W swoich recenzjach wielokrotnie wspominałem o tym, że za granicą Polska metalem stoi. Niejednego naszego rodaka mogłoby zaskoczyć to, w jak egzotycznych krajach popularny jest Behemoth, Vader, Decapitated, Furia, Mgła czy też Obscure Sphinx. Stonerowy świat podbijają między innymi Sunnata, Weedpecker i Spaceslug. Mimo to, polski thrash metal od samego początku traktowany był trochę po macoszemu. Istniejącej od ponad trzydziestu lat ekipie Acid Drinkers nigdy nie udało się zawojować zagranicznych rynków, mimo kilku naprawdę świetnych albumów. Innym reprezentantom thrashowej sceny wiedzie się jeszcze gorzej. Krakowskiemu Virgin Snatch, mimo prawie osiemnastu lat w muzycznym biznesie, nigdy nie udało się wybić poza pewną niszę i zaistnieć na szerszym rynku. "Vote Is A Bullet" - szósty album w dorobku zespołu - raczej tego nie zmieni i nie sprawi, że o grupie zacznie mówić cały kraj.
Wielu z nas na przełomie wieków przeżyło chwilową fascynację nu metalem. We wszystkich środkach przekazu można było usłyszeć Limp Bizkit, Linkin Park czy Korna. Swoje pięć minut miała też ekipa P.O.D., której "Alive" i "Youth Of The Nation" podbiły listy przebojów. W sumie to nic dziwnego, bo to bardzo dobre utwory. Jednak moda na nu metal przeminęła równie szybko, jak się pojawiła. Linkin Park uciekł w inne rejony muzyczne, o Limp Bizkit trudno cokolwiek powiedzieć. W zasadzie tylko Korn utrzymuje jako taką popularność i stara się oscylować w rejonach nakreślonych około dwadzieścia lat temu. Na fali sukcesu nie udało się również utrzymać ekipie P.O.D., która - chyba na przekór wszystkim i wszystkiemu - nadal istnieje i nagrywa nowe albumy. Trudno uwierzyć, że wydany parę tygodni temu "Circles" jest szóstym longplayem, wydanym od czasu "Satellite", czyli swego rodzaju opus magnum zespołu.
Do pracy jeżdżę samochodem. Spędzam w nim co najmniej 40 minut dziennie przez 5 dni w tygodniu. Przez ostatnie kilkanaście dni towarzyszem moich przygód w korkach był zespół Poison Heart. "Heart Of Black City" jest trzecim pełnoprawnym albumem w dyskografii warszawskiej ekipy. Przyznam, że do niedawna nie znałem twórczości tego zespołu. Nie wiedziałem nawet o jego istnieniu. Samo "Poison Heart" kojarzyło mi się mgliście z twórczością Ramones. Zupełnie nieznany album z miejsca stał się idealnym kandydatem do przeprowadzenia samochodowego eksperymentu. Jak wiadomo, muzyka w aucie służy raczej za tło do jazdy. Nie inaczej było i w tym przypadku. W tej konwencji "Heart Of Black City" sprawdził się idealnie.
Marka Knopflera można lubić lub nie, jednak trzeba przyznać, że jest bardzo konsekwentny w tym, co robi. Od ponad dwudziestu lat jego twórczość jest niezwykle spójna. Każda z jego płyt to nie lada gratka dla fanów. Nie inaczej jest i tym razem. "Down The Road Wherever" to bezpośrednia kontynuacja poprzednich wydawnictw i rzecz, która u fanów Knopflera wywoła wiele radości i zapewni mile spędzone chwile. Jest to również materiał, który z pewnością nie przekona do artysty tych, których nie udało się przekonać do tej pory. Nowy album, w zależności od wersji, to od 14 do 16 premierowych utworów. Jest to duża liczba, podobnie jak czas ich trwania - w pierwszym wariancie przekraczający 71 minut, w drugim 78. Dla przeciętnego słuchacza będzie to zdecydowanie za wiele, jednak dla fanów Marka to prawdziwa uczta.
Przedwczesny rozpad Band Of Gypsys to jeden z najbardziej nieodżałowanych momentów w historii rocka. "Cyganie" już na swoich dosłownie pierwszych koncertach zagranych w Fillmore East osiągnęli poziom interakcji i improwizacji, o jakim większość kapel mogła najwyżej pomarzyć. Można się tylko domyślać, jak wspaniały mógłby być materiał studyjny nagrany przez tę grupę. Według legendy winowajcą tego faktu był menadżer Michael Jeffery, który, chcąc powrotu The Jimi Hendrix Experience miał rzekomo podać Hendrixowi bez jego wiedzy LSD tuż przed koncertem w Madison Square Garden. To właśnie ten występ, nieudany z winy grającego "pod wpływem" gitarzysty, był przyczyną końca krótkiej kariery Band Of Gypsys. Ostatecznie Hendrixowi udało się zatrzymać przy sobie basistę Billy'ego Coxa. Później do tej dwójki, pewnie ku zaskoczeniu niektórych, dołączył nie kto inny, jak Mitch Mitchell. Tak narodziło się trio, które można nazwać "mieszanym składem".
Polska scena muzyczna potrzebowała wielu dekad, by móc choćby zrównać się z zachodnią pod względem jakości, brzmienia i dynamiki rozwoju. Od wszystkiego są jednak wyjątki. W tym przypadku jest nim przede wszystkim rodzimy jazz, który już w latach siedemdziesiątych stał na światowym poziomie. Przykłady można by mnożyć, żeby wspomnieć tylko o tak oczywistych, jak Tomasz Stańko czy Krzysztof Komeda, których największe dzieła zalicza się często do najlepszych albumów jazzowych w historii. Obecnie wśród polskich jazzmanów trudno jest znaleźć tak wybitne osobistości, ale przecież nie trzeba być drugim Komedą, by nagrać dobry album jazzowy. Zwłaszcza, jeśli ma się do tego odpowiednie umiejętności i pomoc innych zdolnych muzyków.
W tekst pewnie przypadkiem wkradł się błąd - polski jazz był mega mocarny i światowy już w latach 60. Wtedy ukazał się "Astigmatic" Komedy - największe dzieło polskiej muzyki powojennej - ale też chociażby wydawnictwa Andrzeja Trzaskowskiego ("A. T. Quintet", "Seant"), Andrzeja Kurylewicza ("10 + 8"...
Polska jest fenomenem na skalę światową jeśli chodzi o muzykę nie do końca popularną - taką, której nie usłyszymy w mediach masowych. Większość przedstawicieli niszowych gatunków cieszy się większą popularnością za granicą niż w ojczyźnie, w której króluje muzyka o poziomie "dyskusyjnym". Od wielu lat wielką popularnością w Japonii cieszy się Vader, a Behemoth jeździ w trasy ze Slayerem - w Polsce będąc znanym głównie z procesów o obrazę uczuć religijnych wytoczonych Nergalowi. Ciężko byłoby wymienić kraje, w których popularna jest Mgła (jeszcze ciężej te, w których nie ma problemu z wymową nazwy zespołu). Furia cieszy się porównywalną renomą. Obscure Sphinx zbiera bardzo pochlebne opinie od światowej krytyki i przyciąga tłumy na zagranicznych festiwalach, podczas gdy w Polsce nie jest w stanie zapełnić miejskich domów kultury nawet w towarzystwie post metalowego Dirge, którego zna również tylko grono nielicznych. Do polskiej metalowej ekstraklasy uznawanej za granicą od jakiegoś czasu próbuje wkroczyć Entropia.
Rok 2018 chyba w końcu zdał sobie sprawę z tego, że przez długi czas nie był zbyt łaskawy dla osób oczekujących z niecierpliwością na muzyczne nowości. Co prawda trafiały się ciekawe premiery, jednak dla ludzi o preferencjach zbliżonych do moich, pierwsze trzy kwartały były raczej nieudane. Na szczęście ostatnie tygodnie przyniosły istny wysyp interesujących pozycji. Wśród nich pojawił się mocny kandydat do albumu roku w kategorii grania gitarowego spod szyldu hard rock/stoner. Greenleaf istnieje na rynku muzycznym prawie 20 lat. Początkowo miał to być poboczny projekt dla członków takich zespołów, jak Deamon Cleaner, Dozer czy Lowrider, jednak z czasem stał się pełnoprawnym tworem, który zastąpił część z tych ekip. Cechą charakterystyczną grupy jest stosunkowo częsta rotacja w składzie. Z pierwotnej obsady w zespole pozostał tylko gitarzysta. Na przestrzeni lat zmiany zachodziły na wszystkich pozostałych stanowiskach - od basu, przez perkusję, aż po wokal. Na szczęście nie ucierpiał na tym styl, który od czasu "Trails And Passes" jest tak charakterystyczny, że już od pierwszych dźwięków wiadomo, z kim mamy do czynienia. Tego brzmienia nie da się pomylić z nikim innym.
Kurta Vile'a można bez wątpienia uznać za bezpośredniego spadkobiercę amerykańskiego folk rocka spod szyldu Boba Dylana lub Neila Younga. Choć można się spierać przy porównywaniu klasy tych artystów, trzeba przyznać, że Vile kultywuje muzyczną tradycję zapoczątkowaną kilkadziesiąt lat temu przez legendy gatunku. O przywiązaniu do danych czasów świadczy już sama okładka nowego wydawnictwa. Kurt Vile jest artystą wyjątkowo płodnym. "Bottle It In" jest jego siódmym albumem w solowej karierze zapoczątkowanej w 2008 roku. Po drodze pojawiła się również bardzo dobra kolaboracja z Courtney Barnett. Do tej pory jakość szła w parze z prędkością nagrywania nowych albumów. Czy po wydaniu "Bottle It In" coś się zmieniło?
Choć scena retro-rockowa pełna jest pozbawionych pomysłu na siebie naśladowców, to właśnie z niej wyłonił się jeden z najoryginalniejszych i najlepszych zespołów tego stulecia. Ghost to zresztą nie tylko prawdziwa perła współczesnej muzyki, ale też jeden z największych jajcarzy w historii rocka, który z kiczu i kontrowersji uczynił narzędzie zabawy ze słuchaczami. Niejeden metalowiec łapał się za głowę przy kontakcie z muzyką tej grupy i do dziś to środowisko jest w jej kwestii spolaryzowane. Trudno się dziwić takiemu zaskoczeniu słuchaczy, bo image zespołu kompletnie nie współgra (celowo) z samą jego twórczością. Kardynalski strój i demoniczna maska lidera Papy Emeritusa (już dawno zidentyfikowanego jako Tobias Forge), towarzyszące mu zakapturzone "ghoule" (czyli muzycy, których tożsamości w większości też są znane), a także okładki, teksty, satanistyczna otoczka i nieraz skrajnie infantylne tytuły wskazują na takie style, jak doom metal, death metal, black metal czy gothic metal. W zasadzie tylko pierwszy z tych tropów jest prawdą, ale stanowi wyłącznie jeden z wielu elementów. Styl grupy to bowiem wyjątkowo osobliwa, zwłaszcza jak na dzisiejsze czasy, mieszanka doom-metalowych riffów, psychodelicznych klawiszy i popowego wokalu.
Słowo "kicz" to jak najbardziej pasujący opis tej płyty. Tylko czy kicz to styl, jak sugeruje autor powyższego tekstu? Jak dla mnie to nie. Rozumiem, że muzycy tej grupy robią to świadomie i mają swoich fanów (każdy słucha tego, co lubi), ale niestety żyjemy w czasach, w których kicz dostąpił miana ...
Kiedy w 2019 roku testowaliśmy Bluesounda Powernode 2i, całą opowieść rozpoczęliśmy od pytania o różnicę między audiofilem a melomanem. Ten pierwszy miał doskonale znać nazwy i symbole interesujących go urządzeń,...
Większość producentów sprzętu stereo chce, abyśmy kojarzyli ich markę z modelami pozycjonowanymi jak najwyżej - najlepszymi, najbardziej atrakcyjnymi wizualnie i wykorzystującymi najbardziej zaawansowane rozwiązania techniczne. Kupując niedrogie monitory z błyszczącym...
W katalogach dużych producentów sprzętu audio są produkty, których rola staje się oczywista już po kilku sekundach. Wystarczy spojrzeć na nazwę, cenę, konstrukcję i miejsce w ofercie, aby mniej więcej...
Bannery boczne
Komentarze
Garfield
@1piotr13 - Młodzi ludzie podążający za modą na retro. Do tego samego grona kierowane są kasetowe odtwarzacze.
Nie wiem do jak szerokiego grona jest kierowany przenośny CD. Teraz, kiedy w telefonie lub innym przenośnym grajku masz tysiące plików oraz streaming z platform...
Miałem Diamondy 28 i szybko się z nimi pożegnałem. Na początku było woow, niestety z czasem denerwował mnie ten misiowaty, przeciągnięty bas z ogonem i wycofana...
Czy powyższa ocena dotyczy urządzenia z regulacją głośności w Matrix TS1, czy aby uzyskać taki efekt, trzeba skorzystać z oddzielnego przedwzmacniacza?
Jak wyglądał świat w marcu 1979 roku? Andrzej Wajda kręcił "Panny z Wilka". Jan Paweł II był papieżem niecałe pół roku. Prezydentem USA był Jimmy Carter. W Nowym Jorku urodziła się Norah Jones. Atari wypuściło na rynek komputery Model 400 i Model 800. W salonach samochodowych pojawiły się Peugeot 505,...
The wireless headphone market is no longer defined only by convenience, battery life and noise cancellation. In its upper tier, it is increasingly becoming a place where brands are trying to translate ideas from serious wired headphones and in-ear monitors...
Topping has introduced the E50 II, a compact pure DAC with preamp functionality and no onboard headphone amplifier. The new model joins the company's popular E Series of budget-friendly converters and is designed for desktop systems, hi-fi setups, active speakers,...
Beyerdynamic has introduced the DT 30 IE, a new in-ear monitor aimed primarily at musicians, stage performers and users who need a compact, durable monitoring solution rather than a lifestyle earphone. The model arrives as a more accessible addition to...
Co przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o Francji? Wiadomo - świetna kuchnia, doskonałe wina i sery, luksusowe perfumy, nowoczesna architektura, pokazy mody, festiwale filmowe, słynni malarze i wiecznie zakorkowane uliczki Paryża. Dla amatorów sprzętu hi-fi jest to także jeden z najważniejszych krajów na audiofilskiej mapie świata. To właśnie tutaj...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
dongdong