Premierowy album Pata Martino zawiera po raz kolejny, podobnie jak poprzedni "Alone Together with Bobby Rose", materiał z obszernych prywatnych archiwów artysty. Tym razem Pat Martino sięgnął po nagrania koncertowe z połowy lat dziewięćdziesiątych, z klubu Tin Angeles z Filadelfii. Czyżby artystę dopadła twórcza niemoc i musiał sięgać po przypadkowy materiał znaleziony gdzieś w rodzinnych zasobach? W sumie przyczyna nie jest ważna. Ten wyśmienity materiał wart jest wydania niezależnie od tego, że powstał 20 lat temu. Nietypowe zestawienie instrumentów - tylko gitara i fortepian, wspomagany od czasu do czasu elektrycznymi klawiaturami - jest idealnym polem do wspólnej improwizacji doskonale rozumiejących się muzyków. Duetów fortepianu i elektrycznej gitary w historii jazzu nie znajdziecie zbyt wiele. Ja przypominam sobie jeden wybitny, choć jakże różny od Pata Martino i Jamesa Ridla - genialne nagrania Billa Evansa i Jima Halla, z których to pierwsze - "Undercurrent" - należy do absolutnych klasyków.
Zespół Deftones jest częścią mojej muzycznej przygody od bodajże 2003 roku. Ciekawym i wyjątkowo przyjemnym uczuciem jest możliwość śledzenia na bieżąco rozwoju tej grupy i ewolucji jej stylu z albumu na album. Jest to też uczucie momentami wybitnie dołujące, bo bezczelnie uświadamia człowiekowi ekspresowy upływ czasu. To już 13 lat? Kiedy to zleciało?! Niestety zleciało i to nie wiadomo kiedy. W tym okresie w zespole wiele się wydarzyło. Ja do pociągu z napisem "Deftones" wskoczyłem w połowie drogi na trasie "Adrenaline" do (na chwilę obecną) punktu końcowego, w którym znajdujemy się właśnie w tej chwili. Już w 2003 roku Moreno i spółka byli zespołem drastycznie różniącym się od tego z debiutu. Z każdym kolejnym albumem dystans ten wzrastał. "Gore" jest kolejnym krokiem, etapem na drodze ewolucji.
Cult Of Luna słusznie uznawany jest za jeden z filarów post metalu. Dla wielu zespołów to co od lat robią Szwedzi jest wyznacznikiem i wzorem do naśladowania. Nic w tym dziwnego - każdy kolejny album Cult Of Luna to następna ich pozycja w post metalowej ekstraklasie i powód do szybszego bicia serca u fanów zespołu. Ci po świetnym "Vertikal" mogli mieć na prawdę spore apetyty. W moim przypadku pierwsza lampka awaryjna zaświeciła się w momencie gdy w Internecie pojawiała się informacja o tym, że "Mariner" będzie kolaboracją Szwedów z Julie Christmas. Nie będę owijał w bawełnę - artystka znana z Made Out Of Babes i Battle Of Mice nie należy do grona moich ulubionych wokalistek.
Kilka lat temu miałem bardzo krótki, ale intensywny etap fascynacji twórczością Votum. Wszystko rozpoczęło się kilka miesięcy wcześniej od przygody z Riverside, która z lepszymi i gorszymi momentami trwa do dziś. W przypadku Votum sprawa przedstawia się troszkę inaczej. Po krótkim etapie fascynacji zespół poszedł w totalną odstawkę. "Harvest Moon" kurzy się gdzieś w kąciku mojej kolekcji. A przecież wszystko rozpoczęło się tak pięknie. Albumu słuchałem często, ale teraz, po kilku latach nie jestem w stanie przypomnieć sobie jakiegokolwiek utworu z tego krążka. Ba! Już wtedy miałbym z tym problem, bo tak jak pisałem - krążek świetnie sprawdzał się jako tło, ale na wyrywki było gorzej. Po dżentelmeńsku odstawiłem Votum na boczne tory i przestałem się interesować tym zespołem.
Wokalistka o najbardziej przerażających oczach w show biznesie powraca. Brytyjska artystka Foxes, która zasłynęła dobre cztery lata temu dzięki przebojowi Zedd'a "Clarity", ponownie staje do walki o uwagę odbiorcy. Skróciła włosy, zmieniła kolor okładkowego topu i gotowa jest do zaprezentowania nam - podążając za tytułem drugiej studyjnej płyty - muzyki, która faktycznie gra jej w głowie i sercu. Album "Glorious" zostawił po sobie spory niedosyt. Przed sięgnięciem po "All I Need" obiecałam sobie, że swoje oczekiwania co do nowego krążka zmniejszę do minimum.
Kiedyś często nagrywała płyty ze swoją kapelą No Doubt, a także chętnie dzieliła się z nami solowymi utworami. Dziś Gwen Stefani bardziej znana jest jako jurorka talent show "The Voice", projektantka mody i kobieta, która przez swój młody wygląd podejrzewana jest o przywłaszczenie sobie kamienia filozoficznego. Barwna wokalistka wraca jednak na scenę niemalże dziesięć lat po tym, jak ukazała się jej ostatnia płyta "The Sweet Escape". Z tarczą czy na tarczy?
Pierwsze skojarzenie po przesłuchaniu "Here Comes My Train"? The Black Keys! Drugie? Jednak nie do końca - niby muzycznie się zgadza ale wokal inny - nawiązujący do klasyki czyli The Doors i maniery Jima Morrisona. I tu pojawia się pierwsza ciekawostka dotycząca Oil Stains. Otóż w tym duecie z Koszalina za mikrofonem siedzi perkusista - rzecz rzadko spotykana, szczególnie w polskim przemyśle muzycznym. Ale dzięki temu Oil Stains już na starcie wyróżnia się czymś ciekawym i nietypowym.
Znudziło Ci się czekanie na nowy album Metalliki? Nowy Anthrax już nie cieszy? Mustaine z Megadeth też nie nagrywają tak, jak kiedyś? I nawet Slayer nie jest już taki jak dawniej? Jeśli odpowiedziałeś twierdząco chociaż na jedno z powyższych pytań, mam dla Ciebie prostą radę - sięgnij po Nuclear! Ta thrashowa kapela rodem z Chile powstała w 2003 roku i ma na koncie cztery albumy. Ostatni, pochodzący z zeszłego roku "Formula For Anarchy" to 10 energetycznych shotów, które sprawią, że przeniesiesz się do złotych dla thrashu lat 80.
Kilka miesięcy temu popełniłem niewybaczalny błąd - dołączyłem do internetowej dyskusji na temat Blaze'a Bayleya. Na jednym z facebookowych profili (nie pamiętam co to było dokładnie) starły się standardowo dwie siły - zwolennicy i przeciwnicy. Tych drugich było więcej, niż imigrantów napływających do Europy, obrońców natomiast tylu ile zimą ludzi wysoko w Tatrach. Ja oczywiście byłem w grupie górskiej. Przeraził mnie sam poziom dyskusji jak i użyte przez tę drugą stronę argumenty typu "płyty Ironów nagrane z nim to syf" czy też "Blaze może Dickinsonowi buty czyścić jeśli ten mu na to pozwoli". Problem w tym, że Bayley to nie tylko "The X Factor" i "Virtual XI" ale przede wszystkim jego twórczość sprzed przygody z Iron Maiden i po jej zakończeniu. I tego przeciwnicy Blaze'a nie potrafili sobie zakodować w głowach. Trudno - ich sprawa.
W tym roku, 25 marca, Jeff Healey obchodziłby swoje pięćdziesiąte urodziny. Z tej okazji, właśnie na ten dzień, wyznaczono premierę albumu "Heal My Soul", upamiętniającego zmarłego kilka lat temu kanadyjskiego gitarzystę i wokalistę. Zanim jednak przejdę do zawartości tego longplaya, chciałbym w kilku zdaniach przypomnieć karierę Healeya, gdyż nazwisko to może być nieznane dla wielu Czytelników. Muzyk urodził się w 1966 roku. We wczesnym dzieciństwie stracił wzrok w wyniku choroby nowotworowej oczu. Mimo tego, już w wieku trzech lat zaczął uczyć się grać na gitarze. W wieku kilkunastu lat założył swój pierwszy zespół, kwartet Blue Direction. Jednak pierwszym istotnym składem było utworzone w 1985 roku trio The Jeff Healey Band.
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Czy to w domowym zaciszu, na koncercie, podczas pracy w studiu czy w samochodzie - wzmacniacz jest jednym z kluczowych elementów każdego systemu stereo. Czym właściwie jest? Najprościej można powiedzieć, że jest to układ elektroniczny, którego zadaniem jest wytworzenie na wyjściu sygnału analogowego będącego wzmocnioną kopią sygnału podanego na wejście....
Marantz to jedna z tych firm, które powinien znać każdy miłośnik muzyki i dobrego brzmienia. Jeden z wielkich graczy, którym na przestrzeni lat udało się zachować swój wizerunek i opowiadać swoją historię nie inaczej, jak poprzez kolejne urządzenia zyskujące status kultowych. Może to trochę odważne stwierdzenie, ale wystarczy prześledzić internetowe...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
rolu