Trudno uniknąć porównań pomiędzy "Mob Rules" a poprzedzającym go "Heaven And Hell". W zasadzie nie ma się co dziwić – oba krążki dzieli tylko rok. Pierwszy odniósł olbrzymi sukces, zatem w wypadku drugiego były do wyboru tylko dwie opcje - pójść za ciosem lub ewentualnie całkowicie zmienić styl. Zespół wybrał wersję pierwszą. Załóżmy, że ze względu na to, że czasu na rewolucje było bardzo mało. Zestawienie obu krążków zawsze przypomina mi inny wyśmienity duet – "A Night At The Opera" i "A Day At The Races". Podobnie jak w wypadku Queen albumy te stanowią właściwie jedną całość, uzupełniają się. Można nawet powiedzieć, że są swoimi kopiami, ale jednak różnią się detalami. Kopie? Proszę bardzo - "Neon Knights" i "Turn Up The Night". Oba otwierają krążki i mają w sobie ogromną dawkę energii. Kolejny przykład to ballady "Children Of The Sea" i jego odpowiednik "Sign Of The Southern Cross". Takich porównań można znaleźć więcej bez większych problemów, ale w zasadzie po co psuć sobie przyjemność słuchania?
Axel Rudi Pell to niemiecki gitarzysta, który karierę zaczynał w heavy metalowym zespole Steeler, a od końca lat osiemdziesiątych wydający albumy pod własnym nazwiskiem. „Into the Storm” to już jego szesnasty studyjny longplay. Ci, którzy znają jego poprzednie dokonania, doskonale wiedzą czego spodziewać się po najnowszym wydawnictwie - klasycznego grania na pograniczu hard rocka i heavy metalu, w klimacie późnych lat siedemdziesiątych i wczesnych osiemdziesiątych. Pell zawsze stronił od eksperymentów, nigdy nie czuł potrzeby zaskakiwania słuchacza. Jego albumy są nie tylko budowane wciąż na tych samych patentach, ale nawet według identycznego schematu. Sam już nie wiem czy taka konsekwencja jest wadą, czy zaletą. Dziwi mnie tylko, że nie znudziło to jeszcze samych muzyków. Tym bardziej, że same kompozycje wywołują takie same odczucia, jak ich odpowiedniki z poprzednich albumów. Instrumentalny wstęp "The Inquisitorial Procedure" znów jest tylko niepotrzebnym dodatkiem.
Rok 2005 był bardzo udany dla post metalu. Wtedy to właśnie ukazały się debiutanckie albumy Minska - "Out of a Center Which is Neither Dead nor Alive" i Rosetty – "The Galilean Satellites", które wniosły wiele nowego do gatunku. Można powiedzieć, że były one powiewem świeżości i dowodem na to, że post metal jeszcze się nie skończył i wciąż pozostawia duże pole do popisu. Minsk skierował ten gatunek w rejony psychodeliczne, orientalne, plemienne. Dużo ciężej sklasyfikować to, co zrobiła Rosetta. Sami muzycy określają swoją twórczość jako metal dla astronautów. Coś w tym jest – ich muzyka jest kosmiczna, oderwana od naszego świata. Jak to bywa w przypadku czegoś obcego i nieznanego, trudno o miłość od pierwszego wejrzenia. "The Galilean Satellites" to materiał trudny i ciężki do przyswojenia. Ściana dźwięków momentami opierająca się o kakofonię i monotonny sposób wydzierania się wokalisty mogą odstraszać. I to nie tylko osoby postronne, ale nawet fanów gatunku. Dopiero kilkukrotna przygoda z debiutem Rosetty pozwala odkryć jego prawdziwą wartość i multum smaczków.
Cztery lata trwała najdłuższa, jak do tej pory, przerwa wydawnicza w karierze Pelicana. Po drodze były oczywiście EP-ki ale jak każdy fan dobrze wie, one się nie liczą. Liczy się tylko to prawdziwe "gęste" i to w dużych ilościach. A czy coś takiego otrzymaliśmy? Jeden z zagranicznych serwisów muzycznych stwierdził, że Pelican odrodził się z popiołów. Ja aż tak daleko posuniętych wniosków bym nie stawiał. Po pierwsze, Pelican nigdy nie zszedł poniżej pewnego, wysokiego poziomu. Po drugie, "Forever Becoming" nie jest na pewno pozycją ani rewolucyjną ani rewelacyjną. Co nie zmienia faktu, że cholernie dobrze "wchodzi" i świetnie jej się słucha. Na "City Of Echoes" i "What We All Come To Need" zespół lekko pobłądził, odjechał od stylistyki chociażby z "Australasii" kosztem klimatu, który jednak nie dorównywał temu co udało im się stworzyć na "The Fire In Our Throats Will Beckon The Thaw". Na "Forever Becoming" ewidentnie słychać, że Pelican wraca na właściwe tory. Otwierający krążek "Terminal" może wprowadzić w błąd - leniwe, senne tempo nastawia słuchacza na powtórkę z rozrywki z dwóch poprzednich wydawnictw.
Przez większość fanów ten album uważany jest za najlepszy w dorobku Pelicana. Czy słusznie, to już kwestia gustu. Ja lubię wszystkie ich wydawnictwa i uważam, że każde z nich ma coś ciekawego do zaoferowania. Chociaż muszę przyznać, że akurat to ma w sobie chyba najwięcej "tego czegoś" co sprawia, że chcemy się zagłębiać w twórczość zespołu i co chwilę do niej wracać. Gdybym miał z czymś porównać "The Fire In Our Throats Will Beckon The Thaw", byłaby to letnia aura w Tatrach - sielankowa atmosfera w przeciągu kilku chwil potrafi się tu zmienić w gwałtowną burzę, po której przychodzi orzeźwienie. Taki właśnie jest ten album - bezchmurny poranek kiedy to natura budzi się do życia ("-", "Aurora Borealis", środkowa część "Red Ran Amber") z każdym momentem nabiera ciężaru by w końcu eksplodować nawałnicą, która oczyszcza atmosferę. Idealnym przykładem może być "Autumn Into Summer". Swoją drogą, moje skojarzenia przyrodnicze nie są całkowicie bezpodstawne o czym mogą świadczyć tytuły niektórych kawałków - "Last Day Of Winter" czy "Aurora Borealis".
Osoba postronna, której puściłoby się debiutancki i ostatni album Blindead, miałaby zapewne problemy z identyfikacją, że to ten sam zespół. "Devouring Weakness" i "Absence" dzieli 7 lat i przepaść muzyczna. W żadnym wypadku nie jest to przepaść jakościowa, raczej gatunkowa. Krążek z 2013 roku można podciągnąć pod granie progresywne, natomiast debiut z 2006 roku to rasowy sludge/post metal. I to w tej cięższej odsłonie. W swojej kolekcji mam kilkadziesiąt krążków z obu gatunków i ciężko mi przyrównać "Devouring Weakness" z którymkolwiek z nich. Ani to czysty Neurosis ani Isis, Cult Of Luna też nie bardzo. Nawiązania do filarów gatunku czuć, ale trudno mówić o kopiowaniu. Świadczy to o tym, że już na debiucie ekipa Blindead wypracowała swój własny styl, który na późniejszych wydawnictwach dalej doszlifowywała. "Devouring Weakness" to przede wszystkim miażdżące riffy tworzące ścianę dźwięków i wwiercające się słuchaczowi w głowę (przeważnie w wolnym, walcowatym tempie). Do tego dochodzi dominujący na krążku growling Zwolińskiego.
Żyjemy w ciągłym biegu, pośpiechu. Dzień w dzień gonimy nie wiadomo za czym. Wszystko dąży do minimalizacji, maksymalnego skracania i okrajania ile wlezie. A tu nagle pojawia się (a właściwie pojawiła w 2006 roku) ekipa Mouth Of The Architect ze swoim drugim krążkiem "The Ties That Blind", który idzie na przekór światowym tendencjom. Zamiast minimalizacji maksymalizuje, nie skraca i w żadnym wypadku nie próbuje niczego okroić. Przy pierwszym przesłuchaniu możemy się lekko zdziwić. Po dwóch pierwszych utworach "Baobab" i "No One Wished To Settle Here" mamy już 25 minut krążka za sobą. Jak to się stało? Jak to możliwe, że to tak szybko zleciało? Otóż sprawa jest prosta - The Ties That Blind to muzyka inteligentna, wielowarstwowa i niesamowicie bogata. Wiadomo czym charakteryzuje się post metal - spokojne, muzyczne pejzaże przeplatają się z fragmentami ciężkimi i darciem ryja. Nie inaczej jest i w tym przypadku. O ile darcie ryja wydaje się być standardowe i niczym się nie wyróżnia, o tyle spokojne fragmenty to zdecydowanie gwóźdź programu.
Dawno żaden nowo poznany zespół nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ekipa Obscure Sphinx. Wszystko zaczęło się bardzo niepozornie, od okładki - z jednej strony odpychającej i przerażającej, z drugiej zaś intrygującej i przyciągającej uwagę. Obraz pojawił się przy recenzji wychwalającej "Void Mother" pod niebiosa. Zacząłem drążyć i okazało się, że nie jest to odosobniona opinia. Po przesłuchaniu dwóch utworów w sieci, dorwałem cały krążek i szybko dołączyłem do grona jego wielbicieli. "Void Mother" to drugie wydawnictwo warszawskiego zespołu, który został założony niedawno, bo w 2008 roku. Ich pierwszy album nie narobił wielkiego zamieszania, ale jego następca ma na to spore szanse. A to dlatego, że Void Mother to jeden z najlepszych albumów sludge/post metalowych, które powstały w naszym kraju. I wcale nie rzucam słów na wiatr. Obscure Sphinx to ekipa, która ma łeb na karku i wie czego chce, a efekt ich prac powala. Jest to dzieło spójne, przemyślane, intrygujące, hipnotyzujące, uzależniające.
Slayer od zawsze był kontrowersyjny, od zawsze szokował. Ale w pewnym momencie dochodzimy do punktu, w którym cała ta otoczka przestaje spełniać założenia wyjściowe i bardziej śmieszy niż podnosi ciśnienie. Tak, chodzi właśnie o okładkę do Christ Illusion. Swego czasu narobiła niezłego zamieszania na świecie. W niektórych krajach w ogóle zakazano sprzedaży tego albumu. W innych natomiast sprzedawano go w opakowaniu zastępczym. Fakt faktem – osoby religijne to dzieło może szokować lub nawet obrażać. Mnie – człowieka o luźnym podejściu do tego tematu – w ogóle to nie rusza, a jeśli już to wzbudza uśmiech politowania dla tej wykalkulowanej, taniej prowokacji ze strony zespołu. Przechodzimy do zawartości krążka. Tu już nie ma żadnych kontrowersji – po trzech innych albumach, które niespecjalnie lubię, wrócił stary, dobry Slayer. Christ Illusion rozpoczyna się wręcz wybornie. “Flesh Storm” i “Catalyst” to niesamowite petardy - szybkie, ciężkie, brutalne, okraszone typowymi dla grupy solówkami.
Kill Devil Hill to założony w 2011 roku zespół, w którego składzie znaleźli się między innymi były perkusista Black Sabbath i Dio, Vinny Appice, oraz były basista Pantery i Down, Rex Brown. Ich debiutancki album, zatytułowany po prostu "Kill Devil Hill", ukazał się na początku ubiegłego roku. Wydawnictwo przyniosło sporą dawkę solidnego metalu. Stylistycznie bliskiego twórczości Down, ale z domieszką stylu Alice In Chains. Niestety, na longplayu brakowało zapamiętywalnych riffów i solówek. Również pod względem wokalnym było bardzo przeciętnie. I trudno się temu dziwić - ani gitarzysta Mark Zavon, ani wokalista Jason Bragg, nie mogą pochwalić się równie spektakularnymi dokonaniami, co ich koledzy z sekcji rytmicznej. Szybko zapomniałem o tym albumie i całym zespole. Muzycy postanowili jednak przypomnieć o sobie, wydając drugi longplay - "Revolution Rise". Dwa pierwsze utwory - "No Way Out" i "Crown of Thorns" - spokojnie mogłyby być nagrane przez Down. Bragg aż za bardzo próbuje naśladować sposób śpiewania Phila Anselmo. Instrumentaliści też nie starają się pokazać swojej indywidualności. Kolejne dwa kawałki, "Leave It All Behind" i "Why", mają bardziej komercyjny charakter.
Polska - jednym kojarzy się z górami, jeziorami i lasami, burzliwą historią, pięknymi miastami, pierogami, kiełbasą i gołąbkami, dla innych jest natomiast krajem nowoczesnym, przedsiębiorczym, pełnym energii i ludzi, którzy...
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Bannery boczne
Komentarze
lekarz
Gdy kogoś rozboli odwłok z powodu zbyt drogiego sprzętu, to trzeba iść na spacer i ochłonąć.
Jak wyglądał świat w marcu 1979 roku? Andrzej Wajda kręcił "Panny z Wilka". Jan Paweł II był papieżem niecałe pół roku. Prezydentem USA był Jimmy Carter. W Nowym Jorku urodziła się Norah Jones. Atari wypuściło na rynek komputery Model 400 i Model 800. W salonach samochodowych pojawiły się Peugeot 505,...
JBL is expanding its Live series with two new wireless headphone models - the Live 680 NC and Live 780 NC. Both belong to the Live 4 generation and have been designed for users who now expect everyday headphones to...
Matrix Audio continues to develop its M Series, the company's most advanced line of digital sources, but its latest model is not simply another product aimed only at users looking for a full, no-compromise flagship. The MS-1c is intended as...
Portable listening is no longer just a matter of convenience. For a long time, taking better headphones and high-resolution files outside the home meant accepting a stack of compromises - weak headphone outputs, awkward adapters, short battery life, and small...
Jak podaje popularna internetowa encyklopedia, Quad, inaczej wszędołaz, to pojazd czterokołowy przeznaczony głównie do sportu i rekreacji. Zwykle jest to coś w rodzaju czterokołowego motocykla, który doskonale nadaje się do jazdy poza drogami utwardzonymi. Ze względu na walory napędowe znajduje zastosowanie w wojsku, ratownictwie górskim i rolnictwie. Dla audiofila ten...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.