Max Cavalera jest artystą bardzo płodnym. Systematycznie raczy swoich fanów nowymi wydawnictwami Soulfly - średnio co dwa lata. Udziela się też w różnych projektach pobocznych, jak Killer Be Killed. Grono systematycznych wydawnictw poszerzył niedawno twór złożony z braci Cavalera, krążkiem "Pandemonium". Fakt faktem, muzyka tworzona przez Maxa nie należy do wymagających, nie trzeba kombinować i drążyć jej jak w post metalu czy rocku progresywnym, zatem materiał można stworzyć zdecydowanie szybciej. Ważne by ilość szła w parze z jakością. Niestety hurtową ilość materiału generowanego przez Cavalerę coraz bardziej czuć. Zacznijmy od wad tego wydawnictwa. Nie lubię powielać tego co już gdzieś zostało napisane, ale moje zarzuty są identyczne, jak te pojawiające się w innych recenzjach - budowa poszczególnych utworów jest cholernie schematyczna i prosta jak konstrukcja cepa. Do tego dochodzą teksty - w tej warstwie nigdy nie było rewelacji, ale kiedyś nie zwracałem na nie uwagi, a dziś coraz bardziej mnie drażnią. Dobrze, że Max jest wokalnie w co najmniej dobrej formie.
Nowy album Pink Floyd? Jeszcze pół roku temu wydawało się zupełnie nieprawdopodobne, że grupa jeszcze kiedykolwiek wyda premierowy materiał. Kiedy w 2005 roku Roger Waters, David Gilmour, Rick Wright i Nick Mason stanęli razem na scenie, aby ledwie dwudziestominutowym występem uświetnić charytatywny koncert Live 8, wielu fanów miało pewnie nadzieje, że na tym się nie skończy, że powstanie nowy materiał. Niestety, przez kolejne trzy lata nic w tej kwestii się nie działo, a wszelkie nadzieje pogrzebała śmierć Wrighta w 2008 roku. Zawsze jednak można odkurzyć stare, nigdy nie wydane nagrania, trochę je poprzerabiać i sprzedawać jako nowy album. Tak postanowili zrobić Gilmour i Mason. Bez udziału Watersa, przez co wielu fanów spisało "The Endless River" na straty już na starcie. Zupełnie niesłusznie, bowiem pozostała dwójka sięgnęła po materiał, który zarejestrowali już po burzliwym rozstaniu z Watersem. Nie brał udziału w oryginalnych sesjach, jaki więc sens miałoby ściąganie go teraz? Cofnijmy się w czasie o dwadzieścia jeden lat. W 1993 roku Gilmour, Wright i Mason pracowali nad albumem "The Division Bell" - jak się później miało okazać, ostatnim przed zawieszeniem działalności.
Jeden rzut oka na debiutancki album warszawskiego Scream Maker i już wiadomo jakiej muzyki się spodziewać - ciężko bowiem nie skojarzyć jej z grafiką zdobiącą album "Stained Class" Judas Priest. Właśnie taką muzykę znajdziemy na "Livin' in the Past" - melodyjny heavy metal w stylu Priest, Iron Maiden, Dio, Scorpions lub Dokken. Pozostańmy jeszcze w temacie okładki. Odpowiada za nią słynny Rosław Szaybo, autor licznych okładek albumów muzycznych, w tym właśnie grupy Judas Priest – między innymi wspomnianego "Stained Class" i kultowej grafiki "British Steel". To nie jedyne znane nazwisko, jakie pojawia się w opisie debiutu Scream Maker. Gościnne wystąpili tutaj Jordan Rudess, klawiszowiec prog metalowego Dream Theater, oraz Wojciech Hoffmann, gitarzysta Turbo. Mniej rozpoznawalne może być nazwisko Alessandra Del Vecchio - włoskiego klawiszowca i producenta. Chociaż grupa Scream Maker istnieje dopiero od 2010 roku, zdążyła już zaistnieć, zarówno w kraju, między innymi dzięki supportowaniu heavy metalowych gwiazd, jak i za granicą - przede wszystkim w Chinach, gdzie zagrali kilka koncertów, a ich debiutancka EP-ka "We Are Not the Same" z 2012 roku ukazała się jako regularny album.
Dokładnie 30 lat temu ukazał się jeden z najlepszych comebackowych albumów w historii muzyki. Po dziewięciu latach przerwy Deep Purple wrócił w najsłynniejszym składzie - tym samym, który nagrał takie arcydzieła, jak "In Rock", "Machine Head" czy koncertowy "Made in Japan". Długa nieobecność zaowocowała albumem, który śmiało można postawić w jednym rzędzie z wyżej wymienionymi. Albumem, który zachwyca już od pierwszych dźwięków otwierającego go "Knocking at Your Back Door". Na początek charakterystyczny organowy motyw, do którego kolejno dołączają pozostałe instrumenty - bas, perkusja i gitara. Główny riff, na którym oparto większość utworu, to jeden z najbardziej chwytliwych, jakie wyszły spod palców Ritchiego Blackmore'a. Kawałek zachwyca także partią wokalną Iana Gillana, który wciąż jeszcze był w swojej najwyższej formie. Oczywiście nie brak też długich solówek. Cały utwór trwa trochę ponad siedem minut, ale ani przez chwilę nie nudzi. Warto też zwrócić uwagę na brzmienie.
Najnowszy album Lunatic Soul - solowego projektu Mariusza Dudy z Riverside - dla wielu może być sporym zaskoczeniem. Po dwóch albumach z muzyką balansującą pomiędzy akustycznym folkiem, a klimatami etnicznymi w stylu dokonań Dead Can Dance i Petera Gabriela ("Lunatic Soul", "Lunatic Soul II"), oraz jednym z instrumentalną muzyką ambientową ("Impressions"), Duda postanowił pójść w zupełnie nowym kierunku. Dobrą zapowiedzią tego, czego można się spodziewać po całym albumie, jest promujący go na singlu utwór "Cold". Dominuje w nim dość mroczna i - zgodnie z tytułem - zimna elektronika, wzbogacona gitarowym motywem. Utwór wywołuje natychmiastowe skojarzenia z twórczością Depeche Mode, szczególnie zaś z utworem "Dream On". Inny jest jednak charakter obu kompozycji. "Cold" ma zdecydowanie mniej przebojową melodię, chociaż w pamięć zapada równie mocno - a może nawet bardziej - za sprawą transowego, wciągającego klimatu. Taki jest cały longplay - zimny, elektroniczny i transowy, a zarazem bardzo wciągający.
Muzyczną wersję "Wojny Światów" Jeffa Wayne'a po raz pierwszy w życiu usłyszałem kilkadziesiąt lat temu w Trójce. Były to czasy, kiedy w radiu można było usłyszeć całe albumy, a redaktorzy przed włączeniem muzyki mówili, jaką kasetę należy przygotować w celu poprawnego jej nagrania. Na "Jeff Wayne's Musical Version of the War of the Worlds" była potrzebna cała kaseta C-90, ponieważ oryginalnie dzieło zostało wydane na dwupłytowym albumie winylowym. Mam tę kasetę do dzisiaj. Jest zgrana do cna, bo muzyka od lat wywiera na mnie ogromne wrażenie swoim rozmachem, potęgą brzmienia i dramatyzmem.
Dzień dobry. Ano, ano płyta od lat nie schodzi z piedestału wydawniczego i nadal jest najbardziej ciekawą propozycją publikacji płytowych. Moje pierwsze spotkanie z tym albumem (wersja Vinyl) to bazar w Warszawie tu gdzie teraz stoi Muzeum Sportu i Turystyki... Fakt dawne czasy. Spotkanie jakie wywa...
Przyznam szczerze, że dawno z taką niecierpliwością nie czekałem na premierowy krążek. W zasadzie tuż po poznaniu "Exhibit B" chciałem więcej. Parę lat już od tego momentu minęło, więc trochę się naczekałem. Po drodze zdążyło mi się zapalić kilka lampek awaryjnych. Pierwsza to śmierć Jeffa Hannemana w zeszłym roku i wciągnięcie Gary'ego Holta w szeregi Slayera. W tym momencie myślałem, że na coś nowego od Exodusa poczekamy przez następne 3-4 lata. Po drugie, rozstanie z Robem Dukesem w połowie tego roku i pojednanie z "Zetro" Souzą. Oczywiście do Steve'a nic nie mam, 10 lat temu na "Tempo Of The Damned" wypadł świetnie. Nie zmienia to faktu, że na mikrofonie zdecydowanie wolę Dukesa - scenicznego demona, który śpiewa zdecydowanie mocniej i na dłuższą metę mniej drażniąco. Po trzecie, zapowiedź albumu w postaci "Salt The Wound". Holt wraz z ekipą zapowiadali ultra szybki krążek, urywający tyłek i miażdżący wszystko na swej drodze. Dodatkowo miało to być najlepsze wydawnictwo w ich dotychczasowej karierze. Szkoda tylko, że sam kawałek jest totalnym zaprzeczeniem ich słów.
Z muzyków występujących w Uriah Heep w latach siedemdziesiątych pozostał tylko Mick Box. Z obecnego składu najdłużej, bo od 1989 roku i albumu "Raging Silence", towarzyszą mu wokalista Bernie Shaw i klawiszowiec Phil Lanzon. Znacznie krótszy staż ma sekcja rytmiczna - perkusista Russell Gilbrook zajął miejsce Lee Kerslake'a w 2007 roku, natomiast basista Davey Rimmer dopiero w 2013 roku zastąpił chorego na raka Trevora Boldera (zmarłego niedługo później) i "Outsider" jest pierwszym albumem nagranym z jego udziałem. Odświeżenie składu nie wpłynęło jednak na muzykę zespołu, który trzyma się tutaj stylu wypracowanego na albumie "Sonic Origami" z 1998 roku i kontynuowanego później na albumach "Wake the Sleeper" (2008) i "Into the Wild" (2011), a zatem dalekiego od plastikowych koszmarków, którymi różne składy Uriah Heep raczyły słuchaczy w latach 70-90. Szczególnie tragiczne były zaś propozycje z lat osiemdziesiątych, wpisujące się w tandetny klimat tamtej dekady.
"Naszym rodakom żyje się coraz lepiej. Młodzi ludzie chętnie zakładają rodziny bo ich na to stać. Mają swoje cztery kąty, dobrą, perspektywiczną pracę i wysokie zarobki. Służba zdrowia pracuje jak należy, nie ma kolejek do specjalistów, wszelkie zabiegi wykonywane są od ręki. Wszyscy poruszamy się po drogach ekspresowych i autostradach, ewentualnie ultra szybkimi pociągami. Buntownicy, dezerterzy, maruderzy nie mają racji bytu, bo tak na prawdę nie ma na co narzekać, przeciwko czemu się buntować i przeciwko czemu protestować." Pewnie są miejsca na Ziemi, w których ludzie mogą tak mówić. My natomiast od ćwierćwiecza żyjemy w "nowej" rzeczywistości, w najwspanialszym i najbardziej efektywnym systemie wymyślonym przez ludzi... Buntownicy, maruderzy i ludzie będący na "nie" mają się bardzo dobrze. Bardzo dobrze ma się również Dezerter, który od ponad trzydziestu lat celnie punktuje i piętnuje różne chore zjawiska zachodzące nie tylko w naszym kraju. W XXI wieku ekipie Matery, Grabowskiego i Chrzanowskiego zdarza się to zdecydowanie rzadziej niż w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, ale jak już się gorycz i niezadowolenie nazbiera to mamy jak w banku, że zespół nagra nowy materiał.
To jedna z tych płyt, których przesłuchanie w całości jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Oprócz momentów, które uwielbiam, jak chociażby "Bacchanale" z pierwszej części są też fragmenty, których chciałbym uniknąć. Nie jest to łatwe ponieważ album jest podzielony na dwa utwory, które same w sobie posiadają poszczególne części nie tylko osobno nazwane, ale też oddzielone chwilami ciszy. Niektórych może to rozpraszać, szczególnie po wysłuchaniu wspomnianego wyżej "Bacchanale" będącego pierwszym utworem na płycie.
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...
Polski sprzęt audio - to hasło przeciętnemu obywatelowi naszego kraju kojarzy się ze wzmacniaczami, kolumnami głośnikowymi i gramofonami sprzed kilku dekad. Większość z nas wyobraża sobie piękne wieże Unitry, Diory czy Radmora, kultowe Altusy lub gramofony takie, jak Daniel, Adam czy Bernard. Jeżeli myślicie, że to wszystko relikty minionego systemu,...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Marek