Gdybym miał wskazać polski wzorzec muzycznej ewolucji, w pierwszej kolejności swój wzrok skierowałbym w stronę wszelkiej maści odmian metalu. Wystarczy spojrzeć na to, jak długą drogę na przestrzeni ćwierć wieku przeszedł Behemoth. Ze świeższych przykładów, od razu nasuwa się chociażby Blindead i Entropia, których twórczość również przeszła wyraźną metamorfozę. Po piętach powyższym przykładom depcze ekipa z Bochni - Mord'A'Stigmata, której to nigdy nie udało się zdobyć należytej popularności. A szkoda, bo już dwa wcześniejsze wydawnictwa dawały wyraźny sygnał, że mamy do czynienia z zespołem, który ma pomysł na siebie i swoją muzykę.
"Love Exchange Failure" to jedno z największych tegorocznych odkryć, na które wpadłem zupełnie przypadkiem. Za całe zamieszanie odpowiada Spotify, który zasugerował mi, że album ten może mi się spodobać. Sugestii w tym roku były tysiące, ale White Ward przykuł moją uwagę okładką, która bardzo mocno kojarzy mi się z Podgoricą, którą odwiedziłem w czerwcu. Patrząc na to zdjęcie bardzo ciężko było wpaść na to czego można się spodziewać po "Love Exchange Failure". Poza moimi ulubionymi gatunkami, na Spotify odtwarzałem przecież różne rzeczy, nawet przy okazji wizyty znajomych, którzy niekoniecznie czują klimat thrash metalu. Sam widok ukazany na okładce mógł sugerować na przykład elektronikę. Ale co z tytułem? Ten też w żaden sposób nie pomagał w próbie odgadnięcia z czym za chwilę będę miał do czynienia.
Ciężko uwierzyć, że od śmierci Leonarda Cohena minęły już trzy lata. Ciężko również podejść bez emocji do pośmiertnych wydawnictw różnych artystów. W przypadku "Thanks For The Dance" zadanie to było o tyle trudne, że z jednej strony otrzymaliśmy nowy materiał, składający się z niewykorzystanych nagrań z ostatnich sesji, z drugiej natomiast zebrało się tego tak mało, że płyta nie trwa nawet pół godziny. Średnio to idzie w parze z ceną albumu, który na półce jest wart tyle, co pełnoprawne wydawnictwa. Jest to ewidentne przegięcie ze strony wytwórni, jednak sam artysta stoi gdzieś ponad tym i za pomocą dziewięciu utworów rekompensuje słuchaczowi wszelkie wątpliwości związane z cenówką przyklejoną do opakowania.
Kiedy myślałem już, że obecny rok w polskiej muzyce będę mógł w swoim przypadku wpisać na straty, z odsieczą w ostatniej chwili przyszła pleszewska ekipa Red Scalp. Już kilka miesięcy temu można było się domyślać, że coś jest na rzeczy i nadchodzi nowe wydawnictwo. Później odbyło się kilka koncertów podczas których zaprezentowano nowy materiał. Jednak nadal nie było mowy o żadnych konkretach. Te pojawiły się pod koniec listopada, a w raz z nimi pierwsza zapowiedź albumu. "Mothertime" zaskoczył, chociażby ze względu na to, że dość drastycznie różni się od tego, co zespół zaprezentował na "Lost Ghost". Jednak w kontekście tego, że wspomniany album również dość mocno odbiegał od debiutanckiego krążka "Rituals", można się było tego spodziewać. Przyznam, że w przypadku "Mothertime" nie mogę mówić o miłości od pierwszego wejrzenia. Większe wrażenie niż sam utwór zrobiła na mnie okładka nadchodzącego albumu. Z singlem polubiłem się dopiero po kilku przesłuchaniach.
Gatunek zwany retro rockiem jest niewątpliwie ewenementem na mapie współczesnej muzyki. W czasach, gdy ciągłe poszukiwanie w obrębie rockowo-metalowego grania nowych elementów, gatunków i brzmień zaczynało łapać zadyszkę, część artystów uznała, że warto spojrzeć w przeszłość i przybliżyć słuchaczom jak się grało rock czy metal w latach jego największej świetności, która przypadała na końcówkę lat sześćdziesiątych i całe lata siedemdziesiąte. I choć takie założenie mogło oznaczać proste, odtwórcze kopiowanie muzycznych dokonań mistrzów gatunku w tym także z wypaczeniem idei tych dźwięków, w XXI wieku powstało w ramach tego gatunku kilka interesujących nazw, które bez wątpienia warto poznać. Jednym z nich jest szwedzki Graveyard, który w 2007 roku wypuścil na rynek swój debiutancki album. Krążek ten w ojczyźnie muzyków stał się komercyjnym sukcesem, dochodząc do wysokich miejsc na listach przebojów i w rankingach sprzedaży. I całkiem słusznie.
Tylko rok trzeba było czekać na następcę świetnego debiutu Run The Jewels. Killer Mike i El-P postanowili kuć żelazo póki gorące i szybko oddać w ręce fanów drugi album kolaboracyjnej formacji, zatytułowany ponownie jej nazwą, ale z dodaniem "dwójki". Zapewniali przy tym, że sukces debiutu nie był przypadkiem, a druga płyta go przebije. I faktycznie tak się stało. "Run The Jewels 2" ponownie przynosi niezbyt długą, tym razem około 40-minutową porcję ognistego, dynamicznego hip-hopu z żywą rytmiką i zwięzłymi, przebojowymi utworami.
Po zakończeniu w 1983 roku działalności przez formację The Birthday Party, Nick Cave wraz z Mickiem Harveyem postanowili założyć kolejny zespół. Do złożenia jego nazwy wykorzystano pseudonim artystyczny szalonego Australijczyka i dodano nazwę jednej z EP-ek poprzedniej kapeli obu panów. Współpracę z nimi zadeklarowało kilku znanych wówczas w alternatywno-rockowych kręgach muzyków, z których najbardziej znany był działający w niemieckiej industrialnej formacji Einstürzende Neubauten gitarzysta Blixa Bargeld. On, a także basista Barry Adamson mieli na wiele lat stać się stałymi współpracownikami Cave'a w jego muzycznej krucjacie. Jej pierwszym efektem okazał się wydany w 1984 roku, debiutancki album formacji Nick Cave and the Bad Seeds o romantycznie brzmiącym tytule "From Her to Eternity". Choć w przyszłości romantyzm miał często gościć w twórczości Nicka Cave'a, to jednak na debiucie jest on jeszcze serwowany z dużym umiarem. Głównie z powodu obecności wściekłej i buntowniczej spuścizny dokonań The Birthday Party.
Każdy kolejny album Swans to duże wydarzenie w świecie muzycznym oraz powód do przebierania nogami dla fanów twórczości Michaela Giry. W przypadku "Leaving Meaning." cały proces oczekiwania był o tyle intrygujący, że poprzednie wydawnictwo - "The Glowing Man" - miało być zamknięciem monumentalnego cyklu zapoczątkowanego na "The Seer". Mogliśmy zatem oczekiwać zupełnie nowego otwarcia, czegoś zaskakującego. A tu niespodzianka! "It's Coming It's Real" w ogóle nie zaskoczył. Niby jest zdecydowanie spokojniej, grzeczniej, krócej, pojawiają się również chórki sióstr von Hausswolff, ale to nadal Swans, które doskonale znamy. Ale równie intrygujące i wciągające, jak wcześniej. Ukłonem w stronę trzech wcześniejszych wydawnictw jest druga zapowiedź albumu - "The Hanging Man". Przekraczamy tu magiczne dziesięć minut czasu trwania a atmosfera robi się zdecydowanie gęstsza, cięższa, niepokojąca i psychodeliczna. Można zatem powiedzieć, że "sample" wypuszczone przed premierą tylko podkręciły apetyt na efekt końcowy.
Uwielbiam Swans - byłem dwa razy na koncertach. To rzadki przykład zespołu, który po tylu latach nadal tworzy świetne albumy. A porusza się przecież w obrębie muzyki alternatywnej, która też znacznie wyżej ustawia poprzeczkę, bo ciągle dzieje się coś ciekawego. A mimo wszystko Mike Gira i spółka - n...
Ostatnio zastanawiałem się kiedy nastąpi u mnie przesyt twórczością Marka Lanegana. W końcu od powrotu do wydawnictw studyjnych w 2012 roku, artysta wydał łącznie dziesięć albumów - pięć autorskich lub z własnym zespołem, trzy kooperacyjne i po jednym z nagraniami archiwalnymi i remixami. Dużo? I tak, i nie, bo - jak do tej pory - ilość szła w parze z jakością (nie wypowiadam się w temacie remixów ze względu na moją awersję do tego typu wydawnictw). "Somebody's Knocking" do przesytu nie doprowadził. Wysoki poziom albumu zapowiadały już cztery utwory opublikowane przed premierą. "Stitch It Up" obejrzany premierowo na YouTubie wprowadzał w lekką konsternację ze względu na czas trwania, powyżej 7 minut.
Aż 15 lat kazali czekać swoim fanom członkowie Cynic na następcę kultowego albumu "Focus". W tym czasie co prawda udzielali się w innych, raczej podziemnych formacjach, które popełniły nawet warte odnotowania pozycje, niemniej wszyscy czekali na drugi album mistrzów technicznego i progresywnego death metalu. Tym bardziej, że taką pozycję Paul Masvidal i Sean Reinert zapowiadali już w połowie lat dziewięćdziesiątych. W końcu słowo stało się ciałem i zespół po reaktywacji w 3/4 oryginalnego składu, niestety bez udziału fenomenalnego gitarzysty Jasona Gobela, w 2008 roku wypuścił na rynek swój drugi album. Krążek ten z jednej strony okazał się nie najgorszym komercyjnie następcą "Focus" a z drugiej pozycją, która wywołała dyskusje i podziały wśród fanów. Bo, jak można się było spodziewać, w muzyce Cynic zaszły zmiany, choć nie tak duże, jak niektórzy się obawiali.
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Czym powinien kierować się miłośnik sprzętu audio przy wyborze wzmacniacza? Gdyby na tak postawione pytanie można było udzielić prostej i zwięzłej odpowiedzi, pewnie nikt nie zawracałby sobie głowy testami i odsłuchami. Przyjmijmy jednak, że mamy już pewne rozeznanie w temacie, a z długiej listy dostępnych na rynku modeli chcemy wybrać...
Dual to jedna z marek, do których audiofile, a w szczególności miłośnicy czarnych płyt, odnoszą się z wielkim szacunkiem. Ma to swoje uzasadnienie. Niemiecka manufaktura wydała na świat tyle znakomitych gramofonów, że aż ciężko je policzyć. Dobrze zachowana szlifierka tej marki to sprzęt, który po renowacji można bez kompleksów podłączyć...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Jarek