Recenzje, przynajmniej niektóre, dobrze jest zaczynać jakimś wstępem dotyczącym opisywanego artysty. W tym przypadku wydaje się to bardziej niż zbędne. Można kompletnie nie interesować się muzyką, ale nie sposób nie wiedzieć, kim jest Paul McCartney, do jakiego zespołu należał, jak wiele dokonał i dlaczego właśnie on jest najbogatszym muzykiem na świecie. Pewne fakty, nazwiska i nazwy wnikają po prostu wnikają do popkultury zbyt mocno. Podobnie jest w przypadku "Gwiezdnych Wojen" - nawet ktoś, kto nie oglądał ani jednego filmu, zapewne byłby w stanie wymienić kilka ikonicznych postaci. W stosunku do muzyków o takim statusie nietrudno popaść w nieuzasadniony bezkrytycyzm. Sam tego doświadczyłem w przypadku McCartneya, gdy zorientowałem się, jak wiele muzyki nagrał po rozpadzie Beatlesów, a wrodzona ciekawość nie pozwoli mi tego wszystkiego nie sprawdzić. Przez pewien czas odrzucałem od siebie myśl, że ktoś taki jest w stanie napisać złą piosenkę. Jednak konsekwentne słuchanie kolejnych jego albumów uświadomiło mi, że jego kariera solowa miała równie dużo wzlotów, co i (a może nawet więcej) upadków, a pewna doza czołobitności stopniowo przeradzała się w coraz większe rozczarowanie. Jakkolwiek malkontencko, i być może dla niektórych obrazoburczo - dyskografia McCartneya jest zdecydowanie zbyt obszerna (dla uproszczenia wliczam tu też albumy grupy Wings, której McCartney był niekwestionowanym liderem).
Wolność komentowania oznacza możliwość dodawania i pozytywnych i negatywnych komentarzy. Ale nawet pisząc coś negatywnego na temat konkretnych rzeczy można zachować minimum szacunku do adresata swojego wpisu. Chyba, że komentującemu chodzi wyłącznie o wylanie na kogoś swojej życiowej frustracji. Gdy...
Polscy słuchacze ambitnej muzyki są winni ogromne podziękowania wytwórni Instant Classic, specjalizującej się w promowaniu rodzimego muzycznego podziemia. Pod jej skrzydłami albumy wydają takie zespoły, jak Lonker See, Saagara, Alameda, Lotto czy Merkabah. Bohaterem dzisiejszej recenzji jest ostatni z wymienionych, a konkretnie jego najlepsze dzieło, wydane pod koniec zeszłego roku. Merkabah jest jednocześnie chyba najbardziej "odjechanym" z podopiecznych Instant Classic. Jego muzykę można określić jako połączenie free jazzu i metalu w bardzo awangardowym wydaniu. Z pewnością adekwatne są skojarzenia z wczesnym King Crimson, którym "Million Miles" było ewidentnie inspirowane, jednak całość brzmi bardzo nowocześnie, na modłę XXI wieku i przy tym nad wyraz ciężko. Bębny walą bezlitośnie, saksofon manewruje między zadziorną, lecz poukładaną grą a free-jazzowym, atonalnym wyciem, a bas brzmi ostro jak żyleta. Najlżej prezentuje się gitara grająca albo przesterowane motywy na pograniczu riffów, albo delikatne partie o nieco bluesowym zabarwieniu. Z pewnością nie jest to łatwa muzyka i przy pierwszym odsłuchu może się wydawać aż nadto chaotyczna. Tak było w moim przypadku i dopiero przy kolejnych podejściach zaczęła mi się naprawdę podobać, choć jej niewątpliwe zalety, ale też i wady, da się usłyszeć od razu.
Gdy słucham takich płyt, jak "Lost Trail", zastanawiam się po co ludzie nagrywają coś takiego. Przecież taka muzyka nie przyniesie sławy. Nie przyniesie pieniędzy. Nie da też szansy na zaistnienie w mediach, bo takiej muzyki nie puszcza się w radiu. I tak za każdym razem zadaję sobie te pytania, chociaż doskonale znam na nie odpowiedź. "Lost Trail" i jemu podobne albumy powstają po to aby poprawić humor kilku setkom, może tysiącom osób, które płyną gdzieś poza głównym nurtem i oczekują dźwięków bardziej ambitnych niż potworki promowane w mediach. Yellow Horse dostarcza słuchaczom materiał, który powinien bez większych problemów zaspokoić nawet te większe apetyty.
Trio, a właściwie kwartet z Savannah nigdy nie powalał finezją ani oryginalnością. Zespół z całej stonerowej świty wyróżniało najbardziej inwazyjne i potężne brzmienie oraz ciężar, którego apogeum przypadło na drugi album w dyskografii - "Taste The Sin". Roszada w składzie spowodowana tragiczną śmiercią basisty nie spowodowała radykalnej zmiany brzmienia. Zmianę tę czuć zdecydowanie bardziej na najnowszym wydawnictwie, przed nagraniem którego do składu dołączył drugi gitarzysta. "T.C.B.T." przynosi odświeżenie zespołowej formuły oraz parę nowych rozwiązań. Problem w tym, że zasadność tych zmian może i jest słuszna, ale sama forma już niekoniecznie.
Alameda to z pewnością jeden z najciekawszych polskich projektów muzycznych ostatnich lat. A także jeden z bardziej wszechstronnych. Na każdym ze swoich dotychczasowych albumów grał nieco inną muzykę, głównie ze względu na wciąż zmieniającą się konfigurację personalną. Stąd różne numery przy nazwie grupy na poszczególnych wydawnictwach - jest to wskazówka odnośnie liczby muzyków grających na danym albumie, na przykład Alameda 5 oznacza, że było ich pięciu. Recenzja ostatniego albumu "Czarna Woda" pojawiła się już na naszej stronie, jednak rok wcześniej zespół nagrał równie interesujący materiał. Co ciekawe, jest on sygnowany nazwą Alameda Duo, co sugeruje, że pracowały nad nim tylko dwie osoby. Są to Jakub Ziołek i Mikołaj Zieliński - liderzy zespołu, którzy grali na wszystkich jego albumach. Rzecz jasna, w dwójkę trudno jest osiągnąć niewymuszenie bogate, przytłaczające brzmienie, znane z poprzedzającego ten album "Ducha Tornada" (szyld Alameda 5 mówi sam za siebie). Na szczęście, muzycy nie próbowali tego robić. W zamian otrzymaliśmy połączenie brzmień akustycznych i delikatnej elektroniki, sporo czerpiące z muzyki starogreckiej i amerykańskiego prymitywizmu.
"To jest płyta, jakiej do tej pory nie nagraliśmy" - opisywał "Rainier Fog" Jerry Cantrell. I faktycznie, niestety jest w tym trochę prawdy. Niestety, bo Alice In Chains wyraźnie nie wiedział, jak odświeżyć swój styl. Zbytnie kombinowanie w ich przypadku po prostu nie mogło skończyć się dobrze. Szósty krążek grupy to przegląd różnych wcieleń, jakie pokazała ona w swojej dotychczasowej karierze, z próbą wzbogacenia ich o pewne smaczki. Podobnie jak w "The Devil Put Dinosaurs Here", zespół próbuje znaleźć złoty środek między wczesną twórczością, a "Black Gives Way To Blue". Z pewnością wyszło trochę sprawniej niż w przypadku poprzednika, którego nieprzemyślana eklektyczność czyniła go nieco ociężałym, a przy tym też przydługim. Ten ostatni kłopot nie jest już tak dokuczliwy na "Rainier Fog", krótszym o ponad 10 minut.
Wreszcie jakaś uczciwa ocena, oby więcej takich w sieci. Przyznam szczerze, że męczące jest przeglądanie recenzji, których autorzy zachwycają się tym albumem, jakby był nie wiadomo czym. Słaby album i osobiście bym wolał, żeby zespół przestał nagrywać. Co do DuValla, to jego potencjał jest praktyczn...
Nie jest łatwo dziś, w dobie tysięcy działających równocześnie portali muzycznych i nachalnego mainstreamu, poznawać nowe zespoły, o ile nie zdobędą one odpowiedniej popularności. Jeszcze trudniej jest znaleźć pośród nich te naprawdę godne uwagi. Dlatego tym większą radość daje odkrycie takiej grupy, czy to przypadkiem, czy za sprawą ciekawych stron muzycznych, tak jak w tym przypadku. Monarch to kolejny z niezliczonych przedstawicieli retro rocka, tym razem jednak pochodzący nie ze Skandynawii (trzeba jednak wspomnieć, że sam album został wydany przez duńską wytwórnię) a wprost ze Stanów Zjednoczonych. Mało tego, grupa wywodzi się z Kalifornii, co w połączeniu z wymowną okładką i retro-rockowymi aspiracjami daje jasną sugestię, jaką muzykę usłyszymy. Właśnie tak - rock psychodeliczny o nieco hipisowskim, folkowym zabarwieniu. Jednak inspiracje muzyków sięgają też nieco innych korzeni, bowiem gra trzech gitarzystów, których tu usłyszymy, wywołuje silne skojarzenia z The Allman Brothers Band czy Wishbone Ash.
O tak ;) To jest właśnie muzyka która wciąga. Taki powrót do korzeni wydaje się być naturalnym i pożądanym przez wielu słuchaczy kierunkiem w muzyce. Napisałem ''pożądanym'', bowiem przy obecnym trendzie ku jakiemu podąża muzyka, bardzo rzadko można znaleźć coś naprawdę wartościowego, wszyscy naokoł...
"Blues żyje i ma się dobrze" - Buddy Guy nie stawia żadnych pytań ani hipotez, lecz po prostu stwierdza to niczym fakt. Postawić tezę to jedno, a obronić ją to drugie. Z tym że Buddy'ego spokojnie można określić mianem profesora zwyczajnego habilitowanego nauk bluesowych, więc dla niego nie jest to żaden kłopot. W zasadzie wystarczy, by wziął gitarę i zagrał. Nie zapominajmy, że mówimy tu o prawdziwej legendzie, której wstyd nie znać. Buddy Guy to jedna z najważniejszych postaci w historii bluesa, pionier elektrycznej odmiany tego stylu (podobno jeszcze w późnych latach pięćdziesiątych korzystał ze sprzężenia zwrotnego na koncertach) i wielka inspiracja dla całego pokolenia brytyjskich bluesmanów, z Claptonem, Hendrixem i Beckiem na czele. Przy okazji także jeden z tych muzyków bluesowych, których twórczość zawsze mnie zachwycała - nie żadną wirtuozerią, a właśnie dawką szczerej, bezpretensjonalnej muzyki pełnej emocji. Nie inaczej było w tym przypadku, choć jego nowy album nie jest pozbawiony wad.
Dziś znów cofamy się do zeszłego roku, a konkretnie 18 sierpnia, kiedy ukazał się najbardziej "szokujący" album Stevena Wilsona. Powodem zaskoczenia i krzyków wśród słuchaczy była obrana stylistyka - "bohater współczesnego rocka progresywnego" nagrywa pop inspirowany Peterem Gabrielem czy Tears For Fears. Myślę jednak, że bardziej wnikliwi słuchacze doskonale wiedzieli, że o żadnej wielkiej zmianie stylistycznej tak naprawdę nie ma tu mowy. Początkowo miałem sobie odpuścić pisanie, bo o tym albumie powiedziano już naprawdę wiele. Jednak do przelania swoich odczuć na papier ostatecznie sprowokowały mnie dwie rzeczy - duża liczba pozytywnych opinii na temat tego albumu, kompletnie dla mnie niepojętych, oraz wspomnienia z mojego pierwszego odsłuchu "To The Bone". Nie ukrywam, było to dla mnie bardzo przykre doświadczenie. Być może dlatego, że zdążyłem się już przekonać do (oczywiście nie całej) twórczości Porcupine Tree, najbardziej znanego zespołu Wilsona. Pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na mnie "The Sky Moves Sideways" - płyta wprawdzie wtórna, ale niezwykle przyjemna, pokazująca talent Wilsona do tworzenia pięknych gitarowych pasaży. Żal mi, że zamiast podbudować swoją pozycję, jako faktycznie osłuchany muzyk o wielu inspiracjach, zabrał się za nagrywanie takich koszmarków.
Steven Wilson podobnie jak Roger Waters czy David Gilmour kręci się ciągle w kółko, różne wariacje tego samego brzmienia i pomysłów myślę ze po prostu artysta się wypalił i odcina kupony. Podobnie słuchając ostatniej płyty Watersa i Gilmoura nieodparcie myślałem takie zubożone Pink Floyd - wszystko ...
Post-punk lata świetności ma już dawno za sobą, o ile wręcz nie dogorywa. Od lat dziewięćdziesiątych większość grup z tego nurtu lub nim się inspirujących grała alt-rockowe lub indie-rockowe smuty, tudzież słabą melodyjnie chałturę. Zresztą na początku swojej kariery Iceage nie był wiele lepszy, choć już wtedy wyróżniał się pozytywnie na punkowej scenie. Po nagraniu trzech płyt muzycy dali sobie kilka lat na przemyślenie kierunku artystycznego i postanowili powrócić z albumem nieco ambitniejszym. Cofnęli się przy tym również do samych korzeni, do twórczości nieco już zapomnianej proto-punkowej grupy Modern Lovers czy, w mniejszym stopniu, The Stooges. I trzeba przyznać, że znaleźli ciekawy sposób na odświeżenie swojego stylu, wzbogacając go o instrumenty dęte i wpływy jazzowe.
Modern Lovers to był zespół wyprzedzający swój czas, można rzec proto-post-punkowy, bo zdecydowanie bliżej mu do post-punku, niż surowego proto-punku w stylu The Stooges czy New York Dolls ;) A album Iceage bardzo fajny.
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Wielu audiofilów, a także niektórych ludzi mających niewielkie pojęcie na temat sprzętu stereo, fascynuje temat kabli używanych do łączenia zestawów głośnikowych ze wzmacniaczem, wzmacniacza z odtwarzaczem, a nawet tych odpowiadających za dostarczenie prądu do naszych urządzeń. Zanim jednak zagłębimy się w dywagacje na temat wyższości srebra nad miedzią czy sensu...
Polski sprzęt audio - to hasło przeciętnemu obywatelowi naszego kraju kojarzy się ze wzmacniaczami, kolumnami głośnikowymi i gramofonami sprzed kilku dekad. Większość z nas wyobraża sobie piękne wieże Unitry, Diory czy Radmora, kultowe Altusy lub gramofony takie, jak Daniel, Adam czy Bernard. Jeżeli myślicie, że to wszystko relikty minionego systemu,...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
JaxX