Czego spodziewałem się sięgając po ostatni, jak do tej pory, album grupy Therion? Ano symfonicznego rozmachu przede wszystkim. Potężnych, pompatycznych aranżacji, pięknych kobiecych głosów i mocnego, gitarowego zgiełku. Do tego także pędu, który każe w samochodzie mocniej docisnąć pedał gazu, a po domowym odsłuchu da siłę napędową pozwalającą chociażby odkurzyć mieszkanie i wykonać szereg innych prac w ciągu kilku minut. Christofer Johnsson, lider zespołu, chciał nagrać płytę będącą coverami starych, francuskich piosenek pop. Jak postanowił, tak zrobił, nie ważąc na kręcenie nosem swojego ówczesnego wydawcy - Nuclear Blast Records. Fakt, że wszystkie piosenki miały być zaśpiewane po francusku, był po prostu przysłowiowym gwoździem do trumny pomysłu i wydawca w ogóle nie chciał się zgodzić na taką muzykę. Co zrobił nasz bohater? Zerwał kontrakt z wytwórnią i sam sfinansował nagranie tego albumu. Cóż, niezależność twórcy jest najważniejsza! Pozazdrościć wiary we własne siły. A jaki jest efekt tego ryzykownego zagrania?
Jeśli ktoś po "Tied To A Star" spodziewał się rewolucji, to srogo się zawiedzie. J Mascis solo jest totalnym zaprzeczeniem twórczości z jego kapelą macierzystą - Dinosaur Jr. W tej kwestii nic się nie zmieniło i najnowsze dziecko Mascisa to bezpośrednia kontynuacja "Several Shades Of Why" ze wszystkimi jej zaletami i wadami (bo pewnie niektórzy i takie znajdą). Ja Mascisa bardzo lubię w obu odsłonach, więc widzę tu zdecydowanie więcej plusów niż minusów. Jednym z największych atutów tego krążka jest "Wide Awake" z gościnnym udziałem Cat Power na wokalu. Kawałek oparty praktycznie na samej delikatnej gitarze powala delikatnością i urokiem. Do tego dochodzi idealnie dopasowany damski głos i w efekcie otrzymujemy najpiękniejszy fragment albumu. Po drugiej stronie barykady stoi "Every Morning" - rzecz energiczna, dynamiczna i niesamowicie pozytywna. Utwór ten brzmi jakby był odegrany przez pełnoprawną, kilkuosobową kapelę - oprócz akustyka pojawia się gitara elektryczna (ta pojawia się jeszcze w świetnym "Trailing Off"), perkusja i całe potrzebne zaplecze. Obok "Every Morning" możemy postawić instrumentalny kawałek "Drifter" jakby żywcem wyciągnięty ze ścieżki dźwiękowej do "Into The Wild" - jest to kolejna wisienka na torcie.
Zgodnie z współczesnymi standardami, najnowsza koncertówka Queen, zawierająca materiał zarejestrowany równo czterdzieści lat temu, została wydana w wielu różnych formatach (CD, winyl, DVD, Blu-ray) i wersjach (podstawowe, rozszerzone i - oczywiście - deluxe). Dla mnie oczywiste było, że muszę mieć wydanie winylowe. Do wyboru miałem wersję dwupłytową, zawierającą fragmenty dwóch występów grupy (z 31 marca i 20 listopada 1974 roku, obu z londyńskiego Rainbow Theater) lub czteropłytowy boks, zawierający kompletne zapisy obu tych występów. Względy finansowe (ponad dwieście złotych różnicy) zadecydowały o wyborze tańszej wersji. Pierwsza płyta przynosi dwanaście utworów (licząc gitarowe i perkusyjne solówki, wyróżnione jako osobne ścieżki, oraz repryzy "Son and Daughter" i "Keep Yourself Alive") z marcowego występu, który odbył się w ramach trasy promującej drugi album zespołu, "Queen II". Wybór utworów nie jest przypadkowy - to dokładne odwzorowanie albumu "Live at the Rainbow", który został zmiksowany i zremasterowany już w 1974 roku, ale ostatecznie nie został nigdy wydany, ponieważ muzycy w międzyczasie zdążyli nagrać trzeci album studyjny.
Wszyscy, którzy chcieliby powrotu do twórczości Opeth elementów death metalu, mogą w ogóle nie tracić czasu na poznawanie najnowszego dzieła zespołu. "Pale Communion" to w pewnym sensie kontynuacja wydanego trzy lata temu "Heritage" - nie ma tu żadnych growli, a cięższe gitary pojawiają się tylko jako urozmaicenie w kilku utworach. Zamiast tego grupa jeszcze bardziej idzie w stronę rocka progresywnego w klimacie lat 70. Wystarczy zresztą spojrzeć na okładkę - od razu przywodzącą na myśl "Pictures at an Exhibition" Emerson, Lake & Palmer (choć jest też mrok znany z okładek Opeth sprzed "Heritage"). O ile jednak poprzedni album sprawiał wrażenie dziwnego - i momentami niezbyt udanego - eksperymentu, tak tutaj słychać, że muzycy doskonale czują się w takim graniu. Odnaleźli swój nowy styl, będący wypadkową dawnego Opeth i wyraźnej inspiracji muzyką sprzed czterech dekad.
Niesamowite jak daleką muzyczną drogę przeszedł Coldplay na przestrzeni 14 lat. Debiut, mimo że ugrzeczniony i na swój sposób słodki, był jednak rockowy i zawierał dużo fajnego i pozytywnego grania. Podobnie było na drugim krążku. Z każdym kolejnym zespół coraz bardziej odjeżdżał w rejony przeze mnie średnio lubiane i raczej omijane. Apogeum tego można było odczuć na "Mylo Xyloto", który od debiutu więcej dzieliło niż łączyło. Faktem jest, że na każdym z tych albumów znalazły się utwory ciekawe i trzymające poziom, ale ogólnie tendencja była spadkowa. Można było oczekiwać, że w końcu nastąpi odbicie i zespół stworzy coś na starą modłę. Ale nie... Christ Martin wraz ze swoją żoną Gwyneth Paltrow ogłosili, że są w separacji i efekty żalu artysty możemy usłyszeć właśnie na "Ghost Stories". Chociaż i z tą separacją to nie do końca prawda, bo najnowszy twór Coldplay powstawał od końca 2012 roku czyli jeszcze przed ogłoszeniem tej radosnej nowiny. Jak by nie było, "Ghost Stories" to album pełen żalu, smutku i beznadziei. Połączenie tych trzech składników sprawia, że do przesłuchania krążka w całości bez jednego ziewnięcia albo chociaż chwili znużenia potrzebna jest maść na hemoroidy.
Niewiele jest gatunków muzycznych, które tak słabo radziłyby sobie z próbą czasu jak nu metal. Boom na ten rodzaj grania był swego czasu nieziemski. Chyba każdy na przełomie wieków musiał spotkać się z takimi nazwami, jak Limp Bizkit, P.O.D. czy Linkin Park a w mniejszym stopniu również Korn, który od zawsze był czymś więcej niż tylko nu metalem. Media różnego rodzaju bombardowały nas twórczością tych kapel w niemiłosierny sposób. Wielkiego szału z tym gatunkiem nie było, ale w tamtych czasach fajnie to grało i pasowało do wizerunku zbuntowanego nastolatka. Ale te czasy szybko minęły. W zasadzie po tylu latach tylko nazwa Korn wywołuje u mnie czasami szybsze bicie serca, ale i ten zespół przeplata udane wydawnictwa kompletnymi klopsami. Limp Bizkit na płycie "Gold Cobra" stworzył kilka fajnych numerów, ale ogólnie album nie powalał. Ekipa P.O.D. również od czasu do czasu coś nagrywa i chyba mało kogo to już obchodzi. Ze wszystkich zespołów chyba właśnie Linkin Park cieszy się największą popularnością. Moje zainteresowanie nimi skończyło się w 2003 roku po wydaniu "Meteory". Późniejsze twory z milionami remiksów bardziej odpychały, niż zachęcały do dalszego obcowania z zespołem.
Fajnie jest być fanem tego zespołu. Overkill, z zegarmistrzowską precyzją, co dwa lata częstuje nas nowymi wydawnictwami. I to nie byle jakimi! Wydany w 2010 roku "Ironbound" przez wielu uznawany jest za "thrashstersztyk", podobnie zresztą jak "The Electric Age" nagrany dwa lata później. Krążki te mogłyby posłużyć jako wzorzec thrashu XXI wieku - jest szybko, ciężko i nowocześnie, ale jednocześnie czuć tę nutkę klimatu sprzed lat. Dwoma poprzednimi albumami Overkill zawiesił sobie poprzeczkę cholernie wysoko. W zasadzie nie ma się co dziwić osobom, które obawiały się nowego materiału. Sam należałem do tej grupy. Po takiej fali wznoszącej musiało w końcu nadejść potknięcie, jakiś błąd w sztuce, wypadek przy pracy. Sorry, ale nie tym razem. "White Devil Armory" jest kolejnym dowodem na to, że na chwilę obecną Overkill jest najlepiej trzymającą się ekipą ze starej szkoły thrashu. Chociaż przyznam szczerze, że pierwsze przesłuchanie nie zapowiadało niczego dobrego. Wcześniej pojawiła się albumowa zapowiedź w postaci "Armorist" – tu również wielkiego szału nie było. Ale teraz już jest, a fala entuzjazmu przeniosła się z zapowiedzi na cały album.
Recenzję najnowszego dziecka Mastodona rozpocznę dość nietypowo. "Once More 'Round The Sun" ma dwie podstawowe wady. Po pierwsze nie jest to Mastodon z pierwszych płyt... Jeśli liczycie na powtórkę z "Remission" czy też "Leviathana", przeżyjecie duży zawód. Ale jeśli uda wam się odciąć od przeszłości ekipy z Atlanty, sytuacja może się diametralnie odmienić. Gorzej z drugą wadą – żeńskimi chórkami w "Aunt Lisa". Chyba łatwiej byłoby zrozumieć o co chodzi w polskiej polityce, niż rozgryźć po jaką cholerę zespół zdecydował się na wstawianie tego czegoś. No ale o gustach podobno się nie dyskutuje, być może komuś ten zabieg się spodoba. Teraz możemy już spokojnie przejść do zalet. Największą jest zdecydowanie "Chimes At Midnight". To chyba najlepsza rzecz, jaką grupie udało się stworzyć od czasu utworów z "Blood Mountain". Intro kojarzące się z rockiem progresywnym zostaje w brutalny sposób przerwane przez niespokojny riff i galopujące tempo. Kawałek nawiązuje do starych czasów i ma w sobie to, co w ekipie Mastodona najlepsze.
Długo nie mogłem się przekonać do nowego albumu Keysów. Dlaczego? Otóż swoją przygodę z zespołem zacząłem od "El Camino", a "Turn Blue" jest do niego tak podobny, jak nasi kopacze nożni do reprezentacji grających w finałach mistrzostw świata. Jedna i druga załoga wychodzi na boisko w składzie jedenastu graczy i chyba na tym podobieństwa się kończą. Po przebojowym poprzednim albumie ciężko było się przestawić na rzecz totalnie odmienną. Po pierwszym przesłuchaniu odłożyłem album w kąt i zabrałem się za inne premierowe wydawnictwa. Po pewnym czasie wypadało dać szansę kapeli, która jeszcze nie tak dawno zachwyciła mnie i uzależniła na wiele tygodni. W ten sposób każdy kolejny kontakt z "Turn Blue" zmieniał moje zdanie o nim. Album diametralnie różni się od poprzednika, ale nie można powiedzieć, że jest gorszy. Nie ocieka przebojowością, jest za to o wiele bogatszy instrumentalnie, bardziej przestrzenny i emocjonalny. Klimat znany z "El Camino" czuć tu chyba tylko w zamykającym całość "Gotta Get Away". Utwór ten błyskawicznie wpada w ucho i za nic w świecie nie chce z niego wylecieć.
Album niemal w całości nagrany przez 19-letniego wówczas Mike'a Oldfielda to jeden z najbardziej oryginalnych debiutów w historii muzyki. Składają się na niego zaledwie dwa, grubo ponad dwudziestominutowe, prawie instrumentalne utwory. Nad pierwszym z nich, pierwotnie zatytułowanym "Opus One", muzyk pracował już kilka lat przed wydaniem albumu. Pierwszą wersję nagrał w domu, na magnetofonie, z którego usunął głowicę kasującą - dzięki temu mógł nakładać na siebie partie różnych instrumentów. Utwór nie zrobił jednak wrażenia na przedstawicielach żadnej z wytwórni, do których zgłosił się Oldfield. Na szczęście, młody muzyk w końcu trafił na niejakiego Richarda Bransona, który właśnie zakładał wytwórnię Virgin Records. Debiut Oldfielda był jej pierwszym wydawnictwem. Już podczas sesji nagraniowej "Opus One" przemianowany został na "Tubular Bells, Part One". Artysta stworzył też drugą część dzieła. Obie kompozycje są właściwie muzycznymi kolażami, z ponakładanymi na siebie partiami wielu instrumentów - gitar akustycznych i elektrycznych, fortepianu, organów czy licznych instrumentów perkusyjnych, w tym tytułowych dzwonów rurowych.
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Regulacja głośności jest jedną z najważniejszych funkcji każdego systemu audio. Prawidłowe działanie tego elementu naszego sprzętu ma ogromny wpływ na przyjemność płynącą z jego użytkowania. Kiedy potencjometr zaczyna tracić swoją funkcjonalność, nawet w niewielkim stopniu, jest to niezwykle kłopotliwe, a może też być niebezpieczne dla innych elementów zestawu, takich jak...
Dual to jedna z marek, do których audiofile, a w szczególności miłośnicy czarnych płyt, odnoszą się z wielkim szacunkiem. Ma to swoje uzasadnienie. Niemiecka manufaktura wydała na świat tyle znakomitych gramofonów, że aż ciężko je policzyć. Dobrze zachowana szlifierka tej marki to sprzęt, który po renowacji można bez kompleksów podłączyć...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.