To już dwudziesty drugi studyjny album wydany pod szyldem Wishbone Ash, nie licząc dwóch płyt zawierających muzykę klubową, wydanych w połowie lat 90. Chociaż z oryginalnego składu w grupie pozostał jedynie niestrudzony Andy Powell, "Blue Horizon" jest pięknym nawiązaniem do klasycznych dokonań zespołu. Brakuje tu tylko tej różnorodności, która cechuje pierwsze albumy Wishbone Ash. Zdarzały się na nich przecież kawałki folkowe, bluesowe, hard rockowe, a nawet jazz rockowe. Tutaj wszystko zlewa się w jedno. Przy pierwszych przesłuchaniach ciężko rozróżnić poszczególne utwory, może z wyjątkiem bardziej bluesowych "Deep Blues" i "Mary Jane". Trudno jednak oprzeć się urokowi tych charakterystycznych dla tej grupy melodii, które czarują już od samego początku "Take It Back". Brzmienie gitary i głosu Powella jest niemal identyczne jak na "Argusie". Tylko solówka, choć udana, jest trochę zbyt prosta i nie wiedzieć czemu grana tylko przez jednego gitarzystę. Słynny gitarowy duet można usłyszeć dopiero pod koniec "Deep Blues".
Kolejne ekskluzywne wydanie specjalne wytwórni Audio Cave to rzecz bardzo oryginalna, wręcz dziwna. Na okładce oprócz nazwy zespołu i tytułu albumu widnieje tylko czerwone oko w trójkącie. Jeżeli trochę poszperacie, dowiecie się, że symbol ten często pojawia się na okładkach, w książeczkach i teledyskach. Zaintrygowany otwieram więc grubą pokrywę pudełka, a tam winylowa wersja albumu, duża wkładka od wytwórni Audio Cave, a pod spodem wydanie kompaktowe i specjalny prezent - niewielki witraż z motywem czerwonego trójkąta z okiem w środku. W wydaniu winylowym znajdziemy dodatkowo coś w rodzaju plakatu - baranki stojące pod czymś w rodzaju ołtarza, kielich liturgiczny i ponownie czerwone oko w trójkącie. Jeżeli ten symbol ma coś oznaczać, to jedno jest pewne - nie da się go przegapić. Płyta jest dziełem Duncana Pattersona, który wcześniej działał między innymi w grupie Anathema. Co ciekawe, jeden z jej albumów nosił tytuł "Alternative 4" i właśnie na tym krążku Patterson udzielał się tam po raz ostatni.
Gdy w ciemno podejmuję się recenzowania płyt, często miewam złe przeczucia. Tak właśnie było w przypadku tego krążka. Już po pierwszych kilku dźwiękach okazało się, że te przeczucia były całkowicie nieuzasadnione. Atek Radej to swego rodzaju człowiek instytucja - gitarzysta, keyboardzista, kompozytor, realizator i producent. "Not Too Old" to efekt zebrania do kupy jego pomysłów z ostatnich lat. Trzeba przyznać, że efekt jest co najmniej dobry. Elektroniczne wprowadzenie "Introminium" nie powala i może wprowadzić słuchacza w błąd, ale już drugi w kolejce "Wawasek" naprowadza odbiorcę na właściwe tory - jest gitarowo, ciężko, klimatycznie. Świetnie prezentuje się chwilowe zwolnienie i wyciszenie w drugiej części utworu. "Four Death Metal" to jeszcze cięższe granie i jednocześnie popis umiejętności gitarowych wykonawcy. Co jak co, ale trzeba przyznać, że Atek umie posługiwać się tym instrumentem. W konwencji rockowej czy też nawet metalowej utrzymane są jeszcze "Drama & Grama", "Creatura" i "DB Gui". Po nich następuje krótki przerywnik - "Trominium" - po którym jest już tylko szok i niedowierzanie.
Czy tego chcemy, czy nie, święta zbliżają się nieuchronnie. Niektórzy przygotowują się do nich już od dawna - recenzowana tu EP-ka ukazała się we wrześniu. Jest to zbiór ośmiu tradycyjnych pieśni bożonarodzeniowych w wykonaniu grupy Bad Religion. Czego można się spodziewać po zespole z taką nazwą? Parodii świątecznych utworów, z poprzekręcanymi tekstami? Cóż, takie rzeczy już nagrywali w przeszłości... Tym razem zaproponowali coś odmiennego. Teksty pozostały bez zmian, za to podkład muzyczny został zaaranżowany w typowym dla Bad Religion stylu.
Mark Lanegan dość szybko doszedł do wniosku, że jego ambicje muzyczne sięgają zdecydowanie dalej, niż twórczość tworzona z macierzystą formacją Screaming Trees. I bardzo dobrze. Dzięki temu przez ponad 20 lat solowej twórczości w ręce fanów Lanegana wpadło kilka naprawdę dobrych krążków, głównie z kategorii rock, blues, alternatywa. Z pewnością można do nich zaliczyć debiutancki album "The Winding Sheet". Już od pierwszych dźwięków otwierającego album "Mockinbird" słychać, że jest to zdecydowanie coś więcej niż grunge. Oprócz "normalnego sprzętu" przewija się tu gitara akustyczna oraz fortepian (w małych ilościach). Drugi na liście utwór "Museum" to już totalnie inna bajka. Mamy tu do czynienia z typowo akustycznym graniem - skromnym w formie, ale bardzo bogatym w treści. Utwór ten jest raczej minimalistyczny, ale ma w sobie coś intrygującego, hipnotyzującego. Niesamowicie wpada w ucho.
Jeden z moich znajomych stwierdził kiedyś, że "Renegades" to - obok debiutu - najlepsza rzecz, jaką udało się stworzyć ekipie Rage Against The Machine. Można by się w całości z tym stwierdzeniem zgodzić, gdyby nie jeden haczyk - czwarty longplay zespołu to w rzeczywistości nie autorski materiał, a cover album. Dobór utworów sprawił jednak, że wiele osób żyło lub nadal żyje w błogiej nieświadomości. Zespół odświeżył tutaj kilka klasyków i dał drugie życie utworom, które w oryginale nie podbiły świata. Klasyki? Proszę bardzo. Na pierwszy ogień idzie "How I Could Just Kill A Man" zmajstrowany w oryginale przez Cypress Hill na albumie debiutanckim. Obie wersje nie różnią się jakoś specjalnie, może oprócz tego gitarowego pazura zaprezentowanego przez Rage Against The Machine.
Szwedzki Ghost to jedno z najciekawszych zjawisk muzycznych, jakie pojawiły się w ostatnim czasie. Grupa ma na koncie już dwa longplaye - "Opus Eponymous" z 2010 roku i tegoroczny "Infestissumam". Teraz przyszła pora na EP-kę z coverami. Produkcją zajął się sam Dave Grohl (Foo Fighters, Nirvana). Muzycy sięgnęli głównie po utwory swoich rodaków - "If You Have Ghosts" piosenkarza Roky'ego Ericksona, "I Am a Marionette" ABBY, "Crucified" Army of Lovers. Wyjątek stanowi "Waiting for the Night" z repertuaru Depeche Mode. Warto dodać, że "I Am a Marionette" i "Waiting for the Night" były już wcześniej wydane - pierwszy na singlu "Secular Haze" i rozszerzonej edycji "Infestissumam", natomiast japońska edycja tego albumu zawierała oba utwory.
Czego można się spodziewać po Motörhead? Ostrego, szybkiego i bardzo energetycznego grania - jak na albumach "Overkill" i "Ace of Spades". Już pierwszy udostępniony przez zespół kawałek - "Crying Shame" - pokazywał, że muzycy są w dobrej formie. Chociaż średnia ich wieku mocno przekracza 50 lat (Lemmy zbliża się do siedemdziesiątki), wciąż potrafią przyłożyć mocniej od większości zespołów złożonych z dwudziestolatków. Większość utworów spokojnie mogłaby trafić na któryś z wspomnianych wyżej albumów (na przykład "Heartbreaker", "End of Time", "Going to Mexico", "Queen of the Damned", "Paralyzed"). Wiele z nich ma też spory potencjał komercyjny - w dobrym tego słowa znaczeniu ("Knife", "Keep Your Powder Dry"). Na "Aftershock" nie brak jednak bardziej zaskakujących momentów. Już trzeci na płycie "Lost Woman Blues" - zgodnie z tytułem czerpiący z bluesa - charakteryzuje się wolniejszym tempem i dobrą melodią, a także świetnym brzmieniem gitary. Pod koniec muzycy trochę niepotrzebnie przyśpieszają, przez co znika cały klimat kawałka.
Album ten ukazał się już w lipcu, ale znacznie lepiej się go słucha gdy za oknem pada październikowy deszcz, niż podczas wakacyjnego słońca. "Lowlands" to już drugi album amerykańskiej grupy The Flying Eyes (lub trzeci, licząc "The Flying Eyes", składający się z dwóch wcześniej wydanych EP-ek). Grupa powstała w 2007 roku, ale zarówno stylistycznie, jak i brzmieniowo, nawiązuje do późnych lat 60. A konkretnie - do cięższej odmiany rocka psychodelicznego (heavy psych), z wyraźnymi wpływami blues rocka. Na otwarcie grupa proponuje dwa dynamiczne kawałki - "Long Gone" i "Under Iron Feet". Oba wyróżniają się brudnym, ale wyraźnym brzmieniem gitar, stonerowo-sabbathowymi riffami, oraz długimi partiami solowymi. Dodatkowym smaczkiem w pierwszym z tych utworów jest psychodeliczny odlot w drugiej połowie. Mniejsze wrażenie robi "Rolling Thunder", którzy brzmi, jakby muzycy nie mogli się zdecydować czy grać wolno, czy szybko. Niesamowity, niepokojący klimat kreuje natomiast "Smile", oparty na motorycznej linii basu, który mimo łagodniejszego brzmienia gitar i pojedynczych klawiszowych dźwięków (nawiązujących do początku "Echoes" Pink Floyd) jest najbardziej przytłaczającym utworem na longplayu.
Pearl Jam dołączył do grona wykonawców, którzy już na tydzień przed oficjalną premierą nowego albumu zdecydowali się udostępnić wszystkie utwory do darmowego odsłuchu na iTunesie. Dzięki temu recenzja "Lightning Bolt" może ukazać się zanim longplay trafi do sklepów, a nade mną nie wisi presja czasu. W tym wypadku jest to bardzo pomocne, bo mimo wielu przesłuchań długo nie wiedziałem, co napisać. Nie jest to taki album, na jaki czekałem. Nie, nawet nie marzyłem, że nagrają nowy "Ten", czy chociaż "Vs." lub "Vitalogy". Ale po całkiem solidnym "Backspacer" z 2009 roku, spodziewałem się, że muzycy nagrają jego kontynuacje. Tymczasem "Lightning Bolt" to powrót o kilka lat wstecz, do tego niezbyt udanego okresu, w którym muzycy sami za bardzo nie wiedzieli co chcą grać, więc proponowali mnóstwo dziwnych eksperymentów. Dobrą zapowiedzią albumu były już poprzedzające go single "Mind Your Manners" i "Sirens". A to dlatego, że oba są utrzymano w diametralnie różnych stylistykach. Pierwszy - brudny, punkowy, chaotyczny. Drugi - balladowy, ze zgrabną melodią i starannie zaaranżowanymi partiami instrumentalnymi. Na "Lightning Bolt" składają się właśnie utwory, pomiędzy którymi ciężko znaleźć wspólny mianownik (poza charakterystycznym wokalem Eddiego Veddera).
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Bannery boczne
Komentarze
Darek
No, Panie Tomaszu, w końcu czyta się przyjemnie bez niepotrzebnego nadęcia czy palenia mózgu. Brzytwa Ockhama dobrze zastosowana :) Gratuluję świetny artykuł, b...
"Irytujący" falset??? Może ten w Incubus? Serio? On jest genialny! A te niepublikowane utwory to przecież demówki utworow z "Seasons End" z wokalem Fisha i tek...
Jest mi to w zasadzie obojętne, bo w winyl nie wszedłem z przyczyn praktycznych. Lubię okazjonalnie posłuchać u kogoś, ale niedogodności użytkowe są dla mnie dy...
Zacznijmy od tego, że poza starymi tłoczeniami już niewznawianymi, praktycznie 100% materiału z ostatnich 20-30 lat, który trafia na winyl to nagrania zarejestr...
Z badań i raportów dotyczących udziału poszczególnych nośników i platform w rynku muzycznym wynika, że pliki i serwisy streamingowe wyprzedzają konkurencję o kilka okrążeń. Temat nośników fizycznych wydaje się zamknięty i nawet ogarniająca cały świat moda na winyle i gramofony nie jest w stanie odwrócić losów tej wojny. O ile...
Majority is expanding its turntable range with two affordable models aimed primarily at listeners taking their first steps into vinyl. The Stylo follows the more traditional route, combining a proper tonearm, adjustable cartridge setup and built-in phono stage with Bluetooth...
Dan Clark Audio's Aeon family has occupied an important place in the company's lineup since 2017, offering much of the engineering associated with its more ambitious planar magnetic headphones in a smaller and more accessible package. Aeon Core now takes...
Dual is introducing the CS 718Q, a turntable developed at the company's engineering center in Germany and designed to continue the legacy of the celebrated Series 7. The new model combines direct drive with a carbon-aluminum sandwich tonearm, adjustable tonearm...
Gdyby ktoś powiedział, że siedziba jednej z najciekawszych i najszybciej rozwijających się firm produkujących wzmacniacze lampowe i podzespoły do sprzętu hi-fi nie mieści się w Monachium, Glasgow czy Tokio, ale w maleńkiej wsi pod Białymstokiem, wielu audiofilów uniosłoby brwi. W końcu to samo serce Podlasia, które w Polsce uważane jest...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Wielki Vinylator