Społeczeństwo na świecie staje się coraz głupsze, czego ostatni przykład widzieliśmy podczas Eurowizji. Przez kilka dni w Polsce mieliśmy do czynienia z wielkim oburzeniem, zniesmaczeniem i cholera wie czym jeszcze. A prawda jest taka, że ludzi normalnych nie obchodzą konkursy sztuki miałkiej i nijakiej. Podobnie jak Michaela Giry nie obchodzą coraz to głupsze trendy muzyczne. Chłop razem z zespołem robi swoje i po niecałych dwóch latach od premiery "The Seer" zaprasza nas ponownie w podróż przez swój muzyczny świat - świat muzyki brzydkiej, trudnej, męczącej i wymagającej. Podróż ta jest nie byle jaka, bo trwa jeszcze dłużej niż poprzedni album. Łabędziom należy się ogromny szacunek za tempo pracy. W dzisiejszych czasach trudno jest w ogóle nagrać ciekawy materiał. Przykładem może być tu Tool, którego członkowie już od ośmiu lat próbują spłodzić coś, co ma ręce i nogi. Na razie im nie wychodzi. Gira i spółka potrzebowali niecałych dwóch lat na stworzenie dwóch godzin nowego materiału. Myślałem, że po "The Seer" już niewiele rzeczy będzie w stanie mnie zaskoczyć. A tu niespodzianka!
Post metal jest gatunkiem cholernie niewdzięcznym do recenzowania. Nie ma tu przebojowych melodii, wpadających w ucho solówek czy chwytliwych refrenów. Mamy natomiast utwory ciągnące się niczym "Moda Na Sukces" i wokale średnio nadające się do radia. Jest jednak w tym gatunku jakaś magia, która niektórych przyciąga niczym magnes, innych zaś odpycha. Ja pokochałem ten gatunek kilka lat temu i do dziś pochłaniam go w dużych ilościach. Rosetta to jeden z najbardziej oryginalnych zespołów tej branży. Ciężko ich przyrównać do kogokolwiek. "A Determinism Of Morality" to trzeci album w dorobku kapeli z Filadelfii. Ameryki na nim nie odkrywa, stereotypów nie przełamuje, ale nadal robi swoje. Teoretycznie jest podobnie, jak na "Galilean Satellites" i "Wake/Lift". Podobnie, ale jakby inaczej. Zespół ma umiejętność grania na jedno kopyto, ale w taki sposób, że nie można ich posądzić o zjadanie własnego ogona. Każdy ich krążek jest podobny, ale jednak zupełnie inny. "A Determinism Of Morality" można uznać za dzieło lżejsze od poprzedników, jeśli w przypadku Rosetty można mówić o jakiejkolwiek lekkości.
Nigdy nie lubiłem EP-ek. Ani to pełnoprawny album, ani też singiel, a swoją drogą za takimi krążkami również nie przepadam. Moim zdaniem muzyka powinna zmuszać człowieka do dłuższego zatrzymania i pochylenia się nad nią. A tego nie da się zrobić w 15-20 minut. Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. W takich krótkich albumach słuchacz zazwyczaj nie zdąży jeszcze dobrze się rozkręcić, a krążek już się kończy. "Tend No Wounds" jest tego idealnym przykładem. Wydawnictwo ma niecałe 23 minuty, które podzielono na 6 utworów. Niby nie jest źle, ale czegoś temu krążkowi brakuje.
To debiutancka płyta zespołu wydana w 2009 roku. Co ciekawe, przesłuchałem ją w ostatniej w kolejności, ponieważ wcześniej w moje ręce trafiły już krążki "Earthshine" i najnowszy "Eternal Movement", którego po raz pierwszy słuchałem przez sieć. Uprzedzam więc, że w wszystko odbyło się trochę na odwrót. Jak "Aura" wypada na tle późniejszych dokonań kapeli?
Melancholijny nastrój pluchy, która panuje właśnie za oknem to chyba najlepszy moment na rocka w brytyjskim wydaniu. Do szuflady mojego odtwarzacza trafiła więc druga EP-ka młodej, pięcoosobowej grupy Pylo, pochodzącej z malowniczego miasta Bath. Pierwszy minialbum "Bellavue" sprawił, że porównywano ich muzykę do twórczości legend takich, jak Pink Floyd, Radiohead, Sigur Ros czy The Verve. Takie zestawienie budzi apetyt na podróż przez zakamarki współczesnej muzyki gitarowej. Na szczęście Pylo nie zawodzi. Krażek otwiera spokojne, elektroniczne intro, które ma więcej wspólnego z muzyką relaksacyjną, aniżeli z pozostałymi utworami. To, co faktycznie przyciąga uwagę to dominująca gitara, która zapowiada charakter reszty albumu. Od razu po zakończeniu wstępu otrzymujemy mocny początek kolejnego utworu, który stanowi najbardziej popowy moment na krążku. Indierockowa kompozycja "Young" przypomina przeboje U2 z lat osiemdziesiątych, jak "I Still Haven't Found What I'm Looking For" czy "Pride". Ciche przejście z powtarzającym się wersem "I should've known better" wpada w ucho i czyni "Young" materiałem na hit list przebojów.
Początek lat siedemdziesiątych to czas ogromnej popularności Deep Purple. Zespół odniósł sukces dzięki wysoko notowanym singlom "Black Night" i "Smoke on the Water", ale przede wszystkim nagrał wówczas kilka albumów będących kamieniami milowymi ciężkiego rocka - "In Rock", "Machine Head" i koncertowy "Made in Japan", uznawany za jedną z najlepszych koncertówek wszech czasów. Jednak ze szczytu bardzo łatwo jest spaść. Zwłaszcza jeśli stosunki wewnątrz grupy nie są najlepsze. Kłótnie w zespole wpłynęły nie tylko na słaby poziom kolejnego albumu, "Who Do We Think We Are", ale również odejście ze składu wokalisty Iana Gillana i basisty Rogera Glovera. W zespole pozostali gitarzysta Ritchie Blackmore, klawiszowiec Jon Lord i perkusista Ian Paice. To wybitni wirtuozi swoich instrumentów, ale jednak brakowało im zdolności nadawania swoim utworom melodyjności, którą posiadali Gillan i Glover. Zastępcy tej dwójki musieli być zatem nie tylko zdolnymi wykonawcami, ale również kompozytorami. Stanowisko wokalisty początkowo zaproponowano Paulowi Rodgersowi, którego zespół Free właśnie się rozpadł. Ten jednak wolał dołączyć do supergrupy Bad Company. W międzyczasie muzykom Deep Purple udało się pozyskać świetnego basistę Glenna Hughesa, wcześniej występującego w mało znanym zespole Trapeze.
Zarówno Klaus Schulze jak i Lisa Gerrard należą do twórców, którzy swoją muzyką potrafią oczarować słuchacza. Sam Mistrz nie raz wspominał w wywiadach, że już w czasach świetności Dead Can Dance zapragnął pracować z piękniejszą połową tej grupy, ale wcześniej nigdy nie było ku temu okazji. Więc gdy w końcu oboje połączyli siły można było spodziewać się tylko i wyłącznie rzeczy wspaniałych.
Jedna z moich ulubionych płyt :-) Słucham często w pracy, ale też wieczorem w domu. To połączenie głosu i elektronicznych pejzaży jest naprawdę niesamowite. Nie zgodziłbym się tylko z opisem muzyki Klausa - nie nazwał bym jego twórczości chłodną, jak dla mnie, jest tam pełen wachlarz temperatur i ba...
To pierwsza płyta Briana wydana pod jego imieniem i nazwiskiem. Dotychczas stosował tylko to drugie. Sama idea powstania muzyki opiera się na założeniu Erica Satie polegającym na tworzeniu takich utworów, które nie zaangażują słuchacza całkowicie, tylko programowo staną się muzyką stanowiącą tło innych czynności. Satie nazwał to "muzyką mebli", a rozwinięcie tej myśli doprowadziło do stworzenia jakże przyjemnego gatunku muzycznego zwanego ambientem. Album podzielony jest niejako na dwie części. Pierwsza to tytułowa, trwająca ponad trzydzieści minut kompozycja stanowiąca najważniejszą część płyty.
Dotychczasowe albumy Pani Polańskiej pokazywały raczej, że jest nieporównywalnie lepszą aktorką niż wokalistką. Pierwszy album Francuzki nagrany był we współpracy z Ultra Orange i niestety ciężko było ukryć, że styl garażowego rocka nie pasuje ani do jej głosu, ani stylu. Seigner sama wielokrotnie przyznawała w wywiadach, że płyta powstała w wyniku kompromisu, którego - jak wiadomo - sztuka nie znosi. Następnym etapem była pierwsza solowa płyta "Dingue", której premiera pokryła się z czasem aresztu jej męża. Jeśli data pokazania tego albumu światu była zabiegiem marketingowym służącym odwróceniu uwagi od tamtych wydarzeń, to niestety się on nie udał. Nazwanie tego krążka mdłym jest dużym eufemizmem. Nudnych, nieciekawych i nijakich kompozycji nie uratował nawet duet z Iggym Popem i całe szczęście, że płyta trwała tylko 38 minut. Choć jak dla mnie i tak o 30 za dużo. Nowy, tym razem anglojęzyczny krążek "Distant Lover" miał swoją premierę 1 kwietnia i początkowo nie planowałam się z nim zaprzyjaźniać. Postanowiłam jednak dać Francuzce ostatnią szansę po przeczytaniu wywiadu, w którym mówiła, że wreszcie stworzyła muzykę, którą czuje i którą chciała nagrać już dawno temu.
Kolejna recenzja Doorsów? Można się zastanawiać czemu to w ogóle służy. Muzyka zawarta na debiutanckim albumie grupy, a zresztą nie tylko na nim, doczekała się już tylu recenzji, analiz i profesjonalnych opracowań, że napisanie o niej czegokolwiek nowego graniczy chyba z cudem. A jednak jest coś fascynującego w tym, że płyta nagrana prawie pięćdziesiąt lat temu wciąż budzi zachwyt. Oczywiście nie u wszystkich. Przyznam, że sam nie należę do wiernych i oddanych fanów muzyki The Doors. Mogę jej owszem posłuchać z przyjemnością, ale raczej nie czuję magicznej aury Króla Jaszczura, a jeśli już, to bardziej doceniam kunszt i talent Raya Manzarka. W moje ręce trafiło jednak niecodzienne, winylowe wydanie debiutanckiej płyty, dostarczone przez sklep Vinyl Goldmine.
Po przesłuchaniu reedycji Analogue Productions sam nie wiem, czy nie skuszę nie na następne płyty z ich serii. Co takiego wyróżnia to wydanie z całej masy różnorakich remasterów? Otóż album został wydany na dwóch 200-gramowych, 45-obrotowych winylach. Mastering został zrobiony na analogowym, lampowym sprzęcie przez Douga Saxa pod okiem Bruce'a Botnicka, który pomagał chłopakom z The Doors w produkcji ich ostatniej płyty. Co to dało? Doskonałą stereofonię - świetny, przestrzenny dźwięk przepięknie wypełniony zróżnicowanym brzmieniem z trudnym do określenia napowietrzeniem, które nadaje muzyce zwiewności i lekkości.
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
W dobie niesamowitej popularności bezprzewodowego sprzętu audio trudno zaprzeczyć, że jest to przyszłość. I to nie tylko jeśli chodzi o urządzenia mobilne, ale także te, z których korzystamy w domu. Trzymając w ręku smartfon czy tablet, potrzebujemy przecież tylko kompatybilnej z nimi elektroniki, aby móc wygodnie odtwarzać muzykę z ulubionego...
Wydawałoby się, że w bardzo gęstej branży audio kompletnie nie ma już miejsca dla nowych graczy. Że wszystkie stołki obsadzone są sztywno, bez szans na zmiany. A jednak od czasu do czasu pojawiają się firmy, które potrafią zaintrygować i porwać audiofilów, odbierając klientów starym wyjadaczom. Jednym z producentów, który wkroczył...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Gość