Thrash praktycznie od początku istnienia przeżywał okresy wzlotów i upadków. Niektórzy prekursorzy gatunku już dawno od niego odeszli, czasem w rejony niezrozumiałe dla fanów. Są jednak ekipy, na które można liczyć zawsze. Bez wątpienia należy do nich Overkill, który od 37 lat raczy swoich fanów solidną dawką thrashu najwyższej próby. Osiemnasty album studyjny w dorobku grupy utrzymuje świetną passę, która rozpoczęła się w 2010 roku. Chociaż muszę przyznać, że "The Grinding Wheel" nie miał zbyt dobrego startu. Wszystko zaczęło się naprawdę świetnie. Pierwsza zapowiedź albumu w postaci "Our Finest Hour" urywała tyłek i podsycała i tak już ogromny apetyt. Robiła to dodatkowo w troszkę inny sposób, niż na kilku ostatnich albumach - bardziej zadziornie, żywiołowo i punkowo przywołując tym samym wspomnienia przełomu lat 80-90 ubiegłego wieku. Duże znaczenie miał tu wokal Blitza, który również bardzo mocno nawiązywał do tamtego okresu.
Ależ dobrze wchodzi ten nowy Kreator... Po kilku przesłuchaniach mamy wrażenie, że "Gods Of Violence" znamy od lat. Ale nie dlatego, że nowy materiał jest aż tak dobry, tylko ze względu na to, że jest to kolejna taka sama płyta niemieckiej legendy thrashu. Petrozza wraz z zespołem opanowali do perfekcji sztukę tworzenia przebojowych, chwytliwych i pompatycznych utworów garściami czerpiących między innymi z power metalu. I sztukę tę na "Gods Of Violence" dalej kultywują. Prawda jest taka, że utwory z ostatnich kilku płyt zespołu można by zmieszać tworząc inne zestawienia i nikt nie zauważyłby różnicy (może poza "Hordes Of Chaos" ze względu na inne brzmienie). Od kilkunastu lat Kreator gra to samo. Fakt faktem - nowego albumu słucha się całkiem przyjemnie, ale w pewnym momencie człowiekowi zapala się żółte światełko z napisem "ile można?". Z każdym kolejnym albumem, który jest kopią poprzedniego zaczyna również drażnić coraz więcej rzeczy.
Ilu fanów metalu tyle opinii na temat Sepultury. Praktycznie na każdym forum, pod każdym artykułem czy recenzją bez problemu znajdziemy wpisy o tym, że bez Maxa to już nie ten sam zespół, albo że Sepultura skończyła się na "Arise". Prawda jest taka, że zespół istnieje od 1984 roku, a Cavalera opuścił go w roku 1996 czyli po 12 latach. Nowy wokalista dołączył do grupy w 1998 roku, a więc chcąc nie chcąc jest w niej od prawie 20 lat. Zatem historia pisana z Greenem za mikrofonem jest już zdecydowanie dłuższa od tej napisanej z Maxem. A czy lepsza? To już kwestia gustu. Te prawie dwie dekady to momenty wzlotów i upadków, albumów dobrych ("Dante XXI") jak i tych mniej udanych ("Nation"). W tym czasie pojawiły się również rzeczy wzbudzające skrajne emocje - budzące zachwyt jednych i niezrozumiałe dla innych ("A-Lex"). Ważny jest sam fakt wzbudzania i obecności tych emocji. Gdy ich zabraknie, wszystko "siądzie" i będzie to sygnał do przejścia na muzyczną emeryturę.
Jeszcze parę lat temu powiedziałbym - "o, kolejny album Vadera". I w zasadzie to by było na tyle. Twórczość Olsztynian znałem dotąd pobieżnie i nigdy się w nią nie zagłębiałem, bo zwyczajnie nie czułem takiej potrzeby. Sytuacja ta odmieniła się dopiero przy "Welcome To The Morbid Reich", który na swój sposób mnie wciągnął i zainteresował. Podobnie, chociaż nie aż tak bardzo, było w przypadku "Tibi Et Igni". "The Empire" jest pierwszym albumem grupy, o którego premierze wiedziałem wcześniej i w miarę na bieżąco śledziłem informacje na jego temat.
Pierwszy kontakt z "Path Of Eight" może być dla fanów zespołu dość dużym zaskoczeniem - zwłaszcza dla tych, którzy są z nim od dawna. Chociaż z drugiej strony zapowiedź zmian mogliśmy już usłyszeć na poprzednim krążku - "Dawning". "Path Of Eight" nie jest bezpośrednią kontynuacją poprzednika, tylko dalszym, dużym krokiem naprzód. Przeciętny słuchacz nieznający twórczości Mouth Of The Architect po przesłuchaniu "The Ties That Blind" i najnowszego wydawnictwa miałby trudności ze stwierdzeniem, że to ten sam zespół. Z tamtego post metalowego klimatu zostało niewiele. "Path Of Eight" jest w dotychczasowej dyskografii grupy albumem najkrótszym. Nie znajdziemy tutaj kilkunastominutowych pejzaży muzycznych. Całość zamyka się w nieco ponad 44 minutach podzielonych na 8 utworów, z których najdłuższy trwa 7 minut i 19 sekund. Początek tekstu nie zachęca? W takim razie przejdźmy do samej muzyki.
Nie od zawsze było mi po drodze z Meshuggah. Pierwszy kontakt z zespołem miałem jeszcze w czasach liceum, kiedy to w kręgach szkolnych metalowych ortodoksów szalał album "Nothing". Od zawsze ekipa Szwedów budziła we mnie skrajne emocje - z jednej strony coś mnie w niej intrygowało, ale jednocześnie odpychało i sprawiało, że nie mogłem się do Meshuggah przekonać. Kolejne albumy nie przyniosły odmiany, a nawet zwiększyły niechęć (głównym winowajcą był tu "Catch 33"). Dopiero w zeszłym roku kupiłem za grosze "Obzen" i po kilku przesłuchaniach zaskoczyło. Następnie przyszedł etap fascynacji "Chaosphere" i kolejnymi albumami. "The Violent Sleep Of Reason" jest pierwszym albumem, w przypadku którego miałem okazję odliczać dni do premiery. Oczekiwanie próbowały umilać dwa utwory rzucone fanom na pożarcie odpowiednio pod koniec sierpnia i w połowie września. Pierwszy z nich - "Born In Dissonance" przy pierwszym kontakcie skutecznie ostudził mój entuzjazm i zepchnął album Szwedów praktycznie na sam koniec listy najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier. "Nostrum" również wywoływał uczucie na zasadzie "posłuchać i zapomnieć". "The Violent Sleep Of Reason" został odstawiony na boczne tory. Ale co z tego skoro i tak w dniu premiery po niego sięgnąłem?
Korn to na swój sposób ekipa kawalarzy. Od kilkunastu lat przy okazji prawie każdego nadchodzącego nowego albumu zapowiadają, że będzie to powrót do korzeni. Nie dotyczy to oczywiście "The Path Of Totality", w którego przypadku nie było najmniejszego sensu wciskania fanom tego kitu. Ale każdy z pozostałych albumów miał być właśnie tym, na którym wrócą do klimatów z czasów debiutu. Najlepsza okazja do spełnienia tej obietnicy była trzy lata temu w przypadku "Paradigm Shift", kiedy to po ośmiu latach do zespołu wrócił Brian "Head" Welch. Oczekiwania były duże, niestety wyszło jak wyszło. Trzy lata później w ręce fanów wpada nowy album - "The Serenity Of Suffering", który jest kolejną szansą na realizację obietnicy niespełnionej od kilkunastu lat. O powrocie do korzeni trąbi duża część mediów. Czy zatem nowy album jest faktycznie stuprocentowym powrotem do korzeni?
Zacznijmy dość nietypowo. Jeśli liczyliście na to, że "Hardwired... To Self-Destruct" będzie tak zwanym powrotem do korzeni czyli grania sprzed ponad 25 lat, to spokojnie odpuście sobie dalsze czytanie tego tekstu i słuchanie nowej Metalliki. Jeśli mieliście jakiekolwiek oczekiwania wobec ich nowego albumu - patrzcie wyżej. Jeżeli natomiast wychodzicie z założenia, że co ma być to będzie, możecie przejść dalej, ale na własną odpowiedzialność. Długo przyszło czekać fanom na nowy materiał legendy thrash metalu. Po drodze trafiały się przebąkiwania o tworzeniu następcy "Death Magnetic", ale przez długi czas nic z nich nie wychodziło. Ostatecznie stanęło na ośmiu latach. Jest to na tyle dużo czasu, że można przygotować naprawdę genialny materiał, który zmiecie konkurencję z powierzchni ziemi. Jednak z drugiej strony tak długi okres daje do myślenia, że coś może jednak nie być tak jak powinno.
Jestem fanem zespołu, bywam na koncertach, w podstawówce ganiałem po podwórku w koszulce z krzesłem elektrycznym itd. Odsłuchiwałem Hardwired na słuchawkach i przenośnym AK, na systemie stereo i cały czas czułem, że coś jest nie tak. Miałem nadzieję, że to wina sprzętu i trzeba będzie myśleć o jego ...
W wywiadach udzielanych w czasie tworzenia nowego albumu, członkowie zespołu zapewniali, że będzie to materiał na miarę "The Gathering" - rzecz mocna, thrashowa i wyrywająca z butów podobnie, jak krążek z 1999 roku. Z drugiej strony w sieci pojawiały się przebąkiwania o tym, że nagrania się przedłużają, wydawca ciśnie, a wolny czas jest tylko gdzieś pomiędzy kolejnymi koncertami. Słaby prognostyk, nie? Na szczęście utwory, które pojawiły się w sieci jeszcze przed premierą - "Brotherhood Of The Snake" oraz "Stronghold" dawały nadzieję, że może być naprawdę dobrze. A jak wyszło? Nie ma co ukrywać, że porównywanie "Brotherhood Of The Snake" do "The Gathering" jest co najmniej lekkim nadużyciem. Z drugiej strony, informacje o presji i goniących terminach członkowie zespołu mogli zachować dla siebie, bo są nie na miejscu i wydają się być usprawiedliwieniem. Tylko w zasadzie czego? Pisania "na kolanie" w ogóle tu nie czuć a sam "Brotherhood Of The Snake" na pewno Testamentowi wstydu nie przynosi. "The Gathering" to z pewnością nie jest, ale wszystkie składniki są na właściwym miejscu.
Ciężkie jest życie fana Red Fang, który rozpoczął swoją przygodę od pochodzącego z 2008 roku debiutu. Znaczna jego część mogła ukształtować wobec zespołu dalsze oczekiwania, których wesoła ekipa z Portland w okresie późniejszym nie spełniła. "Prehistoric Dog", "Reverse Thunder" i "Night Destroyer" były niesamowicie nośne, przebojowe i porywały od pierwszego przesłuchania nie tylko fanów gatunku, ale też i przeciętnych słuchaczy. Do powyższej trójki dołączał "Humans Remain Human Remains", który przytłaczał ciężarem i walcowatym charakterem. W tym momencie każdy fan grania ze stajni "stoner" mógł się czuć jak w siódmym niebie. Niestety po debiucie Red Fang nigdy już tak nie grał. Dwa kolejne albumy przynosiły słuchaczowi dużo dobrej muzyki, ale pozbawionej tej iskry, którą miały "Prehistoric Dog" i "Reverse Thunder".
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
DJ
Proponuję opracować również wersję dla DJ-ów, taką z większą powierzchnią drgającą, aby można było ręcznie przesuwać ją pod igłą...
Założyłem sobie konto i rozpocząłem import albumów tracków ze Spotify i Tidala, głównie jazz i klasyka. Około 20% się nie pokryło, aczkolwiek zapewne również z ...
W dobie niesamowitej popularności bezprzewodowego sprzętu audio trudno zaprzeczyć, że jest to przyszłość. I to nie tylko jeśli chodzi o urządzenia mobilne, ale także te, z których korzystamy w domu. Trzymając w ręku smartfon czy tablet, potrzebujemy przecież tylko kompatybilnej z nimi elektroniki, aby móc wygodnie odtwarzać muzykę z ulubionego...
For years, we've been told that the future of home audio belongs to wireless speakers, streaming services, and devices controlled entirely through smartphone apps. And yet, somehow, the traditional micro hi-fi system refuses to disappear. It's not particularly difficult to...
Power supplies are rarely the most exciting part of a hi-fi system. Nobody invites friends over to admire a particularly impressive wall adapter, and even the most enthusiastic audiophiles probably spend more time discussing DAC chips, amplifier topologies, and speaker...
In the hi-fi industry, a new generation of amplifiers is generally expected to deliver more of everything. More power, more features, better specifications, and, inevitably, a higher price. Manufacturers love being able to announce that their latest model produces another...
Wydawałoby się, że w bardzo gęstej branży audio kompletnie nie ma już miejsca dla nowych graczy. Że wszystkie stołki obsadzone są sztywno, bez szans na zmiany. A jednak od czasu do czasu pojawiają się firmy, które potrafią zaintrygować i porwać audiofilów, odbierając klientów starym wyjadaczom. Jednym z producentów, który wkroczył...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Maciej