Czego spodziewałem się sięgając po ostatni, jak do tej pory, album grupy Therion? Ano symfonicznego rozmachu przede wszystkim. Potężnych, pompatycznych aranżacji, pięknych kobiecych głosów i mocnego, gitarowego zgiełku. Do tego także pędu, który każe w samochodzie mocniej docisnąć pedał gazu, a po domowym odsłuchu da siłę napędową pozwalającą chociażby odkurzyć mieszkanie i wykonać szereg innych prac w ciągu kilku minut. Christofer Johnsson, lider zespołu, chciał nagrać płytę będącą coverami starych, francuskich piosenek pop. Jak postanowił, tak zrobił, nie ważąc na kręcenie nosem swojego ówczesnego wydawcy - Nuclear Blast Records. Fakt, że wszystkie piosenki miały być zaśpiewane po francusku, był po prostu przysłowiowym gwoździem do trumny pomysłu i wydawca w ogóle nie chciał się zgodzić na taką muzykę. Co zrobił nasz bohater? Zerwał kontrakt z wytwórnią i sam sfinansował nagranie tego albumu. Cóż, niezależność twórcy jest najważniejsza! Pozazdrościć wiary we własne siły. A jaki jest efekt tego ryzykownego zagrania?
Fajnie jest być fanem tego zespołu. Overkill, z zegarmistrzowską precyzją, co dwa lata częstuje nas nowymi wydawnictwami. I to nie byle jakimi! Wydany w 2010 roku "Ironbound" przez wielu uznawany jest za "thrashstersztyk", podobnie zresztą jak "The Electric Age" nagrany dwa lata później. Krążki te mogłyby posłużyć jako wzorzec thrashu XXI wieku - jest szybko, ciężko i nowocześnie, ale jednocześnie czuć tę nutkę klimatu sprzed lat. Dwoma poprzednimi albumami Overkill zawiesił sobie poprzeczkę cholernie wysoko. W zasadzie nie ma się co dziwić osobom, które obawiały się nowego materiału. Sam należałem do tej grupy. Po takiej fali wznoszącej musiało w końcu nadejść potknięcie, jakiś błąd w sztuce, wypadek przy pracy. Sorry, ale nie tym razem. "White Devil Armory" jest kolejnym dowodem na to, że na chwilę obecną Overkill jest najlepiej trzymającą się ekipą ze starej szkoły thrashu. Chociaż przyznam szczerze, że pierwsze przesłuchanie nie zapowiadało niczego dobrego. Wcześniej pojawiła się albumowa zapowiedź w postaci "Armorist" – tu również wielkiego szału nie było. Ale teraz już jest, a fala entuzjazmu przeniosła się z zapowiedzi na cały album.
Recenzję najnowszego dziecka Mastodona rozpocznę dość nietypowo. "Once More 'Round The Sun" ma dwie podstawowe wady. Po pierwsze nie jest to Mastodon z pierwszych płyt... Jeśli liczycie na powtórkę z "Remission" czy też "Leviathana", przeżyjecie duży zawód. Ale jeśli uda wam się odciąć od przeszłości ekipy z Atlanty, sytuacja może się diametralnie odmienić. Gorzej z drugą wadą – żeńskimi chórkami w "Aunt Lisa". Chyba łatwiej byłoby zrozumieć o co chodzi w polskiej polityce, niż rozgryźć po jaką cholerę zespół zdecydował się na wstawianie tego czegoś. No ale o gustach podobno się nie dyskutuje, być może komuś ten zabieg się spodoba. Teraz możemy już spokojnie przejść do zalet. Największą jest zdecydowanie "Chimes At Midnight". To chyba najlepsza rzecz, jaką grupie udało się stworzyć od czasu utworów z "Blood Mountain". Intro kojarzące się z rockiem progresywnym zostaje w brutalny sposób przerwane przez niespokojny riff i galopujące tempo. Kawałek nawiązuje do starych czasów i ma w sobie to, co w ekipie Mastodona najlepsze.
Post metal jest gatunkiem cholernie niewdzięcznym do recenzowania. Nie ma tu przebojowych melodii, wpadających w ucho solówek czy chwytliwych refrenów. Mamy natomiast utwory ciągnące się niczym "Moda Na Sukces" i wokale średnio nadające się do radia. Jest jednak w tym gatunku jakaś magia, która niektórych przyciąga niczym magnes, innych zaś odpycha. Ja pokochałem ten gatunek kilka lat temu i do dziś pochłaniam go w dużych ilościach. Rosetta to jeden z najbardziej oryginalnych zespołów tej branży. Ciężko ich przyrównać do kogokolwiek. "A Determinism Of Morality" to trzeci album w dorobku kapeli z Filadelfii. Ameryki na nim nie odkrywa, stereotypów nie przełamuje, ale nadal robi swoje. Teoretycznie jest podobnie, jak na "Galilean Satellites" i "Wake/Lift". Podobnie, ale jakby inaczej. Zespół ma umiejętność grania na jedno kopyto, ale w taki sposób, że nie można ich posądzić o zjadanie własnego ogona. Każdy ich krążek jest podobny, ale jednak zupełnie inny. "A Determinism Of Morality" można uznać za dzieło lżejsze od poprzedników, jeśli w przypadku Rosetty można mówić o jakiejkolwiek lekkości.
Nigdy nie lubiłem EP-ek. Ani to pełnoprawny album, ani też singiel, a swoją drogą za takimi krążkami również nie przepadam. Moim zdaniem muzyka powinna zmuszać człowieka do dłuższego zatrzymania i pochylenia się nad nią. A tego nie da się zrobić w 15-20 minut. Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. W takich krótkich albumach słuchacz zazwyczaj nie zdąży jeszcze dobrze się rozkręcić, a krążek już się kończy. "Tend No Wounds" jest tego idealnym przykładem. Wydawnictwo ma niecałe 23 minuty, które podzielono na 6 utworów. Niby nie jest źle, ale czegoś temu krążkowi brakuje.
Ekipa Isis kończąc swoją działalność zrzekła się jednocześnie tronu na rzecz Kultu Księżyca. Mniej więcej takie stwierdzenie znalazłem dość dawno na jednej ze stron zajmujących się muzyką gitarową. Isis uwielbiam, zatem jeśli Cult Of Luna przejął po nich pozycję lidera, koniecznie musiałem zobaczyć co też ten zespół reprezentuje. Na pierwszy ogień – zupełnie w ciemno – poszedł właśnie "Eternal Kingdom". Dlaczego akurat ten? Chyba z racji dostępności. Pierwszy kontakt z tą muzyką był dla mnie olbrzymim szokiem, w dodatku połączonym ze zniesmaczeniem i wielkim rozczarowaniem. Kolejne przesłuchania sukcesywnie zmieniały pierwsze, bardzo złe wrażenie. Z pewnością jest to wydawnictwo, które od większości słuchaczy będzie wymagało dłuższego i głębszego poznania, ponieważ z początku nie tak łatwo jest się do niego przekonać. A z czym dokładnie mamy do czynienia? Inspiracją dla "Eternal Kingdom" było niezwykle ciekawe wydarzenie. W opuszczonym szpitalu dla chorych psychicznie, muzycy znaleźli pamiętnik niejakiego Holgera Nilssona. Człowiek ten został umieszczony w tym zakładzie za utopienie swojej żony.
Wiele osób uważających się za fanów Black Sabbath uznaje wyłącznie albumy nagrane w oryginalnym składzie, z wokalistą Ozzym Osbournem. Poważaniem cieszą się jeszcze płyty, na których śpiewa Ronnie James Dio, zwłaszcza od czasu jego śmierci. W dyskografii zespołu można jednak znaleźć o wiele więcej wartościowych longplayów. Bez wątpienia zalicza się do nich "Headless Cross", obchodzący w tym miesiącu ćwierćwiecze wydania. To drugie wydawnictwo zespołu, na którym śpiewa Tony Martin – bardzo niedoceniany muzyk, dysponujący ciekawą barwą głosu, a także pierwszy nagrany ze słynnym, nieżyjącym już niestety perkusistą Cozym Powellem (wcześniej występującym w The Jeff Beck Group, Rainbow i Whitesnake). Poprzedni album Black Sabbath, "The Eternal Idol", nagrywany był w ciężkim czasie dla grupy, pełnym zmian składu. Jedynymi muzykami, którzy byli w zespole przez całą sesję nagraniową, byli gitarzysta Tony Iommi (ostatni ze współzałożycieli zespołu) i klawiszowiec Geoff Nicholls. "Headless Cross" powstawał już w znacznie lepszych warunkach, w stabilnym składzie (chociaż rolę basisty pełnił muzyk sesyjny, Laurence Cottle). I to słychać.
Mieliście kiedyś tak, że po pierwszym przesłuchaniu krążka chcieliście go wyrzucić do kosza lub zrobić z niego podpałkę do grilla, a po kilku kolejnych odsłuchach wasz światopogląd odwrócił się o 180 stopni? Mnie taka sytuacja przytrafiła się kilkukrotnie, a ostatni raz miało to miejsce właśnie przy pierwszym kontakcie z najnowszym dzieckiem Mouth Of The Architect. Z tym że nie chciałem dawać mu w ogóle kolejnych szans. Ale skoro krążek był już fizycznie w domu, żal było zostawić go na zawsze na półce, zatem mimo wielkiej niechęci po dłuższych odleżynach wylądował w końcu w odtwarzaczu. Drugi kontakt niewiele zmienił, po którymś z kolei coś zaskoczyło, a później wszystko ruszyło już jak lawina. Twórczość zespołu poznawałem w miarę chronologicznie, a "Dawning" początkowo zbyt drastycznie odbiegał mi od tego, co ekipa Mouth Of The Architect robiła wcześniej. Całość miała jak dla mnie za mało post metalu w post metalu. Wcześniej kluczowym aspektem ich twórczości było budowanie napięcia. Tu praktycznie od pierwszych dźwięków zostało puszczone z grubej rury, zdecydowanie bardziej inwazyjnie i nachalnie.
16 maja miną cztery lata odkąd odszedł Ronnie James Dio - jeden z najwybitniejszych wokalistów rockowych, znany z zespołów Rainbow, Black Sabbath i własnego Dio. Do sklepów właśnie trafiła kompilacja zawierająca utwory oryginalnie śpiewane przez Ronniego w wymienionych zespołach, ale w wykonaniu innych muzyków. Dodatkowo pojawia się tu także jeden utwór w oryginalnej wersji zespołu Dio - "This Is Your Life". To akurat najbardziej nietypowa kompozycja w jego dorobku - daleka od hard rocka i heavy metalu fortepianowa ballada, wywołująca skojarzenia z twórczością Queen. Poza tym jeszcze tylko trzy inne utwory były wcześniej wydane - covery "The Mob Rules", "Egypt (The Chains Are On)" i "Holy Diver". Pozostałe to premiery nagrane specjalnie na tę kompilację. Wykonawców, którzy wzięli udział w przedsięwzięciu można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to zespoły należące do klasyki ciężkiego grania jak Scorpions, Motörhead czy Metallica. Druga to młodsi muzycy, którzy dopiero w ostatnich latach rozpoczęli karierę.
Overkill nie ma słabych płyt w swojej dyskografii, jednak albumem "Ironbound" zawiesili sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Dlatego nie do końca było wiadomo czego się spodziewać po "The Electric Age". Z jednej strony w ich karierze nie było żadnych rewolucji (popowej płyty nie nagrali), z drugiej - nie było pewności czy nowy krążek dorówna poprzednikowi. Jakiś czas przed jego premierą ukazała się zapowiedź tego, co nas czeka w postaci "Electric Rattlesnake". Już wtedy było jasne, że raczej będzie dobrze. Po pierwszym przesłuchaniu wszelkie wątpliwości się rozwiały, po kilku następnych bez żadnych wątpliwości można było stwierdzić, że nowe wydawnictwo dorównuje poprzedniemu, a może nawet jest od niego lepsze. Ciężko powiedzieć, bo oba są znakomite. "The Electric Age" wydaje się szybszy. Już na początku zespół serwuje nam dwa killery - "Come And Get It" z kilkoma świetnymi solówkami oraz wspomniany wyżej "Electric Rattlesnake". Utwory te zasuwają niczym tsunami, a nie są jedynymi utrzymanymi w takim ekspresowym tempie.
Polska - jednym kojarzy się z górami, jeziorami i lasami, burzliwą historią, pięknymi miastami, pierogami, kiełbasą i gołąbkami, dla innych jest natomiast krajem nowoczesnym, przedsiębiorczym, pełnym energii i ludzi, którzy...
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Bannery boczne
Komentarze
lekarz
Gdy kogoś rozboli odwłok z powodu zbyt drogiego sprzętu, to trzeba iść na spacer i ochłonąć.
Gramofony, szlifierki, odtwarzacze czarnych płyt, adaptery, patefony, odtwarzacze analogowe, fonografy... Jakkolwiek byśmy nie nazwali tych poczciwych urządzeń, które są z nami już od ponad 130 lat, możemy zawsze powiedzieć o nich to samo - od dziesięcioleci dostarczają nam niezapomnianych przeżyć związanych z odtwarzaniem ukochanych utworów. Wielu melomanów pamięta o ich...
JBL is expanding its Live series with two new wireless headphone models - the Live 680 NC and Live 780 NC. Both belong to the Live 4 generation and have been designed for users who now expect everyday headphones to...
Matrix Audio continues to develop its M Series, the company's most advanced line of digital sources, but its latest model is not simply another product aimed only at users looking for a full, no-compromise flagship. The MS-1c is intended as...
Portable listening is no longer just a matter of convenience. For a long time, taking better headphones and high-resolution files outside the home meant accepting a stack of compromises - weak headphone outputs, awkward adapters, short battery life, and small...
Marantz to jedna z tych firm, które powinien znać każdy miłośnik muzyki i dobrego brzmienia. Jeden z wielkich graczy, którym na przestrzeni lat udało się zachować swój wizerunek i opowiadać swoją historię nie inaczej, jak poprzez kolejne urządzenia zyskujące status kultowych. Może to trochę odważne stwierdzenie, ale wystarczy prześledzić internetowe...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Wielki Vinylator