Agalloch to jeden z najciekawszych zespołów w szeroko pojętym metalu klimatycznym. Ich oryginalna mieszanka black metalu i doomu z elementami folkowymi, klimatycznymi i progresywnymi od samego początku zdobyła sobie olbrzymią popularność zarówno wśród fanów takiej muzyki jak i sporej grupy zespołów, czerpiących z twórczości Amerykanów. A wszystko zaczęło się w 1999 roku, gdy został wydany debiutancki krążek "Pale Folklore", który z miejsca zdobył status kultowego wydawnictwa.
Coogans Bluff to jedno z moich największych odkryć zeszłego roku. Na zespół z Rostocku pewnie nigdy bym nie trafił gdyby nie Red Smoke Festival. Ze względu na zerową znajomość twórczości i ogrom innych, ciekawszych rzeczy do roboty, ich koncert miałem ominąć. Zdanie zmieniłem w ekspresowym tempie, bo już po kilkudziesięciu sekundach pierwszego utworu. Co mnie przekonało? Rozbudowana sekcja dęta. Uwielbiam łączenie rocka z dęciakami. Z wielkim sentymentem słucham starych albumów Kultu i Armii, gdzie na waltorni i trąbce królował Banan. Dzięki niemu instrumenty te nie były tylko dodatkiem do reszty, ale często grały pierwsze skrzypce ("Niejeden" może być tego najlepszym przykładem). W przypadku Niemców jest podobnie. Wielokrotnie perkusja czy gitara stanowią tylko tło do popisów sekcji dętej.
Eksplozja muzyki rockowej, do której doszło w świecie anglosaskim w drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, musiała w końcu doprowadzić do powstania najcięższej odmiany tego gatunku. Za ojców hard rocka powszechnie uważa się dwa angielskie zespoły - Deep Purple oraz Led Zeppelin. Chociaż ci pierwsi zaczęli wydawać swe płyty wcześniej, to jednak pierwsze arcydzieła gatunku zostały nagrane przez drużynę Roberta Planta i Jimmy'ego Page'a. Rok 1969 był niewątpliwie rokiem Led Zeppelin. Wtedy grupa wydała jednocześnie dwa albumy, obejmujące łącznie ponad 85 minut muzyki. Obydwa zaprezentowały zespół w pełni dojrzałej i doskonałej muzycznie formie, bez jakichkolwiek elementów młodzieńczej naiwności oraz z minimalnymi odwołaniami do twórczości innych wykonawców.
Fajnie się to czyta. Ale nie ma dwóch zdań, ze Led Zeppelin otworzyło drzwi. Drzwi do tego, co działo się w heavy metalu przez lata. Mam nadzieję, ze będą o nich pamiętać następne pokolenia.
Pleszew to niewielkie miasto położone w województwie wielkopolskim nieopodal Jarocina. I tak jak, Jarocin pewnie każdemu z nas kojarzy się z festiwalem organizowanym z przerwami od ponad 40 lat, tak nazwa "Pleszew" przeciętnemu Polakowi nie mówi zupełnie nic. Mogą je natomiast kojarzyć fani cięższego grania, bowiem od kilku lat miasteczko to staje się w połowie lipca światową stolicą stonera. Sprawcami całego zamieszania są członkowie zespołu Red Scalp. Dynamika rozwoju Red Smoke Festu jest niesamowita. Impreza, która jeszcze kilka lat temu skromnie stawiała pierwsze kroki, z roku na rok przyciąga coraz większe gwiazdy gatunku. Kolejne pule karnetów wyprzedają się w przeciągu kilku minut. Niesamowita jest również sama atmosfera festiwalu, gdzie granie spod szyldu Led Zeppelin spotyka się z rasowym stoner rockiem, sludgem i muzyką totalną, jaką w zeszłym roku zaprezentował Ufomammut. Tradycją stało się, że całą imprezę otwiera koncert gospodarzy, którzy na żywo brzmią równie dobrze, jak w wersji studyjnej.
Każdy kolejny album berlińskiej grupy The Ocean Collective to świetna okazja do poszerzenia wiedzy z różnych dziedzin. Dzięki niemieckim muzykom nieświadomi fani mogli zgłębić zasady poglądów heliocentrycznego i antropocentrycznego, poznać budowę oceanów i procesy eoliczne, a także cofnąć się do czasów prekambryjskich. Oczywiście zawartość albumów nie jest w stu procentach skoncentrowana na wymienionych tematach, jednak zawiera pewien "wyciąg" najważniejszych tematów dotyczących danego zagadnienia. W dzisiejszych, typowo konsumpcyjnych czasach, gdzie wszystko podane jest na tacy, jest to praktyka jak najbardziej godna pochwały. Zmusza słuchacza do myślenia i podjęcia wysiłku, jaki trzeba włoży, aby te zagadnienia poznać, a co za tym idzie - zrozumieć ich twórczość. Na pierwszą część duetu "Phanerozoic" czyli album zatytułowany "Paleozoic" (druga ma się ukazać w 2020 roku) przyszło nam czekać najdłużej w historii zespołu, bo ponad pięć lat. Czy było warto?
Koniec roku to czas podsumowań, analiz i wniosków, a także postanowień i planów na najbliższe dwanaście miesięcy. Czym zaskoczy nas kolejny rok, tego jeszcze nie wiemy, ale zgodnie z tradycją, postanowiliśmy natomiast przygotować zestawienie najciekawszych płyt wydanych w tym, który niebawem pożegnamy. Choć kiepskiej muzyki nigdy nie brakowało, w dwóch poprzednich podsumowaniach nie pisaliśmy o ewidentnych rozczarowaniach. Nie nazbierało się ich wówczas aż tak dużo, w związku z czym doszliśmy do wniosku, że lepiej wymienić premiery, których naprawdę warto posłuchać, niż pastwić się nad kilkoma porażkami. Tym razem będzie inaczej i oprócz wielu, wielu hitów, musimy wspomnieć o albumach, które sprawiły nam ogromny zawód. Na szczęście godnych uwagi wydawnictw uzbierało się więcej, o czym świadczy chociażby ostateczny kształt listy przygotowanej przez dzielnych wojowników naszego działu muzycznego. Podsumowanie roku daje nam także szansę częściowego nadrobienia zaległości i wyróżnienia płyt, których nie zdążyliśmy zrecenzować. Jak to w życiu bywa, z różnych powodów, ale przede wszystkim z tak powszechnego w dzisiejszych czasach pośpiechu. Wartościowych albumów ukazało się w mijającym roku tak dużo, że zwyczajnie nie byliśmy w stanie pochylić się nad wszystkimi. Możemy jednak wspomnieć o nich teraz, co z przyjemnością czynimy.
Oczywiście takie rankingi to zabawa i subiektywna ocena, dla zasady z gustami się nie dyskutuje. Żeby zasada była zasadą musi być wyjątek i teraz go czynię - Lao Che "Wiedza o Społeczeństwie"... Rozczarowanie? Uwaga, będę złośliwy - to się może zgadzać, bo autorzy słuchali tej płyty, a trzeba ją zro...
Po zrecenzowaniu najnowszego dzieła Dead Can Dance, nie mogłem nie wspomnieć także o jego nagranym kilka lat wcześniej poprzedniku. Zwłaszcza że "Anastasis" jest albumem lepszym i bardziej godnym uwagi, niż "Dionisos", a także pieczętującym powrót grupy na scenę muzyczną. Płyty nagrane po tak długiej przerwie (w tym przypadku było to 16 lat) często okazują się katastrofą, jednak duet nie tylko wyszedł z tego obronną ręką, ale też nagrał jeden z najlepszych albumów w swojej karierze. Pierwsza reaktywacja zespołu tak naprawdę miała miejsce w 2005 roku, co poskutkowało długą trasą koncertową. Już wtedy muzycy rozważali wejście do studia, jednak zmęczenie występami i kłopoty logistyczne (Brendan Perry mieszkał wtedy w Irlandii, a Lisa Gerrard w Australii) sprawiły, że odłożyli sprawę na później. Jak się okazało, "później" oznaczało 6 lat, podczas których zespół znów oficjalnie nie istniał. Tęsknota za wspólnym graniem w końcu okazała się zbyt silna i duet znów się połączył, tym razem na dobre. Pod koniec 2012 roku muzycy zapowiedzieli wydanie nowego materiału studyjnego i słowa dotrzymali.
W swoich recenzjach wielokrotnie wspominałem o tym, że za granicą Polska metalem stoi. Niejednego naszego rodaka mogłoby zaskoczyć to, w jak egzotycznych krajach popularny jest Behemoth, Vader, Decapitated, Furia, Mgła czy też Obscure Sphinx. Stonerowy świat podbijają między innymi Sunnata, Weedpecker i Spaceslug. Mimo to, polski thrash metal od samego początku traktowany był trochę po macoszemu. Istniejącej od ponad trzydziestu lat ekipie Acid Drinkers nigdy nie udało się zawojować zagranicznych rynków, mimo kilku naprawdę świetnych albumów. Innym reprezentantom thrashowej sceny wiedzie się jeszcze gorzej. Krakowskiemu Virgin Snatch, mimo prawie osiemnastu lat w muzycznym biznesie, nigdy nie udało się wybić poza pewną niszę i zaistnieć na szerszym rynku. "Vote Is A Bullet" - szósty album w dorobku zespołu - raczej tego nie zmieni i nie sprawi, że o grupie zacznie mówić cały kraj.
Wielu z nas na przełomie wieków przeżyło chwilową fascynację nu metalem. We wszystkich środkach przekazu można było usłyszeć Limp Bizkit, Linkin Park czy Korna. Swoje pięć minut miała też ekipa P.O.D., której "Alive" i "Youth Of The Nation" podbiły listy przebojów. W sumie to nic dziwnego, bo to bardzo dobre utwory. Jednak moda na nu metal przeminęła równie szybko, jak się pojawiła. Linkin Park uciekł w inne rejony muzyczne, o Limp Bizkit trudno cokolwiek powiedzieć. W zasadzie tylko Korn utrzymuje jako taką popularność i stara się oscylować w rejonach nakreślonych około dwadzieścia lat temu. Na fali sukcesu nie udało się również utrzymać ekipie P.O.D., która - chyba na przekór wszystkim i wszystkiemu - nadal istnieje i nagrywa nowe albumy. Trudno uwierzyć, że wydany parę tygodni temu "Circles" jest szóstym longplayem, wydanym od czasu "Satellite", czyli swego rodzaju opus magnum zespołu.
Do pracy jeżdżę samochodem. Spędzam w nim co najmniej 40 minut dziennie przez 5 dni w tygodniu. Przez ostatnie kilkanaście dni towarzyszem moich przygód w korkach był zespół Poison Heart. "Heart Of Black City" jest trzecim pełnoprawnym albumem w dyskografii warszawskiej ekipy. Przyznam, że do niedawna nie znałem twórczości tego zespołu. Nie wiedziałem nawet o jego istnieniu. Samo "Poison Heart" kojarzyło mi się mgliście z twórczością Ramones. Zupełnie nieznany album z miejsca stał się idealnym kandydatem do przeprowadzenia samochodowego eksperymentu. Jak wiadomo, muzyka w aucie służy raczej za tło do jazdy. Nie inaczej było i w tym przypadku. W tej konwencji "Heart Of Black City" sprawdził się idealnie.
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
meloman
Jeśli komuś zależy na wysokiej jakości streamingu, to nie ma o czym dyskutować. Wybór jest oczywisty.
Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...
The vinyl revival shows no signs of slowing down, and audio manufacturers are increasingly looking for ways to combine traditional record playback with the conveniences we have come to expect from modern music systems. One of the simplest approaches is...
Fosi Audio started out making small, affordable amplifiers designed to deliver as much performance as possible for relatively little money, while occupying considerably less space on a desk or shelf than conventional hi-fi equipment. Over time, however, the Chinese company's...
You don't have to be a hi-fi enthusiast to know Harman Kardon. In fact, there's a good chance you've encountered the brand without ever setting foot in an audio store. Its logo has adorned the speaker grilles of countless cars...
Lata osiemdziesiąte były dla branży hi-fi czymś w rodzaju złotego wieku - półki sklepów uginały się pod ciężarem urządzeń, z których wiele nazywamy dziś kultowymi, a każda licząca się firma miała w ofercie wzmacniacz, który może nie był najpiękniejszy i wykonany niczym szwajcarski zegarek, ale nie kosztował majątku i grał...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Piotr