Przez jednych uznawany za kultowy, przez innych zupełnie nieznany. The Afghan Whigs nigdy nie należał do zespołów, które podbijały listy przebojów i stawały się częścią szeroko rozumianego rockowego mainstreamu, ale przez lata wypracowali sobie bardzo charakterystyczny styl i niezwykle oddane grono słuchaczy. Historia zespołu zaczęła się w połowie lat osiemdziesiątych, od brzmień bliskich raczkującej wówczas scenie grunge, choć zdecydowanie bardziej w okolicach Screaming Trees niż późniejszych gigantów gatunku. Bardzo szybko stało się jednak jasne, że Greg Dulli i spółka nie zamierzają trzymać się jednej stylistycznej szufladki. W kolejnych latach do alternatywnego rocka zaczęły przenikać wpływy soulu, rhythm and bluesa i bardziej klasycznego rockowego grania, a w latach dziewięćdziesiątych. The Afghan Whigs nagrali serię znakomitych albumów, dzięki którym zyskali status jednej z najbardziej osobnych formacji tamtego okresu. Później przyszła długa przerwa. Zespół rozpadł się w 2001 roku, pięć lat później na chwilę wrócił na scenę, a w 2011 roku reaktywował się już na dobre. Co ważne, nie był to powrót polegający wyłącznie na odgrywaniu dawnych przebojów i korzystaniu z nostalgii fanów. The Afghan Whigs zaczęli ponownie nagrywać, a trzy albumy wydane po reaktywacji pokazały, że grupa wciąż ma coś do powiedzenia i potrafi rozwijać swój charakterystyczny język bez udawania, że minione dekady nie istnieją. Teraz do tej późniejszej części dyskografii dołącza "Soft Control".
Tytuł "The Dark" brzmi jak obietnica czegoś dobrze znanego wszystkim, którzy śledzą twórczość Chelsea Wolfe od dłuższego czasu. Można więc założyć, że za chwilę znów zrobi się ciężko, chłodno, nawet trochę nieprzyjemnie. Tyle że tym razem nazwa albumu okazuje się wyjątkowo przewrotna. Dlaczego - do tego jeszcze wrócę. Najnowszy album amerykańskiej artystki niewątpliwie wybija się z całej jej dyskografii. Wiem, bo bardzo lubię Chelsea Wolfe i mam wszystkie jej płyty, jednak nie śledzę na bieżąco wszystkiego, co dzieje się w jej życiu. Tymczasem w ostatnich kilkunastu miesiącach wydarzyło się u niej naprawdę sporo. Co ważne, były to zmiany pozytywne i trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie one w dużej mierze zdecydowały o kształcie nowej płyty. Wolfe nie tylko znalazła się w innym miejscu prywatnie, ale też wyraźnie poczuła potrzebę, aby przenieść ten ruch na grunt muzyczny.
Patrząc na ostatnie siedem lat działalności The Black Keys, można dojść do wniosku, że zespół wyjątkowo polubił się ze sztuczną inteligencją, która hurtowo generuje duetowi kolejne pomysły na płyty. Efekt? Sześć albumów w siedem lat. Tempo imponujące, szczególnie jak na wykonawcę mającego za sobą ponad dwie dekady działalności, ale niestety ilość nie zawsze szła tu w parze z jakością. O ile "Delta Kream", będące powrotem do bluesowych korzeni i hołdem dla muzycznych inspiracji Dana Auerbacha i Patricka Carneya, miało jeszcze wyraźny pomysł i własny charakter, później zespół zaczął zsuwać się po równi pochyłej. Kolejne premiery przychodziły szybko, były poprawne, czasami nawet całkiem przyjemne, ale coraz trudniej było znaleźć na nich coś, co zatrzymywałoby słuchacza na dłużej. Do czasu.
Mniej więcej rok temu przestałem wierzyć, że usłyszymy jeszcze nową muzykę od All Them Witches. Może nie dlatego, że zespół oficjalnie dawał do zrozumienia, że to koniec, ale dlatego, że w przypadku tej grupy cisza zaczęła być coraz bardziej niepokojąca. Amerykanów poznałem przy okazji premiery "Lightning at the Door" i od tamtego momentu miałem wrażenie, że obcuję z jedną z tych kapel, które nie potrzebują wielkich kampanii, agresywnej promocji ani nachalnego budowania własnej legendy. Po prostu regularnie, co rok lub dwa, dostarczały nowy materiał, a każdy kolejny album przynosił coś innego. Raz było bardziej bluesowo i garażowo, innym razem ciężej, psychodelicznie, przestrzennie albo wręcz transowo. All Them Witches potrafili grać tak, jakby wyrastali z tradycji Black Sabbath, Led Zeppelin, pustynnego rocka i amerykańskiego bluesa, ale nigdy nie brzmieli jak kolejny zespół próbujący odtworzyć cudzą przeszłość.
Ciężko uwierzyć, że Dezerter jest na scenie już od 45 lat. To oznacza, że na muzyce warszawiaków bez problemu może wychowywać się już trzecie pokolenie słuchaczy, co zresztą bardzo dobrze widać po przekroju publiczności podczas koncertów. Te 45 lat robi tym większe wrażenie, że po 1989 roku mogło się wydawać, iż nikt nie będzie już potrzebował takiej twórczości, a przede wszystkim - że straci ona swoje główne, antysystemowe paliwo napędowe. Nic bardziej mylnego. Świat wciąż dostarcza nowych tematów, a na naszym rodzimym podwórku również nie brakuje powodów do krytycznej refleksji. Ostatnie lata są pod tym względem wyjątkowo intensywne. Przy okazji obchodów jubileuszu do słuchaczy trafia "Wolny Wybieg" - album, który można potraktować jako swoisty przekrój przez znaczną część dotychczasowej twórczości Dezertera, przynajmniej pod względem muzycznym.
Z muzyką Marka Knopflera mam pewien bardzo specyficzny problem. Uwielbiam jej słuchać, niezależnie od albumu, ale gdy przychodzi moment, w którym chcę coś napisać na temat kolejnych płyt, muszę się mocno nagimnastykować, aby nie powtarzać za każdym razem tego samego. Knopfler sytuacji nie ułatwia i od lat nagrywa wciąż "to samo". Mówimy w końcu o muzyku, który najpierw przeszedł do historii z Dire Straits, a potem konsekwentnie budował swoją solową dyskografię, opartą na rozpoznawalnym, spokojnym, gitarowym graniu. Jest to jeden z niewielu artystów, w przypadku których wtórność absolutnie mi nie przeszkadza i mógłbym co roku dostawać kolejny album bez obaw, że w końcu kiedyś się znudzę.
Ekipa Londyńczyków przewijała się w moim muzycznym życiu wielokrotnie, ale głównie w postaci kontaktu radiowego, kolejnych singli promujących albumy. Skunk Anansie to w końcu zespół, który w połowie lat dziewięćdziesiątych stał się rozpoznawalny na całym świecie dzięki takim numerom jak "Weak" czy "Hedonism", ale u mnie długo funkcjonował raczej jako zespół od pojedynczych hitów niż wykonawca, którego dyskografię trzeba znać na pamięć. Nigdy nie czułem potrzeby zagłębiania się w albumy tej grupy w całości. Do czasu. Skunk Anansie był jedną z gwiazd festiwalu Pol'And'Rock, odbywającego się w Kostrzynie. W 2019 roku skład ten podbił imprezę i swoim występem zaimponował mi na tyle, że od razu po powrocie do domu zostałem właścicielem całej dyskografii. Dziś, po sześciu latach od wydarzenia, entuzjazm trochę opadł, ale do pierwszych trzech albumów wracam w miarę systematycznie. To właśnie te płyty zbudowały renomę zespołu jako mieszanki alternatywnego rocka, punka i przebojowych refrenów, z charyzmatyczną Skin w absolutnym centrum uwagi. Idealną okazją do odbudowy wizerunku zdawała się być premiera nowego albumu. Zwłaszcza że mówimy o pierwszej płycie studyjnej od czasów "Anarchytecture" z 2016 roku, a więc o powrocie po dziewięcioletniej przerwie wydawniczej. Ale czy tak było w rzeczywistości?
Chyba nie ma w Polsce osoby, która choć raz nie słyszała "Długości Dźwięku Samotności". Przez ponad ćwierć wieku istnienia utwór ten był odtwarzany setki tysięcy razy w telewizji i radiu. Najbardziej znany fragment "Miłości w czasach popkultury" wyniósł Myslovitz na piedestał i sprawił, że album sprzedał się w ponad 200 tysiącach egzemplarzy. Jednocześnie trochę skrzywdził zespół i resztę wydawnictwa, na której znalazło się wiele znakomitych utworów zepchniętych w cień, jak choćby "Alexander". Wszystko, co muzycy z Mysłowic stworzyli później, było już porównywane do "MWCP" - albumu, dzięki któremu mieli polski rynek muzyczny praktycznie u stóp.
Trudno uwierzyć, że minęło już czternaście lat od nagłego wybuchu popularności The Black Keys, wywołanego albumem "El Camino" i przede wszystkim utworem "Lonely Boy", który w 2011 roku rozbrzmiewał niemal wszędzie - w radiu, telewizji i internecie. Duetowi udało się wówczas dotrzeć do bardzo szerokiego grona odbiorców, którzy mogli przekonać się, że sześć wcześniejszych płyt grupy również kryło w sobie mnóstwo znakomitych, rockowych i garażowych dźwięków. Od "El Camino" minęło sporo czasu, a licznik albumów studyjnych zatrzymał się na trzynastu pozycjach. Czy w przypadku duetu z Akron ta trzynastka okaże się szczęśliwa?
Slowdive poznałem przy okazji reaktywacji zespołu w 2017 roku. Z miejsca zakochałem się w "beztytułowym" albumie i po pewnym czasie zacząłem zgłębiać wcześniejsze wydawnictwa z dyskografii Brytyjczyków. Podejrzewam, że moje zaskoczenie po pierwszym usłyszeniu "Pygmalion" było identyczne jak to, którego doświadczyli fani krótko po premierze albumu w 1995 roku. Zespół, znany dotąd z gęstego shoegaze'u i ogromnej ilości melancholii ukrytej w muzyce, całkowicie odciął się od tej stylistyki, porzucając ją na rzecz ambientu, minimalizmu i odważnych eksperymentów. Trzydzieści lat temu album z pewnością spotkał się ze sporym zdziwieniem i niezrozumieniem. Jednak z perspektywy czasu "Pygmalion" wydaje się najodważniejszym i najbardziej wizjonerskim albumem w dorobku Slowdive - nawet biorąc pod uwagę późniejsze wydawnictwa.
Moda na sprzęt stylizowany na urządzenia sprzed kilku dekad trwa już na tyle długo, że właściwie przestała być modą. Początkowo można było traktować ją jako krótkotrwałą odpowiedź na zmęczenie minimalizmem,...
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Sensu takich rozwiązań nie będę komentował, bo każdy musi przetestować to u siebie i zdecydować, czy jest różnica i czy jest warta wydania kolejnych pieniędzy. ...
Wiele lat temu nie wierzyłem w cyfrowe audio. Cyfra to cyfra, więc bit to bit, a więc niech nikt nie p...., że jest inaczej. Nie ma prawa być inaczej. Ale pewne...
Czym powinien kierować się miłośnik sprzętu audio przy wyborze wzmacniacza? Gdyby na tak postawione pytanie można było udzielić prostej i zwięzłej odpowiedzi, pewnie nikt nie zawracałby sobie głowy testami i odsłuchami. Przyjmijmy jednak, że mamy już pewne rozeznanie w temacie, a z długiej listy dostępnych na rynku modeli chcemy wybrać...
Victrola is preparing to bring one of its more unusual recent products to Europe. First shown at CES 2026, Soundstage is neither a conventional pair of speakers nor an all-in-one record player. Instead, it is a low-profile soundbase designed to...
One of the awkward realities of network audio is that streaming platforms can age much faster than the hardware built around them. A DAC, analog output stage or power supply may remain perfectly capable for years, while changes in licensing,...
Davis Acoustics is celebrating its 40th anniversary in 2026. The company was founded by Michel Visan, an engineer who had previously worked with brands including Audax and Siare Acoustique. From the beginning, his ambitions extended beyond building complete loudspeakers, with...
Jak podaje popularna internetowa encyklopedia, Quad, inaczej wszędołaz, to pojazd czterokołowy przeznaczony głównie do sportu i rekreacji. Zwykle jest to coś w rodzaju czterokołowego motocykla, który doskonale nadaje się do jazdy poza drogami utwardzonymi. Ze względu na walory napędowe znajduje zastosowanie w wojsku, ratownictwie górskim i rolnictwie. Dla audiofila ten...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.