Rok 2016 jest wyjątkowo obfity w interesujące premiery muzyczne. Za nami już wiele, ale najciekawsze dopiero się zaczyna i do końca roku na mojej półce wyląduje jeszcze kilkanaście krążków. Spośród kilkudziesięciu tegorocznych zapowiedzi Obscure Sphinx był jedną z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych. Ogromny apetyt podsycił dodatkowo zapowiadający album "Nothing Left" - wielowątkowa, rozbudowana kompozycja oparta na wkręcającym się w głowę motywie, soczystych, przytłaczających riffach i Wielebnej w wyśmienitej formie. Do tego dochodzi spokojne zakończenie i fragment, który na koncertach będzie idealnie pasował do grupowego odśpiewania "Przeżyj to sam". "Nothing Left" trwa ponad 13 minut, ale w tym czasie dzieje się tyle, że po jego zakończeniu można zadać sobie pytanie czy to już koniec i ponownie odpalić utwór od początku. Zatem wspomniany wcześniej apetyt był już podsycony do granic możliwości. Po kilkunastu przesłuchaniach "Epitaphs" stwierdzam, że nie zaspokoiłem swojego "obscurowego" głodu i odczuwam niedosyt.
Nigdy nie byłem na Islandii. Od dawna jest to moim marzeniem, którego jak do tej pory nie udało się zrealizować. Widziałem natomiast setki, jeśli nie tysiące zdjęć z tego pięknego, tajemniczego i niesamowicie oderwanego od naszej, polskiej rzeczywistości kraju. Jeśli miałbym kiedykolwiek dopasować do nich soundtrack to z pewnością byłby to jeden z utworów z "Svartir Sandar". Nic tak celnie nie oddaje uczucia towarzyszącego mi podczas oglądania islandzkich zdjęć, jak dźwięki "Melrakkablús" i "Draumfari". Te dwa utwory otwierające dysk "Gola" są idealnym odzwierciedleniem piękna, dzikości i tajemniczości tej wyspy. Czwarty album w dorobku Sólstafir to prawie 80 minut muzyki podzielonych na 12 utworów umieszczonych na dwóch płytach - "Andvari" i "Gola". Podział nie jest losowy, różnice pomiędzy obydwoma krążkami idzie odczuć w muzyce. "Gola" to przede wszystkim niesamowity klimat - melancholijny, mistyczny, hipnotyzujący.
Sezon ogórkowy trwa od ładnych kilku tygodni. Zatem parę miesięcy temu z wielką radością przyjąłem informację, że jeden z moich ulubionych zespołów zdecydował się na wydanie nowego albumu w środku lata. Jest to krok o tyle odważny, że w tym czasie większość ludzi myśli o wakacjach, a nie o kupowaniu płyt, ale z drugiej strony - kto ma kupić, ten kupi niezależnie od pory roku, zwłaszcza po czterech latach czekania na nowy materiał. Apetyt na "Give A Glimpse Of What Yer Not" podsyciły jeszcze utwory zapowiadające krążek. "Tiny" porywa już przy pierwszym przesłuchaniu. Dodatkowo teledysk do utworu wywołuje duży uśmiech na twarzy. Ekipa Dinosaur Jr to, mimo upływu lat, bardzo zdystansowani do siebie kolesie - Mascis jest już po pięćdziesiątce, a nadal wygląda jak hipis ze swoimi długimi blond włosami i jazdą na desce. Naprawdę ogromny plus za podejście do życia i wyłamanie się ze stereotypów. Kolejny plus za chrapiącego buldoga.
W moim przypadku "Decision Day" namieszał dość mocno jeszcze na długo przed premierą. Z jednej strony zespół głośno chwalił się, że nowy album to jedna z najbardziej złowieszczych rzeczy jaką nagrali na przestrzeni 35 lat. Z drugiej (jeszcze głośniej) słyszałem albumowe zapowiedzi, które wydawały się być totalnym zaprzeczeniem słów muzyków. Jak do tej pory słuchanie "Decision Day" nie sprawiło, że moje uczucia stały się mniej mieszane. Chociaż z każdym kolejnym odsłuchem jest coraz lepiej. Pierwszym, co rzuca się w oczy jest bardzo ciekawa okładka (moim zdaniem) dyskretnie nawiązująca do "Another Perfect Day" Motörhead. Drugie to wspomniane wcześniej albumowe zapowiedzi - "In Retribution" i "Caligula". Pierwszy z nich to utwór na prawdę solidny ale jako otwarcie sprawdza się co najwyżej średnio i pod tym względem "Decision Day" wypada najgorzej od jakichś 20 lat.
Blues Pills, jedna z największych nadziei muzyki rockowej ostatnich lat, powraca z drugim albumem studyjnym. Choć od wydania debiutu, zatytułowanego po prostu "Blues Pills", minęły zaledwie dwa lata, zespół zdążył zmienić skład (perkusistę Cory'ego Berry'ego zastąpił André Kvarnström) i przejść zaskakującą metamorfozę stylistyczną. Dominująca na debiucie inspiracja blues rockiem ustąpiła miejsca wpływom... Soulowym. Zdecydowanie większą rolę zaczęły odgrywać brzmienia klawiszowe - na poprzednim albumie występujące w śladowych ilościach, tutaj zaś wysunięte często na pierwszy plan i zachwycające swoim bogactwem. Oprócz popularnych w muzyce rockowej organów i fortepianu, pojawia się też rzadziej, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, stosowany melotron. Odbyło się to kosztem partii gitarowych - Dorian Sorriaux niemal nie gra tu żadnych solówek (a przecież jego popisy są jednym z największych atutów debiutu). Zupełną nowością są natomiast chórki, podkreślające soulowy charakter albumu. Zresztą głos Elin Larsson też nabrał bardziej soulowej barwy.
Właśnie przesłuchałem. Nie jest zła ale pierwsza bardziej mi się podobała. Poza tym nagrana jest w kiepskiej jakości, wszystkie instrumenty zlane ze sobą razem, brzmi jak MP3: http://dr.loudness-war.info/album/list?artist=Blues+pills&album=
Nigdy nie byłem w Bejrucie, ale spodobała mi się chwytliwa nazwa tego miasta - tak genezę nazwania swojej kapeli na cześć stolicy Libanu tłumaczy Zach Condon. Przeglądając płyty założonej dekadę temu grupy nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że do czynienia mam z najbardziej geograficznym zespołem, jaki kiedykolwiek wpadł mi w ucho. "Brandenburg", "Bratislava", "Nantes" i "Santa Fe" to tylko kilka przykładów z muzycznego atlasu Amerykanów. W końcu od podróży wszystko się zaczęło, Zresztą ciągle ona trwa, zostawiając po sobie w 2015 roku nowy znak - album "No No No".
Lil Kim nie może pogodzić się z tym, że jej kwadrans już minął, Nicki Minaj nie potrafi się zdecydować, czy chce nagrywać pod listy przebojów czy zadowalać fanów hip hopu, a Iggy Azalea zaczyna flopować nawet w duecie z Britney Spears. Przy ich dokonaniach Angel Haze może czuć się zawstydzona. Jednak potem wyciąga album "Back to the Woods" i jej koleżanki po fachu nie mają już nic do powiedzenia, zarapowania, zaśpiewania - to wszystko robi za nie Haze, po raz kolejny sprawiając, że nie wyobrażam sobie kobiecej hip hopowej sceny bez jej osoby.
Tom Odell zakłada marynarkę i jak gdyby nigdy nic udaje się na imprezę. Singiel "Wrong Crowd" - zapowiadający powrotny album Brytyjczyka o tym samym tytule - na początku bardzo mnie zmartwił i sprawił, że nie od razu sięgnęłam po cały krążek. No bo jak to? Gdzie podział się ten refleksyjny chłopak siedzący przy fortepianie i wyśpiewujący spokojne, melancholijne numery pokroju "Another Love" czy "Grow Old With Me?". Dojrzał, obmyślił siebie na nowo i zapragnął zmiany. Ale nie zapomniał i o starych wielbicielach. "I guess I'll always be hanging round with the wrong crowd" - śpiewa Tom Odell w utworze tytułowym. Jakąkolwiek grupkę artysta miał na myśli, na pewno nie mogli to być jego znajomi ze studio nagraniowego. Brytyjczyk nad nowymi utworami pracował bowiem z osobą odpowiedzialną za sukcesy Arctic Monkeys, Adele i Kasabian. W pisaniu tekstów wsparli go zaś ludzie mający na koncie takie przeboje, jak "Story of My Life" One Direction, "White Flag" Dido czy "Falling Into You" Céline Dion. Z ich pomocą powstał album, który zadziwi nawet największego fana Odella.
Boże błogosław Internet i Youtube'a! Nie jestem chyba w stanie wymienić, ile to zespołów poznałem dzięki popularnemu serwisowi wideo. Dla niektórych z nich - tych bardziej niszowych - portal ten stał się świetnym narzędziem do promocji i trafienia do szerszego grona odbiorców. W ten właśnie sposób, słuchając nowego albumu Wo Fat, w sugestiach trafiłem na ekipę Droids Attack. Traf chciał, że z kilku propozycji wybrałem właśnie ich. Włączyłem i zakochałem się od pierwszego usłyszenia. Droids Attack to nie świeżaki na muzycznej scenie, tylko rasowy zespół, który istnieje od 2004 roku i ma na koncie cztery pełnoprawne albumy i jednego splita. Mnie bezczelnie sponiewierało ich najnowsze dziecko - "Sci-Fi Or Die", które premierę miało w lutym tego roku.
Moja przygoda z thrashem jest już co najmniej pełnoletnia, zatem mogę chyba uznać się za fana tego gatunku metalu. Wszystko zaczęło się oczywiście od Metalliki, do której w ekspresowym tempie dołączyła ekipa Megadeth. Później nadgryzłem twórczość Anthrax i Slayera, ale jednocześnie skupiłem się na tych troszkę mniej znanych przedstawicielach amerykańskiej sceny takich jak Exodus, Overkill, Testament czy Death Angel. Niespecjalnie było mi po drodze ze sceną niemiecką. Kilka miesięcy przed "Phantom Antichrist" przekonałem się w końcu do Kreatora, w przypadku Sodoma proces ten trwał do tego roku. Na koniec została ekipa Destruction. Idealnym momentem do ponownej próby zapoznania się z ich twórczością była zbliżająca się premiera 14 krążka w ich dyskografii czyli właśnie "Under Attack". Na warsztat wziąłem kilka z albumów wydanych w tym tysiącleciu. I podobnie jak w przypadku kilku poprzednich prób tak i teraz miałem jeden podstawowy zarzut - na wszystkich tych albumach Destruction brzmi bardzo podobnie jeśli nawet nie tak samo. Są oczywiście odskoki od normy ale różnic takich, jak pomiędzy "Tempo Of The Damned" i "Atrocity Exhibition" Exodusa nie ma co się spodziewać.
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
manic
Znam kilku potencjalnych użytkowników, takiego rozwiązania. Mają potężne kolekcje winyli, w tym ogromna część to nigdy nie odpakowane perełki... A więc streamuj...
No cóż, ceny praktycznie wszystkiego mamy absurdalne. W 2020 średnia pensja brutto wynosiła 5200 zł, w tym roku 9200 zł. A o ile % wzrosły ceny spożywki, produk...
Audiofile częściej wierzą niż wiedzą, ale równie niecodzienne rozwiązanie zastosowano wcześniej w sprzęcie didżejskim, gdzie winyle kładzione na talerz nie miał...
Czym powinien kierować się miłośnik sprzętu audio przy wyborze wzmacniacza? Gdyby na tak postawione pytanie można było udzielić prostej i zwięzłej odpowiedzi, pewnie nikt nie zawracałby sobie głowy testami i odsłuchami. Przyjmijmy jednak, że mamy już pewne rozeznanie w temacie, a z długiej listy dostępnych na rynku modeli chcemy wybrać...
You can spend a small fortune on wireless headphones, carefully compare their drivers, tuning, noise cancellation, and battery life, and eventually settle on a model that supports some of the most advanced Bluetooth codecs available. Then you connect it to...
Argon Audio has introduced two new subwoofers, the Berlin Sub 10 and Berlin Sub 12, both designed around the same fundamental concept. They combine sealed enclosures, downward-firing woofers, powerful 500-watt Class D amplifiers, and sophisticated DSP processing. The main difference...
Most stereo equipment manufacturers would like us to associate their brands with the products at the very top of their catalogs - the finest, most visually striking models, packed with the most advanced technology. When we buy an affordable pair...
O historii sprzętu audio można się wiele nauczyć przeglądając dzieje firm, które tworzą go od wielu, wielu lat. Korzeni większości wynalazków stanowiących swoiste kamienie milowe w rozwoju technologii nagrywania i odtwarzania dźwięku należy oczywiście szukać w Europie i USA, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że życie dzisiejszych audiofilów nie...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
1piotr13