Nie ukrywam, że "Gold & Grey" znajdował się w mojej ścisłej czołówce najbardziej oczekiwanych tegorocznych premier. Wielki entuzjazm co jakiś czas próbowały ostudzić kolejne albumowe zapowiedzi. "Borderlines" za pierwszym razem nie przesłuchałem do końca. Utwór podszedł mi dopiero po kilkudziesięciu próbach. Z "Seasons" było lepiej, chociaż nie mogę powiedzieć, żeby mnie porwał. Z trójki przedstawionej przed premierą najlepiej wypadł "Throw Me An Anchor". Jest to o tyle dziwne, że kawałek ten jest najbardziej banalny i oklepany. Jednak, z drugiej strony, najmocniej przypomina starą odsłonę Baroness - tę którą znam i lubię. W przypadku całej trójki w oczy (a właściwie uszy) rzucała się jedna rzecz - produkcja. Słuchając zapowiedzi, słabszą jakość brzmienia zrzuciłem oczywiście na to, że były one dostępne na YouTubie i w muzycznych serwisach streamingowych. Okazało się, że niesłusznie bo cały "Gold & Grey" tak brzmi - dziwnie, ciasno, klaustrofobicznie. Nie wiem czy taki był zamysł Baizleya i spółki, ale najnowszy krążek Baroness z miejsca zasiada na tronie z napisem "najgorsza produkcja". Nie jest to poziom "Death Magnetic" Metalliki, ale przytłumienie i ubicie klarowności momentami męczy.
Zaprezentowane na płycie "Scarlet" surowe, metalowe brzmienie, choć ciekawe i lubiane przez fanów, znacznie odbiegało od klasycznie mrocznych klimatów, jakie Closterkeller stworzył na swoich pierwszych płytach. Kontynuowanie tej drogi mogło doprowadzić Warszawiaków do miejsca, w którym nagrywane płyty nie miałyby nic wspólnego z gotycką, klimatyczną muzyką. Z tego faktu musiała chyba też zdawać sobie sprawę Anja Orthodox, bo na potrzeby wydanego zaledwie rok po "Scarlet", piątego albumu zapowiedziała powrót do bardziej rockowego i mrocznego grania, bliskiego klimatom albumu "Blue". Efektem jest płyta, która ukazała się na rynku w pierwszej połowie 1996 roku. Choć rzeczywiście przyniosła ona pewne stonowanie muzyki zespołu, efekt okazał się mocno zaskakujący. Bo nikt nie przypuszczał, że Closterkeller, patrząc wstecz, jednocześnie tak mocno odetnie się od swoich korzeni. "Cyan" to bowiem pierwsza płyta zespołu, na której nie ma śladu inspiracji muzyką lat 80. Nie ma odwołań do zimnej fali, mechanicznego, industrialnego brzmienia czy tradycyjnego rocka gotyckiego. Jest za to fascynacja metalem i rockiem klimatycznym, który w połowie lat dziewięćdziesiątych przeżywał szczyt swojej popularności. Ta zmiana to z jednej strony skutek opuszczenia Closterkellera przez Michała Rollingera (choć nie definitywnego i ostatecznego, bo muzyk nagrał partie klawiszy w dwóch utworach z płyty), a z drugiej zmiany muzycznych fascynacji Anji Orthodox, która nigdy nie ukrywała, że w latach dziewięćdziesiątych to Paradise Lost i Type O Negative stały się jej ulubionymi kapelami.
Powstanie formacji Run The Jewels było efektem bardzo udanej współpracy dwóch znanych na amerykańskiej scenie raperów - El-P i Killer Mike'a. Punktem wyjścia był rok 2012, kiedy to panowie nagrywali album "R.A.P. Music" tego ostatniego. Gdy płyta okazała się olbrzymim sukcesem, zarówno artystycznym, jak i komercyjnym (zdobyła między innymi nagrodę Grammy), obaj muzycy postanowili kontynuować kolaborację, tym razem już pod nowym szyldem. Fani nie musieli długo czekać na pierwszy album tej formacji, bo już w 2013 roku ukazała się jej pierwsza płyta, zatytułowana po prostu nazwą zespołu. Jak się można było spodziewać, krążek osiągnął olbrzymi sukces, stając się pozycją kultową wśród fanów hip-hopu i jednym z najciekawszych wydawnictw gatunku nagranych w drugiej dekadzie XXI wieku.
Druga płyta Adele ukazała się trzy lata po premierze "19", zakończonej jej olbrzymim sukcesem komercyjnym. Ponownie krążek zatytułowano numerem, co miało stać się tradycją angielskiej wokalistki. Jednak, wbrew obiegowym opiniom, liczba ta nie odpowiada wiekowi Adele w momencie ukazania się albumu na rynku, ale to ile liczyła sobie wiosen, gdy zaczęła go nagrywać. "21" to rozwinięcie i udoskonalenie formuły muzycznej, zaprezentowanej na debiucie. Muzyka Adele ciągle stanowi mieszankę popowej prostoty i przebojowości, rockowych aranżacji z gitarami i żywą perkusją oraz soulowego, czarnego klimatu, obecnego zwłaszcza w głosie Angielki. Największy nacisk położono na ukazanie wielobarwności, różnorodności i umiejętności wokalnych Adele, do których muzyka jest tylko skromnym dodatkiem. A owe możliwości są spore, bo artystka potrafi zarówno oczarować słuchacza niskim, subtelnym, bardzo dojrzałym śpiewem, dynamicznie, ostro krzyknąć a także wejść w wysokie, już nie tak przyjemne dla ucha rejestry falsetowe. Do tego śpiew ułożono ciekawe i chwytliwe linie wokalne, dzięki którym spora część kompozycji bardzo szybko zapada w pamięć słuchacza.
Koniec lat siedemdziesiątych. Prog rock dogorywa w malignie opuszczenia pośród wijących się dokoła szyderczych i plwających nań oblicz punkrockowej rewolucji. Nieliczni niedobitkowie próbują eksperymentować, czy to z popowym mainstreamem, czy jazzem, czy z kolei z czczą elektroniką, starając się odnaleźć swoją nową tożsamość w tych odprogowionych realiach. Na placu boju pozostaje jednak samotna załoga brytyjskich wyjadaczy, którzy na gruzach swoich macierzystych kapel tworzą supergrupę nazwaną, jakże by inaczej, UK. Po niespodziewanej zagładzie "czerwonego" składu King Crimson, osieroceni przez Frippa John Wetton i Bill Bruford dobierają sobie wielce utalentowanego gitarzystę Alana Holdswortha oraz znanego ze współpracy z Roxy Music i Frankiem Zappą klawiszowca Eddiego Jobsona.
Po nagraniu dwóch bardzo dobrych, mających swój styl, ale jednak dość typowych dla rocka progresywnego albumów, członkowie Marillion postanowili po raz pierwszy (choć nie ostatni) wywrócić do góry nogami swoją muzykę, tworząc płytę kompletnie odmienną od tego, co było wcześniej. Efektem tej koncepcji miał się stać krążek, który przyniósł zespołowi gigantyczną sławę o światowym wymiarze. Jego wydanie okazało się wydarzeniem historycznym, zmieniającym oblicze rocka progresywnego i bedącym wzorem do naśladowania dla niezliczonej ilości zespołów z kręgów zarówno rockowych, jak i metalowych. "Misplaced Childhood" zrywa z klasycznym podziałem płyt Marillion na oddzielone od siebie piosenki. Wzorem słynnego "The Wall" Pink Floyd, jest to jednolity concept album, podzielony na dwie, stanowiące jedną całość, długie suity, tworzące w ramach pierwotnego winylowego wydania stronę A i B albumu. Przeplatają się tutaj kompozycje proste i przebojowe, zbudowane na klasycznym zwrotkowo-refrenowym schemacie, utwory pourywane w punkcie kulminacyjnym, prowokujące do pytań, jak wyglądałoby ich rozwinięcie i wydłużenie do rozmiarów standardowej piosenki, a także długie, wielowątkowe eposy o niestandardowej i otwartej budowie. Tworzy to całość trudniejszą w odbiorze, która wprawdzie wciąż składa się z przeplatanki momentów klimatycznych i stonowanych z ostrzejszymi i dynamicznymi, ale nie jest to takie oczywiste i proste jak wcześniej.
Stali na wzgórzu jaśniejącym odblaskiem eksplozji tysiąca słońc, spływającej zeń kaskadami pogiętej blachy i dymiących rusztowań, krzykliwie wyginających swoje pogniecione kończyny ku krwistoczerwonemu niebu. Wtuleni w siebie, łapczywie obejmowali się tym, co pozostało z ich zmurszałych dłoni, próbując ni to głaskać, ni pieścić swoje wysuszone na wiór ciała. Ich gorejące oczodoły wodziły po płonącym horyzoncie poprzecinanym dogasającymi wrakami pojazdów, których kierowcy przeminęli niczym żar zgaszonego naprędce papierosa. Wzdłuż zasłanej dymiącym pogorzeliskiem autostrady chyliły się nikomu już niepotrzebne plansze billboardów, zionące reklamami produktów, które nikomu już nie przyniosą konsumpcyjnego ukontentowania. Na strzelistych niegdyś masztach powiewały sztandary, za których rozgwieżdżoną zgorzelą nie kryły się już żadne wzniosłe idee. Nic za co można by walczyć, czy oddać cokolwiek cennego, co ludzie zwykli oddawać za czcze wymysły innych ludzi, przynoszące korzyści każdemu, tylko nie im samym. Mężczyzna wzruszył ramionami i spojrzał czule w gasnące oczy swej towarzyszki. Jesteś piękna - wymamrotał chropowatym głosem. Była. Kiedyś z pewnością. W tym jednak momencie jej uroda odbijała się w refleksach otaczającego ich stopionego metalu, chłonąc zabójcze tchnienie tego co pozostało ze świata. Ich świata. Zanurzyli się w namiętnym pocałunku, którego każda sekunda wydawała im się wiecznością. Spękane wargi stały się jednością. W ich sercach pulsowało gorączkowe pożądanie. I już nie było dokoła nich kakofonii zgniecionych ręką nieznanego giganta budynków. Nie było wyschniętych rzek, których głodnymi wody korytami sucho bulgotał pustynny wiatr. Nie było groteskowych kształtów ludzkich powłok odbitych bezdusznym cieniem na rozpalonym asfalcie. Zamętu porzuconego obuwia. Pozwijanych krawężników. Poprzewracanych dziecięcych wózków. Potłuczonych sklepowych witryn zapraszających do wewnątrz resztkami próchniejących ekspozycji. Zastygli tak. Na całą wieczność. A obok nich leżały porozrzucane portfele. I każdy jeden wypełniony był krwią...
Drugi album Opeth został bardzo szybko napisany i nagrany, a to dzięki Mikaelowi Åkerfeldtowi posiadającemu w swojej szufladzie sporo niewykorzystanych pomysłów na utwory z czasów wczesnego, podziemnego okresu istnienia szwedzkiego zespołu. Po sporym sukcesie debiutanckiego albumu "Orchid" wśród fanów klimatycznego metalu, charyzmatyczny Szwed kuł żelazo póki gorące i już rok później wypuścił na rynek jego następcę. A ponieważ w trakcie przeprawy przez rzekę nie zmienia się koni i wozu, "dwójka" nie wprowadza żadnej rewolucji w brzmieniu zespołu, kontynuując estetykę poprzedniczki. Do tego została nagrana w tym samym składzie co "Orchid", co w historii Opeth nie będzie regułą. Jednak mało kto spodziewał się, że ten album stanie się tak dużym sukcesem artystycznym, osiągnie pozycję kultową i będzie wzorcem do naśladowania dla olbrzymiej rzeszy młodszych zespołów.
Był nie najmłodszy i prezentował się dość konserwatywnie - taką opinię na temat Leonarda Cohena wydały osoby zajmujące się nagrywaniem jego debiutanckiego albumu. W istocie, przypominający wizualnie aktora Ala Pacino, liczący sobie w 1967 roku trzydzieści trzy wiosny, mieszkający w Stanach Zjednoczonych Kanadyjczyk do nastolatków nie należał, a na zdjęciach nie ubierał się i nie czesał według najnowszej w czasach dzieci kwiatów mody. Pewnie dlatego też te zdjęcia dziś można oglądać bez uczucia wstydu i zażenowania, w przeciwieństwie do niektórych ówczesnych fotografii Beatlesów, Rolling Stones'ów czy innych gwiazd korzennego rocka. Nie przeszkodziło to jednak panu Cohenowi nagrać płyty o mocno rewolucyjnym charakterze, na którą w przyszłości miały powoływać się całe pokolenia muzyków. I to pomimo - wydawałoby się - wyjątkowo prostej i tradycyjnej formuły grania, nie mającej nic wspólnego z rockowym hałasowaniem.
Kiedy ekipa Bad Religion ogłaszała, że "True North" będzie ich ostatnim albumem, miałem ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, muzyka tego zespołu towarzyszyła mi przez wiele lat i do dziś często wracam do kilku albumów. Z drugiej - krążek nie powalał i był gorszą kopią tych wcześniejszych, z kilkoma lepszymi momentami. W tym momencie można było pomyśleć, że sam zespół doszedł do takiego samego wniosku i - nie chcąc odcinać kuponów - postanowił zakończyć działalność studyjną. Silnej woli wystarczyło na sześć lat. Mamy rok 2019 i oczom słuchaczy okazuje się "Age Of Unreason", który w zasadzie można podsumować jednym zdaniem - jest to jeszcze gorsza kopia wcześniejszych dokonań niż "True North".
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Czym powinien kierować się miłośnik sprzętu audio przy wyborze wzmacniacza? Gdyby na tak postawione pytanie można było udzielić prostej i zwięzłej odpowiedzi, pewnie nikt nie zawracałby sobie głowy testami i odsłuchami. Przyjmijmy jednak, że mamy już pewne rozeznanie w temacie, a z długiej listy dostępnych na rynku modeli chcemy wybrać...
Dual to jedna z marek, do których audiofile, a w szczególności miłośnicy czarnych płyt, odnoszą się z wielkim szacunkiem. Ma to swoje uzasadnienie. Niemiecka manufaktura wydała na świat tyle znakomitych gramofonów, że aż ciężko je policzyć. Dobrze zachowana szlifierka tej marki to sprzęt, który po renowacji można bez kompleksów podłączyć...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Stream