Po zakończeniu w 1983 roku działalności przez formację The Birthday Party, Nick Cave wraz z Mickiem Harveyem postanowili założyć kolejny zespół. Do złożenia jego nazwy wykorzystano pseudonim artystyczny szalonego Australijczyka i dodano nazwę jednej z EP-ek poprzedniej kapeli obu panów. Współpracę z nimi zadeklarowało kilku znanych wówczas w alternatywno-rockowych kręgach muzyków, z których najbardziej znany był działający w niemieckiej industrialnej formacji Einstürzende Neubauten gitarzysta Blixa Bargeld. On, a także basista Barry Adamson mieli na wiele lat stać się stałymi współpracownikami Cave'a w jego muzycznej krucjacie. Jej pierwszym efektem okazał się wydany w 1984 roku, debiutancki album formacji Nick Cave and the Bad Seeds o romantycznie brzmiącym tytule "From Her to Eternity". Choć w przyszłości romantyzm miał często gościć w twórczości Nicka Cave'a, to jednak na debiucie jest on jeszcze serwowany z dużym umiarem. Głównie z powodu obecności wściekłej i buntowniczej spuścizny dokonań The Birthday Party.
Każdy kolejny album Swans to duże wydarzenie w świecie muzycznym oraz powód do przebierania nogami dla fanów twórczości Michaela Giry. W przypadku "Leaving Meaning." cały proces oczekiwania był o tyle intrygujący, że poprzednie wydawnictwo - "The Glowing Man" - miało być zamknięciem monumentalnego cyklu zapoczątkowanego na "The Seer". Mogliśmy zatem oczekiwać zupełnie nowego otwarcia, czegoś zaskakującego. A tu niespodzianka! "It's Coming It's Real" w ogóle nie zaskoczył. Niby jest zdecydowanie spokojniej, grzeczniej, krócej, pojawiają się również chórki sióstr von Hausswolff, ale to nadal Swans, które doskonale znamy. Ale równie intrygujące i wciągające, jak wcześniej. Ukłonem w stronę trzech wcześniejszych wydawnictw jest druga zapowiedź albumu - "The Hanging Man". Przekraczamy tu magiczne dziesięć minut czasu trwania a atmosfera robi się zdecydowanie gęstsza, cięższa, niepokojąca i psychodeliczna. Można zatem powiedzieć, że "sample" wypuszczone przed premierą tylko podkręciły apetyt na efekt końcowy.
Uwielbiam Swans - byłem dwa razy na koncertach. To rzadki przykład zespołu, który po tylu latach nadal tworzy świetne albumy. A porusza się przecież w obrębie muzyki alternatywnej, która też znacznie wyżej ustawia poprzeczkę, bo ciągle dzieje się coś ciekawego. A mimo wszystko Mike Gira i spółka - n...
Ostatnio zastanawiałem się kiedy nastąpi u mnie przesyt twórczością Marka Lanegana. W końcu od powrotu do wydawnictw studyjnych w 2012 roku, artysta wydał łącznie dziesięć albumów - pięć autorskich lub z własnym zespołem, trzy kooperacyjne i po jednym z nagraniami archiwalnymi i remixami. Dużo? I tak, i nie, bo - jak do tej pory - ilość szła w parze z jakością (nie wypowiadam się w temacie remixów ze względu na moją awersję do tego typu wydawnictw). "Somebody's Knocking" do przesytu nie doprowadził. Wysoki poziom albumu zapowiadały już cztery utwory opublikowane przed premierą. "Stitch It Up" obejrzany premierowo na YouTubie wprowadzał w lekką konsternację ze względu na czas trwania, powyżej 7 minut.
Aż 15 lat kazali czekać swoim fanom członkowie Cynic na następcę kultowego albumu "Focus". W tym czasie co prawda udzielali się w innych, raczej podziemnych formacjach, które popełniły nawet warte odnotowania pozycje, niemniej wszyscy czekali na drugi album mistrzów technicznego i progresywnego death metalu. Tym bardziej, że taką pozycję Paul Masvidal i Sean Reinert zapowiadali już w połowie lat dziewięćdziesiątych. W końcu słowo stało się ciałem i zespół po reaktywacji w 3/4 oryginalnego składu, niestety bez udziału fenomenalnego gitarzysty Jasona Gobela, w 2008 roku wypuścił na rynek swój drugi album. Krążek ten z jednej strony okazał się nie najgorszym komercyjnie następcą "Focus" a z drugiej pozycją, która wywołała dyskusje i podziały wśród fanów. Bo, jak można się było spodziewać, w muzyce Cynic zaszły zmiany, choć nie tak duże, jak niektórzy się obawiali.
Piąta płyta Marillion powstała w dość dramatycznych okolicznościach. Zespół zaczął ją nagrywać jeszcze w składzie z Fishem, ale podczas sesji wokalista opuścił formację. Spowodowało to konieczność szybkich poszukiwań nowego lidera, mającego za zadanie zastąpienie jednego z najbardziej charakterystycznych gardeł rocka progresywnego. Po serii przesłuchań, zdecydowano się na niezbyt znanego wówczas wokalistę Steve'a Hogartha - członka dalekich od progresji grup Europeans i Harlow. Nagrana już z nim w składzie płyta "Seasons End" oraz następne albumy mocno podzieliły dotychczasowych fanów Marillion, budując wśród nich liczną grupę nie uznającą dokonań zespołu po 1987 roku. Słuchacze ci uznali, że prawdziwy Marillion umarł wraz z odejściem Fisha. Ale jest też wielu - i do tej grupy sam się zaliczam - którzy docenili kolejne dokonania Anglików.
Ja również nie należę do grupy osób, dla których Marillion skończył się wraz z odejściem Fisha i także wysoce cenię ten album. Aczkolwiek następny - "Holidays in Eden" - nie wzbudził we mnie entuzjazmu i skutecznie zniechęcił mnie do zespołu. W zasadzie przestałem słuchać kolejnych albumów tej forma...
Cult Of Luna to zespół uznawany za jeden z filarów post metalu, a zarazem europejskich prekursorów tego gatunku. Praktycznie każda pozycja z ich dyskografii to klasyka takiego grania i wzór do naśladowania. Gdzieś po drodze przytrafił się "Mariner", którego fanem nie jestem. Album ten został jednak nagrany z Julie Christmas, zatem uznaję go za nie do końca udany projekt poboczny. Mógł on być pewnym źródłem niepokoju o kondycję zespołu i sygnałem, że coś zacięło się w szwedzkiej maszynie. Po kooperacji z Christmas nastąpiła studyjna cisza, którą prawdopodobnie rekompensować miały albumy koncertowe. A tych na przestrzeni kilku lat ukazało się aż pięć - na płytach kompaktowych, winylach i w formie cyfrowej. Taka polityka zwyczajnie mnie irytuje. Odczytuję ją jako swego rodzaju krzyk rozpaczy. Nnic nowego nie jesteśmy w stanie nagrać, a przecież z czegoś trzeba żyć...
Massive Attack nie jest zespołem często nagrywającym nowe płyty. Członkowie formacji wolą w ciszy i skupieniu szlifować swoje kompozycje, by po długich przygotowaniach pokazać światu dopracowane do perfekcji dzieła. Taką taktykę stosowali już od początku istnienia grupy, gdy na następcę świetnie przyjętego, debiutanckiego "Blue Lines" kazali czekać fanom aż trzy lata, a więc, jak na debiutantów, bardzo długo. Gdy już nowa pozycja w zespołowej dyskografii wreszcie się ukazała, wywołała sporo dyskusji i podziałów. Jedni uznali, że to krok do przodu i udoskonalenie oryginalnej estetyki trip-hopowej. Inni natomiast wyrazili pogląd, że zespół nie udźwignął sukcesu "jedynki" i nagrał słabszy jakościowo album. Co ciekawe, takie kontrowersje miały towarzyszyć prawie każdej nowej płycie Brytyjczyków, co stanowi najlepszy dowód ich wielkości.
Sporo wody upłynęło w Warcie od ostatniej płyty Pidżamy Porno. Przez tych kilkanaście lat mieliśmy do czynienia z rozwiązaniami, reaktywacjami, ostatnimi trasami koncertowymi, pożegnalnymi trasami koncertowymi i ostatnimi pożegnalnymi trasami koncertowymi. Chyba wiadomo kim w ostatnich latach latach inspirował się Slayer... Reaktywacje na potrzeby koncertów oraz sceniczna aktywność Grabaża mogły być odczytywane jako sygnał, że prędzej czy później pojawi się nowy materiał studyjny. I tak, po 15 latach milczenia, światło dzienne ujrzał następca "Bułgarskiego Centrum". "Sprzedawca Jutra" spotkał się, jak do tej pory, ze skrajnymi opiniami podpartymi mniej lub bardziej logicznymi argumentami. Spróbujmy podejść do tego albumu na chłodno, biorąc jednocześnie pod uwagę wcześniejszy dorobek i bardzo długi okres milczenia grupy.
Czwarta płyta Danziga ukazała się 1994 roku, w momencie szczytowej popularności muzyki grunge, narodzin metalu klimatycznego, pierwszych flirtów rocka z muzyką elektroniczną a także odchodzenia do lamusa klasycznych odmian gitarowego łojenia. Glenn z tych zmian musiał sobie zdawać sprawę, bo postanowił mocniej niż we wcześniejszych latach zmodyfikować muzykę swojego zespołu, kierując ją w rejony spokojniejsze i zdecydowanie mniej czadowe. Ta wolta spotkała się ze zróżnicowanym odbiorem fanów. Choć "czwórka" ma mnóstwo zwolenników, a przez znaczną grupę fanów Danziga, w tym przez autora recenzji, jest uznawana za najlepsze dokonanie zespołu, po raz pierwszy w historii grupy pojawiły się też głosy krytyczne, w tym twierdzenia, że nie jest to tak samo doskonała muzyka, jak wcześniej.
Trudno uwierzyć, że od debiutu Korna minęło już ćwierć wieku. W tym czasie gatunek, do którego zespół ten został zaszufladkowany zdążył przejść swoją złotą erę, następnie okres stagnacji, a w końcu praktycznie przejść do lamusa. Filary nu-metalu już nie nagrywają, zeszły do podziemia lub odnalazły się w innym gatunku. Ekipa z Bakersfield zdaje się natomiast nie przejmować ani takim rozwojem wydarzeń, ani swoim muzycznym otoczeniem. Korn od lat robi swoje. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. "The Nothing" czyli trzynasty krążek w dyskografii tej grupy rodził się podobno w wielkich bólach. To ciekawe, bo po pierwszej zapowiedzi albumu w ogóle nie było tego słychać.
Kompletnie nie zgadzam się z opisem. Dla mnie ten album jest świetny i nadal Korn potrafi robić swoją muzykę na poziomie. Wszedł mi od pierwszych nut i zamówiłem CD w sklepie. Czekam na dostawę. Polecam, jest moc!
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Sensu takich rozwiązań nie będę komentował, bo każdy musi przetestować to u siebie i zdecydować, czy jest różnica i czy jest warta wydania kolejnych pieniędzy. ...
Wiele lat temu nie wierzyłem w cyfrowe audio. Cyfra to cyfra, więc bit to bit, a więc niech nikt nie p...., że jest inaczej. Nie ma prawa być inaczej. Ale pewne...
W dobie streamingu i dostępności cyfrowych plików audio mogłoby się wydawać, że słuchanie muzyki jeszcze nigdy nie było tak proste. W praktyce jednak, szczególnie dla bardziej wymagających użytkowników, to wciąż zaskakująco skomplikowana sprawa, zwłaszcza gdy chcemy połączyć wygodę korzystania ze smartfona z możliwościami bardziej zaawansowanego sprzętu audio. Jeśli chodzi o...
One of the awkward realities of network audio is that streaming platforms can age much faster than the hardware built around them. A DAC, analog output stage or power supply may remain perfectly capable for years, while changes in licensing,...
Davis Acoustics is celebrating its 40th anniversary in 2026. The company was founded by Michel Visan, an engineer who had previously worked with brands including Audax and Siare Acoustique. From the beginning, his ambitions extended beyond building complete loudspeakers, with...
While much of the high-end IEM market seems determined to fit ever more drivers and technologies into increasingly elaborate shells, Noble Audio has decided to move in the opposite direction. Iris is a new universal in-ear monitor built around a...
O historii sprzętu audio można się wiele nauczyć przeglądając dzieje firm, które tworzą go od wielu, wielu lat. Korzeni większości wynalazków stanowiących swoiste kamienie milowe w rozwoju technologii nagrywania i odtwarzania dźwięku należy oczywiście szukać w Europie i USA, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że życie dzisiejszych audiofilów nie...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Jakub Krawczyński