Muzykę amerykańskiego tria poznałem zupełnie przypadkiem i stosunkowo niedawno, bo około dwa lata temu. Jest to o tyle dziwne, że Earthless istnieje od 2001 roku, natomiast przypadkowość oparta jest o fakt, że na zespół trafiłem przez jedną ze stonerowych playlist zapisanych na Spotify, na której znalazł się jeden z utworów z albumu "From The Ages". Playlista służyła mi za tło do pracy, jednak dźwięki Earthless praktycznie momentalnie przykuły moją uwagę. Dlaczego? Z prostej przyczyny - wywołały one multum wspomnień związanych z nieistniejącym już szczecińskim klubem Pomba Gira, w którym poza koncertami artystów odbywały się również jam sessions dostarczające dziesiątek godzin świetnej, rockowej zabawy i niesamowitej atmosfery umilonej dobrym piwem i rozmową z przyjaciółmi.
Melomani przyzwyczaili się do dzielenia muzyki na gatunki, podgatunki i kategorie, których nazwy rozumieją tylko ci najbardziej wkręceni. Spróbujcie wytłumaczyć w prostych słowach, czym różni się sludge od thrashu, a dojdziecie do wniosku, że bez puszczenia kilku przykładów jest to w zasadzie niemożliwe. Na szczęście istnieją zespoły, których muzyka właściwie definiuje dany gatunek - czasami dlatego, że udało jej się idealnie wpisać w przyjętą dawno temu konwencję, a dzasami dlatego, że mówimy o grupie, która de facto ów gatunek stworzyła. Przykładowo, dla trip-hopu takim zespołem jest Massive Attack. Owszem, istnieją jeszcze Lamb, Tricky, Portishead, Groove Armada, Röyksopp, Morcheeba, Goldfrapp, DJ Shadow, ale Massive Attack to w na tym podwórku niekwestionowany numer jeden. Dla nu metalu takim zespołem jest Korn. Znów można powiedzieć, że są jeszcze takie ekipy jak Limp Bizkit, Linkin Park, Papa Roach, Deftones, Drowning Pool, P.O.D. czy System Of A Down, ale większość słuchaczy zgadza się, że Korn jest ikoną nu metalu i kropka. Co więcej, ostatnio ekipa z Bakersfield jest całkiem aktywna. Czy jej najnowszy krążek nie rozczaruje wiernych fanów?
Pisząc zeszłoroczne podsumowanie, nazwaliśmy rok 2020 wyjątkowym, licząc trochę naiwnie, że ten kolejny przyniesie nam powrót do normalności. Niestety, w temacie pandemii wciąż znajdujemy się praktycznie w tym samym miejscu, bez realnych widoków na poprawę, za to z całą garścią innych problemów, takich jak kryzys na granicy, inflacja widoczna gołym okiem czy mocno ograniczona dostępność niektórych towarów i usług. Jedyną różnicą w stosunku do roku ubiegłego jest to, że chyba przywykliśmy już do obecnej sytuacji i staramy się w niej normalnie żyć. Trochę lepsza sytuacja nastała też w świecie muzycznym, ponieważ część festiwali wróciła już na muzyczną mapę, odbywa się też dużo pojedynczych koncertów, a "ruch w interesie" najwyraźniej zmotywował artystów do działania, bo w tym roku pojawiło się sporo ciekawych premier. Staraliśmy się za nimi nadążać, choć oczywiście nie udało nam się opisać wszystkich godnych uwagi wydawnictw, dlatego tradycyjnie postanowiliśmy przygotować płytowe podsumowanie mijającego roku obejmujące zarówno płyty, których recenzje można było przeczytać na łamach naszego portalu, jak i te, których nie zdążyliśmy opisać na bieżąco.
Po wydaniu bardzo ciepło przyjętych "Klechd" w obozie Thy Worshiper nastała długa studyjna cisza. W mediach społecznościowych również niewiele się działo, newsy pojawiały się sporadycznie i często dotyczyły innych projektów, w których uczestniczą muzycy tej grupy. Ciężko zatem było prognozować, kiedy i czy w ogóle pojawi się nowy album. Zapowiedź "Bajek o Staruchu" pojawiła się na niespełna miesiąc przed premierą wydawnictwa. "Baba Jaga" początkowo mogła szokować. Nie odnajdziemy tu nawet odrobiny ciężaru, do którego przyzwyczaiła nas ekipa z Dublina, występująca na nowym krążku w odświeżonym składzie - z nowym perkusistą i wokalistką. "Baba Jaga" gra z słuchaczem w grę opartą o klimat. A ten, mimo braku ciężaru, gęstnieje z minuty na minutę przeplatając ze sobą w świetny sposób kontrastujące wokale - żeński i męski.
Kończący się rok można uznać za kolejny bardzo udany dla polskiego ciężkiego grania. Pojawiło się wiele interesujących pozycji, które już dawno znalazły miejsce w mojej kolekcji płyt. Mogłoby się wydawać, że to już raczej koniec premier, a tu nagle pojawiło się kilka kolejnych. Wśród nich znajduje się nowy krążek grupy Mentor - projektu złożonego z muzyków Thaw oraz wokalisty nieistniejącego już J.D. Overdrive. Mentor zadebiutował pięć lat temu i spotkał się z ciepłym przyjęciem wśród metalowej braci. Mnie jednak do tej pory skutecznie udawało mi się unikać spotkania z twórczością zespołu. Dlaczego? Sam nie wiem. Wiem natomiast, że po przesłuchaniu "Wolves, Wraiths and Witches" od razu sięgnąłem po dwa poprzednie wydawnictwa, aby jak najszybciej nadrobić zaległości.
Jeszcze kilka tygodni temu nazwa "Krzta" niewiele mi mówiła, jednak po fali bardzo pozytywnych opinii w polskim Internecie nie wypadało mi nie sięgnąć po drugi album tria z Olsztyna. Wszystko zaczęło się od okładki, która przykuła moją uwagę w poście z recenzją albumu na fanpage'u Metalurgii. Trzeba przyznać, że praca Kamila Błażewicza, wokalisty i gitarzysty zespołu, przykuwa uwagę wizją nierzeczywistą, ale intrygującą i wzbudzającą pewnego rodzaju lęk spowodowany widmem zła i nadchodzącej apokalipsy. Bardzo podoba mi się ten obraz, jednak za każdym razem, gdy go oglądam, odczuwam pewien niepokój. To chyba kwestia obejrzenia zbyt dużej liczby różnego rodzaju horrorów.
Kiedy w październiku 2019 roku ekipa Obscure Sphinx wchodziła do studia, aby zarejestrować następcę "Epitaphs", nikt nie spodziewał się, że w przeciągu pół roku cały świat stanie na głowie. Nowy krążek nie ukazał się do dziś i mimo braku oficjalnych informacji obstawiam, że główną tego przyczyną jest szalejąca na świecie pandemia. Czas oczekiwania na czwarty album w dyskografii zespół starał się nam umilić duetem "Thaumaturgies". Są to wydawnictwa nagrane na żywo. Pierwszą część można w zasadzie uznać za standardową koncertówkę, ponieważ jest to występ zarejestrowany w 2018 roku w warszawskiej Progresji. Druga jest czymś zdecydowanie innym - stanowi zapis ambientowych improwizacji, które powstały w tym samym roku.
Uwielbiam Converge za ich nieokiełznaną dzikość i żywiołowość. Bardzo szanuję też twórczość Chelsea Wolfe za gotycki mrok i ekscentryczność samej wokalistki. Kiedy zatem w Internecie pojawiły się informacje o kooperacji zespołu z tą artystką, nakręciłem się jak małe dziecko na świąteczne pomarańcze. Bo przecież zarówno Wolfe, jak i Converge są świetni w swoim fachu, zatem połączenie ich talentów powinno być równie dobre, jeśli nie lepsze. Czy tutaj cokolwiek mogłoby pójść nie tak? Okazuje się, że jak najbardziej. I to w taki sposób, że potrafi wyraźnie zepsuć radość z słuchania pierwszej części "Bloodmoon". Najpierw fanom na pożarcie został rzucony utwór tytułowy. Gdyby nie charakterystyczny wrzask Bannona, pojawiający się w kilku momentach, można by było uznać, że to zapowiedź nowego albumu Chelsea Wolfe, a nie jakiejkolwiek kooperacji. W "Bloodmoon" obecność charakterystycznego stylu Converge jest symboliczna, wręcz znikoma. Jeszcze mniejszą jej dawkę otrzymali słuchacze w drugiej zapowiedzi - "Coil". Tutaj jeszcze wyraźniejsze są wpływy Wolfe. Sporą niespodzianką jest z pewnością pojawienie się czystego, męskiego wokalu. Ciężko uwierzyć, że to Jacob Bannon. Okazuje się, że wokalista Converge sprawdza się nie tylko w roli opętańca, ale "na czysto" też dobrze daje sobie radę.
Spełnienie marzeń Gary'ego Holta, jakim było zapewne zostanie na osiem lat częścią Slayera, odbiło się czkawką fanom jego kapeli macierzystej - Exodusa. Tutaj absencja lidera zespołu doprowadziła do długiej, bo sięgającej siedmiu lat, studyjnej ciszy. Mimo nieobecności Holta zespół nadal funkcjonował i koncertował, jednak na nowe nagrania musieliśmy poczekać do jego powrotu, a nawet i dłużej. Tutaj swoje pięć groszy dorzuciła pandemia oraz choroba Toma Huntinga. Przedpremierowe zapowiedzi mogły intensywnie rozpalić apetyty fanów. "The Beatings Will Continue" to z jednej strony spory powiew świeżości, z drugiej jednak - stary, dobry Exodus. Sam utwór zdaje się być naturalnym przedłużeniem "Blood In, Blood Out" i ma sporo nawiązań do tytułowego utworu z poprzedniego wydawnictwa.
W 2019 roku fani Toola mogli narzekać, że na nowy album przyszło im czekać trzynaście lat. Jednak czym jest ten czas w porównaniu z 19-letnią przerwą między kolejnymi wydawnictwami Jerry'ego Cantrella, głównego motoru napędowego Alice In Chains. Dwa poprzednie albumy artysta nagrał jeszcze za życia Layne'a Staleya i w wielu momentach dość wyraźnie odbiegały one od stylu wypracowanego przez kapelę macierzystą. Tragedia, która wydarzyła się na krótko przed premierą "Degradation Trip", doprowadziła do tego, że po kilku latach Cantrell wraz z resztą muzyków oraz nowym wokalistą wrócił do tworzenia pod szyldem Alice In Chains. Na przestrzeni 9 lat nagrali trzy bardzo udane albumy, ostatni 3 lata temu. Dlatego z lekkim zdziwieniem przeczytałem jakiś czas temu, że Jerry Cantrell planuje solowe wydawnictwo.
Większość producentów sprzętu stereo chce, abyśmy kojarzyli ich markę z modelami pozycjonowanymi jak najwyżej - najlepszymi, najbardziej atrakcyjnymi wizualnie i wykorzystującymi najbardziej zaawansowane rozwiązania techniczne. Kupując niedrogie monitory z błyszczącym...
W katalogach dużych producentów sprzętu audio są produkty, których rola staje się oczywista już po kilku sekundach. Wystarczy spojrzeć na nazwę, cenę, konstrukcję i miejsce w ofercie, aby mniej więcej...
Beyerdynamic to jedna z tych marek, o których trudno pisać bez należnego jej szacunku, ale coraz trudniej robić to bez poczucia pewnego rozżalenia czy wręcz zwątpienia. Szacunku - bo mówimy...
Bannery boczne
Komentarze
Robert
Czy powyższa ocena dotyczy urządzenia z regulacją głośności w Matrix TS1, czy aby uzyskać taki efekt, trzeba skorzystać z oddzielnego przedwzmacniacza?
"Nie byłbym sobą, gdybym nie posunął się jeszcze dalej i nie sprawdził amerykańskich monitorów również na szafce pod telewizorem, a następnie na biurku". Czy sp...
To naprawdę świetne słuchawki! Myślę, że nawet ciut lepsze od 490 Pro, a mam obie pary i mogę bezpośrednio porównać. Do zastosowań profesjonalnych, ale i do zwy...
Czym powinien kierować się miłośnik sprzętu audio przy wyborze wzmacniacza? Gdyby na tak postawione pytanie można było udzielić prostej i zwięzłej odpowiedzi, pewnie nikt nie zawracałby sobie głowy testami i odsłuchami. Przyjmijmy jednak, że mamy już pewne rozeznanie w temacie, a z długiej listy dostępnych na rynku modeli chcemy wybrać...
We Are Rewind is a French audio brand focused on reviving cassette culture through modernized portable players and accessories. Its products combine analog nostalgia with contemporary usability, giving listeners a way to enjoy physical media while keeping practical features such...
For Raidho, the X Series has always carried a slightly unusual task. It is the Danish manufacturer's more accessible loudspeaker line, but it still has to sound and feel like a Raidho - fast, open, highly resolved and built around...
Sendy Audio's Apollo Pro is a new open-back planar magnetic headphone designed around a lightweight nano-diaphragm driver, wooden earcups and a comfort-focused construction intended for longer listening sessions. The model sits in the increasingly competitive middle ground of the headphone...
Yamaha to jeden z producentów sprzętu hi-fi, którego logo kojarzą niemal wszyscy. Nie tylko ze względu na jego obecność na popularnych amplitunerach, soundbarach, głośnikach bezprzewodowych i systemach mikro, ale także produktach związanych z domową aparaturą audio bardzo luźno albo wcale. Nie ulega jednak wątpliwości, że w wielu kręgach, także wśród...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Doomsday