Bezimienne upiory ze Szwecji powracają z trzecim albumem. Trudno uznać to za wielkie wydarzenie, warto jednak poświęcić mu kilka słów. Nawet jeśli cała marketingowa otoczka wokół Ghost - z ukrywaniem tożsamości muzyków pod dziecinnymi pseudonimami i przebraniami na czele - przysporzyła grupie więcej przeciwników, niż zwolenników, nie wspominając już o tym, że ciężko stwierdzić, do kogo twórczość zespołu jest właściwie skierowana. Metalowców odrzuca popowa barwa głosu Papy Emeritusa i przebojowe melodie w stylu The Beatles lub nawet grupy ABBA. Z kolei dla słuchaczy popu raczej niezbyt przyswajalne jest metalowe brzmienie gitar, podobnie jak nachalne epatowanie satanizmem. A jednak, właśnie to połączenie dwóch, teoretycznie bardzo odległych muzycznych światów, czyni Ghost jednym z najciekawszych zjawisk na współczesnej scenie rockowej. Pewnie, bardzo podobnie grał niegdyś (i chyba dalej gra) zespół Blue Öyster Cult, jednak u Ghost brzmienie jest znacznie cięższe, zaś melodie - być może nawet bardziej chwytliwe.
14 czerwca 1995 roku zmarł jeden z najwybitniejszych irlandzkich muzyków, wirtuoz gitary Rory Gallagher. W ciągu tych dwudziestu lat, jakie od tamtej pory minęły, pamięć o nim niemal całkiem przeminęła. Nie stał się legendą na miarę chociażby Jimiego Hendrixa. A jednak w latach siedemdziesiątych odnosił ogromne sukcesy. W 1971 roku w rankingu opiniotwórczego brytyjskiego magazynu Melody Marker został wybrany Międzynarodowym Muzykiem Roku, wyprzedzając między innymi samego Erica Claptona (który w tamtym czasie uznawany był za najlepszego gitarzystę rockowego i bluesowego). To jeszcze nie wszystko. W połowie dekady Gallagher został zaproszony przez muzyków The Rolling Stones na kasting mający wyłowić nowego gitarzystę solowego grupy. Mick Jagger był podobno zachwycony, ale ostatecznie zespół wybrał Ronniego Wooda. Co ciekawe w tym samym czasie muzycy Deep Purple, z którymi właśnie rozstał się Ritchie Blackmore, również rozważali zaproponowanie stanowiska gitarzysty Rory'emu. Pochodzący z Cork muzyk karierę zaczynał w zespole o nazwie Taste. W pierwotnym składzie towarzyszyli mu basista Eric Kitteringham i perkusista Norman Damery, których szybko zastąpili Richard McCracken i John Wilson.
Mark Knopfler jak na dzisiejsze czasy i modę jest artystą co najmniej dziwnym, nieżyciowym. Nie odcina w łatwy sposób dire straitsowych kuponów, żerując na wypracowanej przez siebie legendzie. Robi natomiast coś zupełnie innego - w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku zupełnie odciął się od przeszłości czyli grania stadionowego rocka i zajął się tym, co naprawdę mu w duszy gra. Kto bogatemu zabroni? Człowiek, który sprzedał na świecie ponad 120 mln płyt może sobie na to pozwolić. Niemniej jednak Knopflerowi należy się nagroda za wytrwałość - od prawie 20 lat jego twórczość znacznie odbiega od dokonań kapeli macierzystej, co w żaden sposób nie odstrasza wiernego grona słuchaczy.
Jako wierny, wieloletni miłośnik muzyki wykonywanej przez Marka Knopflera oczywiście natychmiast zakupiłem w/w płytę nie oglądając się na recenzje w prasie czy internecie. Znowu się nie rozczarowałem, nuty jak zwykle u tego pana płyną raczej leniwie z głośników a style muzyczne to jak zwykle trochę ...
Czy jest na świecie ktoś kto nie kojarzy rockowej przeróbki "Smooth Criminal" Michaela Jacksona w wykonaniu Alien Ant Farm? Chyba każdy słyszał ten kawałek, bo na początku tego stulecia wszelkiego rodzaju media niemiłosiernie nas nim katowały. Podobnie było z następnym singlem z "ANThology" czyli "Movies", chociaż osoby nie znające tego kawałka pewnie się znajdą. Jak by nie było, oba utwory kreowały ekipę Alien Ant Farm na totalnych jajcarzy. Z jednej strony na tym wizerunku udało im się wybić i zdobyć popularność, ale z drugiej jest on mocno krzywdzący, bo wspomniany wyżej "ANThology" to bardzo solidny materiał, który w pozostałej części nie jest już taki śmieszny, a raczej całkiem poważny.
Szkoda że ich kariera potoczyła się jak się potoczyła, chyba wszyscy mieli nadzieję i byli pewni że po "Smooth Criminal" ten zespół będzie sławny na całym świecie!
Steven Wilson to jeden z tych naprawdę nielicznych współcześnie działających muzyków, których nazwisko jest gwarancją wysokiego poziomu wszystkich projektów, w które się angażują. Obecnie priorytetem jest dla niego kariera solowa, dająca całkowitą swobodę, której - jak sam twierdził - nie miał w działającym na demokratycznych zasadach Porcupine Tree. Jako przykład podawał, że nie mógł z grupą grać niczego, co byłoby choćby odrobinę jazzowe, ponieważ jeden z pozostałych członków nie znosi tego gatunku. Tymczasem Wilsona ciągnęło właśnie do takiej muzyki, co szczególnie słychać na jego trzecim własnym albumie, "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" sprzed dwóch lat. Jednak jego następca, właśnie wydany "Hand. Cannot. Erase.", w ogóle nie zawiera elementów jazzu. A co więcej, jest to najbardziej przystępne i pogodne dzieło Wilsona z wydanych pod własnym nazwiskiem.
Scorpions to jeden z najdłużej słuchanych przeze mnie zespołów, ale nie czekałem z niecierpliwością na jego kolejny album. Wciąż chętnie wracam do ich dawnych dokonań - świetnego debiutu "Lonesome Crow", jeszcze lepszych - i bardzo niedocenianych - albumów z Ulim Jonem Rothem, a nawet do tych bardziej komercyjnych - ale wciąż hard rockowych - wydawnictw z pierwszej połowy lat 80. Natomiast na albumach wydanych po "Love at First Sting" niewiele dla siebie znajduję, może z wyjątkiem pojedynczych nagrań. Wyraźnie słychać na nich spadek formy kompozytorskiej, co zresztą potwierdza korzystanie z usług zawodowych songwritterów i zaprzyjaźnionych muzyków (na dosłownie każdym albumie, począwszy od "Crazy World" z 1990 roku). Brak pomysłów zespół próbował ukryć przeróżnymi eksperymentami - a to złagodzeniem brzmienia ("Pure Instinct"), a to dodaniem elektroniki ("Eye II Eye") lub orkiestry ("Moment of Glory" - składający się głównie ze znanych już wcześniej utworów), a to znów wyłączeniem prądu (koncertówka "Acoustica").
Album "Live at the Orpheum", dostępny na winylu lub w zestawie CD/DVD-A, został zarejestrowany w trakcie zeszłorocznej trasy reaktywowanego King Crimson po Stanach - a konkretnie 30 września i 1 października 2014 roku w Los Angeles. Album przynosi zaledwie czterdzieści minut muzyki, chociaż zespół na obu występach grał znacznie dłużej - na płycie pominięto między innymi "21st Century Schizoid Man", "Pictures of a City" i "Larks' Tongues in Aspic". Są natomiast po dwa utwory z albumów "Islands" ("The Letters", "Sailor's Tale") i "Red" ("One More Red Nightmare", "Starless"), a także tytułowa kompozycja ze znacznie późniejszego "The ConstruKction of Light".
Foo Fighters, specjaliści od pop rockowych radiowych przebojów, nagrali właśnie najbardziej ambitny album w karierze. Spokojnie, nie jest to żadna dwupłytowa rock opera w stylu Rogera Watersa. Chociaż... Z pewnym konceptem mamy tu jednak do czynienia. Nie chodzi tutaj o same utwory, które nie tworzą jednej historii, ale sam sposób ich nagrywania - każda z tych ośmiu kompozycji została nagrana w innym amerykańskim mieście, z gościnnym udziałem pochodzącego z niego znanego muzyka (lub muzyków), a także przesiąknięta klimatem muzyki z tego regionu - wszystko jednak bez przekraczania ram dopuszczalnych w stylu Foo Fighters. A wszystkiemu towarzyszy ośmioodcinkowy serial, którego każdy odcinek jest poświęcony historii muzycznej danego miasta. Skupmy się jednak na samej muzyce. Podróż po amerykańskich miastach rozpoczynamy w Chicago - kolebce bluesa. "Something from Nothing" nie ma jednak nic wspólnego z tym stylem. To przebojowy kawałek o nico funkującej rytmice, z punkowym przyśpieszeniem w końcówce.
Widziałem zaledwie reklamę tego całego projektu na youtube przygotowaną przez HBO, po samej zapowiedzi wziąłem się za oglądanie poszczególnych odcinków i nasuwa mi się tylko i aż jedno słowo, geniusz! Każda piosenka ma swoją historię, te brzmienie i teksty.. majstersztyk moi mili :D
Oj, słuchało się kiedyś Godsmacka. I to w dużych ilościach. Ale było to ponad 10 lat temu. Dziś do ich dyskografii nie wracam prawie w ogóle. Fakt faktem - "Awake" nadal bardzo lubię, i to właśnie do tego albumu wracam najczęściej, a na "Faceless" też znalazło się sporo kawałków przykuwających uwagę. Ale co z tego, skoro po 2003 roku był już tylko szybki zjazd po równi pochyłej? "IV" kupiłem z rozpędu. Od kilku lat leży zakurzona w ostatniej linii zabudowy mojej kolekcji. "The Oracle" odpuściłem po pierwszym przesłuchaniu. Mojego nastawienia do zespołu nie zmieni z pewnością 1000HP. Niby wszystko się tu zgadza - jest rozpoznawalny styl i wokal, są ładne melodie wpadające w ucho i idealnie nadające się do mediów, a także kilka innych detali. Ale co z tego, jeśli album najzwyczajniej w świecie nie żre? Styl jest rozpoznawalny ale jednocześnie oklepany i wyeksploatowany do granic możliwości. Erna nie brzmi tak, jak kiedyś. Zdziadział? Przeboje przebojowe są na siłę, stworzone pod elektorat Vivy czy innego MTV, dodatkowo bez żadnego polotu.
Nowy album Pink Floyd? Jeszcze pół roku temu wydawało się zupełnie nieprawdopodobne, że grupa jeszcze kiedykolwiek wyda premierowy materiał. Kiedy w 2005 roku Roger Waters, David Gilmour, Rick Wright i Nick Mason stanęli razem na scenie, aby ledwie dwudziestominutowym występem uświetnić charytatywny koncert Live 8, wielu fanów miało pewnie nadzieje, że na tym się nie skończy, że powstanie nowy materiał. Niestety, przez kolejne trzy lata nic w tej kwestii się nie działo, a wszelkie nadzieje pogrzebała śmierć Wrighta w 2008 roku. Zawsze jednak można odkurzyć stare, nigdy nie wydane nagrania, trochę je poprzerabiać i sprzedawać jako nowy album. Tak postanowili zrobić Gilmour i Mason. Bez udziału Watersa, przez co wielu fanów spisało "The Endless River" na straty już na starcie. Zupełnie niesłusznie, bowiem pozostała dwójka sięgnęła po materiał, który zarejestrowali już po burzliwym rozstaniu z Watersem. Nie brał udziału w oryginalnych sesjach, jaki więc sens miałoby ściąganie go teraz? Cofnijmy się w czasie o dwadzieścia jeden lat. W 1993 roku Gilmour, Wright i Mason pracowali nad albumem "The Division Bell" - jak się później miało okazać, ostatnim przed zawieszeniem działalności.
Polska - jednym kojarzy się z górami, jeziorami i lasami, burzliwą historią, pięknymi miastami, pierogami, kiełbasą i gołąbkami, dla innych jest natomiast krajem nowoczesnym, przedsiębiorczym, pełnym energii i ludzi, którzy...
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Bannery boczne
Komentarze
Bogdan
Byłem w MP3 Store na odsłuchu nastawiony, że chyba je kupię. Można by je wziąć dla samego wyglądu... śliczne są. Fakt - ten pomarańczowy kapsel tam nie pasuje, ...
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Regulacja głośności jest jedną z najważniejszych funkcji każdego systemu audio. Prawidłowe działanie tego elementu naszego sprzętu ma ogromny wpływ na przyjemność płynącą z jego użytkowania. Kiedy potencjometr zaczyna tracić swoją funkcjonalność, nawet w niewielkim stopniu, jest to niezwykle kłopotliwe, a może też być niebezpieczne dla innych elementów zestawu, takich jak...
Nie istnieje pewnie na świecie miłośnik dobrego dźwięku, którego nie interesowałaby geneza znanych marek zajmujących się produkcją sprzętu hi-fi. Niewątpliwie jedną z nich jest JBL - legendarna, amerykańska firma, której korzenie sięgają lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Marka, którą powinien kojarzyć każdy, kto choć raz z ciekawości przyglądał się głośnikom na...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
EmptyGlass