszcie osiągnąć. To bardzo ważna deklaracja, bo od razu ustawia te słuchawki we właściwym miejscu. Nie jako sprzęt, który ma "uwodzić", tylko jako konstrukcję podporządkowaną konkretnej funkcji. W podobnym tonie wypowiadają się muzycy przywołani w materiałach prasowych. DJ i producent Qris chwali klarowne, zrównoważone brzmienie i bardzo dobrą izolację na głośnych scenach. Amerykański perkusista i producent Abel Orta Jr. zwraca uwagę na bas, komfort i niezawodność. Perkusista i twórca treści Carl-Johan Hökdal mówi z kolei o pewności monitoringu i izolacji szczególnie ważnej z perspektywy perkusisty. Sam producent ewidentnie chce więc zbudować wokół DT 30 IE obraz narzędzia, które ma być przede wszystkim użyteczne. Czytając takie deklaracje, odruchowo spodziewam się brzmienia odchudzonego, suchego, na swój sposób dziwnego - nadającego się do pracy, ale niekoniecznie do słuchania muzyki dla przyjemności. Jakie to szczęście, że rzeczywistość wygląda zgoła inaczej.

Największym zaskoczeniem w przypadku DT 30 IE nie jest wcale to, że grają poprawnie. To byłoby za mało. Naprawdę ciekawe jest to, że te niepozorne dokanałówki od pierwszych minut sprawiają wrażenie wyraźnie dojrzalszych, niż sugerowałaby ich cena i cała otoczka związana z pozycjonowaniem ich jako prostych monitorów scenicznych. Nie dostajemy tu dźwięku chudego, technicznego, przesadnie ostrożnego ani podporządkowanego jednej funkcji. Otrzymujemy brzmienie zaskakująco kompletne, pełne i poukładane, z bardzo zdrowo rozłożonymi akcentami. To nie są słuchawki, które robią dobre wrażenie wyłącznie dlatego, że "jak na takie pieniądze nie jest źle". One po prostu grają dobrze. I to dobrze w sposób, który zrozumieją nie tylko zawodowcy, ale także - a może przede wszystkim - melomani. Pierwsze minuty z tymi słuchawkami przynoszą bardzo konkretne odczucie obcowania z brzmieniem dobrze poukładanym. Jest czytelne i rozdzielcze, ale nie ma w nim śladu tej nerwowości, którą tak często słychać w tańszych dokanałówkach próbujących udowodnić słuchaczowi, że są bardziej szczegółowe, bardziej dynamiczne albo bardziej "profesjonalne", niż są w rzeczywistości. Beyerdynamic nie poszedł w tę stronę. Zamiast tego dostajemy dźwięk pełny, głęboki i bardzo sensownie zestrojony, w którym poszczególne elementy pasma nie walczą o naszą uwagę. Nie jest to granie efektowne w tani sposób, nie ma tu żadnych sztuczek obliczonych na szybkie "wow", ale też nie ma studyjnej suchości, która mogłaby sugerować, że priorytetem było wyłącznie chłodne przekazywanie informacji. DT 30 IE grają tak, jakby ktoś naprawdę poświęcił chwilę na zastanowienie się, jak pogodzić użytkowy, monitorowy charakter z normalną, zdrową przyjemnością słuchania.

Pierwszą rzeczą, która zwraca uwagę, jest bas. W wielu niedrogich dokanałówkach dół pasma bywa albo napompowany i jednostajny, albo szybki, ale zbyt lekki, przez co sprawia wrażenie papierowego i niewystarczająco nośnego. Tutaj sytuacja wygląda inaczej. Niskie tony są mocne, nasycone i potrafią zapuścić się naprawdę głęboko, ale nie dzieje się to kosztem porządku. Ten bas ma masę i gęstość, ale nie rozlewa się po całym paśmie, nie robi z muzyki miękkiej, dudniącej masy. Jest dobrze trzymany za twarz, zwarty i pewny siebie. Potrafi nadać nagraniom właściwy ciężar, pokazać fundament rytmiczny, zbudować odpowiednie ciśnienie, a jednocześnie nie przykrywa średnicy. DT 30 IE nie próbują imponować basem na siłę. One po prostu podają go tak, jak powinny - z energią, głębią i wyraźnym poczuciem kontroli. To ważne, bo taki sposób grania automatycznie ustawia charakter całego przekazu. Te słuchawki nie brzmią jak wychudzone narzędzie do analizy ani jak efekciarska zabawka z podbitym dołem. Ich fundament jest solidny, wręcz zaskakująco solidny, dzięki czemu dźwięk od początku ma odpowiednią skalę. Nawet kiedy w nagraniu pojawia się mocniejszy impuls, niższy syntezator, bardziej zdecydowana stopa albo elektryczny bas, DT 30 IE nie gubią się, nie wpadają w panikę i nie próbują uciekać w utwardzenie konturów. Trzymają to wszystko w ryzach, ale bez odchudzania muzyki i poświęcania głębi w imię kontroli.

Średnica idzie tym samym tropem i zachowuje bardzo przyjemną równowagę między klarownością a naturalnością. Wokale są czytelne, obecne i dobrze osadzone, ale nie wypchnięte przed resztę w sposób sztuczny i męczący. Nie ma tu wrażenia, że środek został specjalnie rozjaśniony albo wyostrzony tylko po to, aby słuchacz od razu uznał dźwięk za "dokładny". Przeciwnie - średnie tony są podane dojrzale, spokojnie i z wyczuciem. Instrumenty mają odpowiednią fakturę, głosy brzmią wiarygodnie, a całość zachowuje coś, co można nazwać normalnością. I właśnie ta normalność jest bardzo cenna, bo w praktyce oznacza brak irytujących podkolorowań. Słychać, że DT 30 IE potrafią pokazać sporo informacji, ale nie robią wydarzenia z każdego drobiazgu. Nie rozbierają muzyki na części pierwsze tylko po to, żeby udowodnić swoją przejrzystość. Zamiast tego budują środek pasma, który po prostu chce się odbierać jako spójny element większej całości. Nie myślcie jednak, że "trzydziestki" grają tak przyjemnie, ciepło i gładko, że umykają im istotne szczegóły. Gładko - tak. Ciepło - już nie do końca. A przejrzystość nie daje nam się we znaki tylko dlatego, że jest niewymuszona. Mimo to można się zdziwić, jak wiele drobiazgów nowe Beyery są w stanie ukazać. Robią to jednak bez przykuwania naszej uwagi na siłę. Nie muszą szpanować precyzją, szybkością ani zdolnością różnicowania barwy i faktury dźwięku. To się dzieje samo, jakby przy okazji. Coś wspaniałego!

Dobrze wypada również góra. To chyba ten zakres, w którym najłatwiej było popełnić błąd, bo przy takim produkcie aż się prosiło o lekkie podkręcenie detalu i doświetlenie przekazu. Beyerdynamic tego nie zrobił. Wysokie tony są tu bogate w informacje, mają dobrą nośność i potrafią pokazać sporo szczegółów, ale ich wykończenie jest na tyle sensowne, że odsłuch nie zamienia się w ciągłe kąsanie słuchacza po uszach. To nie jest góra przyciemniona ani schowana, ale też nie ma w niej tego taniego błysku, który z początku wydaje się efektowny, a po kilkunastu minutach zaczyna być męczący. DT 30 IE bardzo dobrze wyczuwają granicę między przejrzystością a przesadą. Potrafią zatrzymać się w odpowiednim momencie. Dzięki temu słuchacz dostaje detal, powietrze i odpowiedni rysunek, ale bez szklistości, bez agresji i bez poczucia, że słuchawki chcą udowodnić coś za wszelką cenę. Beyery zachowują odpowiednią kulturę i dzięki temu ich środek brzmi wiarygodnie.

W praktyce przekłada się to na bardzo udany balans, zarówno w sensie pasma, jak i zrównoważenia elementów, które wydają się sprzeczne. DT 30 IE grają równo, ale nie nudno. Pełnym pasmem, ale bez ociężałości. Szczegółowo, ale bez laboratoryjnego chłodu. Mają w sobie energię i dynamikę, lecz nie budują ich przez sztuczne utwardzenie ataku albo rozjaśnienie całego obrazu. To brzmienie jest żywe, bezpośrednie i czytelne, ale jednocześnie zaskakująco ludzkie. Nie ma w nim tej nieznośnej maniery części niedrogich słuchawek, które niby chcą być profesjonalne, a w praktyce brzmią nieprzyjemnie, twardo i plastikowo. Tutaj nic takiego się nie dzieje. DT 30 IE zachowują zdrową muzykalność, choć nie na zasadzie ocieplania i upiększania wszystkiego, lecz przez naturalną spójność całego przekazu. Słychać, że potrafią wyłapać sporo informacji z nagrania, ale nie robią z tego swojego jedynego celu. Nie próbują za wszelką cenę udowodnić słuchaczowi, jak wiele szczegółów potrafią wydobyć. To jest zresztą chyba jedna z ich najmocniejszych cech. Wiedzą, kiedy się zatrzymać. Potrafią pokazać fakturę instrumentów, różnice w sposobie realizacji, drobniejsze niuanse w wokalach i aranżacjach, ale nie kąsają bez potrzeby. Nie znęcają się nad nagraniem po to, żeby wyjść na bardziej szczere czy bardziej bezkompromisowe. Dzięki temu nawet tam, gdzie materiał nie jest idealny, DT 30 IE nie prowokują odruchu natychmiastowego ściszenia muzyki albo zmiany repertuaru na coś "bezpieczniejszego".

Im dłużej się słucha DT 30 IE, tym większe wrażenie robi ich spójność. To słowo jest w audio nadużywane, ale tutaj naprawdę pasuje. Bas, średnica i góra nie zachowują się jak trzy osobne byty połączone tylko na czas prezentacji. Całość jest bardzo logicznie sklejona. Dzięki temu słuchacz nie koncentruje się na analizowaniu strojenia, tylko po prostu odbiera muzykę jako całość. A to już bardzo dużo. Bardzo dobrze wypada także dynamika. Jak na ten poziom cenowy jest wręcz imponująca, bo słuchawki nie sprawiają wrażenia ospałych ani przygaszonych. Potrafią uderzyć wtedy, kiedy trzeba, zachować rytm, oddać kontrast między spokojniejszymi i bardziej intensywnymi fragmentami nagrania, a przy tym nie popadają w histerię. To nie jest granie, które robi wrażenie tylko przy pierwszym kontakcie. Dynamika DT 30 IE nie polega na brutalnym podkreślaniu konturów, tylko na tym, że muzyka rzeczywiście żyje, ma odpowiedni puls, napięcie i energię. Dzięki temu te słuchawki bardzo dobrze radzą sobie nie tylko z nagraniami, w których liczy się kontrola i porządek, ale też z materiałem bardziej emocjonalnym, wymagającym właściwego oddechu i płynności.

To samo można powiedzieć o przestrzeni, która okazuje się jedną z przyjemniejszych niespodzianek. Oczywiście nie mamy tu wielkiej, rozepchniętej sceny z gatunku tych, które próbują stworzyć wokół słuchacza sztuczną bańkę 3D. Beyerdynamic nie idzie w tę stronę i bardzo dobrze. Panorama jest tu bardziej naturalna, płynna i pozbawiona efekciarstwa. Dźwięki nie są ani wciskane do głowy, ani rozrzucane na siłę daleko na boki. Całość układa się w bardzo ludzką, sensownie zorganizowaną przestrzeń, w której poszczególne źródła mają swoje miejsce, ale nie są separowane w demonstracyjny sposób. Można czasami odnieść wrażenie pewnego "grania plamami", ale w dobrym sensie - bardziej jako swobodnego budowania planów niż chirurgicznego rozwieszania każdego dźwięku na osobnym stojaku. Dzięki temu przestrzeń jest przyjemna, niewymuszona i bardzo dobrze pasuje do charakteru całego przekazu.

DT 30 IE nie próbują na siłę udowodnić, że są bardziej audiofilskie albo bardziej profesjonalne, niż wskazywałaby na to ich cena. Zamiast tego oferują dźwięk spójny, dynamiczny, pełny, głęboki i naturalny. Taki, który potrafi pokazać sporo szczegółów, ma mocny fundament basowy, sensownie poprowadzony środek i dobrze dopracowaną górę, a przy tym nie robi z odsłuchu ćwiczenia wytrzymałości psychicznej.

Właśnie ta swoboda wydaje mi się jedną z największych zalet DT 30 IE. One nie próbują na siłę udowodnić, że są bardziej audiofilskie albo bardziej profesjonalne, niż wskazywałaby na to ich cena. Zamiast tego oferują dźwięk spójny, dynamiczny, pełny, głęboki i naturalny. Taki, który potrafi pokazać sporo szczegółów, ma mocny fundament basowy, sensownie poprowadzony środek i dobrze dopracowaną górę, a przy tym nie robi z odsłuchu ćwiczenia wytrzymałości psychicznej. To nie są słuchawki, które trzeba tłumaczyć pozycją w katalogu czy studyjnym rodowodem. Nie trzeba też mówić, że wypadają nieźle jak na sprzęt za te pieniądze. One po prostu wypadają dobrze. Mają mocny, głęboko schodzący, ale kontrolowany bas, klarowną i naturalną średnicę, szczegółową, ale dobrze ułożoną górę, sensowną dynamikę i przyjemnie zorganizowaną przestrzeń. A do tego nie sprawiają wrażenia konstrukcji, która powstała przypadkowo albo została zaprojektowana w pośpiechu. Brzmią tak, jakby od początku ktoś wiedział, co chce osiągnąć. DT 30 IE nie są tanimi dokanałówkami udającymi profesjonalne monitory bliskiego pola, które muszą oferować dźwięk chudy, suchy i męczący. Zamiast tego proponują dźwięk dojrzały, bardzo przyjemnie zestrojony i zaskakująco kompletny. Jeżeli więc ktoś spodziewał się poprawnych, użytkowych dokanałówek do pracy, może się naprawdę zdziwić. Bo te słuchawki potrafią dużo, dużo więcej.

Beyerdynamic DT 30 IE

Budowa i parametry

Pod względem technicznym DT 30 IE są prostą konstrukcją dynamiczną z pojedynczym przetwornikiem o średnicy 11 mm, zamkniętą obudową dokanałową i klasycznym przewodem prowadzonym za uchem. Pasmo przenoszenia rozciąga się od 5 Hz do 20 kHz, impedancja wynosi 18 omów, skuteczność 111 dB, a maksymalny poziom ciśnienia akustycznego określono na 128 dB (1 kHz/1 Vrms). Producent podaje również zniekształcenia harmoniczne na poziomie 0,08% przy 500 Hz i 0,09% przy 1 kHz. Na tle droższych modeli z serii DT nowe DT 30 IE wcale nie wyglądają blado. Droższe dokanałówki DT 70 IE, DT 71 IE, DT 72 IE i DT 73 IE wykorzystują przetworniki TESLA.11 i są pozycjonowane wyżej, ale jeśli spojrzeć na suche dane, różnice nie wyglądają dramatycznie. Impedancja pozostaje taka sama, pasmo przenoszenia również, a skuteczność wyższych modeli mieści się w przedziale 112-115 dB SPL, więc przewaga nie jest duża. Oczywiście nie oznacza to, że wszystkie te słuchawki są technicznie równoważne, bo droższe modele mają inną pozycję w katalogu, inną otoczkę i inną skalę dopracowania, ale DT 30 IE na pewno nie wyglądają przy nich jak produkt rażąco uproszczony czy wykastrowany. To raczej tańsza i bardziej uniwersalna interpretacja tej samej koncepcji.

Różnica jest zresztą wyraźnie widoczna nie tyle w samych parametrach, ile w sposobie pozycjonowania. DT 70 IE, DT 71 IE, DT 72 IE i DT 73 IE zostały rozpisane na konkretne zastosowania - odpowiednio miks i krytyczny odsłuch, perkusję i bas, gitarę i wokal oraz instrumenty klasyczne i klawiszowe. W przypadku DT 30 IE producent najwyraźniej odszedł od tej logiki. Nic nie wskazuje na to, żeby za chwilę miały pojawić się DT 31 IE, DT 32 IE i DT 33 IE jako osobne warianty dla kolejnych grup użytkowników. Wszystko sugeruje, że DT 30 IE mają być jednym, bardziej uniwersalnym modelem dla szerzej rozumianego zastosowania scenicznego i studyjnego. To widać już na etapie samej specyfikacji, a później także słychać w strojeniu. Istotne znaczenie ma tu także łatwość napędzenia. Impedancja 18 omów i wysoka skuteczność sugerują, że DT 30 IE nie powinny być szczególnie wybredne wobec źródła. I bardzo dobrze, bo słuchawki tego typu nie mogą wymagać kosztownego wzmacniacza słuchawkowego, żeby zacząć pracować tak, jak powinny. W praktyce mogą grać również z prostszymi interfejsami audio, małymi przetwornikami USB i odtwarzaczami przenośnymi.

Poza samym układem elektroakustycznym Beyerdynamic dość wyraźnie zaakcentował parametry użytkowe. Producent deklaruje izolację pasywną do 39 dB, klasę ochrony IP54 oraz masę 2,7 g na słuchawkę bez kabla i końcówki dousznej. Przewód ma długość 1,4 m, jest odłączany, dwustronny i zakończony złączami MMCX po stronie słuchawek oraz klasycznym wtykiem 3,5 mm po stronie źródła. W materiałach firmowych pojawiają się również informacje o wzmocnieniu Kevlarem, pozłacanych stykach i zintegrowanym drucie z pamięcią kształtu. Z punktu widzenia użytkownika ważne jest też to, że przewód można wymienić, a producent przewidział osobne części zamienne. Sam zestaw akcesoriów jest prosty, ale kompletny. W pudełku znajdziemy sześć par końcówek dousznych - trzy silikonowe i trzy piankowe w rozmiarach S, M i L - jedną parę filtrów cerumenowych, etui transportowe oraz przewód MMCX - 3,5 mm. Nie ma tu nic nadzwyczajnego, ale też niczego nie brakuje. To dokładnie taki zestaw, jakiego można oczekiwać od słuchawek z profesjonalnym rodowodem.

Werdykt

DT 30 IE to słuchawki, które na pierwszy rzut oka wydają się mało efektowne, ale im dłużej się o nich myśli, tym większy mają sens. Nie dlatego, że nagle wyrastają na hi-endowego pogromcę konkurencji. Nie wyrastają. Największa siła tego modelu może polegać właśnie na tym, że Beyerdynamic nie próbuje z niego zrobić czegoś, czym nie jest. Z jednej strony dostajemy produkt obciążony całym bagażem dzisiejszego Beyerdynamica - marki zasłużonej, pełnej legend i kultowych modeli, ale też wyraźnie nie nadążającej za rynkowymi trendami. Z drugiej strony to tylko dokanałówki kosztujące 529 zł, a więc model z definicji niespecjalnie ekskluzywny, stojący o dwie klasy niżej od wyspecjalizowanych DT 70, DT 71, DT 72 i DT 73 IE. Łatwo byłoby machnąć ręką, uznając, że to tylko tanie pchełki, które nie zachwycą ani zawodowców, ani amatorów. Problem w tym, że odsłuch bardzo szybko psuje tę wygodną teorię.

Największą siłą tego modelu okazuje się właśnie dźwięk. Nie wygląd, nie marketingowa otoczka, nie zawodowy rodowód, ale brzmienie - pełne, głębokie, dynamiczne, spójne i naturalne. DT 30 IE nie grają ani jak słuchawki dla początkujących audiofilów, ani nie mają typowo studyjnego charakteru. To słuchawki zaskakująco kompletne, dojrzałe i po prostu bardzo dobrze zestrojone. Mają mocny, gęsty, ale dobrze kontrolowany bas, klarowną i wiarygodną średnicę, a do tego szczegółową, lecz kulturalnie wykończoną górę. Potrafią pokazać mnóstwo informacji, ale nie popadają w przesadę. Nie próbują udowodnić swojej "profesjonalności" przez suchość, agresję czy bezwzględne rozkładanie każdego nagrania na części pierwsze. Dzięki temu sprawdzają się nie tylko jako potencjalne narzędzie do pracy, ale też jako po prostu bardzo udane dokanałówki do normalnego słuchania muzyki. W tej cenie to naprawdę duży komplement.

Nie oznacza to, że mamy do czynienia z produktem bez wad. Najwięcej problemów może tradycyjnie sprawić dopasowanie słuchawek do anatomii i potrzeb użytkownika. Drobne zastrzeżenia, jakie mam do kabla i uformowanych na jego końcach "haczyków", nie zmieniają jednak ogólnego, bardzo pozytywnego obrazu tego modelu. DT 30 IE nie rozwiążą problemów Beyerdynamica i nie sprawią, że marka ta wróci do centrum audiofilskich dyskusji. Są jednak kolejnym uczciwym, sensownym i zaskakująco mocnym produktem, który przypomina, że Niemcy nadal potrafią robić słuchawki nie tylko legendarne, ale też cholernie opłacalne. DT 30 IE nie bronią się ani historią, ani teorią, ani profesjonalną otoczką, tylko praktyką, a w szczególności brzmieniem. I właśnie dlatego warto potraktować je poważnie. Szczerze mówiąc, nie mam ochoty się z nimi rozstawać. Nie sądziłem, że niedrogie dokanałówki dostarczą mi tyle frajdy, ale życie potrafi zaskoczyć. Oby więcej takich niespodzianek!

Beyerdynamic DT 30 IE

Dane techniczne

Typ słuchawek: dynamiczne, dokanałowe
Przewód/wtyk: 1,4 m/3,5 mm
Impedancja: 18 Ω
Pasmo przenoszenia: 5 Hz - 20 kHz
Poziom ciśnienia akustycznego: 124 dB (1 kHz/1 Vrms)
Zniekształcenia: 0,08%
Masa: 2,7 g na słuchawkę
Cena: 529 zł

Sprzęt do testu dostarczyła firma Studio111. W artykule wykorzystano zdjęcia udostępnione przez firmę Beyerdynamic.

Równowaga tonalna
RownowagaStartRownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4RownowagaStop

Dynamika
Poziomy7

Rozdzielczość
Poziomy7

Barwa dźwięku
Barwa4

Szybkość
Poziomy6

Spójność
Poziomy7

Muzykalność
Poziomy6

Szerokość sceny stereo
SzerokoscStereo2

Jakość wykonania
Poziomy7

Funkcjonalność
Poziomy6

Tłumienie hałasu
Poziomy6

Cena
Poziomy8

Nagroda
sl-wyborredakcji


Komentarze

  • Brak komentarzy

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Zobacz także

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Od toroidów do wzmacniaczy marzeń - Fezz Audio

Od toroidów do wzmacniaczy marzeń - Fezz Audio

Gdyby ktoś powiedział, że siedziba jednej z najciekawszych i najszybciej rozwijających się firm produkujących wzmacniacze lampowe i podzespoły do sprzętu hi-fi nie mieści się w Monachium, Glasgow czy Tokio, ale w maleńkiej wsi pod Białymstokiem, wielu audiofilów uniosłoby brwi. W końcu to samo serce Podlasia, które w Polsce uważane jest...

Sekrety skandynawskiego designu - od architektury do sprzętu stereo

Sekrety skandynawskiego designu - od architektury do sprzętu stereo

Styl skandynawski to jedno z najbardziej rozpoznawalnych zjawisk we współczesnym wzornictwie. Często bywa opisywany tak, jakby był gotowym schematem - zestawem zasad, które można odtworzyć w dowolnym miejscu na świecie. Wystarczy tylko połączyć jasne drewno, białe ściany, kilka prostych form, odrobinę tekstyliów, rośliny w ceramicznej doniczce i gotowe. W rzeczywistości...

432 kontra 440 Hz - Muzyczny sekret czy teoria spiskowa?

432 kontra 440 Hz - Muzyczny sekret czy teoria spiskowa?

Melomani potrafią godzinami zasłuchiwać się w ulubionych płytach, śledząc najdrobniejsze niuanse ich realizacji i różnice między poszczególnymi wydaniami. Audiofile z obsesyjną dokładnością porównują brzmienie różnych DAC-ów, lamp i przewodów z czystego srebra - wszystko po to, by zbliżyć się do tego, co określają jako "prawdę nagrania" lub "dźwięk jak na...

Erik Wiederholtz - Perlisten

Erik Wiederholtz - Perlisten

Marka Perlisten wkroczyła na rynek hi-fi w sposób, który zaskoczył wielu - nagle, a jednocześnie z wielkimi ambicjami. Jej debiut nie był przypadkowym wejściem w świat audio, lecz przedsięwzięciem realizowanym przez zespół doświadczonych specjalistów - inżynierów i menedżerów, którzy pracowali już przez dekady przy wysoce zaawansowanych projektach w obrębie przetworników,...

Spotify Lossless - ósmy cud świata czy spóźniony pociąg, który nikogo już nie zabierze?

Spotify Lossless - ósmy cud świata czy spóźniony pociąg, który…

Na pewne rzeczy w życiu czeka się tak długo, że człowiek zaczyna wątpić, czy w ogóle dożyje ich spełnienia. Jedni latami wypatrują nowej płyty ulubionego zespołu, inni odliczają dni do kolejnego sezonu ukochanego serialu, a audiofile? Cóż, oni od niemal dekady czekali, aż Spotify wreszcie wprowadzi streaming w bezstratnej jakości....

Bannery dolne

Nowe testy

Poprzedni Następny
Beyerdynamic DT 30 IE

Beyerdynamic DT 30 IE

Beyerdynamic to jedna z tych marek, o których trudno pisać bez należnego jej szacunku, ale coraz trudniej robić to bez poczucia pewnego rozżalenia czy wręcz zwątpienia. Szacunku - bo mówimy...

Audiolab D9

Audiolab D9

Audiolab jest i dla wielu miłośników sprzętu stereo chyba już zawsze będzie specjalistą od wzmacniaczy. Jest to zrozumiałe nie tylko przez wzgląd na historię marki, ale także jej dzisiejszy katalog,...

Pylon Audio Jade 10

Pylon Audio Jade 10

Polska - jednym kojarzy się z górami, jeziorami i lasami, burzliwą historią, pięknymi miastami, pierogami, kiełbasą i gołąbkami, dla innych jest natomiast krajem nowoczesnym, przedsiębiorczym, pełnym energii i ludzi, którzy...

Bannery boczne

Komentarze

Krzysztof
@Arai - A jak spróbujesz jakąś książkę przeczytać, to jest dopiero!
Arai
Strasznie dużo tekstu.
Krzysztof
W latach mojej młodości gramofon był bardzo popularny. I w sumie niezbyt lubiany wszyscy czekaliśmy na CD a za gramofonem chyba nikt nie płakał. Dzisiaj zrobion...
lekarz
Gdy kogoś rozboli odwłok z powodu zbyt drogiego sprzętu, to trzeba iść na spacer i ochłonąć.
Piotr
W opakowaniu zamiast "gratulujemy zakupu" powinno być "przykro nam, że nie możesz sobie pozwolić na porządny sprzęt, ale trzymamy za Ciebie kciuki".

Płyty

All Them Witches - House Of Mirrors

All Them Witches - House Of Mirrors

Mniej więcej rok temu przestałem wierzyć, że usłyszymy jeszcze nową muzykę od All Them Witches. Może nie dlatego, że zespół...

Newsy

Tech Corner

Obudowy głośnikowe w praktyce - rodzaje, właściwości, brzmienie

Obudowy głośnikowe w praktyce - rodzaje, właściwości, brzmienie

Zapewne niejedno z nas próbowało kiedyś przestawiać swoje kolumny głośnikowe w różne miejsca w mieszkaniu lub domu, aby sprawdzić, gdzie będą najlepiej grały. Oczywiście ma to sens, ponieważ rozmiar, akustyka pomieszczenia czy rozstawienie kolumn względem słuchacza i ścian mają kluczowe znaczenie dla ich brzmienia. Jednak czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się nad...

Nowości ze świata

  • Harman Kardon has refreshed one of the most recognizable products in its catalog. The SoundSticks 5 Wi-Fi is a new version of the transparent speaker system that, for many years, was associated mainly with computers, desktops and its distinctive, almost...

  • Indiana Line is expanding its Lira series, the highest loudspeaker line in its catalog, with three new models designed to make both stereo and home cinema systems easier to configure. The new additions are the compact Lira 2 standmount speaker,...

  • Moon is expanding its Compass Collection with two new components that clearly move the series closer to technologies previously associated with the brand's higher-end reference designs. After the 371, a complete streaming amplifier, the company is now introducing a classic...

Prezentacje

Brytyjskie podejście do oryginalnego brzmienia - Quad

Brytyjskie podejście do oryginalnego brzmienia - Quad

Jak podaje popularna internetowa encyklopedia, Quad, inaczej wszędołaz, to pojazd czterokołowy przeznaczony głównie do sportu i rekreacji. Zwykle jest to coś w rodzaju czterokołowego motocykla, który doskonale nadaje się do jazdy poza drogami utwardzonymi. Ze względu na walory napędowe znajduje zastosowanie w wojsku, ratownictwie górskim i rolnictwie. Dla audiofila ten...

Poradniki

Listy

Galerie

Dyskografie

Wywiady

Erik Wiederholtz - Perlisten

Erik Wiederholtz - Perlisten

Marka Perlisten wkroczyła na rynek hi-fi w sposób, który zaskoczył wielu - nagle, a jednocześnie z wielkimi ambicjami. Jej debiut...

Popularne artykuły

Vintage

MPMan F10

MPMan F10

Przeglądając nasz dział Vintage czytelnik mógłby odnieść wrażenie, że historia audio jest pisana tylko przez stare gramofony, wzmacniacze i kolumny...

Słownik

Poprzedni Następny

Ramię gramofonowe

Element gramofonu, do którego końca przymocowana jest wkładka gramofonowa - przetwornik dokonujący faktycznego odczytu i przetwarzający ruch igły na sygnał elektryczny. Zadaniem ramienia jest właściwe naprowadzenie wkładki na płytę, zapewnienie...

Cytaty

JonathanDavis.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.