Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Płytowe Podsumowanie Roku 2020

  • Kategoria: Płyty
  • StereoLife

Płytowe Podsumowanie Roku 2020

Rok 2020 był bez wątpienia wyjątkowy. Niestety dla większości z nas w negatywnym tego słowa znaczeniu. Pandemia, pożary, powodzie, trzęsienia ziemi, kryzysy gospodarcze, upadki firm, likwidacja miejsc pracy... Ucierpiała też branża muzyczna. W samej Polsce lockdown oznaczał tysiące odwołanych imprez, koncertów i festiwali, w tym pierwszy od kilkunastu lat Pol'And'Rock, który - jak właściwie wszystko, co próbowano uratować - odbył się przez Internet. Do tego dochodzi szereg bardziej niszowych, ale świetnych imprez, jak Red Smoke Festival czy Summer Dying Loud. Pozostaje nam mieć nadzieję, że w każdym z tych przypadków skończy się tylko na rocznej absencji, a organizatorzy będą w stanie przywrócić te imprezy do życia. Na tym jednak nie koniec. Epidemia koronawirusa, która całkowicie zdominowała mijający rok oznaczała także przesunięte premiery albumów, a także upadki tudzież zawieszenie działalności niektórych wydawnictw, takich jak chociażby nieodżałowany Instant Classic. Przez chwilę wydawało się, że zabraknie nam nawet nowej muzyki. Na szczęście aż tak źle nie było. Głośniki i słuchawki nie przestały grać, a artyści - zarówno ci, którzy nad nowym materiałem pracowali od dawna, jak i ci, których nowa rzeczywistość nie tylko nie przestraszyła, ale wręcz zmobilizowała do pracy - zafundowali nam wiele, wiele dobrego.

Mimo bardzo niesprzyjających warunków mijający rok przyniósł sporo wydawnictw, które będą przypominać nam o tym, że zarówno na świecie, jak i w naszym najbliższym otoczeniu działy się nie tylko złe rzeczy. Podobnie jak każdy z nas, tak i wielu muzyków musiało ruszyć głową, improwizować lub nauczyć się nowych umiejętności, aby dostarczyć swoim fanom porządny materiał, przypomnieć o sobie lub wbić się na scenę z przytupem. Nie oznacza to, że każda płyta wydana w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy była dobra lub przynajmniej warta przesłuchania. W zestawieniach przygotowanych przez mainstreamowe magazyny nie brakuje pozycji co najmniej kontrowersyjnych. Według wielu zagranicznych dziennikarzy najlepszym albumem 2020 roku jest "Fetch the Bolt Cutters" Fiony Apple. Szczerze mówiąc, nie rozumiemy, na czym polega ten fenomen. Rozstrojony fortepian i fałszująca wokalistka... Że taka ta muzyka świeża? Że taka prawdziwa? Możliwe, ale dla nas to prawdziwa tortura. Na podium często pojawia się także "Power Up" AC/DC. Krążek niezły, ale można odnieść wrażenie, że największe wrażenie na słuchaczach zrobiło to, że pradziadkowie rocka są w tak dobrej formie (lider formacji, Brian Johnson, skończył 73 lata), a muzyka zeszła na dalszy plan. Pod koniec sierpnia Metallica zaprezentowała światu "S&M2". Wydawało się, że mamy murowany hit, ale szybko okazało się, że to tylko nieświeży, odgrzewany kotlet. Album, który nie dorasta oryginałowi do pięt. Podobnie jak z ubiegłorocznym podsumowaniu, nie będziemy jednak skupiać się na rozczarowaniach. Zamiast tego wybraliśmy 21 płyt, którym warto przyjrzeć się bliżej. Wybór jest oczywiście skrajnie subiektywny, a kolejność alfabetyczna. 2021, przybywaj!

Hity

Agnes Obel - Myopia
Agnes Obel to jedna z najbardziej oryginalnych artystek współczesnej sceny muzycznej. Jej kompozycje czarują prostotą, ale także - co szczególnie spodobało się audiofilom - pięknym, realistycznym i niesamowicie przestrzennym brzmieniem. Wrażliwość, pomysłowość, delikatność, poszanowanie naturalnej barwy instrumentów akustycznych i typowo skandynawski minimalizm stały się jej znakami rozpoznawczymi. "Myopię" Dunka nagrała w całości w swoim berlińskim domowym studiu, w izolacji od jakichkolwiek wpływów z zewnątrz, które mogłyby rozproszyć jej uwagę w procesie pisania, nagrywania i miksowania utworów. Artystka tym razem postanowiła poeksperymentować z technikami przetwarzania nagrań, zniekształcania wokali, smyczków, fortepianu czy czelesty, znajdując sposoby na stopienie tych elementów, aby stały się jednością. I to z pewnością się udało, bo album jest bardzo spójny. Tylko czy tak dobry, jak "Philharmonics", "Aventine", a nawet "Citizen of Glass"? Hmm... Niestety, chyba nie. Nowym kompozycjom brakuje oryginalności i "tego czegoś", co sprawiało, że tak często chce się wracać na przykład do "Aventine". Odmienność "Myopii" podkreśla też przygaszone, zamglone brzmienie. Artystka twierdzi, że "Myopia" to album o zaufaniu i wątpliwościach. Niektórzy fani mają wątpliwości, czy podąża we właściwym kierunku. Ale przecież nie można ciągle robić tego samego, prawda? Mimo, że "Myopia" nie jest najlepszym albumem w dorobku Agnes Obel, to i tak pozostaje pozycją, która w realiach 2020 roku zasługuje na wyróżnienie.

Bob Dylan - Rough and Rowdy Ways
Po wpisaniu w wyszukiwarkę tego nazwiska, TIDAL pokazuje aż 77 albumów, jednak od czasu premiery ostatniej płyty z oryginalnymi, autorskimi piosenkami Boba Dylana ("Tempest") minęło aż osiem lat. W tym czasie artysta zdążył zanucić nam kilka słodkich, popowych kawałków, a nawet zdobyć nagrodę Nobla. Okazuje się jednak, że wykorzystał ten czas także na przygotowanie materiału na swój kolejny longplej. "Rough and Rowdy Ways to liryczny tour-de-force, pełen skandalicznych żartów ("My Own Version of You"), przechwałek ("I Contain Multitudes") i hołdów dla tych, którzy byli przed nim ("Goodbye Jimmy Reed"). Wszystko to podszyte jest melancholią, która osiąga szczyt w balladzie "Key West". Dylan nie próbuje ukryć znużenia w swoim 79-letnim głosie, porównując się jednocześnie do Indiany Jonesa i The Rolling Stones. Czy to sukces, że udało mu się pozostać sobą? Chyba nie do końca. Ten gość może mieć już wszystko w nosie. I może dlatego pozwolił sobie na nagranie płyty, która nie jest odkrywcza, nie przeciera żadnych szlaków, nie szokuje ani nie łączy country i bluesa z elektroniką i hip-hopem. Jest za to niesłychanie autentyczna i pozwala nam poczuć się jak na koncercie w zadymionym, amerykańskim barze.

Deftones - Ohms
Po mało wyraźnym i średnio zapadającym w pamięć "Gore" nowy album mógł być przełamaniem lub potwierdzeniem tego, że ekipa z Sacramento powoli się wypala. Na szczęście "Ohms" jest dowodem na pierwszy wariant. Zespół odszedł tu od eksperymentów brzmieniowych kierujących jego muzykę w stronę Crosses i postawił na sprawdzoną formułę z wcześniejszych albumów. "Ohms" stylistycznie można umieścić gdzieś na przełomie wieków, pomiędzy "Around The Fur", "White Pony" i "Deftones". "Ohms" nie jest w żaden sposób innowacyjny czy przełomowy. Ale nie o to chodzi. Wrażenie robi tu jakość materiału. Wiele momentów zapada w pamięć już przy pierwszym przesłuchaniu, a całość jest niesamowicie równa, bez żadnych, nawet chwilowych spadków formy.

Elder - Omens
Na "Omens" Amerykanie jeszcze wyraźniej odeszli od grania stonerowego na rzecz rocka progresywnego i psychodelicznego. Dodatkowo wyraźnej zmianie uległ wokal, który spotkał się z największą ilością zarzutów ze strony fanów. Faktycznie, na początku może on rozpraszać i odciągać uwagę od muzyki. Jednak gdy słuchacz się z nim oswoi, bez problemu odkryje, że "Omens" jest po prostu świetnym albumem gitarowym z wieloma pięknymi elementami. Pięknymi na tyle, że trudno uwierzyć w to, że najkrótszy utwór na płycie trwa prawie 9,5 minuty. "Omens" można potraktować jako idealny soundtrack do hamakowego dnia w cieniu nad jeziorem.

Kazik - Zaraza
Chyba żaden artysta nie narobił w tym roku takiego zamieszania. Jednym utworem, a właściwie (nie oszukujmy się, jego warstwa muzyczna jest żadna - infantylna, jarmarczna, nawet niezbyt melodyjna) jego tekstem doprowadził wielu ludzi do czerwoności, co pociągnęło za sobą kolejne wydarzenia, w tym protest dziennikarzy radiowej "Trójki", a w konsekwencji ich odejście i założenie nowej, niezależnej rozgłośni. W telewizji, w prasie i w sieci zawrzało. Najgorsze jest jednak to, że "Twój Ból Jest Lepszy niż Mój" jest zaledwie jednym z piętnastu kawałków na omawianym albumie. Ani najlepszym, ani najgorszym. To trafny, zapewne stworzony pod wpływem emocji komentarz do sytuacji, jakiej świadkami byliśmy w kwietniu, kiedy to Jarosław Kaczyński w asyście ochroniarzy wjechał limuzyną na zamknięty z powodu pandemii cmentarz. Nie po raz pierwszy Kazik wziął na celownik znanego polityka. Śpiewał już o Lechu Wałęsie ("Wałęsa oddaj moje sto milionów"), Waldemarze Pawlaku ("Lewy czerwcowy"), Józefie Oleksym ("Łysy jedzie do Moskwy") czy Hannie Gronkiewicz-Waltz ("Hanna Gronkowiec Walczy"). I chyba każdej z tych osób dostało się bardziej. Nieważne. Naprawdę nieważne, bo "Zaraza" to po prostu kolejna dobra płyta Kazika, która ma swoje lepsze ("Nigdzie Już nie Pójdę Dziś", "Gdy Chińczycy mówią Gan Pai", "Kluczem Przyciskaj Windę", "Demokracja") i słabsze ("Ona Zakażona Miłością", "Hania i Hela") momenty. Album jako całość nie jest wybitny, ale z pewnością zasługuje na uwagę. Jest po prostu ciekawym owocem pandemicznej rzeczywistości. Być może w przyszłości będziemy do niego wracać, myśląc sobie "noo, wtedy to było".

Lunatic Soul - Through Shaded Woods
Pierwszy kontakt z "Through Shaded Woods" nie był specjalnie udany, stwarzając wrażenie bycia zagubionym soundtrackiem do "Robina z Sherwood" lub "Wiedźmina". Jednak wystarczyło kilka przesłuchań, by uzmysłowić sobie, że Mariusz Duda w tym projekcie opuścił strefę komfortu i udał się na zupełnie nieznane wody. Dzięki temu otrzymaliśmy album zupełnie inny od dotychczasowej twórczości nie tylko Lunatic Soul, ale i innych projektów, w których udziela się artysta. A te wiedźmińskie skojarzenia nie są tylko naszym wymysłem, o czym może świadczyć teledysk promujący wydawnictwo. Mimo wyraźnego obrania kursu w inne rejony muzyczne, na "Through Shaded Woods" bez problemu odnajdziemy fragmenty, które chwytały za serce na poprzednich albumach, czego dowodem może być chociażby "The Fountain".

Lyra Pramuk - Fountain
Amerykańska wokalistka i specjalistka od muzyki elektronicznej z wykształceniem operowym jest najlepiej znana ze swojej pracy z takimi artystami, jak Holly Herndon i Colin Self. Wydany w marcu debiutancki album Lyry Pramuk bada niebinarne rozumienie życia. Artystka łączy klasyczny trening, popową wrażliwość i współczesną kulturę klubową w tym, co można najlepiej określić jako futurystyczną muzykę ludową. Stworzona w całości z jej własnego głosu, choć często kształtowana i strukturyzowana przez elektronikę, "Fountain" to płyta dziwna, ekscentryczna, nowatorska, a zarazem bardzo wciągająca. Utwory, często pozbawione słów, mają nam przypominać rytualną siłę topienia się, zanurzania, oczyszczania i kąpieli, do której również odnosi się okładka albumu. Atmosfera, którą wywołuje Pramuk, jest tak gęsta, że wydaje się niemożliwe, aby wydobyła się z głosu jednej osoby. Lyra bawi się percepcją muzyki, rytmów, mowy, ciała i relacji między technologią a ludzkością. Podczas gdy niektóre linie wokalne naśladują pulsujący bas, dominującym nurtem jest chór przebijany wyraźnymi drżeniami i nacięciami ludzkiego głosu. W muzyce zawartej na "Fountain" słuchacz znajdzie niewiele elementów zaczepienia. Otrzymujemy coś pomiędzy wokalną awangardą, jaką zaproponowała nam Björk na płycie "Medúlla" a soundtrackiem z filmu "Arrival", ale w spokojniejszym, bardziej klimatycznym wydaniu i z elementami, hmm... Folkowymi? Sakralnymi? Wszystko płynie, przechodzi w stan nieustannej transformacji, ale już po pierwszym odsłuchu wiemy, że będziemy chcieli wybrać się w tę podróż raz jeszcze.

Łona i Webber - Śpiewnik Domowy
Po czterech latach od premiery "Nawiasem Mówiąc" liczyliśmy na pełnoprawny album. Zamiast niego mamy niespełna 30-minutową EP-kę, która tylko podkręca apetyt na longplej, który kiedyś w końcu będzie musiał się ukazać. "Śpiewnik Domowy" gra praktycznie na każdej płaszczyźnie. Zacznijmy od warstwy fizycznej - okładki pokrytej materiałem, tekstami wszystkich utworów, dodatkowego krążka z wersjami instrumentalnymi utworów. W ich przypadku Webber stanął na wyżynach swoich umiejętności i stworzył podkłady, których naprawdę chce się słuchać, nawet bez głosu Łony. A ten również znajduje się w (jak zwykle) wysokiej formie, pilnie obserwując, a następnie trafnie komentując otaczającą nas rzeczywistość.

Marcin Wasilewski Trio & Joe Lovano - Arctic Riff
Trio Marcina Wasilewskiego już dawno przeszło eliminacje do jazzowej Ligi Mistrzów. Muzycy pod wodzą polskiego pianisty od kilku lat trzymają nieziemską formę, a każda płyta z ich udziałem powoduje szybsze bicie serca. Nie inaczej było podczas pojawienia się w tym roku albumu "Arctic Riff", nagranego wspólnie z jednym z najwybitniejszych saksofonistów - Joe Lovano. Kapitalne brzmienie to standard w wytwórni ECM. Manfred Eicher po raz kolejny stara się, by muzyka jego podopiecznych brzmiała perfekcyjnie. "Arctic Riff" i tu nie jest wyjątkiem. Jedenaście utworów to uczta dla uszu i duszy, a do tego świetna jakość dźwięku. Od "Arctic Riff" może bić pewna doza analityczności. Za pierwszym razem można odnieść wrażenie, że emocje przykryte są tutaj sporą dawką intelektu czy nawet czystej matematyki. Jednak im więcej czasu poświęca się najnowszej płycie tria Marcina Wasilewskiego, tym bardziej pewne odczucia zmieniają swoje natężenie. "Arctic Riff" to dawka niezwykle wciągającej muzyki. Muzyki podanej starannie, z dbałością o każdy detal, o każdy dźwięk. Granej bardzo swobodnie, sprawiającej wrażenie lekkiej i beztroskiej.

Mela Koteluk & Kwadrofonik - Astronomia Poety. Baczyński
Meli Koteluk przedstawiać nikomu nie trzeba, za o istnieniu grupy Kwadrofonik wielu melomanów dowiedziało się stosunkowo niedawno albo wciąż nie wie zupełnie nic. Inna sprawa, że jej twórczość ciężko jest wpasować w jakieś sztywne ramy. Zespół powstał w 2005 roku z połączenia Lutosławski Piano Duo oraz duetu perkusistów Hob-Beats Duo. Wszyscy członkowie zespołu - Emilia Sitarz, Bartłomiej Wąsik, Magdalena Kordylasińska i Piotr Maślanka - są absolwentami Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Muzycy skupiają się na poszukiwaniach nowych brzmień. Nawet z klasycznych instrumentów potrafią wyczarować takie cuda, że pojedyncze dźwięki potrafią wywołać u słuchacza nagły wyrzut endorfin. Fortepiany często prowadzą swoisty dialog z instrumentami perkusyjnymi i zamieniają się z nimi rolami - nagle to fortepiany stają się instrumentami perkusyjnymi, a te z kolei przejmują funkcję instrumentów melodycznych. Koncerty i nagrania zespołu mają formę dźwiękowej opowieści, inspirowanej często motywami ludowymi, co szczególnie dobrze było słychać na "Requiem Ludowym" nagranym z Adamem Strugiem. Ta płyta miażdży. Tematem, dźwiękiem, emocjami, przerywnikami, brzmieniem, pomysłowością oraz niezwykłym zrozumieniem i szacunkiem dla tradycji. Nie inaczej jest z albumem "Astronomia Poety. Baczyński", nagranym do wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i wydanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego. To jest dopiero "label", prawda? Ale zawartość jest jeszcze lepsza. Kto by pomyślał, że z połączenia niezwykłej wrażliwości i muzycznego pietyzmu Kwadrofonika i charakterystycznego wokalu Meli Koteluk powstanie tak spójny i tak wciągający album... Wielu podkreślało, że Mela Koteluk nie nagrała wcześniej ambitniejszej muzyki, zaś Kwadrofonik - bardziej przystępnej. I to chyba prawda, chociaż już po wysłuchaniu pierwszego utworu nie mamy ochoty niczego analizować, bo wszystko do siebie pasuje, a my chcemy tylko więcej i więcej. Czapki z głów!

Napalm Death - Throes of Joy in the Jaws of Defeatism
Nigdy nie byliśmy fanami Brytyjczyków, jednak ich najnowszy album sprawił, że po raz kolejny spróbowaliśmy podejść do ich twórczości. I jesteśmy pod wrażeniem. Przez prawie 40 lat istnienia Napalm Death zaciekle trzyma się grindcore'owej niszy, w której czuje się na tyle dobrze, ze albumów studyjnych nazbierało się w sumie 16. Ten najnowszy można uznać za idealne podsumowanie kończącego się roku, który dał mieszkańcom naszej planety strzał w pysk, podobny do tego, jaki słuchaczom daje "Throes of Joy in the Jaws of Defeatism". Wersja Deluxe zawiera ponad 55 minut muzyki, które przy etykiecie "grindcore" mogą się wydawać nie do przejścia. Jednak pośród gatunkowych standardów znalazło się tu miejsce dla zwolnień i kilku eksperymentów, które sprawiają, że przez nowy album bez większych problemów powinni przebrnąć nie tylko ortodoksi.

Nuclear - Murder Of Crows
Gdyby "Murder Of Crows" puścić osobom nieświadomym, ale znającym thrashowe realia, prawdopodobnie chociaż raz usłyszelibyśmy pytanie "W Slayerze nie śpiewa już Araya?". Chilijczycy z Nuclear w piękny sposób kontynuują dziedzictwo emerytowanych już Amerykanów, a ich najnowszy album można umieścić gdzieś pomiędzy "Reign In Blood" i "Seasons In The Abyss". Najdłuższy album w dotychczasowej twórczości zespołu przynosi ponad 40 minut rasowego thrashu nie biorącego jeńców. Jest tu ciężko, brutalnie, chaotycznie. Dla fanów Slayera pozycja obowiązkowa.

Oranssi Pazuzu - Mestarin Kynsi
Nie jesteśmy w stanie podać przykładu innego albumu, który w tak wyraźny sposób wywoływałby u słuchacza niepokój, a nawet lęk. Finowie nagrali album psychodeliczny, klaustrofobiczny, mroczny, duszny, przytłaczający słuchacza od pierwszych do ostatnich sekund. Co ciekawe, klimat ten wciąga jak bagno i mimo dyskomfortu psychicznego wywoływanego słuchaniem "Mestarin Kynsi", chce się do niego wracać. Głównie ze względu na awangardowe i bardzo udane połączenie psychodeli, kraut i space rocka z post i black metalem. Album ten mógłby bez najmniejszego problemu stanowić ścieżkę dźwiękową do apokalipsy lub filmu o zakładzie zamkniętym. Warto posłuchać nocą w słuchawkach.

Ólafur Arnalds - Some Kind of Peace
Ólafur Arnalds to islandzki multiinstrumentalista oraz producent muzyczny, który grał w metalowych zespołach Fighting Shit i Celestine, współpracował z niemieckim zespołem Heaven Shall Burn i muzykami grupy Sigur Rós, a od 2009 roku z Janusem Rasmussenem tworzy duet Kiasmos. Dwa lata wcześniej wydał swoją pierwszą solową płytę i od tego momentu trochę ich się już nazbierało. Ostatnia, zatytułowana "Some Kind of Peace", to niesamowicie spokojny album, którego "wchłonięcie" wymaga od słuchacza niemal całkowitego wyciszenia. Inaczej nie uda nam się tej muzyki zrozumieć, a właściwie nawet ciężko będzie ją usłyszeć. Ólafur Arnalds zabiera nas w dziwny świat dźwiękowej medytacji. Wymagając od słuchaczy całkowitego zatrzymania się i odnotowania każdego ruchu, każdego szczegółu, każdego strącenia struny, każdej fali, każdej chwili ciszy i każdego uderzenia, artysta pozwala nam się zresetować. "Some Kind of Peace" to muzyka eteryczna niczym mgła unosząca się nad taflą jeziora o poranku. Przynosi ukojenie, pozwala odciąć się od codziennej gonitwy myśli i otula nas swą delikatnością. Ale tylko wtedy, gdy sami sobie na to pozwolimy.

Rival Consoles - Articulation
Ryan Lee West, znany jako Rival Consoles, to mieszkający w Londynie specjalista od szeroko rozumianej muzyki elektronicznej. Oficjalną karierę rozpoczął w 2007 roku, wydając kilka ciekawych EP-ek. Od 2009 roku ukazało się sześć jego albumów studyjnych. O ile w przypadku poprzednich płyt można raczej odnieść wrażenie słuchania jakiegoś concept albumu lub DJ-skiego setu (poszczególne kompozycje są do siebie podobne, przechodzą jedna w drugą, czasami w kilku pojawia się ten sam, ale przerobiony motyw), o tyle tym razem zmiany klimatu są bardzo wyraźne. Otwierający "Vibrations on a String" jest melodyjny, tajemniczy i całkiem mocny. Kolejny "Forwardism" to nieco jednostajny kawałek, w którym dominuje mocny rytm. Utwór jest nieco suchy i, jak na całokszałt twórczości Westa, mało ciekawy. Na szczęście potem wchodzi "Melodica" - pokojny, przestrzenny, wyjątkowo łagodny, niemal ambientowy utwór, który koi nerwy i pobudza wyobraźnię. Tytułowy "Articulation" to ciekawa mikstura, w której wszystkiego mamy po trochu. "Still Here" to znów nastrojowy, spokojny kawałek, który mógłby wylądować na soundtracku do "Blade Runnera 2049". Ostatni na płycie "Sudden Awareness of Now" mocno zalatuje klimatami trance'owymi, przy czym dostajemy tu jedynie kilka fragmentów, w których tempo dyktują rytmiczne, basowe uderzenia. Jest więcej niż pewne, że ten utwór doczeka się wielu remixów, bo zrobienie z niego klubowego hitu wydaje się dziecinnie proste. Wystarczy dodać odrobinę łupaniny i gotowe. "Articulation" nie jest może najlepszym i najbardziej wciągającym albumem w dyskografii Rival Consoles, ale i tak pozostaje jednym z ciekawszych wydawnictw, jakie ujrzały światło dzienne w mijającym roku. Z pewnością warto go wysłuchać.

Róisín Murphy - Róisín Machine
Ten rok był, jaki był. Z pewnością nie brakowało w nim niepokoju, melancholii, niepewności, odosobnienia, a czasami nawet zmęczenia, lęku, smutku i klimatów mocno depresyjnych. Wielu z nas brakowało natomiast radości, beztroski i zabawy. Krótko mówiąc, brakowało disco! I to takiego z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Z tym brzmieniem, z tymi ciuchami, fryzurami, makijażem i idiotycznymi napisami na okładkach. Właśnie taki prezent sprawiła nam Róisín Murphy - współzałożycielka zespołu Moloko. Być może jest to nawet jej najlepszy album solowy od czasu wydanego w 2007 roku "Overpowered". Każdy utwór jest przesiąknięty głęboko zakorzenioną miłością Irlandki do kultury klubowej i jej wrodzonym zrozumieniem. Ewidentna inspiracja tanecznymi hitami sprzed pięćdziesięciu lat miesza się tu z elementami house'u à la Daft Punk. Róisín Murphy i producent Richard Barratt stworzyli elektryzującą mieszankę, która nie pasuje do realiów 2020 roku tak, jak to tylko możliwe. I chyba właśnie to jest w tej muzyce najlepsze. Rok temu uznalibyśmy tę płytę za mniej lub bardziej udaną próbę skopiowania stylu największych legend disco. Teraz natomiast "Róisín Machine" brzmi tak dziwnie, tak od czapy i tak nierealnie, że na swój sposób jest to aż urocze.

Sodom - Genesis XIX
Drastyczna rotacja w składzie wyszła Sodomowi na dobre, czego efektem jest nagranie najlepszego albumu od czasów pełnoletniego już "M-16". Praktycznie od pierwszych dźwięków "Genesis XIX" słychać, z jakim zespołem mamy do czynienia, jednak Niemcom udało się tknąć w nowy materiał olbrzymią dawkę świeżości połączonej z ciężarem i brutalnością. Dodatkowo wrażenie robi jakość materiału. Na "Genesis XIX" nie spotkamy się z mieliznami i przynudzaniem, jakie zdarzało się zespołowi na poprzednich albumach. Sodom udowodnił, że po 40 latach na scenie nadal można mieć wiele do powiedzenia.

Taco Hemingway - Jarmark/Europa
Taco Hemingway to jeden z najbardziej oryginalnych polskich raperów. Każda jego płyta jest czymś więcej niż zbiorem przypadkowych kawałków. Może to być muzyczna opowieść, schizofreniczna podróż, analiza swojego otoczenia lub krytyczne spojrzenie w lustro. Taco, czyli Filip Szcześniak, unika przy tym medialnego rozgłosu. Choć wszyscy młodzi ludzie na pamięć znają nagrany w duecie z Quebonafide kawałek ""Tamagotchi", artysta raczej nie pozuje na ściankach, nie udziela wywiadów, nie reklamuje samochodów i nie wyskakuje z lodówki (choć podobno robi świetną musakę), przemawiając do swych fanów poprzez kolejne albumy. W tym roku wydał aż dwie płyty - "Jarmark" i "Europa". Choć pojawiły się praktycznie w tym samym momencie, to znów dwa różne światy, dwie muzyczne rzeczywistości, dwie niezależne opowieści. Pierwsza jest o Polsce... I, matko jedyna, poszedł chłopak po bandzie. Album zapowiadał singiel "Polskie Tango", który pobił dzienny rekord odtworzeń w Polsce na Spotify. To chyba najmocniejszy kawałek na tej płycie, chociaż znakomitym komentarzem do dzisiejszej rzeczywistości są także "Panie, to wyście!" i "Nie Mam Czasu". "Europa" to inny, ciemniejszy klimat przypominający nocną, samotną podróż daleko za naszą zachodnią granicę. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że "Jarmark" i "Europa" to w gruncie rzeczy dwa spojrzenia na nasz kraj - jedno od środka, drugie z zewnątrz. Taco lubi tak bawić się perspektywą, ale tym razem, wydając nie jeden, ale dwa albumy, zrobił to chyba w najbardziej swobodny, kompletny sposób.

The Ocean - Phanerozoic II: Mesozoic/Cenozoic
Już w listopadzie 2018 roku, po wydaniu pierwszej części duetu było wiadomo, że jest na co czekać. Tylko dlaczego prawie dwa lata? "Phanerozoic II" jest pierwszym albumem, w przypadku którego wzięliśmy udział w premierowym odsłuchu na YouTubie. W pewnym momencie w wydarzeniu brało udział sporo ponad 1000 osób, które na bieżąco komentowały swoje przeżycia. Nie przewinął się tam żaden negatywny komentarz. I nic dziwnego. Niemcy po raz ósmy zabierają słuchaczy w niesamowicie interesującą muzyczną podróż przez wypracowaną przez siebie hybrydę gatunkową. Pytanie tylko co następne? Przebrnęliśmy już przez historię świata oraz różne poglądy związane z jego istnieniem, zanurkowaliśmy w głębiny oceanu. Teraz czeka nas lot w kosmos?

Warbringer - Weapons Of Tomorrow
Na "Weapons Of Tomorrow" Amerykanie po raz kolejny udowadniają, że powolne odchodzenie "starej gwardii" na emeryturę wcale nie doprowadzi do upadku thrashu. Co więcej, wprowadzi do gatunku wyraźny powiew świeżości, a taki "Firepower Kills" można spokojnie umieścić w czubie tabeli najlepszych thrashowych utworów kończącego się roku. "Weapons Of Tomorrow" może ucieszyć fanów jeszcze jednym faktem - jest to szósty album w dorobku Warbringera i jednocześnie szósty nagrany na bardzo wysokim poziomie. Jeśli na przestrzeni ponad 15 lat istnienia Amerykanom nie przytrafiła się żadna wydawnicza wpadka, to możemy być raczej spokojni o przyszłość tej kapeli i gatunku w ogóle.

Woodkid - S16
Woodkid, czyli Yoann Lemoine, to francuski reżyser, autor tekstów i wokalista, znany w branży jako reżyser teledysków "Wastin' Time" The Shoes, "Born To Die" i "Blue Jeans" Lany Del Rey czy "Take Care" Drake'a. Tworzenie własnej muzyki to dla niego właściwie coś w rodzaju odskoczni lub pobocznego projektu, który przynosi jego fanom mnóstwo radości. Nie da się ukryć, że facet ma niesamowity talent, który we wszystkim, czego się dotknie, objawia się zarówno w warstwie dźwiękowej, jak i wizualnej. Wciągająca muzyka, przepiękne teledyski, widowiskowe koncerty i charakterystyczny wokal, którym Woodkid firmuje swoją solową twórczość - to więcej niż potrzeba, aby zjednać sobie ogromną rzeszę fanów. Co ciekawe, jeszcze do niedawna Lemoine miał na swoim koncie zaledwie jeden album studyjny - wydany w 2013 roku "The Golden Age", zawierający takie hity, jak "Iron", "I Love You" czy "Run Boy Run". Nic dziwnego, że melomani z utęsknieniem czekali na "dwójkę". I doczekali się w październiku 2020 roku, kiedy to światło dzienne ujrzał krążek "S16". Od pierwszych dźwięków słychać, że to Woodkid. Jeszcze zanim wejdzie wokal, atakuje nas mocny, niemal militarystyczny rytm pomieszany ze sporą dawką elektroniki i klasycznego instrumentarium, w której to warstwie dominują smyczki i fortepian. Brzmi to trochę jak wszystko ze wszystkim, prawda? Fakt, momentami może robi się zbyt podniośle i soundtrackowo. Czasami ocieramy się o granicę kiczu, której artysta na szczęście nie przekracza. W jego muzyce wszystkiego jest dużo, ale na szczęście na "S16" znalazło się też miejsce na spokojniejsze momenty dające słuchaczowi chwilę wytchnienia. Jedno jest pewne - nową płytą Woodkid nie zawiódł swoich fanów.

Komentarze (1)

  • Marcin

    Super zestawienie, kilka inspiracji, kilka przypomnień, kilka odkryć!

    0

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Polecany film

Nowe testy

Poprzedni Następny
Auralic Vega G2.1

Auralic Vega G2.1

Jeszcze niedawno w katalogu Auralica można było znaleźć zarówno urządzenia z najwyższej półki, jak i te znacznie tańsze. Zabawa zaczynała się od maleńkiego, ale fenomenalnie praktycznego transportu sieciowego Aries Mini,...

Audio Physic Tempo 35

Audio Physic Tempo 35

Audio Physic to jedna z firm, których audiofilom nie trzeba przedstawiać. Jeśli zapytacie jej fanów, który model zasługuje na miano kultowego, z pewnością padnie wiele znajomych nazw, a nawet konkretnych...

Silent Angel N8

Silent Angel N8

Długo zbierałem się do tego testu. Najpierw zastanawiałem się, czy w ogóle powinienem próbować i poruszać ten temat, a kiedy doszedłem do wniosku, że korona mi z głowy nie spadnie...

Bannery boczne

Komentarze

rafal
Dobrze, że mam niski punkt wejścia jeżeli chodzi o odbiór muzyki i tak HD 700 to moje chyba najlepsze słuchawki z którymi jestem szczęśliwy. Jak chce się ruszyć...
Realista
Już naprawdę nie wiedzą, ile mają wołać za te sprzęty. Prosty wzmacniacz 8000 zł? Kogoś nieźle pogięło.
Jacek
Świetny tekst, gratuluję.
Jacek
@Jarek - Piszesz o braku HDMI, bo chcesz wpiąć TV... A wejście optyczne to co? Przecież grając na konsoli czy oglądając koncert w telewizji masz włączony telewi...
Marcin
@Tomek - Wypróbuj Philips SHP9500. Bardzo spokojne, nie grają ostro tak neutralnie przyjemnie, bas jest, ale znacznie słabszy od HD 560 S. Śmieszna cena do jako...

Cytaty

PaulSamuelLeonJohnson.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych klikając tutaj.