Ekipa Isis kończąc swoją działalność zrzekła się jednocześnie tronu na rzecz Kultu Księżyca. Mniej więcej takie stwierdzenie znalazłem dość dawno na jednej ze stron zajmujących się muzyką gitarową. Isis uwielbiam, zatem jeśli Cult Of Luna przejął po nich pozycję lidera, koniecznie musiałem zobaczyć co też ten zespół reprezentuje. Na pierwszy ogień – zupełnie w ciemno – poszedł właśnie "Eternal Kingdom". Dlaczego akurat ten? Chyba z racji dostępności. Pierwszy kontakt z tą muzyką był dla mnie olbrzymim szokiem, w dodatku połączonym ze zniesmaczeniem i wielkim rozczarowaniem. Kolejne przesłuchania sukcesywnie zmieniały pierwsze, bardzo złe wrażenie. Z pewnością jest to wydawnictwo, które od większości słuchaczy będzie wymagało dłuższego i głębszego poznania, ponieważ z początku nie tak łatwo jest się do niego przekonać. A z czym dokładnie mamy do czynienia? Inspiracją dla "Eternal Kingdom" było niezwykle ciekawe wydarzenie. W opuszczonym szpitalu dla chorych psychicznie, muzycy znaleźli pamiętnik niejakiego Holgera Nilssona. Człowiek ten został umieszczony w tym zakładzie za utopienie swojej żony.
Wiele osób uważających się za fanów Black Sabbath uznaje wyłącznie albumy nagrane w oryginalnym składzie, z wokalistą Ozzym Osbournem. Poważaniem cieszą się jeszcze płyty, na których śpiewa Ronnie James Dio, zwłaszcza od czasu jego śmierci. W dyskografii zespołu można jednak znaleźć o wiele więcej wartościowych longplayów. Bez wątpienia zalicza się do nich "Headless Cross", obchodzący w tym miesiącu ćwierćwiecze wydania. To drugie wydawnictwo zespołu, na którym śpiewa Tony Martin – bardzo niedoceniany muzyk, dysponujący ciekawą barwą głosu, a także pierwszy nagrany ze słynnym, nieżyjącym już niestety perkusistą Cozym Powellem (wcześniej występującym w The Jeff Beck Group, Rainbow i Whitesnake). Poprzedni album Black Sabbath, "The Eternal Idol", nagrywany był w ciężkim czasie dla grupy, pełnym zmian składu. Jedynymi muzykami, którzy byli w zespole przez całą sesję nagraniową, byli gitarzysta Tony Iommi (ostatni ze współzałożycieli zespołu) i klawiszowiec Geoff Nicholls. "Headless Cross" powstawał już w znacznie lepszych warunkach, w stabilnym składzie (chociaż rolę basisty pełnił muzyk sesyjny, Laurence Cottle). I to słychać.
The War On Drugs i ich najnowsze dziecko to mój najnowszy, okładkowy złoty strzał. Mam ogromne zaległości w słuchaniu płyt ze swojej kolekcji, zatem nie chciałem już sięgać po nic nowego. Oczarował mnie cover tego wydawnictwa i nie było odwrotu - chwilę później dołączyła do tego muzyka zawarta na krążku. W zasadzie nie mamy tu do czynienia z niczym odkrywczym i przełomowym. Ale co z tego skoro "Lost In The Dream" nieziemsko dobrze się słucha? Początek może lekko przestraszyć. "Under The Pressure" trwa prawie 9 minut. Z tego utwór właściwy pochłania lekko ponad 5 minut, a reszta to ambientowa, instrumentalna wstawka. Swoją drogą bardzo przyjemna. Dalej jest równie dobrze, jeśli nie lepiej. Ogromną dawką przebojowości ociekają "Red Eyes" i "Burning". Duch Dire Straits i żywszych utworów Marka Knopflera solo unosi się nad pięknym "An Ocean In Between The Waves". Echa ich twórczości słychać tutaj w wielu miejscach, jednak nigdzie indziej nie występują aż w takim stężeniu.
Mieliście kiedyś tak, że po pierwszym przesłuchaniu krążka chcieliście go wyrzucić do kosza lub zrobić z niego podpałkę do grilla, a po kilku kolejnych odsłuchach wasz światopogląd odwrócił się o 180 stopni? Mnie taka sytuacja przytrafiła się kilkukrotnie, a ostatni raz miało to miejsce właśnie przy pierwszym kontakcie z najnowszym dzieckiem Mouth Of The Architect. Z tym że nie chciałem dawać mu w ogóle kolejnych szans. Ale skoro krążek był już fizycznie w domu, żal było zostawić go na zawsze na półce, zatem mimo wielkiej niechęci po dłuższych odleżynach wylądował w końcu w odtwarzaczu. Drugi kontakt niewiele zmienił, po którymś z kolei coś zaskoczyło, a później wszystko ruszyło już jak lawina. Twórczość zespołu poznawałem w miarę chronologicznie, a "Dawning" początkowo zbyt drastycznie odbiegał mi od tego, co ekipa Mouth Of The Architect robiła wcześniej. Całość miała jak dla mnie za mało post metalu w post metalu. Wcześniej kluczowym aspektem ich twórczości było budowanie napięcia. Tu praktycznie od pierwszych dźwięków zostało puszczone z grubej rury, zdecydowanie bardziej inwazyjnie i nachalnie.
16 maja miną cztery lata odkąd odszedł Ronnie James Dio - jeden z najwybitniejszych wokalistów rockowych, znany z zespołów Rainbow, Black Sabbath i własnego Dio. Do sklepów właśnie trafiła kompilacja zawierająca utwory oryginalnie śpiewane przez Ronniego w wymienionych zespołach, ale w wykonaniu innych muzyków. Dodatkowo pojawia się tu także jeden utwór w oryginalnej wersji zespołu Dio - "This Is Your Life". To akurat najbardziej nietypowa kompozycja w jego dorobku - daleka od hard rocka i heavy metalu fortepianowa ballada, wywołująca skojarzenia z twórczością Queen. Poza tym jeszcze tylko trzy inne utwory były wcześniej wydane - covery "The Mob Rules", "Egypt (The Chains Are On)" i "Holy Diver". Pozostałe to premiery nagrane specjalnie na tę kompilację. Wykonawców, którzy wzięli udział w przedsięwzięciu można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to zespoły należące do klasyki ciężkiego grania jak Scorpions, Motörhead czy Metallica. Druga to młodsi muzycy, którzy dopiero w ostatnich latach rozpoczęli karierę.
Hipgnosis to nazwa, która każdemu fanowi progresywnych dźwięków kojarzy się przede wszystkim z brytyjską firmą tworzącą okładki płyt. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy w moje ręce trafiło przepiękne, analogowe wydawnictwo polskiego zespołu o takiej właśnie nazwie, wydane zresztą przez rodzimą wytwórnię Audio Cave. Opisywany zestaw w wersji Limited Deluxe Edition to dwa pierwsze albumy zespołu - "Sky is the Limit" oraz "Relusion" - wydane na trzech 180-gramowych płytach winylowych. Do kompletu dołączny jest zwalający z nóg album grafik Tomasza Sętowskiego "Ressurection Stone", powstały przez inspirację artysty muzyką zespołu. Nie ma co się dziwić, że malarz zachwycił się tą muzyką. Hipgnosis potrafi wyczarować wspaniały art-rockowy klimat okraszony zarówno elektronicznymi pejzażami, jak i mocniejszymi, gitarowo-metalowymi wstawkami. Posłuchajcie chociażby "Force Hit" z albumu "Sky is the Limit". Dodatkowym smaczkiem wzmacniającym pozytywne wibracje muzyki Hipgnosis jest intrygujący, kobiecy wokal.
Bisquit długo kazał nam czekać na swoją kolejną płytę. Ten polski zespół początkowo związany był z wytwórnią muzyczną Kayax i to właśnie pod ich egidą powstały pierwsze dwie płyty - "Inny smak" i "Pytania". Wówczas zyskały one przychylne opinie Edyty Bartosiewicz, Kayah i Krzysztofa Kilijańskiego. 25 lutego odbyła się premiera trzeciego krążka, tym razem wyprodukowanego nakładem jednoosobowego wydawnictwa Muzyka Powiśle, będącego własnością wokalistki zespołu - Joanny Włodarskiej. Zmiana ta spowodowana była kryzysem w grupie wywołanym problemami z osiągnięciem muzycznego kompromisu. Początkowo muzycy szukali nowych brzmień, odchodząc od eleganckiego smooth jazzu i popu, do którego przyzwyczaili nas dwoma pierwszymi albumami. Potem przyszedł czas na próbę nagrania krążka, zawierającego wyłącznie covery. Okazało się, że i nie tędy droga. Ostatecznie po sześciu latach narodziła się "Lilly", najbardziej dojrzała i zróżnicowana muzycznie płyta w historii zespołu.
Overkill nie ma słabych płyt w swojej dyskografii, jednak albumem "Ironbound" zawiesili sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Dlatego nie do końca było wiadomo czego się spodziewać po "The Electric Age". Z jednej strony w ich karierze nie było żadnych rewolucji (popowej płyty nie nagrali), z drugiej - nie było pewności czy nowy krążek dorówna poprzednikowi. Jakiś czas przed jego premierą ukazała się zapowiedź tego, co nas czeka w postaci "Electric Rattlesnake". Już wtedy było jasne, że raczej będzie dobrze. Po pierwszym przesłuchaniu wszelkie wątpliwości się rozwiały, po kilku następnych bez żadnych wątpliwości można było stwierdzić, że nowe wydawnictwo dorównuje poprzedniemu, a może nawet jest od niego lepsze. Ciężko powiedzieć, bo oba są znakomite. "The Electric Age" wydaje się szybszy. Już na początku zespół serwuje nam dwa killery - "Come And Get It" z kilkoma świetnymi solówkami oraz wspomniany wyżej "Electric Rattlesnake". Utwory te zasuwają niczym tsunami, a nie są jedynymi utrzymanymi w takim ekspresowym tempie.
To już dwudziesty drugi studyjny album wydany pod szyldem Wishbone Ash, nie licząc dwóch płyt zawierających muzykę klubową, wydanych w połowie lat 90. Chociaż z oryginalnego składu w grupie pozostał jedynie niestrudzony Andy Powell, "Blue Horizon" jest pięknym nawiązaniem do klasycznych dokonań zespołu. Brakuje tu tylko tej różnorodności, która cechuje pierwsze albumy Wishbone Ash. Zdarzały się na nich przecież kawałki folkowe, bluesowe, hard rockowe, a nawet jazz rockowe. Tutaj wszystko zlewa się w jedno. Przy pierwszych przesłuchaniach ciężko rozróżnić poszczególne utwory, może z wyjątkiem bardziej bluesowych "Deep Blues" i "Mary Jane". Trudno jednak oprzeć się urokowi tych charakterystycznych dla tej grupy melodii, które czarują już od samego początku "Take It Back". Brzmienie gitary i głosu Powella jest niemal identyczne jak na "Argusie". Tylko solówka, choć udana, jest trochę zbyt prosta i nie wiedzieć czemu grana tylko przez jednego gitarzystę. Słynny gitarowy duet można usłyszeć dopiero pod koniec "Deep Blues".
Trudno uniknąć porównań pomiędzy "Mob Rules" a poprzedzającym go "Heaven And Hell". W zasadzie nie ma się co dziwić – oba krążki dzieli tylko rok. Pierwszy odniósł olbrzymi sukces, zatem w wypadku drugiego były do wyboru tylko dwie opcje - pójść za ciosem lub ewentualnie całkowicie zmienić styl. Zespół wybrał wersję pierwszą. Załóżmy, że ze względu na to, że czasu na rewolucje było bardzo mało. Zestawienie obu krążków zawsze przypomina mi inny wyśmienity duet – "A Night At The Opera" i "A Day At The Races". Podobnie jak w wypadku Queen albumy te stanowią właściwie jedną całość, uzupełniają się. Można nawet powiedzieć, że są swoimi kopiami, ale jednak różnią się detalami. Kopie? Proszę bardzo - "Neon Knights" i "Turn Up The Night". Oba otwierają krążki i mają w sobie ogromną dawkę energii. Kolejny przykład to ballady "Children Of The Sea" i jego odpowiednik "Sign Of The Southern Cross". Takich porównań można znaleźć więcej bez większych problemów, ale w zasadzie po co psuć sobie przyjemność słuchania?
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Czym powinien kierować się miłośnik sprzętu audio przy wyborze wzmacniacza? Gdyby na tak postawione pytanie można było udzielić prostej i zwięzłej odpowiedzi, pewnie nikt nie zawracałby sobie głowy testami i odsłuchami. Przyjmijmy jednak, że mamy już pewne rozeznanie w temacie, a z długiej listy dostępnych na rynku modeli chcemy wybrać...
Wydawałoby się, że w bardzo gęstej branży audio kompletnie nie ma już miejsca dla nowych graczy. Że wszystkie stołki obsadzone są sztywno, bez szans na zmiany. A jednak od czasu do czasu pojawiają się firmy, które potrafią zaintrygować i porwać audiofilów, odbierając klientów starym wyjadaczom. Jednym z producentów, który wkroczył...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Wielki Vinylator