Swego czasu Max Cavalera "produkował" hurtowe ilości muzyki. Niestety, ilość nie zawsze szła w parze z jakością. Na szczęście muzyk (lub koledzy z jego zespołów) w pewnym momencie opamiętał się i zdecydowanie obniżył studyjne tempo. "Ritual" i poprzedni album zatytułowany "Archangel" dzieli najdłuższa przerwa w historii Soulfly - ponad trzy lata. Po drodze był jeszcze wydany w zeszłym roku, bardzo udany "Psychosis" Cavalera Conspiracy, którego premierę od wydania wcześniejszego "Pandemonium" dzieli taki sam odstęp. W przypadku Cavalera Conspiracy, dłuższa przerwa zdecydowanie wyszła zespołowi (a przede wszystkim słuchaczom) na dobre. Czy i tak jest w przypadku Soulfly?
Polscy słuchacze ambitnej muzyki są winni ogromne podziękowania wytwórni Instant Classic, specjalizującej się w promowaniu rodzimego muzycznego podziemia. Pod jej skrzydłami albumy wydają takie zespoły, jak Lonker See, Saagara, Alameda, Lotto czy Merkabah. Bohaterem dzisiejszej recenzji jest ostatni z wymienionych, a konkretnie jego najlepsze dzieło, wydane pod koniec zeszłego roku. Merkabah jest jednocześnie chyba najbardziej "odjechanym" z podopiecznych Instant Classic. Jego muzykę można określić jako połączenie free jazzu i metalu w bardzo awangardowym wydaniu. Z pewnością adekwatne są skojarzenia z wczesnym King Crimson, którym "Million Miles" było ewidentnie inspirowane, jednak całość brzmi bardzo nowocześnie, na modłę XXI wieku i przy tym nad wyraz ciężko. Bębny walą bezlitośnie, saksofon manewruje między zadziorną, lecz poukładaną grą a free-jazzowym, atonalnym wyciem, a bas brzmi ostro jak żyleta. Najlżej prezentuje się gitara grająca albo przesterowane motywy na pograniczu riffów, albo delikatne partie o nieco bluesowym zabarwieniu. Z pewnością nie jest to łatwa muzyka i przy pierwszym odsłuchu może się wydawać aż nadto chaotyczna. Tak było w moim przypadku i dopiero przy kolejnych podejściach zaczęła mi się naprawdę podobać, choć jej niewątpliwe zalety, ale też i wady, da się usłyszeć od razu.
Trio, a właściwie kwartet z Savannah nigdy nie powalał finezją ani oryginalnością. Zespół z całej stonerowej świty wyróżniało najbardziej inwazyjne i potężne brzmienie oraz ciężar, którego apogeum przypadło na drugi album w dyskografii - "Taste The Sin". Roszada w składzie spowodowana tragiczną śmiercią basisty nie spowodowała radykalnej zmiany brzmienia. Zmianę tę czuć zdecydowanie bardziej na najnowszym wydawnictwie, przed nagraniem którego do składu dołączył drugi gitarzysta. "T.C.B.T." przynosi odświeżenie zespołowej formuły oraz parę nowych rozwiązań. Problem w tym, że zasadność tych zmian może i jest słuszna, ale sama forma już niekoniecznie.
Naśladowców Black Sabbath można liczyć w setkach, jeśli nie tysiącach, żaden jednak nie jest tak bezczelny, jak Black Label Society. Jest to po części zrozumiałe - Zakk Wylde jest muzycznym wychowankiem Ozzy'ego Osbourne'a (przez ponad 15 lat grał na jego solowych albumach). Jednak granica między inspiracją a zwykłym kopiowaniem jest bardzo cienka, a BLS przekroczył ją wielokrotnie. Tu już nie ma mowy o zrzynaniu, lecz stuprocentowym naśladownictwie. Na wczesnych albumach grupy nie było to aż tak wyraźne ze względu na pewne wpływy southern rocka, nadające tej muzyce jakiegokolwiek charakteru. Obecnie są one już tak znikome, że nie są w stanie uratować zespołu przed byciem jedynie bladym odbiciem wspaniałego Black Sabbath. Szczególnie mowa tu o wokalu Wylde'a (barwa głosu i sposób śpiewania to stuprocentowy Osbourne) i riffach w postaci miażdżących, powolnych walców, niemalże wymyślonych przez Tony'ego Iommiego. Sekcja rytmiczna, która mogłaby wnieść cokolwiek własnego, gra w całkowicie schematyczny i prosty sposób, tak żeby przypadkiem nie zagłuszyć gitarowych popisów gwiazdora programu.
Do niedawna nawet bym nie pomyślał, że napiszę na temat Bullet For My Valentine choć jedną linijkę recenzji. To zespół, który z nawiązką przekroczył granicę tego, co rozpatruję w kategorii znośnego "guilty pleasure". Jednak zapowiedzi nowego krążka grupy, obiecujące zmianę stylistyczną, przyprawiły mnie o niekontrolowane ataki śmiechu i sprawiły, że nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Gdy dodatkowo przeczytałem kilka pozytywnych recenzji (!) tego, co Walijczycy tym razem zaproponowali, było już pewne, że nie mogę tej sprawy przemilczeć. Na "Gravity" faktycznie mamy do czynienia z pewnymi zmianami. Artyści jeszcze bardziej przeprodukowali muzykę, odsuwając na dalszy plan agresywne riffy na rzecz okropnych melodyjek, w których tworzeniu są mistrzami. Ten album jest nieco łagodniejszy od poprzednich, co i tak nie zmienia zasadniczej istoty Bullet For My Valentine - to wciąż tandetny pop udający metal. A robi to tak nieudolnie, że chyba nawet najwięksi metalowi laicy już nie dają się nabrać. Wokalista na zmianę jęczy i się wydziera, gitary bezmyślnie łomoczą, sekcja rytmiczna bezmyślnie łomocze razem z nimi, brzmienie potęguje poczucie żenady. Wszystko jest tu na swoim miejscu, tak samo okropne jak zawsze, a może nawet bardziej.
Jeśli miałbym do czegoś przyrównać muzykę Saxon, to do torebki herbaty. Tej samej, parzonej w kółko. Wiadomo, przy odpowiedniej zręczności da się to zrobić wiele razy, ale przy każdym kolejnym zalewie jej zawartość będzie coraz bardziej rozwodniona. Sasi są wielką, uznaną legendą brytyjskiego heavy metalu i tego nikt, a już na pewno ja, im nie odbierze, lecz to nie zmienia faktu, że oni swoją torebkę parzą co najmniej po raz dziesiąty. "Thunderbolt" to już ten etap, gdy w szklance jest więcej wody niż herbaty.
Opisując nowe płyty, staram się nigdy nie oceniać książki po okładce. Gdybym jednak zrobił wyjątek, to po "Divided" z pewnością bym nie sięgnął. Nie śledzę też życia blogowego, zatem do niedawna e-gitarzysta i jego twórca - Jarosław Nyckowski - byli mi zupełnie obcy. Wszystko sprowadza się do tego, że niewiele brakowało abym ten projekt zwyczajnie przegapił. Dużo bym stracił, bo w zasadzie jedną z bardzo niewielu wad tego wydawnictwa jest właśnie okładka. Nijaka i w żaden sposób nie przykuwająca wzroku. Zawartość krążka w pełni rekompensuje dyskusyjne wrażenia wizualne, które w żaden sposób nie odzwierciedlają tego, co znajduje się na płycie. Jarocy to pełnoprawny, rasowy metal, który ciężko zaszufladkować i przypiąć do niego jedną, konkretną etykietę. Mamy tu death, thrash, djent, nu a nawet elementy progresji. Muzycy płynnie przeskakują między tymi odmianami nawet w obrębie jednego utworu. Całość naprawdę dobrze brzmi, a co najważniejsze - jest bardzo równa.
Z okazji zbliżającego się dwudziestolecia swego istnienia, ekipa Lamb Of God wydała nowy album. Ale żeby nie było zbyt łatwo, zrobiła to pod szyldem Burn The Priest, a płyta zawiera same covery. Niewtajemniczonym czytelnikom od razu należą się wyjaśnienia. Burn The Priest to pierwsza nazwa Lamb Of God, pod którą zespół egzystował w latach 1994-1999. Covery są natomiast swego rodzaju hołdem dla zespołów, które odegrały szczególną rolę w kształtowaniu stylu grupy. Mamy tu zatem między innymi The Accused, Melvins, S.O.D., Bad Brains, Ministry czy Agnostic Front. Każdy z dziesięciu utworów pochodzi z dyskografii innego artysty, jednak praktycznie wszyscy obracają się w rejonach muzyki punk, hardcore, thrash i crossover. Teoretycznie nie ma wielkiego rozrzutu stylistycznego, zatem jak w praktyce wygląda ten "Legion: XX"?
Mój pierwszy kontakt z muzyką None miał miejsce prawie dziesięć lat temu przy okazji akustycznego koncertu upamiętniającego przedwcześnie zmarłego byłego członka zespołu - Olassa. Nagranie z tego wydarzenia zostało wydane w postaci albumu "My Only Heart Of Lion" i w takiej formie trafiło w moje ręce. Płyta zrobiła na mnie duże wrażenie, głównie ze względu na akustyczną konwencję nawiązującą wyraźnie do pięknych czasów serii MTV Unplugged. Co ciekawe, wersje koncertowe dużej części utworów wypadły lepiej niż ich albumowe odpowiedniki. W tamtym czasie moja konfrontacja ze studyjnym dorobkiem None nie zakończyła się wielkim sukcesem. Niby wszystko było w porządku, ale nie porywało. Po stosunkowo długiej przygodzie z "My Only Heart Of Lion" bydgoska ekipa została odstawiona na boczny tor. Od 2009 roku w None w zasadzie niewiele się działo. Światło dzienne ujrzał tylko krążek "Six", który w moim przypadku przeszedł bez większego echa. Zatem gdy w moje ręce wpadła płyta "VII", wydana po sześciu latach przerwy, byłem do niej nastawiony sceptycznie. Jak się okazało - zupełnie bezpodstawnie.
Obecna sytuacja heavy metalu jest naprawdę fatalna. Liczba nowych albumów z tego gatunku, które trzymają choćby jakiś sensowny poziom, jest zatrważająco mała i wciąż zdaje się spadać. O ile w 2016 roku dało się jeszcze wygrzebać kilkanaście metalowych wydawnictw (w tym kilka świetnych, z "Magma" Gojiry na czele), tak kolejny był jednym z najgorszych w historii metalu. Tylko trzy wydane w 2017 roku płyty metalowe (zespołów Tankard, Overkill i Havok) nie zawiodły oczekiwań, a jakby tego było mało, swoją karierę zakończył, słusznie i zasłużenie, najstarszy i najwspanialszy zespół heavy-metalowy świata - Black Sabbath. Obecny rok jak na razie zapowiada się jeszcze gorzej. Black Label Society wciąż usilnie stara się być nowym Black Sabbath (niestety, wspólny człon w nazwie nie wystarczy), Saxon bezsensownie serwuje kolejne albumy co 2-3 lata, co wyraźnie jest dla niego męczące, zaś o nowym "dziele" Machine Head nawet nie warto się rozwodzić. Najwięcej nadziei jak do tej pory pokładałem, pewnie jak większość fanów metalu, w nowym albumie Judas Priest. Czy słusznie?
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
DJ
Proponuję opracować również wersję dla DJ-ów, taką z większą powierzchnią drgającą, aby można było ręcznie przesuwać ją pod igłą...
Założyłem sobie konto i rozpocząłem import albumów tracków ze Spotify i Tidala, głównie jazz i klasyka. Około 20% się nie pokryło, aczkolwiek zapewne również z ...
Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...
For years, we've been told that the future of home audio belongs to wireless speakers, streaming services, and devices controlled entirely through smartphone apps. And yet, somehow, the traditional micro hi-fi system refuses to disappear. It's not particularly difficult to...
Power supplies are rarely the most exciting part of a hi-fi system. Nobody invites friends over to admire a particularly impressive wall adapter, and even the most enthusiastic audiophiles probably spend more time discussing DAC chips, amplifier topologies, and speaker...
In the hi-fi industry, a new generation of amplifiers is generally expected to deliver more of everything. More power, more features, better specifications, and, inevitably, a higher price. Manufacturers love being able to announce that their latest model produces another...
Polski sprzęt audio - to hasło przeciętnemu obywatelowi naszego kraju kojarzy się ze wzmacniaczami, kolumnami głośnikowymi i gramofonami sprzed kilku dekad. Większość z nas wyobraża sobie piękne wieże Unitry, Diory czy Radmora, kultowe Altusy lub gramofony takie, jak Daniel, Adam czy Bernard. Jeżeli myślicie, że to wszystko relikty minionego systemu,...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Michał