Sporo wody upłynęło w Warcie od ostatniej płyty Pidżamy Porno. Przez tych kilkanaście lat mieliśmy do czynienia z rozwiązaniami, reaktywacjami, ostatnimi trasami koncertowymi, pożegnalnymi trasami koncertowymi i ostatnimi pożegnalnymi trasami koncertowymi. Chyba wiadomo kim w ostatnich latach latach inspirował się Slayer... Reaktywacje na potrzeby koncertów oraz sceniczna aktywność Grabaża mogły być odczytywane jako sygnał, że prędzej czy później pojawi się nowy materiał studyjny. I tak, po 15 latach milczenia, światło dzienne ujrzał następca "Bułgarskiego Centrum". "Sprzedawca Jutra" spotkał się, jak do tej pory, ze skrajnymi opiniami podpartymi mniej lub bardziej logicznymi argumentami. Spróbujmy podejść do tego albumu na chłodno, biorąc jednocześnie pod uwagę wcześniejszy dorobek i bardzo długi okres milczenia grupy.
Czwarta płyta Danziga ukazała się 1994 roku, w momencie szczytowej popularności muzyki grunge, narodzin metalu klimatycznego, pierwszych flirtów rocka z muzyką elektroniczną a także odchodzenia do lamusa klasycznych odmian gitarowego łojenia. Glenn z tych zmian musiał sobie zdawać sprawę, bo postanowił mocniej niż we wcześniejszych latach zmodyfikować muzykę swojego zespołu, kierując ją w rejony spokojniejsze i zdecydowanie mniej czadowe. Ta wolta spotkała się ze zróżnicowanym odbiorem fanów. Choć "czwórka" ma mnóstwo zwolenników, a przez znaczną grupę fanów Danziga, w tym przez autora recenzji, jest uznawana za najlepsze dokonanie zespołu, po raz pierwszy w historii grupy pojawiły się też głosy krytyczne, w tym twierdzenia, że nie jest to tak samo doskonała muzyka, jak wcześniej.
Trudno uwierzyć, że od debiutu Korna minęło już ćwierć wieku. W tym czasie gatunek, do którego zespół ten został zaszufladkowany zdążył przejść swoją złotą erę, następnie okres stagnacji, a w końcu praktycznie przejść do lamusa. Filary nu-metalu już nie nagrywają, zeszły do podziemia lub odnalazły się w innym gatunku. Ekipa z Bakersfield zdaje się natomiast nie przejmować ani takim rozwojem wydarzeń, ani swoim muzycznym otoczeniem. Korn od lat robi swoje. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. "The Nothing" czyli trzynasty krążek w dyskografii tej grupy rodził się podobno w wielkich bólach. To ciekawe, bo po pierwszej zapowiedzi albumu w ogóle nie było tego słychać.
Kompletnie nie zgadzam się z opisem. Dla mnie ten album jest świetny i nadal Korn potrafi robić swoją muzykę na poziomie. Wszedł mi od pierwszych nut i zamówiłem CD w sklepie. Czekam na dostawę. Polecam, jest moc!
Po nagraniu albumu "Cyan", członkowie Closterkellera po raz pierwszy zrobili sobie dłuższą, bo aż trzyletnią przerwę wydawniczą. Co ciekawe, mimo absencji w tym okresie, zespół powoli zaczął osiągać pozycję kultową wśród miłośników mrocznego, klimatycznego, metalowego grania. Przyczyniła się do tego też rosnąca popularność zdolnych naśladowców twórczości Closterkellera, przede wszystkim z Moonlight, Artrosis czy Batalion D'Amour. Po rozwiązaniu kontraktu z mainstreamową wytwórnią Polygram, zespół związał się z równie znaną, ale już stricte metalową stajnią Metal Mind Productions i to jej nakładem na początku 1999 roku ukazał się jego szósty album. Tradycyjnie, oryginalnie i kolorowo nazwany, a także po raz kolejny pokazujący twórczość mistrzów gotyku z odmiennej strony.
Na swoją drugą płytę Leonard Cohen kazał czekać fanom dwa lata. Dłuższe, często nieregularne przerwy pomiędzy wydawnictwami staną się normą dla Kanadyjczyka wyznającego zasadę, że nie należy się spieszyć z nagrywaniem kolejnych albumów. Czasy, w których powstawała płyta "Songs From a Room" nie były za wesołe, bo upływały pod znakiem wojny w Wietnamie, niepokojów związanych z rewolucją hippisowską i konfliktów społecznych o podłożu rasistowskim w Stanach Zjednoczonych. Nie sprzyjało to pisaniu optymistycznych i pogodnych piosenek, którymi kanadyjski bard zdobył serca fanów w 1967 roku. Być może dlatego "dwójka" otrzymała o wiele bardziej ponury, smutny, a przy okazji mniej komercyjny sznyt od swojej poprzedniczki. Niestety, okazała się przy tym mniej udana od debiutanckiego krążka "Songs of Leonard Cohen".
Po wydaniu "Morningrise", w składzie Opeth doszło do pierwszych zmian personalnych, które miały mieć olbrzymi wpływ na historię zespołu. Z grupy odeszli wyjątkowo utalentowany basista Johan de Farfalla i już nie tak charyzmatyczny perkusista Anders Nordin. Tego ostatniego szybko zastąpił na wiele lat Martin Lopez, natomiast wakat na stanowisku basisty pozostał. W efekcie powstała jedyna płyta zespołu, która została nagrana w trzyosobowym składzie, z basem obsługiwanym przez Mikaela Åkerfeldta. Zmiany w składzie na pewno wywarły wpływ na muzykę zespołu, który nagrał przełomowy, najważniejszy w swojej historii album, mocno rzutujący na stylistykę kolejnych dokonań.
Stwierdzenie, że wychowałem się na muzyce Toola mogłoby być przesadą, jednak bez dwóch zdań mogę powiedzieć, że ekipa z Los Angeles wpłynęła w znaczący sposób na ukształtowanie mojego (jeszcze wtedy młodego) gustu muzycznego. I tak, jak "Aenimę" w momencie premiery poznawałem z doskoku, z mediów, tak "Lateralusa" i "10,000 Days" oczekiwałem świadomie i dziś to trio oraz debiut znam praktycznie na pamięć. Oprócz bardzo bogatej i wielowątkowej warstwy muzycznej, podobał mi się ten cały mistycyzm zbudowany wokół dźwięków - roztaczanie teorii spiskowych, szukanie drugiego, trzeciego czy czwartego dna, odtwarzanie albumu w zmienionej kolejności, od tyłu, z nakładającymi się warstwami itp. Ale to było w 2006 roku, a od tego czasu wiele się zmieniło. Poszerzyły się horyzonty - nie tylko moje, ale i wielu fanów tamtego Toola. Wielu z nich wyszło poza ramy metalu alternatywnego i progresywnego w świat "post", gdzie bogactwo muzyczne jest porównywalne, występuje w większych ilościach i nie wymaga od słuchacza tak długiego okresu oczekiwania. Tool został godnie zastąpiony i pogodziłem się z tym, że już nic nowego w wykonaniu tej ekipy nie usłyszę. Co jakiś czas pojawiały się pogłoski o nadchodzącym kolejnym materiale, które z roku na rok zaczynały coraz bardziej irytować nie tylko mnie, ale pewnie i innych słuchaczy. W pewnym momencie zrobiła się z tego toolowa odsłona "Chinese Democracy". Oczywiście pojawiły się obawy czy przypadkiem i tu nie skończy się to wielką klapą.
Jako, że płyty jeszcze nie słuchałem (poza niezłym, choć trochę za długo się rozwijającym utworem tytułowym), podzielę się moją teorią co do ceny fizycznego wydania. Standardowo zespół wydaje płyty co 2-3 lata. Tool milczał przez lat 13 i wydając teraz nowy album uznał, że zastępuje on jakościowo 5-...
Druga część zarówno filmu, jak i soundtracku do ekranizacji powieści J.R.R. Tolkiena ukazała się dokładnie rok po kultowej "Drużynie Pierścienia". Sequel filmu przyniósł zmiany w klimacie i sposobie prezentowanej w nim opowieści. Można było więc przypuszczać, że także muzyka dołączona do obrazu będzie się różnić od tej zawartej na albumie "The Lord of the Rings: The Fellowship of the Ring". I faktycznie, Howard Shore, bazując na podobnym schemacie i sposobie pisania poszczególnych utworów, wprowadził do nich trochę niespodzianek, przynoszących miejscami duże zaskoczenie dla słuchacza. Warstwa muzyczna tego albumu to - podobnie, jak w przypadku pierwszej części - przede wszystkim faktury rozbudowanej i wielobarwnej orkiestry (tym razem w całości zagrane przez The London Philharmonic Orchestra), do której od czasu do czasu dołączają potężne, klimatyczne chóry męskie i żeńskie, a także głosy kilku solistów. Tym razem skorzystano z usług osób trochę mniej znanych wśród fanów muzyki rockowej i popowej, niż miało to miejsce w przypadku "Drużyny Pierścienia". Tak, jak na poprzedniczce, tak i tym razem pierwsza połowa płyty wprowadza kilka nowych wątków, bardzo plastycznie dobranych do opisywanej postaci i krainy, w której toczy się fabuła filmu. Dalej następuje wyraźny, odróżniający się od reszty punkt kulminacyjny, po którym zostaje przedstawiony zarys fabuły filmu, tym razem opisujący zarówno podróż Froda, Sama i Golluma do Mordoru, jak i równolegle wojnę pomiędzy Isengardem a Rohanem. Tak, jak w "Drużynie Pierścienia", tak i tym razem w trakcie lektury dźwięków, słuchacz ma przed oczami sceny z poszczególnych fragmentów filmu i łatwo odnajduje moment, w którym aktualnie toczy się akcja.
Mimo milczenia największych, ten rok można uznać za udany dla thrash metalu. Death Angel nie jest pierwszym zespołem, który udowodnił, że mimo ponad 35 lat na scenie nadal można grać świeżo i z klasą nie wykraczając jednocześnie poza ramy gatunku. Wydając "Humanicide" zespół zachował ciągłość trzyletniego cyklu zapoczątkowanego przez "Relentless Retribution". Na nowym krążku ekipa z San Francisco dalej kroczy ścieżką obraną dawno temu. Chociaż początkowe dźwięki otwierającego album utworu tytułowego, nawiązujące bardzo wyraźnie do twórczości Iron Maiden, mogą wprowadzać w błąd, to po niecałej minucie dostajemy wyraźny sygnał, że do żadnej rewolucji nie doszło. "Humanicide" wyraźnie przyspiesza, przekształcając heavy w rasowy, nowoczesny thrash, który znamy z poprzednich albumów.
Jakiś czas temu trafiłem w sieci na opinię przepełnioną obawami o thrash metal. Co się stanie, gdy najwięksi przejdą na emeryturę? Fakt faktem, Slayer jest w trakcie ostatniej trasy koncertowej, Anthrax milczy, Megadeth skupia się na walce Mustaine'a z chorobą, a Metallica od trzydziestu lat nie nagrała w pełni thrashowego albumu. Poza tą sztucznie wytworzoną Wielką Czwórką istnieją jednak inne zespoły o których nie można zapominać. W tym roku bardzo udanymi wydawnictwami uraczyły fanów ekipy Overkill oraz Death Angel. Exodus z nowym krążkiem zdaje się czekać na powrót głównej siły napędowej czyli Gary'ego Holta. Na posterunku stoją przedstawiciele niemieckiej szkoły thrashu czyli Kreator, Sodom i Destruction. A są jeszcze przecież przedstawiciele nowej fali, którzy wcale nie ustępują legendom - Warbringer czy Evile.
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
manic
Znam kilku potencjalnych użytkowników, takiego rozwiązania. Mają potężne kolekcje winyli, w tym ogromna część to nigdy nie odpakowane perełki... A więc streamuj...
No cóż, ceny praktycznie wszystkiego mamy absurdalne. W 2020 średnia pensja brutto wynosiła 5200 zł, w tym roku 9200 zł. A o ile % wzrosły ceny spożywki, produk...
Audiofile częściej wierzą niż wiedzą, ale równie niecodzienne rozwiązanie zastosowano wcześniej w sprzęcie didżejskim, gdzie winyle kładzione na talerz nie miał...
W dobie niesamowitej popularności bezprzewodowego sprzętu audio trudno zaprzeczyć, że jest to przyszłość. I to nie tylko jeśli chodzi o urządzenia mobilne, ale także te, z których korzystamy w domu. Trzymając w ręku smartfon czy tablet, potrzebujemy przecież tylko kompatybilnej z nimi elektroniki, aby móc wygodnie odtwarzać muzykę z ulubionego...
Compact bookshelf speakers and small streaming amplifiers have become enormously popular in recent years, but there are some laws of physics that even the cleverest engineers cannot completely overcome. A stereo system that fits comfortably on a sideboard, shelf, or...
Not every gaming headset needs a wireless transmitter, a rechargeable battery, or a collection of features that require half an hour of configuration before you can start playing. Sometimes, a good pair of headphones, a decent microphone, and a cable...
You can spend a small fortune on wireless headphones, carefully compare their drivers, tuning, noise cancellation, and battery life, and eventually settle on a model that supports some of the most advanced Bluetooth codecs available. Then you connect it to...
O historii sprzętu audio można się wiele nauczyć przeglądając dzieje firm, które tworzą go od wielu, wielu lat. Korzeni większości wynalazków stanowiących swoiste kamienie milowe w rozwoju technologii nagrywania i odtwarzania dźwięku należy oczywiście szukać w Europie i USA, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że życie dzisiejszych audiofilów nie...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Tomasz