40 lat po premierze pierwszej części i prawie 20 po drugiej, Jean Michel Jarre wydaje domknięcie trylogii "Oxygene". Czy to chęć uczczenia jubileuszu czy zwyczajny skok na kasę fanów? Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat francuski artysta sukcesywnie obniżał loty, czego najlepszym przykładem mogą być chociażby dwa ostatnie albumy. Duet "Electronica" w znaczny sposób odbiega od twórczości, do której przez lata przyzwyczaił nas Jean Michel Jarre. O ile w przypadku tej kwestii nie można mieć do niego specjalnych pretensji (bo należy drążyć, poszukiwać i rozwijać się, a nie stać w miejscu), tak zarzuty dotyczące jakości nagranego materiału są jak najbardziej słuszne. Obie części "Elektroniki" są co najwyżej przeciętne. Wydanie "Oxygene 3" mogło być idealnym przełamaniem złej passy albo gwoździem do muzycznej trumny. Niepokój mogła budzić cała otoczka związana z premierą nowego wydawnictwa oraz czasem jaki minął od premiery dwóch ostatnich albumów. "Oxygene 3" po części został wydany cichaczem. Przed premierą, informacji o krążku nie było zbyt wiele i pojawiły się one stosunkowo niedawno. Artysta uraczył nas jednym singlem oraz ujawnieniem okładki albumu. Ta w jawny sposób nawiązuje do dzieła sprzed czterdziestu lat, chociaż Ziemi przez ten czas jakby ubyło. Taki, a nie inny dobór można było uznać za dobry prognostyk, zatem apetyt rósł.
Wspominacie z sentymentem czasy, kiedy to w radiu i telewizji królowały "Voodoo People", "Their Law" lub "Poison"? W 1997 roku darliście się wraz z Keithem Flintem do dźwięków "Breathe", "Firestarter" lub "Fuel My Fire"? Jeśli tak, lepiej na nowo zaprzyjaźnijcie się z "Music For The Jilted Generation" i "The Fat Of The Land", bo najnowszy album The Prodigy raczej nie dostarczy podobnych doznań. Przyznam szczerze, że utwory zapowiadające "The Day Is My Enemy" jakoś specjalnie mnie nie poruszyły. "Nasty" oraz kawałek tytułowy przeleciały bez echa. "Wild Frontier" oraz "Wall Of Death" jakimś cudem przegapiłem. Ciężko powiedzieć, że nie mogłem się doczekać premiery krążka, bo tak nie było. Ale co z tego skoro i tak 30 marca kręcił się już w moim odtwarzaczu? Jednak sentyment do starych czasów robi swoje. Rzecz w tym, że "The Day Is My Enemy" z pewnością go nie podsyci. Po pierwszym przesłuchaniu nie miałem praktycznie żadnych odczuć ani specjalnej ochoty aby ponownie wcisnąć play w odtwarzaczu. Pierwsze skojarzenie? "Always Outnumbered, Never Outgunned". Nowe dziecko The Prodigy jest równie (jeśli nawet nie bardziej) inwazyjne, nachalne, brutalne i agresywne. Jeśli odpowiadały komuś klimaty "Memphis Bells", "Hotride" i "Wake Up Call", od razu poczuje się tutaj jak w domu. Z kolei jeśli wolicie utwory wymienione na samej górze tej recenzji, to z początku będziecie mieć problemy z rozgryzieniem nowego materiału. Ale spokojnie - problem ten mija z czasem.
Wg mnie najlepszy jest i tak The Fat of the Land - ten album baaardzo długo nie schodził z mojego odtwarzacza :) Po tylu latach bardzo chętnie do niego wracam :)
To jedna z tych płyt, których przesłuchanie w całości jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Oprócz momentów, które uwielbiam, jak chociażby "Bacchanale" z pierwszej części są też fragmenty, których chciałbym uniknąć. Nie jest to łatwe ponieważ album jest podzielony na dwa utwory, które same w sobie posiadają poszczególne części nie tylko osobno nazwane, ale też oddzielone chwilami ciszy. Niektórych może to rozpraszać, szczególnie po wysłuchaniu wspomnianego wyżej "Bacchanale" będącego pierwszym utworem na płycie.
Album niemal w całości nagrany przez 19-letniego wówczas Mike'a Oldfielda to jeden z najbardziej oryginalnych debiutów w historii muzyki. Składają się na niego zaledwie dwa, grubo ponad dwudziestominutowe, prawie instrumentalne utwory. Nad pierwszym z nich, pierwotnie zatytułowanym "Opus One", muzyk pracował już kilka lat przed wydaniem albumu. Pierwszą wersję nagrał w domu, na magnetofonie, z którego usunął głowicę kasującą - dzięki temu mógł nakładać na siebie partie różnych instrumentów. Utwór nie zrobił jednak wrażenia na przedstawicielach żadnej z wytwórni, do których zgłosił się Oldfield. Na szczęście, młody muzyk w końcu trafił na niejakiego Richarda Bransona, który właśnie zakładał wytwórnię Virgin Records. Debiut Oldfielda był jej pierwszym wydawnictwem. Już podczas sesji nagraniowej "Opus One" przemianowany został na "Tubular Bells, Part One". Artysta stworzył też drugą część dzieła. Obie kompozycje są właściwie muzycznymi kolażami, z ponakładanymi na siebie partiami wielu instrumentów - gitar akustycznych i elektrycznych, fortepianu, organów czy licznych instrumentów perkusyjnych, w tym tytułowych dzwonów rurowych.
Zarówno Klaus Schulze jak i Lisa Gerrard należą do twórców, którzy swoją muzyką potrafią oczarować słuchacza. Sam Mistrz nie raz wspominał w wywiadach, że już w czasach świetności Dead Can Dance zapragnął pracować z piękniejszą połową tej grupy, ale wcześniej nigdy nie było ku temu okazji. Więc gdy w końcu oboje połączyli siły można było spodziewać się tylko i wyłącznie rzeczy wspaniałych.
Jedna z moich ulubionych płyt :-) Słucham często w pracy, ale też wieczorem w domu. To połączenie głosu i elektronicznych pejzaży jest naprawdę niesamowite. Nie zgodziłbym się tylko z opisem muzyki Klausa - nie nazwał bym jego twórczości chłodną, jak dla mnie, jest tam pełen wachlarz temperatur i ba...
To pierwsza płyta Briana wydana pod jego imieniem i nazwiskiem. Dotychczas stosował tylko to drugie. Sama idea powstania muzyki opiera się na założeniu Erica Satie polegającym na tworzeniu takich utworów, które nie zaangażują słuchacza całkowicie, tylko programowo staną się muzyką stanowiącą tło innych czynności. Satie nazwał to "muzyką mebli", a rozwinięcie tej myśli doprowadziło do stworzenia jakże przyjemnego gatunku muzycznego zwanego ambientem. Album podzielony jest niejako na dwie części. Pierwsza to tytułowa, trwająca ponad trzydzieści minut kompozycja stanowiąca najważniejszą część płyty.
Ekipa Kosheen długo milczała. Po wydanym w 2007 roku "Damage" nastała niezręczna cisza. Obstawiałem, że to już koniec kariery zespołu, aż tu nagle pod koniec 2012 roku pojawił się nowy album - "Independence". Człowiek nie zdążył jeszcze dobrze po nim ochłonąć, a w końcówce 2013 roku ukazało się kolejne wydawnictwo - "Solitude". Krążki dzieli zaledwie 13 miesięcy ale czuć, że ten okres mocno wpłynął na to, co dzieje się w głowach członków grupy. "Independence" był nieziemsko przebojowy, wyładowany przebojami wręcz pchającymi się na parkiet. "Solitude" jest inny, chociaż przebojowych momentów też tu nie brakuje. Takie jest właśnie rozpoczęcie krążka. "Save Your Tears" to stara, dobra Kosheen - nośna, szybko wpadająca w ucho. Na podobnych zasadach opiera się "Harder They Fall" i skromny przedstawiciel d’n'b - "Observation". To mój faworyt z tego albumu - utwór piękny, hipnotyczny, uzależniający, kojarzący się z widokiem przez okno na ruchliwą ulicę w deszczowy, jesienny wieczór. I to by było na tyle z rzeczy łatwych i przyjemnych. Reszta jest zdecydowanie trudniejsza do przyswojenia, cięższa, mroczna.
Grupa Kosheen jest swego rodzaju fenomenem. W 2001 roku nagrała świetny album debiutancki, z którego pochodzi wiele przebojów: - czy to znanych jako same w sobie ("Hide U", "Catch") czy też wypożyczonych do różnych ścieżek dźwiękowych ("Pride"). Debiut wymarzony, ale później coś poszło nie tak. Popularność spadała, a dziś mało kto pamięta o tej grupie. A szkoda bo następcy albumu "Resist", ze szczególnym naciskiem właśnie na "Kokopelli", prezentują porównywalny poziom. Muzyka zawarta na drugim albumie w dyskografii to zupełnie inna bajka niż debiut. Tam mieliśmy do czynienia z rasowym trip hopem i d’n'b okraszonym damskim wokalem. Tu pozostał tylko wokal, muzyka natomiast totalnie zmieniła oblicze i bardziej zahacza o delikatną elektronikę. Nie zmieniło się jedno - "Kokopelli" jest równie przebojowy co "Resist". Pierwsza czwórka z tracklisty - "Wasting My Time", "All In My Head", "Crawling" i "Avalanche" to utwory ociekające przebojowością. Bije od nich również optymizmem i pozytywną energią. Aż chce się tego słuchać.
O tym, że Nine Inch Nails wydają nową płytę dowiedziałem się z Deezera, gdzie zresztą posłuchałem pierwszego singla zapowiadającego "Hesitation Marks", czyli "Came Back Hauted". Zapowiadało się nieźle i z niecierpliwością czekałem na premierę albumu. Gdy tylko się ukazał, od razu... Poszukałem go znów na Deezerze. Cóż, szczerze powiem, że wcale mnie nie zachwycił. Nine Inch Nails wydaje muzykę wyprodukowaną niemalże doskonale, zatem powinno się jej słuchać również na jak najlepszym sprzęcie. Co jednak mogą zdziałać audiofilskie urządzenia, jeżeli steaming może zaoferować muzykę w jakości empetrójki? Zwaliłem mój początkowy brak zachwytu na jakość brzmienia i koniec końców sięgnąłem po cedeka. Miałem nadzieję, że może część muzycznego zamysłu ucieka mi zdławione przez wąskie gardło w postaci źródła. No, teraz możemy posłuchać, co też pan Reznor wymyślił.
Nigdy nie byłem wielkim fanem elektroniki. Praktycznie od zawsze bliżej mi było do gitar i garów. Najpierw była fascynacja zespołem Queen, później na salony wszedł grunge i metal w różnych odmianach i jakoś się to kręciło. Wyjątkiem od tej nieelektronicznej reguły są dwie ekipy - The Prodigy i The Chemical Brothers. I tak, jak pierwsza podoba mi się praktycznie w całości, tak druga jest jak skoczek narciarski. Zaczyna z wysokiej belki na rozbiegu, a później już tylko spada coraz niżej. Całe szczęście, że pierwsze trzy krążki The Chemical Brothers to praktycznie ta sama, wysoka belka. "Exit Planet Dust" jako debiut oczywiście należy do tej trójcy. Swego czasu krążek ten nieźle namieszał na elektronicznej scenie, a dziś jest uznawany za klasykę gatunku. Czy słusznie?
W katalogach dużych producentów sprzętu audio są produkty, których rola staje się oczywista już po kilku sekundach. Wystarczy spojrzeć na nazwę, cenę, konstrukcję i miejsce w ofercie, aby mniej więcej...
Beyerdynamic to jedna z tych marek, o których trudno pisać bez należnego jej szacunku, ale coraz trudniej robić to bez poczucia pewnego rozżalenia czy wręcz zwątpienia. Szacunku - bo mówimy...
Audiolab jest i dla wielu miłośników sprzętu stereo chyba już zawsze będzie specjalistą od wzmacniaczy. Jest to zrozumiałe nie tylko przez wzgląd na historię marki, ale także jej dzisiejszy katalog,...
Bannery boczne
Komentarze
Grzegorz
No jestem ciekaw jak sobie poradzą na rynku, bo muszą być wybitne przy takich podwyżkach cenowych w stosunku do serii Nova.
Wielu audiofilów, a także niektórych ludzi mających niewielkie pojęcie na temat sprzętu stereo, fascynuje temat kabli używanych do łączenia zestawów głośnikowych ze wzmacniaczem, wzmacniacza z odtwarzaczem, a nawet tych odpowiadających za dostarczenie prądu do naszych urządzeń. Zanim jednak zagłębimy się w dywagacje na temat wyższości srebra nad miedzią czy sensu...
Monitor Audio has introduced the Radius Series 4G, a new generation of one of its best-known compact loudspeaker ranges. The idea behind the series is straightforward but still highly relevant - to offer proper hi-fi performance from speakers small enough...
Ruark Audio has introduced two new products that fit neatly into the current move toward hi-fi systems combining several once-separate worlds - physical media, streaming, furniture-like design and a more integrated approach to home audio. The British company, which celebrates...
Cambridge Audio is expanding its Evo series, a range of all-in-one systems designed for listeners who want a real hi-fi setup without building a traditional stack of separate components. This approach has become one of the most interesting directions in...
Jak podaje popularna internetowa encyklopedia, Quad, inaczej wszędołaz, to pojazd czterokołowy przeznaczony głównie do sportu i rekreacji. Zwykle jest to coś w rodzaju czterokołowego motocykla, który doskonale nadaje się do jazdy poza drogami utwardzonymi. Ze względu na walory napędowe znajduje zastosowanie w wojsku, ratownictwie górskim i rolnictwie. Dla audiofila ten...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
tinto_brass