To debiutancka płyta zespołu wydana w 2009 roku. Co ciekawe, przesłuchałem ją w ostatniej w kolejności, ponieważ wcześniej w moje ręce trafiły już krążki "Earthshine" i najnowszy "Eternal Movement", którego po raz pierwszy słuchałem przez sieć. Uprzedzam więc, że w wszystko odbyło się trochę na odwrót. Jak "Aura" wypada na tle późniejszych dokonań kapeli?
Melancholijny nastrój pluchy, która panuje właśnie za oknem to chyba najlepszy moment na rocka w brytyjskim wydaniu. Do szuflady mojego odtwarzacza trafiła więc druga EP-ka młodej, pięcoosobowej grupy Pylo, pochodzącej z malowniczego miasta Bath. Pierwszy minialbum "Bellavue" sprawił, że porównywano ich muzykę do twórczości legend takich, jak Pink Floyd, Radiohead, Sigur Ros czy The Verve. Takie zestawienie budzi apetyt na podróż przez zakamarki współczesnej muzyki gitarowej. Na szczęście Pylo nie zawodzi. Krażek otwiera spokojne, elektroniczne intro, które ma więcej wspólnego z muzyką relaksacyjną, aniżeli z pozostałymi utworami. To, co faktycznie przyciąga uwagę to dominująca gitara, która zapowiada charakter reszty albumu. Od razu po zakończeniu wstępu otrzymujemy mocny początek kolejnego utworu, który stanowi najbardziej popowy moment na krążku. Indierockowa kompozycja "Young" przypomina przeboje U2 z lat osiemdziesiątych, jak "I Still Haven't Found What I'm Looking For" czy "Pride". Ciche przejście z powtarzającym się wersem "I should've known better" wpada w ucho i czyni "Young" materiałem na hit list przebojów.
Początek lat siedemdziesiątych to czas ogromnej popularności Deep Purple. Zespół odniósł sukces dzięki wysoko notowanym singlom "Black Night" i "Smoke on the Water", ale przede wszystkim nagrał wówczas kilka albumów będących kamieniami milowymi ciężkiego rocka - "In Rock", "Machine Head" i koncertowy "Made in Japan", uznawany za jedną z najlepszych koncertówek wszech czasów. Jednak ze szczytu bardzo łatwo jest spaść. Zwłaszcza jeśli stosunki wewnątrz grupy nie są najlepsze. Kłótnie w zespole wpłynęły nie tylko na słaby poziom kolejnego albumu, "Who Do We Think We Are", ale również odejście ze składu wokalisty Iana Gillana i basisty Rogera Glovera. W zespole pozostali gitarzysta Ritchie Blackmore, klawiszowiec Jon Lord i perkusista Ian Paice. To wybitni wirtuozi swoich instrumentów, ale jednak brakowało im zdolności nadawania swoim utworom melodyjności, którą posiadali Gillan i Glover. Zastępcy tej dwójki musieli być zatem nie tylko zdolnymi wykonawcami, ale również kompozytorami. Stanowisko wokalisty początkowo zaproponowano Paulowi Rodgersowi, którego zespół Free właśnie się rozpadł. Ten jednak wolał dołączyć do supergrupy Bad Company. W międzyczasie muzykom Deep Purple udało się pozyskać świetnego basistę Glenna Hughesa, wcześniej występującego w mało znanym zespole Trapeze.
Kolejna recenzja Doorsów? Można się zastanawiać czemu to w ogóle służy. Muzyka zawarta na debiutanckim albumie grupy, a zresztą nie tylko na nim, doczekała się już tylu recenzji, analiz i profesjonalnych opracowań, że napisanie o niej czegokolwiek nowego graniczy chyba z cudem. A jednak jest coś fascynującego w tym, że płyta nagrana prawie pięćdziesiąt lat temu wciąż budzi zachwyt. Oczywiście nie u wszystkich. Przyznam, że sam nie należę do wiernych i oddanych fanów muzyki The Doors. Mogę jej owszem posłuchać z przyjemnością, ale raczej nie czuję magicznej aury Króla Jaszczura, a jeśli już, to bardziej doceniam kunszt i talent Raya Manzarka. W moje ręce trafiło jednak niecodzienne, winylowe wydanie debiutanckiej płyty, dostarczone przez sklep Vinyl Goldmine.
Po przesłuchaniu reedycji Analogue Productions sam nie wiem, czy nie skuszę nie na następne płyty z ich serii. Co takiego wyróżnia to wydanie z całej masy różnorakich remasterów? Otóż album został wydany na dwóch 200-gramowych, 45-obrotowych winylach. Mastering został zrobiony na analogowym, lampowym sprzęcie przez Douga Saxa pod okiem Bruce'a Botnicka, który pomagał chłopakom z The Doors w produkcji ich ostatniej płyty. Co to dało? Doskonałą stereofonię - świetny, przestrzenny dźwięk przepięknie wypełniony zróżnicowanym brzmieniem z trudnym do określenia napowietrzeniem, które nadaje muzyce zwiewności i lekkości.
The War On Drugs i ich najnowsze dziecko to mój najnowszy, okładkowy złoty strzał. Mam ogromne zaległości w słuchaniu płyt ze swojej kolekcji, zatem nie chciałem już sięgać po nic nowego. Oczarował mnie cover tego wydawnictwa i nie było odwrotu - chwilę później dołączyła do tego muzyka zawarta na krążku. W zasadzie nie mamy tu do czynienia z niczym odkrywczym i przełomowym. Ale co z tego skoro "Lost In The Dream" nieziemsko dobrze się słucha? Początek może lekko przestraszyć. "Under The Pressure" trwa prawie 9 minut. Z tego utwór właściwy pochłania lekko ponad 5 minut, a reszta to ambientowa, instrumentalna wstawka. Swoją drogą bardzo przyjemna. Dalej jest równie dobrze, jeśli nie lepiej. Ogromną dawką przebojowości ociekają "Red Eyes" i "Burning". Duch Dire Straits i żywszych utworów Marka Knopflera solo unosi się nad pięknym "An Ocean In Between The Waves". Echa ich twórczości słychać tutaj w wielu miejscach, jednak nigdzie indziej nie występują aż w takim stężeniu.
Hipgnosis to nazwa, która każdemu fanowi progresywnych dźwięków kojarzy się przede wszystkim z brytyjską firmą tworzącą okładki płyt. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy w moje ręce trafiło przepiękne, analogowe wydawnictwo polskiego zespołu o takiej właśnie nazwie, wydane zresztą przez rodzimą wytwórnię Audio Cave. Opisywany zestaw w wersji Limited Deluxe Edition to dwa pierwsze albumy zespołu - "Sky is the Limit" oraz "Relusion" - wydane na trzech 180-gramowych płytach winylowych. Do kompletu dołączny jest zwalający z nóg album grafik Tomasza Sętowskiego "Ressurection Stone", powstały przez inspirację artysty muzyką zespołu. Nie ma co się dziwić, że malarz zachwycił się tą muzyką. Hipgnosis potrafi wyczarować wspaniały art-rockowy klimat okraszony zarówno elektronicznymi pejzażami, jak i mocniejszymi, gitarowo-metalowymi wstawkami. Posłuchajcie chociażby "Force Hit" z albumu "Sky is the Limit". Dodatkowym smaczkiem wzmacniającym pozytywne wibracje muzyki Hipgnosis jest intrygujący, kobiecy wokal.
To już dwudziesty drugi studyjny album wydany pod szyldem Wishbone Ash, nie licząc dwóch płyt zawierających muzykę klubową, wydanych w połowie lat 90. Chociaż z oryginalnego składu w grupie pozostał jedynie niestrudzony Andy Powell, "Blue Horizon" jest pięknym nawiązaniem do klasycznych dokonań zespołu. Brakuje tu tylko tej różnorodności, która cechuje pierwsze albumy Wishbone Ash. Zdarzały się na nich przecież kawałki folkowe, bluesowe, hard rockowe, a nawet jazz rockowe. Tutaj wszystko zlewa się w jedno. Przy pierwszych przesłuchaniach ciężko rozróżnić poszczególne utwory, może z wyjątkiem bardziej bluesowych "Deep Blues" i "Mary Jane". Trudno jednak oprzeć się urokowi tych charakterystycznych dla tej grupy melodii, które czarują już od samego początku "Take It Back". Brzmienie gitary i głosu Powella jest niemal identyczne jak na "Argusie". Tylko solówka, choć udana, jest trochę zbyt prosta i nie wiedzieć czemu grana tylko przez jednego gitarzystę. Słynny gitarowy duet można usłyszeć dopiero pod koniec "Deep Blues".
Kolejne ekskluzywne wydanie specjalne wytwórni Audio Cave to rzecz bardzo oryginalna, wręcz dziwna. Na okładce oprócz nazwy zespołu i tytułu albumu widnieje tylko czerwone oko w trójkącie. Jeżeli trochę poszperacie, dowiecie się, że symbol ten często pojawia się na okładkach, w książeczkach i teledyskach. Zaintrygowany otwieram więc grubą pokrywę pudełka, a tam winylowa wersja albumu, duża wkładka od wytwórni Audio Cave, a pod spodem wydanie kompaktowe i specjalny prezent - niewielki witraż z motywem czerwonego trójkąta z okiem w środku. W wydaniu winylowym znajdziemy dodatkowo coś w rodzaju plakatu - baranki stojące pod czymś w rodzaju ołtarza, kielich liturgiczny i ponownie czerwone oko w trójkącie. Jeżeli ten symbol ma coś oznaczać, to jedno jest pewne - nie da się go przegapić. Płyta jest dziełem Duncana Pattersona, który wcześniej działał między innymi w grupie Anathema. Co ciekawe, jeden z jej albumów nosił tytuł "Alternative 4" i właśnie na tym krążku Patterson udzielał się tam po raz ostatni.
Gdy w ciemno podejmuję się recenzowania płyt, często miewam złe przeczucia. Tak właśnie było w przypadku tego krążka. Już po pierwszych kilku dźwiękach okazało się, że te przeczucia były całkowicie nieuzasadnione. Atek Radej to swego rodzaju człowiek instytucja - gitarzysta, keyboardzista, kompozytor, realizator i producent. "Not Too Old" to efekt zebrania do kupy jego pomysłów z ostatnich lat. Trzeba przyznać, że efekt jest co najmniej dobry. Elektroniczne wprowadzenie "Introminium" nie powala i może wprowadzić słuchacza w błąd, ale już drugi w kolejce "Wawasek" naprowadza odbiorcę na właściwe tory - jest gitarowo, ciężko, klimatycznie. Świetnie prezentuje się chwilowe zwolnienie i wyciszenie w drugiej części utworu. "Four Death Metal" to jeszcze cięższe granie i jednocześnie popis umiejętności gitarowych wykonawcy. Co jak co, ale trzeba przyznać, że Atek umie posługiwać się tym instrumentem. W konwencji rockowej czy też nawet metalowej utrzymane są jeszcze "Drama & Grama", "Creatura" i "DB Gui". Po nich następuje krótki przerywnik - "Trominium" - po którym jest już tylko szok i niedowierzanie.
Czy tego chcemy, czy nie, święta zbliżają się nieuchronnie. Niektórzy przygotowują się do nich już od dawna - recenzowana tu EP-ka ukazała się we wrześniu. Jest to zbiór ośmiu tradycyjnych pieśni bożonarodzeniowych w wykonaniu grupy Bad Religion. Czego można się spodziewać po zespole z taką nazwą? Parodii świątecznych utworów, z poprzekręcanymi tekstami? Cóż, takie rzeczy już nagrywali w przeszłości... Tym razem zaproponowali coś odmiennego. Teksty pozostały bez zmian, za to podkład muzyczny został zaaranżowany w typowym dla Bad Religion stylu.
Polska - jednym kojarzy się z górami, jeziorami i lasami, burzliwą historią, pięknymi miastami, pierogami, kiełbasą i gołąbkami, dla innych jest natomiast krajem nowoczesnym, przedsiębiorczym, pełnym energii i ludzi, którzy...
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Bannery boczne
Komentarze
Bogdan
Byłem w MP3 Store na odsłuchu nastawiony, że chyba je kupię. Można by je wziąć dla samego wyglądu... śliczne są. Fakt - ten pomarańczowy kapsel tam nie pasuje, ...
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
W dobie niesamowitej popularności bezprzewodowego sprzętu audio trudno zaprzeczyć, że jest to przyszłość. I to nie tylko jeśli chodzi o urządzenia mobilne, ale także te, z których korzystamy w domu. Trzymając w ręku smartfon czy tablet, potrzebujemy przecież tylko kompatybilnej z nimi elektroniki, aby móc wygodnie odtwarzać muzykę z ulubionego...
O historii sprzętu audio można się wiele nauczyć przeglądając dzieje firm, które tworzą go od wielu, wielu lat. Korzeni większości wynalazków stanowiących swoiste kamienie milowe w rozwoju technologii nagrywania i odtwarzania dźwięku należy oczywiście szukać w Europie i USA, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że życie dzisiejszych audiofilów nie...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Gość