Uwielbiam Converge za ich nieokiełznaną dzikość i żywiołowość. Bardzo szanuję też twórczość Chelsea Wolfe za gotycki mrok i ekscentryczność samej wokalistki. Kiedy zatem w Internecie pojawiły się informacje o kooperacji zespołu z tą artystką, nakręciłem się jak małe dziecko na świąteczne pomarańcze. Bo przecież zarówno Wolfe, jak i Converge są świetni w swoim fachu, zatem połączenie ich talentów powinno być równie dobre, jeśli nie lepsze. Czy tutaj cokolwiek mogłoby pójść nie tak? Okazuje się, że jak najbardziej. I to w taki sposób, że potrafi wyraźnie zepsuć radość z słuchania pierwszej części "Bloodmoon". Najpierw fanom na pożarcie został rzucony utwór tytułowy. Gdyby nie charakterystyczny wrzask Bannona, pojawiający się w kilku momentach, można by było uznać, że to zapowiedź nowego albumu Chelsea Wolfe, a nie jakiejkolwiek kooperacji. W "Bloodmoon" obecność charakterystycznego stylu Converge jest symboliczna, wręcz znikoma. Jeszcze mniejszą jej dawkę otrzymali słuchacze w drugiej zapowiedzi - "Coil". Tutaj jeszcze wyraźniejsze są wpływy Wolfe. Sporą niespodzianką jest z pewnością pojawienie się czystego, męskiego wokalu. Ciężko uwierzyć, że to Jacob Bannon. Okazuje się, że wokalista Converge sprawdza się nie tylko w roli opętańca, ale "na czysto" też dobrze daje sobie radę.
Spełnienie marzeń Gary'ego Holta, jakim było zapewne zostanie na osiem lat częścią Slayera, odbiło się czkawką fanom jego kapeli macierzystej - Exodusa. Tutaj absencja lidera zespołu doprowadziła do długiej, bo sięgającej siedmiu lat, studyjnej ciszy. Mimo nieobecności Holta zespół nadal funkcjonował i koncertował, jednak na nowe nagrania musieliśmy poczekać do jego powrotu, a nawet i dłużej. Tutaj swoje pięć groszy dorzuciła pandemia oraz choroba Toma Huntinga. Przedpremierowe zapowiedzi mogły intensywnie rozpalić apetyty fanów. "The Beatings Will Continue" to z jednej strony spory powiew świeżości, z drugiej jednak - stary, dobry Exodus. Sam utwór zdaje się być naturalnym przedłużeniem "Blood In, Blood Out" i ma sporo nawiązań do tytułowego utworu z poprzedniego wydawnictwa.
W 2019 roku fani Toola mogli narzekać, że na nowy album przyszło im czekać trzynaście lat. Jednak czym jest ten czas w porównaniu z 19-letnią przerwą między kolejnymi wydawnictwami Jerry'ego Cantrella, głównego motoru napędowego Alice In Chains. Dwa poprzednie albumy artysta nagrał jeszcze za życia Layne'a Staleya i w wielu momentach dość wyraźnie odbiegały one od stylu wypracowanego przez kapelę macierzystą. Tragedia, która wydarzyła się na krótko przed premierą "Degradation Trip", doprowadziła do tego, że po kilku latach Cantrell wraz z resztą muzyków oraz nowym wokalistą wrócił do tworzenia pod szyldem Alice In Chains. Na przestrzeni 9 lat nagrali trzy bardzo udane albumy, ostatni 3 lata temu. Dlatego z lekkim zdziwieniem przeczytałem jakiś czas temu, że Jerry Cantrell planuje solowe wydawnictwo.
W tym roku mogliśmy odnotować wzmożoną aktywność Limp Bizkit w różnego rodzaju mediach. Zespół najpierw pojawił się w dokumencie "Music Box. Woodstock '99: Pokój, miłość i agresja" w bardzo niechlubnej roli. Następnie światowy Internet podbiła nowa stylówa Freda Dursta, wyraźnie obrazująca fakt, że od czasu "My Generation" i "Rollin'" minęło już 21 lat. Na koniec pojawił się nowy utwór - "Dad Vibes", z którym mój pierwszy kontakt trwał kilkanaście sekund. Drugiego podejścia nie było, podobnie jak informacji na temat tego, że nadchodzi premiera nowego wydawnictwa. Wiedzieli o niej chyba tylko najwięksi fajni zespołu - tak, tacy jeszcze naprawdę istnieją!
Muzycy z Filadelfii wystawili cierpliwość swoich fanów na ciężką próbę, każąc im czekać na nowe wydawnictwo ponad cztery lata. Jest to najdłuższa przerwa w dotychczasowej dyskografii zespołu. Po drodze - w zeszłym roku - pojawiła się koncertówka zawierająca kilka smaczków, ale to przecież nie to samo, co świeży materiał. W oczekiwaniu na nowy krążek najgorsza była niepewność, czy w ogóle jest na co czekać. Brakowało nawet szczątkowych informacji o tym, czy coś takiego powstaje. Pojawiły się one dopiero na krótko przed pierwszą zapowiedzią, która ukazała się w drugiej połowie lipca i podgrzała emocje słuchaczy do maksimum.
Od premiery "Crack The Sky", czyli ostatniego albumu Mastodona, który lubię bezgranicznie, minęło już dwanaście lat. I mimo że później średnio po drodze było mi z wizją twórczości zespołu, to i tak przed premierą każdego kolejnego albumu przebierałem nogami i budziłem się krótko po północy, aby od razu po udostępnieniu posłuchać efektu prac muzyków, którzy stworzyli takie kolosy jak "Remission" i "Leviathan". Nie inaczej było i tym razem, ale zanim to nastąpiło mieliśmy do czynienia z całkiem fajną akcją w mediach społecznościowych, gdzie fani zespołu mogli wyłapać fragmenty okładki, które można było później zlepić w jedną całość - swoją drogą bardzo ładną i ponownie zaprojektowaną przez wieloletniego współpracownika grupy, Paula Romano.
Czerwcowy koncert Tworzywa na szczecińskiej Łasztowni i sierpniowy w Filharmonii były doskonałą okazją do wielkiej powtórki z dyskografii artysty i wszelkich projektów, w których brał udział. Portfolio jest tutaj wyjątkowo szerokie, ponieważ po typowo hiphopowych początkach nadszedł czas na eksperymenty brzmieniowe oraz stworzenie Tworzywa razem z bratem i kilkoma innymi muzykami. Ostatnie lata pod tym szyldem to odsłona zdecydowanie najbardziej piosenkowa, wręcz przebojowa - nadająca się do radia. Pośród tych bardzo chwytliwych utworów często brakowało mi wyraźnego, głębszego przekazu czy historii, które pojawiały się we wczesnych latach kariery solowej Fisza. Nie zmienia to faktu, że po dwóch świetnych koncertach niecierpliwie czekałem na premierę "Ballad i Protestów".
Uwielbiam scenę muzyczną za to, że mimo twierdzeń o wyczerpaniu potencjału i zjadaniu własnego ogona co chwilę pojawiają się zespoły udowadniające, że pole manewru jest jeszcze bardzo duże i sporo zostało do powiedzenia. Jeśli chodzi o pokłady kreatywności, Polska prezentuje się pod tym względem wyjątkowo dobrze. Można powiedzieć, że w świeżym podejściu do grania gitarowego jesteśmy prawdziwą potęgą. Przykładami zespołów, które tchnęły nowe życie w wyeksploatowane gatunki mogą być chociażby Mgła, Furia, Entropia, Blindead czy Obscure Sphinx. Polacy są również bardzo mocni na scenie stonerowej. Tutaj od razu wysuwają się takie nazwy jak Sunnata, Weedpecker, Dopelord, Belzebong czy Red Scalp. Słuchając tych zespołów, ciężko momentami uwierzyć, że operujemy w ramach jednego gatunku. Niby to stoner, ale jednak przez każdą grupę podawany w innej, równie ciekawej formie. Do grona tych bardziej rozpoznawalnych co chwilę próbują dołączyć coraz to nowsze projekty. Jednym z nich jest Prąd.
Moja znajomość z Manic Street Preachers trwa już 23 lata, a więc od kiedy ukazał się największy sukces komercyjny Walijczyków, "This Is My Truth Tell Me Yours". Od tego czasu śledziłem wszelkie singlowe poczynania zespołu, jednak bez zagłębiania się w jego wcześniejszą twórczość. Zmiana nastąpiła w 2009 roku, kiedy Manic Street Preachers wystąpili na Szczecin Rock Fest - bardzo ciepło przyjętej, ale niestety jednorazowej imprezie, na której pojawili się między innymi Keiser Chiefs, Chris Cornell i Limp Bizkit. Duża część koncertowej setlisty opierała się utworach ze starszych albumów, czyli zgodnie z nazwą festiwalu było rockowo. Skłoniło mnie to do zakupu i poznania dyskografii grupy. Odnalazłem w niej wiele fragmentów, do których wracam co jakiś czas, ale również i takie, które od wielu lat kurzą się na półce bez większych szans na zmianę tego stanu.
"Wasteland" Riverside ukazał się trzy lata temu. Można by było pomyśleć, że członkowie zespołu udali się na bardzo długie wakacje. Nic bardziej mylnego! Mariusz Duda w tym okresie nagrał dwa albumy solowe oraz jeden pod szyldem Lunatic Soul. Do dyskografii okołoriverside'owej swoje dorzucił również nowy gitarzysta w składzie, Marcin Meller, którego solowe wydawnictwo "Zenith" miało premierę w zeszłym roku. Rok później światło dzienne ujrzał projekt klawiszowca Riverside, Michała Łapaja. I tak jak u Dudy i Mellera bez problemu odnajdziemy wiele elementów w sposób bezpośredni nawiązujących do twórczości macierzystej kapeli, tak u Łapaja na "Are You There" będzie o to zdecydowanie trudniejsze.
Moda na sprzęt stylizowany na urządzenia sprzed kilku dekad trwa już na tyle długo, że właściwie przestała być modą. Początkowo można było traktować ją jako krótkotrwałą odpowiedź na zmęczenie minimalizmem,...
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Sensu takich rozwiązań nie będę komentował, bo każdy musi przetestować to u siebie i zdecydować, czy jest różnica i czy jest warta wydania kolejnych pieniędzy. ...
Wiele lat temu nie wierzyłem w cyfrowe audio. Cyfra to cyfra, więc bit to bit, a więc niech nikt nie p...., że jest inaczej. Nie ma prawa być inaczej. Ale pewne...
Jak wyglądał świat w marcu 1979 roku? Andrzej Wajda kręcił "Panny z Wilka". Jan Paweł II był papieżem niecałe pół roku. Prezydentem USA był Jimmy Carter. W Nowym Jorku urodziła się Norah Jones. Atari wypuściło na rynek komputery Model 400 i Model 800. W salonach samochodowych pojawiły się Peugeot 505,...
Wharfedale is one of those manufacturers that knows how to spread its ideas across several price levels without turning the more affordable ranges into stripped-down, characterless versions of its flagship designs. The Aura series is a particularly good example. It...
Final has introduced one of its most ambitious headphones to date, and this time the Japanese manufacturer has chosen to tackle a problem that becomes particularly difficult at the very top of the market - how to build a closed-back...
Victrola is preparing to bring one of its more unusual recent products to Europe. First shown at CES 2026, Soundstage is neither a conventional pair of speakers nor an all-in-one record player. Instead, it is a low-profile soundbase designed to...
Rega - nazwa znana i ceniona w całym świecie audio, głównie z powodu znakomitych gramofonów, ale także innych komponentów hi-fi. Każdy, kto choć trochę interesuje się sprzętem grającym, doskonale woe, że produkty brytyjskiej legendy są uważane za jedne z najlepszych na świecie i chyba każdy marzy, aby chociaż raz sprawdzić...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.