Audio-Technica ATH-M60x
- Kategoria: Słuchawki i wzmacniacze słuchawkowe
- Tomasz Karasiński

W katalogach dużych producentów sprzętu audio są produkty, których rola staje się oczywista już po kilku sekundach. Wystarczy spojrzeć na nazwę, cenę, konstrukcję i miejsce w ofercie, aby mniej więcej wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Model podstawowy, model ambitniejszy, bezprzewodowa wersja czegoś znanego, tańszy wariant flagowca, następca bestsellera, produkt rocznicowy albo odpowiedź na bardzo konkretny trend. Audio-Technica również daje nam wyraźne wskazówki, abyśmy wiedzieli, jak czytać jej ofertę. Najnowsze słuchawki ATH-M60x zdają się jednak wymykać temu prostemu porządkowi. Niby należą do jednej z najbardziej rozpoznawalnych rodzin słuchawek studyjnych na rynku, niby korzystają z technicznego zaplecza kojarzonego z kultowymi ATH-M50x, niby oznaczenie sugeruje logiczny krok gdzieś między M50x a M70x, a jednak po bliższym poznaniu okazuje się, że to zupełnie osobny pomysł. Nie lepsze M50x. Nie mniejsze M70x. Nie model przejściowy, który wypełnia lukę w cenniku. Wygląda to raczej na próbę przeniesienia charakteru serii M do świata, w którym liczą się kompaktowość, szybkość obsługi, niewielka masa i praca w warunkach mniej wygodnych niż domowy fotel czy spokojne stanowisko odsłuchowe. Z jednej strony producent otwarcie informuje, że w ATH-M60x zastosowano te same przetworniki, co w modelu ATH-M50x, z drugiej zaś wzmocniona konstrukcja, wymienne pady wypełnione pianką z efektem pamięci kształtu, a nawet firmowe zdjęcia sugerują, że to właśnie "sześćdziesiątki" powinniśmy wpisać na swoją listę, szukając wytrzymałych, pewnych, sprawdzonych słuchawek za niewielkie pieniądze.
Kiedy patrzę na niektóre produkty Audio-Techniki, od razu przychodzi mi na myśl pewne japońskie pojęcie - Kaizen. To filozofia ciągłego doskonalenia, która polega na osiąganiu dużych celów poprzez wprowadzanie drobnych, systematycznych i prawie niezauważalnych poprawek każdego dnia. Zamiast rewolucyjnych zmian, skupia się na stopniowym ulepszaniu, najlepiej techniką małych kroków - tak drobnych, aby nie wywoływać oporu ani stresu, ale na tyle regularnych, by przełożyć się na dużą różnicę w dłuższej perspektywie. I choć nie jest to fragment wyjęty z materiałów reklamowych japońskiej firmy, pasuje do niej jak znalazł. Mówimy bowiem o przedsiębiorstwie, którego historia zaczęła się w 1962 roku, kiedy Hideo Matsushita założył w Japonii zakład specjalizujący się w produkcji wkładek gramofonowych. Pierwszym produktem była AT-1, a później katalog stopniowo rozszerzał się w kierunku mikrofonów, słuchawek, systemów bezprzewodowych, rozwiązań scenicznych, studyjnych i broadcastowych. Audio-Technica od początku należała więc do świata przetworników, membran, cewek, igieł, mikrofonów i konkretnych zastosowań. Nie oznacza to oczywiście, że każdy produkt tej marki trzeba od razu traktować jak instrument pomiarowy, ale pewien sposób myślenia o sprzęcie jest tu wyraźny. Najpierw funkcja, później forma. Najpierw przeznaczenie, później efekt. I na początku tej drogi zawsze jest użytkownik, który coś nagrywa, montuje, sprawdza i chce używać do tego sprzętu, który nie musi być najpiękniejszy ani najdroższy, ale powinien być przewidywalny.
Seria M stała się jednym z najważniejszych symboli tego podejścia. ATH-M50x przez lata urosły do rangi modelu kultowego - słuchawek, które polecano ludziom wchodzącym w świat poważniejszego odsłuchu, domowych studiów, nagrywania, miksowania, podcastów, edycji wideo i przewodowego słuchania muzyki bez udziwnień. Nie dlatego, że były najlepsze w każdej kategorii. Raczej dlatego, że łączyły kilka rzeczy, których użytkownicy naprawdę potrzebowali - solidną konstrukcję, łatwość napędzenia, konkretny bas, dobrą izolację, rozsądną cenę i charakter wystarczająco efektowny, aby sprawiał przyjemność również poza studiem. W przypadku ATH-M60x porównanie z M50x jest jednak zarówno naturalne, jak i zdradliwe. Naturalne, bo producent sam podkreśla związek między tymi konstrukcjami, przede wszystkim zastosowanie 45-mm przetworników z magnesami z metali ziem rzadkich i cewkami CCAW. Zdradliwe, bo ten sam techniczny punkt wyjścia nie oznacza tego samego efektu końcowego. W słuchawkach nie gra sama membrana, lecz cały układ - obudowa, objętość komory, odległość przetwornika od ucha, rodzaj padów, siła docisku, szczelność i sposób, w jaki małżowina uczestniczy w budowaniu obrazu przestrzennego. ATH-M50x są słuchawkami wokółusznymi. ATH-M60x - nausznymi. Ta różnica nie jest detalem konstrukcyjnym, tylko fundamentem całej historii.
Zanim przejdziemy do dalszej części testu, warto wyjaśnić kwestię oznaczeń. Na rynku funkcjonują nazwy ATH-M60x i ATH-M60xa. Czym się różnią? Oryginalna dokumentacja ATH-M60x opisuje przełącznik limitera, który po aktywacji ogranicza maksymalny poziom głośności do 105 dB. W aktualnych materiałach europejskich przy wersji ATH-M60xa pojawia się informacja, że model ma pewne zmiany specyfikacyjne względem ATH-M60x i nie jest wyposażony w ten przełącznik. Nie jest to sprawa, która powinna zdominować ten test lub zaważyć na wyborze, ale warto ją poruszyć, bo pokazuje pewien dokumentacyjny bałagan i może mieć znaczenie dla osób używających słuchawek zawodowo. Jeśli ktoś kupuje słuchawki do pracy z różnymi źródłami sygnału, w środowisku, w którym poziomy głośności potrafią zaskoczyć, obecność limitera może być istotna. W innych zastosowaniach raczej nie powinna to być kluczowa informacja. Pozostałe różnice wydają się pomijalne. Na papierze ATH-M60x wyglądają rozsądnie. Zamknięta konstrukcja dynamiczna, przetworniki 45 mm, impedancja 38 Ω, skuteczność 102 dB, pasmo przenoszenia 15 Hz - 28 kHz, maksymalna moc wejściowa 1600 mW, masa około 220 g bez kabla, trzy odłączane przewody w zestawie, adapter 6,3 mm i miękki pokrowiec. Można by powiedzieć, że to po prostu dobrze wyposażone słuchawki robocze. W praktyce ciekawsze jest jednak to, jak te elementy składają się w całość. I właśnie za to warto się im przyjrzeć.

Wygląd i funkcjonalność
ATH-M60x są jednymi z tych słuchawek, które na żywo wypadają ciekawiej niż na zdjęciach. Nie dlatego, że zdjęcia im szkodzą w oczywisty sposób, ale dlatego, że trudno na nich uchwycić właściwą skalę tego produktu. Patrząc na same fotografie, można wyobrażać sobie klasyczne, może tylko trochę mniejsze słuchawki nauszne. W praktyce to konstrukcja wyraźnie niskoprofilowa, kompaktowa i bardziej robocza niż domowa. Muszle są dość zwarte, spłaszczone, okrągłe, zamknięte i osadzone blisko głowy. Pałąk nie próbuje wyglądać imponująco, zawiasy nie udają biżuterii, a całość ma w sobie typową dla Audio-Techniki powściągliwość. To nie jest sprzęt, który ma wyglądać drogo. Ma wyglądać tak, jakby wiedział, do czego służy. Wzornictwo jest surowe, ale nie prymitywne. Czerń, proste linie, brak zbędnych ozdób, rozsądne proporcje i wyraźny nacisk na ergonomię tworzą produkt, który można by nazwać anonimowym, gdyby nie to, że w tej anonimowości jest pewna konsekwencja. ATH-M60x nie chcą być akcesorium modowym. Nie chcą też straszyć przesadnie technicznym wyglądem. Są gdzieś pośrodku - profesjonalne, minimalistyczne, skromne, ale nie pozbawione charakteru. To słuchawki, które równie dobrze mogłyby leżeć na stole montażysty, w małym studiu podcastowym, przy konsoli radiowej, obok laptopa osoby pracującej w podróży, ale też tak po prostu, przy domowym komputerze lub w plecaku. I w każdym z tych miejsc wyglądałyby naturalnie.
TEST: Meze Strada
Konstrukcja nauszna jest najważniejszą decyzją projektową. Modele serii M, takie jak ATH-M50x, obejmują ucho i tworzą większą komorę odsłuchową. ATH-M60x opierają pady bezpośrednio lub częściowo na małżowinie. Tego nie da się pominąć, bo od tego zależy zarówno wygoda, jak i brzmienie. Format on-ear zawsze jest kompromisem. Daje mniejsze gabaryty, niższą masę, lepszą poręczność i szybszą obsługę, ale w zamian wymaga zaakceptowania nacisku na ucho. Audio-Technica najwyraźniej doskonale zdawała sobie z tego sprawę, bo zrobiła dużo, aby ten kompromis był możliwie łagodny. Pady z pianki zapamiętującej kształt są miękkie, pałąk nie dociska przesadnie, a sama masa słuchawek jest na tyle niska, że nawet dłuższa praca nie zamienia się w ćwiczenie cierpliwości. Nie oznacza to, że ATH-M60x będą wygodniejsze od dużych, miękkich konstrukcji wokółusznych. Nie będą. Jeśli ktoś nie lubi słuchawek opierających się na uszach, żadna pianka memory foam i żaden dobrze dobrany docisk nie zmienią tego całkowicie. Ale jak na on-eary jest tu naprawdę dobrze. Słuchawki nie uciskają agresywnie, nie robią z głowy imadła, nie grzeją tak mocno jak wiele zamkniętych modeli nausznych i nie sprawiają wrażenia ciężkiego hełmu, który po godzinie zaczyna przypominać o swojej obecności. W pracy z komputerem, interfejsem audio albo rejestratorem docenia się właśnie tę lekkość. ATH-M60x nie znikają z głowy, ale nie przeszkadzają tak, jak można by się obawiać.
Bardzo ważny jest także sposób, w jaki użytkownik obcuje z tym modelem na co dzień. Duże słuchawki wokółuszne często zakłada się na dłużej. ATH-M60x zachęcają do innego rytmu pracy. Założyć, sprawdzić, zdjąć, odłożyć, założyć ponownie, przesunąć jedną muszlę, zmienić źródło, przepiąć kabel, wrócić do montażu. Są lekkie, elastyczne i poręczne. To cecha, której nie widać w tabeli z parametrami, ale która w praktyce może decydować o tym, czy sprzęt zostaje na biurku, czy trafia do szuflady. M60x są po prostu wygodne w obsłudze. Nie wymagają ceremonii, nie domagają się specjalnego traktowania, nie każą organizować stanowiska pod siebie. Są narzędziem, które można mieć pod ręką. Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz, która w kontekście ceny może być zaskakująca - jakość wykonania stoi na wysokim poziomie. Oczywiście nie są to hi-endowe słuchawki, ale producent wspomina o metalowych elementach konstrukcyjnych i rzeczywiście w najważniejszych miejscach czuć solidność. Pałąk i mechanizm jego regulacji nie sprawiają wrażenia przypadkowych, a muszle pracują z odpowiednim oporem. Nie jest to konstrukcja pancerna, przypominająca ochronniki słuchu lub nauszniki stworzone do pracy w ciężkich warunkach atmosferycznych, jednak M60x są bardziej eleganckie, bardziej dopracowane materiałowo, mniej surowe. Nie mają terenowej brutalności, ale mają mnóstwo studyjnego uroku i absolutnie nie wyglądają, jakby miały rozpaść się po trzech miesiącach normalnego użytkowania w domu.
Świetnym elementem wyposażenia są trzy odłączane przewody. W zestawie znajdziemy kabel prosty 1,2 m, kabel prosty 3 m i przewód spiralny 1,2-3 m. Taki komplet od razu pokazuje, że producent myślał o realnych scenariuszach pracy. Krótki przewód sprawdzi się przy laptopie, przenośnym interfejsie, rejestratorze albo małym DAC-u. Długi prosty kabel pasuje do klasycznego stanowiska stacjonarnego, wzmacniacza słuchawkowego, miksera czy interfejsu ustawionego dalej od użytkownika. Spiralny jest najbardziej zawodowy - powinien sprawdzić się tam, gdzie trzeba się trochę poruszać, ale bez ciągnięcia za sobą kilku metrów przewodu. Z perspektywy typowego użytkownika najważniejsze jest to, że mamy wybór. Dość powiedzieć, że w zestawie z wielokrotnie droższymi słuchawkami często dostajemy tylko jeden przewód, a producent robi nam łaskę, że za kilkaset złotych możemy dokupić jego dłuższy, krótszy albo zbalansowany odpowiednik. Japończycy załatwili problem kompleksowo, przy okazji unikając typowych internetowych narzekań w rodzaju "fajne słuchawki, ale szkoda, że kabel za krótki...", "podobają mi się, ale dlaczego dali tylko skręcony przewód?", "generalnie spoko, ale 3-metrowy kabel w takich słuchawkach to nieporozumienie". Inna sprawa, że wybór jednej z tych opcji może zależeć nie tyle od naszych własnych preferencji, co raczej konkretnej sytuacji i systemu, do którego słuchawki zostaną podłączone. O zastosowaniach profesjonalnych nawet nie wspominam, ale nawet w domu może okazać się to przydatne. Przy komputerze możemy używać kabla krótkiego lub spiralnego, a dłuższy, 3-metrowy trzymać w salonie, obok wzmacniacza lub amplitunera, na wypadek, gdybyśmy chcieli wieczorem obejrzeć film, nie przeszkadzając domownikom.
Jeśli chodzi o praktyczne detale, złącze po stronie muszli jest blokowane, więc przewód nie wypada przypadkowo przy ruchu głową lub gwałtownym odłożeniu słuchawek. W sprzęcie dla profesjonalistów to istotne, bo kabel wypadający przy drobnym pociągnięciu potrafi irytować. Minus jest taki, że przy mocniejszym szarpnięciu może ucierpieć coś innego, dlatego mimo wszystko warto zachować ostrożność. W tym kontekście znów cieszy fakt, że do zestawu dołączono trzy różne przewody, bo nie każdy kabel ze standardowym wtykiem 3,5 mm będzie pasował do gniazda z blokadą. Fabryczny komplet jest na tyle sensowny, że większość użytkowników nie będzie miała potrzeby natychmiastowego szukania zamienników. Do zestawu dołączono przykręcany adapter 6,3 mm i miękki pokrowiec. Adapter to oczywistość w słuchawkach o takim profilu. Pokrowiec jest użyteczny, choć nie należy mylić go z twardym etui. Miękki worek ze ściągaczami chroni przed kurzem czy lekkimi otarciami i pomaga utrzymać przewody w jednym miejscu, ale nie zamieni M60x w sprzęt odporny na bezmyślne wrzucenie do plecaka lub bagażnika razem z gitarami, statywami, wzmacniaczami i aparatem fotograficznym. Szkoda, bo sztywniejsze, zamykane na suwak etui byłoby bardziej praktyczne. Z drugiej strony mamy do czynienia ze słuchawkami może i kierowanymi do zawodowców, ale wciąż wycenionymi bardzo, bardzo rozsądnie, więc ponownie widać tu jasne priorytety - kable były bardzo ważne, więc Audio-Technica na nich nie oszczędzała, a piękne opakowanie, twardy futerał i inne bibeloty nie zmieściły się w budżecie. Z jednej strony trudno się dziwić, z drugiej - skoro słuchawki kosztują 879 zł, równie dobrze mogłyby kosztować 899 zł, ale mieć w zestawie usztywniane etui.
ATH-M60x są małe, lekkie i niskoprofilowe, ale nie składają się tak jak wiele modeli DJ-skich lub stricte mobilnych. To trochę zaskakuje, bo cała koncepcja modelu sugeruje pracę w ruchu. Można jednak spojrzeć na to inaczej - mniej zawiasów to mniej luzów, pewniejsza konstrukcja, prostsza mechanika, a więc mniej punktów, w których coś mogłoby się popsuć.Najbardziej dyskusyjny element funkcjonalności ATH-M60x to brak możliwości złożenia muszli lub pałąka w jakikolwiek sposób - przez obrót nauszników lub złożenie pałąka na zawiasach do środka. Słuchawki są małe, lekkie i niskoprofilowe, ale nie składają się tak jak wiele modeli DJ-skich lub stricte mobilnych. W torbie zajmują mniej miejsca niż większe słuchawki wokółuszne, jednak nie da się ich ułożyć płasko. To trochę zaskakuje, bo cała koncepcja modelu sugeruje pracę w ruchu. Można jednak spojrzeć na to inaczej - mniej zawiasów to mniej luzów, pewniejsza konstrukcja, prostsza mechanika, a więc mniej punktów, w których coś mogłoby się popsuć. To także mniej klekotania i trzeszczenia podczas codziennego użytkowania. Mimo deklaracji producenta uważam zatem, że M60x nie są typowymi słuchawkami kieszonkowo-podróżnymi, a co najwyżej łatwymi do przenoszenia słuchawkami "roboczymi". Potwierdza to izolacja od hałasów z zewnątrz. Jest dobra w typowych warunkach domowych czy studyjnych, ale nie ekstremalna. Zamknięta konstrukcja ogranicza hałas otoczenia, szczególnie w zakresie średnich i wysokich tonów. Rozmowy, kliknięcia klawiatury, część odgłosów biurowych, pogłos pomieszczenia czy dźwięki z sąsiedniego stanowiska zostają wyraźnie przytłumione. Niskie częstotliwości przenikają jednak łatwiej. Dudnienie ruchu ulicznego, silnik autobusu czy inne typowo miejskie "atrakcje" nie znikną całkowicie. To typowe dla pasywnych słuchawek nausznych i nie należy robić z tego sensacji. Do montażu, podcastu, nagrania lektorskiego czy pracy przy biurku izolacja jest wystarczająca. Jeżeli natomiast ktoś oczekuje jak najlepszej eliminacji hałasu podczas jazdy metrem, powinien raczej rozejrzeć się za słuchawkami z systemem ANC.
Bardzo mocnym punktem ATH-M60x jest serwisowalność. Audio-Technica informuje o wymiennych padach, a nawet elementach pałąka, nie mówiąc o przewodach. W sprzęcie profesjonalnym to bardzo ważne, ponieważ słuchawki używane codziennie zużywają się niezależnie od tego, jak bardzo o nie dbamy. Pady tracą sprężystość, materiał się wyciera, przewody bywają zwijane, szarpane i deptane, a i pałąk pracuje jak każdy inny element mechaniczny. Możliwość wymiany tych części oznacza, że po kilku latach nie trzeba wyrzucać całych nauszników ani pogodzić się z tym, że grają inaczej, bo stare pady straciły szczelność, a jednocześnie stały się płaskie, przez co zmieniła się odległość między przetwornikiem a uchem słuchacza. Możliwość wymiany zużywających się elementów jest potwierdzeniem tego, że ATH-M60x są produktem bardzo spójnym od strony użytkowej. Nie zachwycają luksusem, nie oferują aktywnej redukcji hałasu, aplikacji, trybów pracy ani innych dodatków, które dziś wciska się nawet tam, gdzie nie są potrzebne. Zamiast tego dostajemy przewodową, lekką, zamkniętą, serwisowalną konstrukcję z trzema kablami i wyraźnie studyjnym charakterem. W świecie pełnym słuchawek, które chcą trafić do wszystkich, taka prostota ma w sobie coś odświeżającego.

Brzmienie
Choć nie używam ATH-M50x na co dzień, dość dobrze je znam, więc od samego początku zastanawiałem się, czy ATH-M60x będą grały jak pomniejszone "pięćdziesiątki". Otóż nie do końca. Wspólny przetwornik może sugerować, że dźwięk będzie albo identyczny, albo przynajmniej bardzo podobny, ale jeden - przyznaję, konstrukcyjnie najważniejszy - element nie oznacza, że nie usłyszymy różnic wynikających z obudowy, padów i innych efektów dostosowania tego przetwornika do realiów konstrukcji nausznej. ATH-M50x oferują bardziej obfite, pełniejsze i łatwiejsze do polubienia granie. M60x są bliższe, bardziej zwarte i bardziej robocze w sposobie prezentacji. Nie próbują robić natychmiastowego wrażenia skalą, grają czytelną średnicą, nie pompują dołu, nie poszerzają sztucznie przestrzeni, nie wygładzają całego przekazu po to, aby każda płyta brzmiała bardziej przyjemnie. Ich dźwięk jest nastawiony na informację, ale nie popada w suchą, bezduszną analityczność. Bas jest kontrolowany, szybki i dobrze zdyscyplinowany. Nie jest chudy, ale też nie jest efekciarski. Audio-Technica nie wykorzystała go jako sposobu na to, aby małe słuchawki zabrzmiały bardziej imponująco już w pierwszych sekundach. Niskie tony mają odpowiednią obecność, potrafią uderzyć i dają nagraniom fundament, ale nie dominują nad przekazem. Nie rozlewają się po średnicy, nie ocieplają wszystkiego i nie tworzą wrażenia sztucznego wypełnienia. W M50x dół jest bardziej obfity, a nawet lekko zmiękczony. Dla wielu osób będzie przyjemniejszy w zwykłym, codziennym słuchaniu. W M60x jest natomiast bardziej konkretny - jego zadaniem jest utrzymanie porządku, a nie budowanie widowiska.
PORADNIK: Kupujemy słuchawki - co, jak, gdzie
To strojenie ma bardzo duży sens nie tylko z punktu widzenia audiofila, ale także osób, dla których te słuchawki zostały stworzone - zawodowców, dla których nauszniki są narzędziem pracy. Przy montażu głosu, podcastach, edycji wideo czy szybkim odsłuchu materiału ważniejsze jest to, aby bas nie maskował środka niż to, aby był przyjemny i satysfakcjonujący. M60x pozwalają śledzić rytm, kontury i relację dołu z resztą pasma. Jeśli nagranie ma dobrze ustawiony bas, słuchawki to pokażą. Jeśli dół jest przesadzony albo źle kontrolowany, nie przykryją problemu własnym ociepleniem. To bardzo uporządkowane granie, a porządek w zamkniętych słuchawkach nausznych może być bardzo cenny.
Tym, co najmocniej definiuje charakter ATH-M60x, jest sposób, w jaki słuchawki te malują, a raczej rysują zakres średnich tonów. To tutaj najlepiej słychać ich zawodowe przeznaczenie. Wokale, dialogi, gitary, instrumenty akustyczne i wszystko, co decyduje o czytelności nagrania, jest podane blisko, jasno i bez zbędnego zmiękczenia. Słuchawki bardzo dobrze pokazują artykulację głosu. Dają szybki dostęp do informacji o barwie, kompresji, sybilantach, ustawieniu mikrofonu, nosowości czy ostrości materiału. W pracy z dialogiem taka prezentacja jest ogromnie wygodna. Nie trzeba długo szukać problemu, bo on zwykle pojawia się przed nami dość szybko. Ta średnica nie jest jednak aksamitna ani romantyczna. Nie ma tu kremowego nasycenia, które robi z każdego wokalu wieczorną przyjemność. ATH-M60x stawiają na obecność i komunikatywność. Czasami wyższa część środka potrafi mocniej zaznaczyć swoją obecność, szczególnie przy głośniejszym odsłuchu albo ostrzej zrealizowanych nagraniach. Nie nazwałbym tego krzykliwością, ale pewna bezpośredniość jest wpisana w charakter modelu. Dla realizatora, montażysty albo osoby pracującej z głosem będzie to atut. Dla słuchacza szukającego słuchawek wyłącznie do relaksu - możliwe ograniczenie. M60x nie pogłaszczą źle zrealizowanych nagrań po główce, tylko pokażą nam je z bliska. A czasami prawda może okazać się bolesna.
Góra pasma została ustawiona rozsądnie. Nie jest wycofana, ale też nie próbuje udawać rozdzielczości przez agresywne rozjaśnienie. Wysokie tony są czyste, szybkie i wystarczająco szczegółowe, aby pokazać pogłosy, blachy, fakturę nagrania i inne detale. Nie ma jednak wrażenia, że słuchawki celowo wyostrzają skraje pasma, aby stworzyć efekt większej analityczności. To dobry wybór, bo przy już wyraźnej średnicy przesadnie ofensywna góra szybko zmęczyłaby użytkownika. M60x zachowują pod tym względem zdrową równowagę. Szczegółowość nie wynika tu z podbicia górnego zakresu, a raczej z szybkości reakcji i dobrej organizacji pasma. Ponieważ bas nie przykrywa środka, a góra nie robi sztucznego blasku, drobne informacje pojawiają się w dość naturalny sposób. Łatwo śledzić końcówki fraz, drobne pogłosy, oddechy i relacje między instrumentami. Nie jest to rozdzielczość luksusowych słuchawek otwartych, ale w swojej klasie ATH-M60x wypadają bardzo dobrze. Szczególnie imponujące jest to, że udaje im się zachować przejrzystość bez popadania w szklistość, jaskrawość i nieprzyjemny jazgot. Co to, to nie.
ATH-M60x to konkretny sprzęt do konkretnych zadań, a nie nudny, bezpłciowy, totalnie nijaki produkt, który ma się podobać wszystkim. Audio-Technica daje nam słuchawki dla zawodowców, a to, że może je kupić każdy, jest tylko oznaką otwartości firmy na pewne eksperymenty i wiarę w to, że klient będzie wiedział, na co się decyduje.Na pochwałę zasługuje również dynamika. M60x nie budują potęgi przez masę i szerokość, lecz przez szybkość reakcji. Atak jest zwarty, rytm czytelny, a dźwięk dobrze trzyma tempo. Przy gęstszych nagraniach słuchawki trzymają fason. Poszczególne elementy pozostają odseparowane, a całość ma w sobie pewną jędrność, która sprawia, że odsłuch nie jest nudny. To ważne, bo wiele słuchawek określanych jako robocze wpada w pułapkę poprawności. Pokazują materiał, ale nie dają żadnej energii. ATH-M60x są bardziej żywe. Nie rozrywkowe w prostym sensie, ale wystarczająco rytmiczne i sprawne, aby muzyka pulsowała, a nie wlewała się leniwie do głowy. Przestrzeń jest dobra jak na zamknięte słuchawki nauszne, ale nie należy oczekiwać cudów. M60x nie grają szeroko jak duże konstrukcje wokółuszne i nie budują głębokiej, swobodnej przestrzeni poza głową. Ich scena jest raczej bliska, uporządkowana i skoncentrowana. To kolejny punkt, w którym trzeba pamiętać o przeznaczeniu tego modelu. Dla profesjonalistów precyzja i skupienie na zadaniu są ważniejsze niż efekt zanurzenia w trójwymiarowej przestrzeni.
Minusy? Właściwie tylko te, które bezpośrednio wynikają z przeznaczenia i charakteru tych słuchawek. Jeśli ktoś po trzech minutach stwierdzi, że to nie jego bajka - super, tak miało być, bo ATH-M60x to konkretny sprzęt do konkretnych zadań, a nie nudny, bezpłciowy, totalnie nijaki produkt, który ma się podobać wszystkim. Audio-Technica daje nam słuchawki dla zawodowców, a to, że może je kupić każdy, jest tylko oznaką otwartości firmy na pewne eksperymenty i wiarę w to, że klient będzie wiedział, na co się decyduje i czego powinien oczekiwać. Czy można na "sześćdziesiątkach" słuchać muzyki dla przyjemności? Oczywiście. Trzeba tylko wiedzieć, jakiej przyjemności szukamy. Jeśli ma to być ciepłe, duże, relaksujące granie z miękkim basem i szeroką sceną, lepiej wybrać coś innego. Jeśli jednak przyjemność płynie z czytelności, rytmu, bliskości wokali i poczucia, że słuchawki nie dodają od siebie zbyt wiele, M60x potrafią być bardzo satysfakcjonujące. Są uczciwe, ale nie surowe. Konkretne, ale nie złośliwe. Dokładne, ale nie pozbawione muzykalności. To dość rzadka kombinacja w świecie słuchawek, a w grupie tych, które można kupić za mniej niż tysiąc złotych - ewenement.

Budowa i parametry
Audio-Technica ATH-M60x to zamknięte, nauszne, przewodowe słuchawki dynamiczne. Zastosowano w nich 45-mm przetworniki, magnesy neodymowe oraz cewki CCAW (wykonane z aluminium pokrytego miedzią). Ten zestaw rozwiązań nie jest przypadkowy. Audio-Technica buduje wokół niego bezpośrednie powiązanie z modelem ATH-M50x, co jest zarówno zaletą, jak i źródłem pewnego nieporozumienia. Zaletą, bo sugeruje wykorzystanie sprawdzonej technologii w nowej formie. Nieporozumieniem, bo część użytkowników może oczekiwać bardzo podobnego brzmienia, a tutaj cała geometria konstrukcji jest inna. W słuchawkach zamkniętych każdy element obudowy ma znaczenie. W modelu nausznym dochodzi jeszcze jeden ważny czynnik - sposób kontaktu z uchem. Pad nie otacza małżowiny, lecz opiera się na niej, zmieniając szczelność, odległość od przetwornika i udział naturalnych odbić w kształtowaniu dźwięku. Dlatego ATH-M60x trzeba traktować jako osobny projekt akustyczny, a nie jako M50x w mniejszej skorupie.
Jeśli chodzi o parametry, impedancja wynosi 38 Ω, a skuteczność 102 dB/mW. Dzięki temu słuchawki są łatwe do napędzenia i nie wymagają specjalnego wzmacniacza, aby osiągnąć normalny poziom głośności. Będą dobrze współpracować z interfejsami audio, rejestratorami, laptopami, mikserami, prostymi wzmacniaczami słuchawkowymi i przenośnymi DAC-ami. Pasmo przenoszenia określono na 15 Hz - 28 000 Hz, a maksymalną moc wejściową na 1600 mW. Jak zawsze, sam zakres pasma nie mówi wiele o realnym brzmieniu, ale pokazuje, że nie mamy do czynienia z uproszczonym, tanim przetwornikiem. Masa oficjalnie wynosi około 220 g bez kabla, choć w części materiałów pojawia się wartość 200 g. W codziennym użytkowaniu liczy się przede wszystkim to, że słuchawki są lekkie, a czy ważą 200, 220 czy 240 gramów, raczej nie zrobi nikomu różnicy. Ważne, że nie jest to zakres 400-500 g, czyli terytorium potężnych słuchawek planarnych i hi-endowych modeli dynamicznych, które może do słuchania muzyki w wygodnym fotelu nadają się znakomicie, ale do pracy i użytku mobilnego - niekoniecznie.
Werdykt
Audio-Technica ATH-M60x to niezwykle ciekawe słuchawki, które zostały stworzone w konkretnym celu i realizują swoje priorytety bez oglądania się na to, jak zostanie to odebrane. To właściwie studyjny sprzęt, który jest na tyle lekki, poręczny i mobilny, że można używać go na co dzień - w podróży, w pracy czy na spacerze. Być może nauszniki o stricte profesjonalnym rodowodzie nie powinny spodobać się melomanom i audiofilom, ale moim zdaniem właśnie ów wyrazisty charakter sprawia, że z ich perspektywy są bardzo kuszące. Niemal wszystko, co można o nich powiedzieć, zaczyna się od jednego słowa - "inaczej". Inaczej niż sugerowałaby wspólna baza techniczna z M50x, inaczej niż w większości współczesnych słuchawek, które próbują kupić słuchacza już w pierwszych sekundach obfitym basem i większą skalą grania, inaczej też niż w wielu konstrukcjach profesjonalnych, które przez chęć bycia "narzędziem" wpadają w pułapkę suchości, szorstkości i zwyczajnego braku przyjemności z odsłuchu. ATH-M60x nie idą żadną z tych dróg do samego końca. Ich dźwięk nie jest ani typowo rozrywkowy, ani brutalnie analityczny. To raczej granie zwarte, konkretne, nastawione na informację, ale bez chłodnego laboratoryjnego dystansu.
Największą zaletą brzmienia ATH-M60x jest jednak jego spójność z konstrukcją. Te małe, lekkie, zamknięte słuchawki nauszne grają tak, jak dobrze zaprojektowane małe, lekkie, zamknięte słuchawki nauszne powinny grać - blisko, szybko, czytelnie i bez udawania czegoś, czym nie są. Nie próbują zastąpić pełnowymiarowych monitorów. Nie mydlą nam oczu tłustym, napompowanym basem, aby ukryć ograniczenia i niedoskonałości średnicy. Nie rozświetlają góry, aby sprzedać nam mylne wrażenie szczegółowości. Ich charakter jest konsekwentny. A konsekwencja w sprzęcie tego typu jest często ważniejsza niż luksusowe materiały, błyskotki i dokładane do zestawu bibeloty. Jak można się domyślać, ATH-M60x nie są sprzętem dla każdego. Są niedrogimi słuchawkami dla użytkownika, który bardzo dobrze wie, czego szuka. Jeżeli ktoś potrzebuje przewodowych, zamkniętych, profesjonalnych nauszników, które z jednej strony brzmią bardzo "studyjnie", a z drugiej wiedzą, kiedy się zatrzymać i jakich granic nie należy przekraczać, aby odsłuch nie zamienił się w torturę, "sześćdziesiątki" zasługują na bardzo poważne potraktowanie. O wiele poważniejsze, niż sugeruje ich cena.

Dane techniczne
Typ słuchawek: zamknięte, nauszne, dynamiczne
Pasmo przenoszenia: 15 Hz - 28 kHz
Przetworniki: 45 mm, magnesy neodymowe, cewki CCAW
Czułość: 102 dB/mW
Impedancja: 38 Ω
Maksymalna moc wejściowa: 1600 mW
Przewody: 1,2 m prosty, 3 m prosty, 1,2-3 m spiralny
Wtyk: 3,5 mm + przejściówka 6,3 mm
Masa: 220 g bez przewodu
Cena: 879 zł
Konfiguracja
Audiovector QR5, Equilibrium Nano, Pylon Audio Jade 10, Unison Research Triode 25, Octavio AMP, Hegel H20, Auralic Aries G1, Silent Angel M1T, Auralic Vega G1, Marantz HD-DAC1, Clearaudio Concept, Cambridge Audio CP2, Cardas Clear Reflection, Tellurium Q Ultra Silver II, Tellurium Q Ultra Blue II, Van den Hul CS-122 Hybrid, Albedo Geo, KBL Sound Red Corona, Enerr One 6S DCB, Enerr Tablette 6S, Enerr Transcenda Ultimate, Fidata HFU2, Melodika Purple Rain, Final Audio Design A8000, Sennheiser HD 600, Beyerdynamic DT 990 PRO, Beyerdynamic DT 770 PRO, Meze 99 Classics, Bowers & Wilkins PX5, Pro-Ject Wallmount It 1, Custom Design RS 202, Silent Angel N8, Vicoustic VicWallpaper VMT, Vicoustic ViCloud VMT.
Równowaga tonalna![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Dynamika![]()
Rozdzielczość![]()
Barwa dźwięku![]()
Szybkość![]()
Spójność![]()
Muzykalność![]()
Szerokość sceny stereo![]()
Jakość wykonania![]()
Funkcjonalność![]()
Tłumienie hałasu![]()
Cena![]()


















Komentarze