Tak jak "Aura" mnie intrygowała, a "Earthshine" zniewalał i pochłaniał milionami skojarzeń z Tatrami, tak pierwszy odsłuch "Eternal Movement" był dla mnie obojętny. Ta sama sytuacja miała miejsce przy drugim, trzecim i czwartym kontakcie z płytą. Aż tu nagle wszystko się odmieniło, zaskoczyło i teraz działa już zaskakująco płynnie. Nowy krążek Tides From Nebula jest zupełnie inny od swojego poprzednika. Jak już wcześniej wspomniałem, "Earthshine" to dla mnie idealny podkład do wspomnień związanych z górami. "Eternal Movement" z kolei jest jakby podróżą w kosmos bez wychodzenia z domu. Klimaty na obu krążkach są skrajnie różne. Tam panował spokój i zaduma, tutaj wszystko jest zdecydowanie żywsze, bardziej dynamiczne. No i przede wszystkim weselsze. Od singlowego "Only With Presence" aż bije optymizmem i pozytywną energią. Podobnie jest z otwierającym płytę "Laughter Of Gods". Wakacyjne (przepraszam - letnie) wspomnienia przywołuje "Satori" kojarzący się z wycieczką do słonecznych, egzotycznych krajów. Wcześniej takiego czegoś u Tides From Nebula nie było.
Nigdy nie byłem wielkim fanem elektroniki. Praktycznie od zawsze bliżej mi było do gitar i garów. Najpierw była fascynacja zespołem Queen, później na salony wszedł grunge i metal w różnych odmianach i jakoś się to kręciło. Wyjątkiem od tej nieelektronicznej reguły są dwie ekipy - The Prodigy i The Chemical Brothers. I tak, jak pierwsza podoba mi się praktycznie w całości, tak druga jest jak skoczek narciarski. Zaczyna z wysokiej belki na rozbiegu, a później już tylko spada coraz niżej. Całe szczęście, że pierwsze trzy krążki The Chemical Brothers to praktycznie ta sama, wysoka belka. "Exit Planet Dust" jako debiut oczywiście należy do tej trójcy. Swego czasu krążek ten nieźle namieszał na elektronicznej scenie, a dziś jest uznawany za klasykę gatunku. Czy słusznie?
Kwartet Kings Of Leon nie wymaga chyba żadnej introdukcji, szczególnie po tegorocznej edycji festiwalu Heineken Open'er. Ten amerykański zespół pokochała cała Europa, a ich gitarowe brzmienie najbardziej upodobali sobie Brytyjczycy. W skład grupy wchodzi czwórka braci, a jej nazwa pochodzi od imienia, które nosił ich ojciec oraz ich dziadek. Panowie grają razem od 2003 roku i dorobili się całkiem sporej kolekcji statuetek Grammy. W 2010 roku wydali piąty w swojej karierze, świetny album "Come Around Sundown". Został on bardzo ciepło przyjęty, lecz paradoksalnie nie był to najszczęśliwszy czas dla grupy. Z powodu choroby alkoholowej jednego z braci, zespół zmuszony był przerwać trasę koncertową. Na szczęście chory wyzdrowiał, wszyscy odpoczęli i wrócili do nas z nowym krążkiem "Mechanical Bull". I trzeba przyznać, że jest to powrót w wielkim stylu. Muzyka nie straciła nic na świeżości i energii, za którą pokochaliśmy Kings Of Leon. Stała się natomiast dużo bardziej dojrzała, zarówno w warstwie kompozycyjnej, jak i lirycznej.
Gogol Bordello oferuje sztukę z kategorii "love it or hate it". Muzyka proponowana przez tę amerykańską grupę określana jest mianem gypsy-punku lub ska-punku. Co to oznacza w praktyce? Punk ubrany w skoczne, taneczne rytmy, pełne bałkańskiej ekspresji. Wbrew pozorom nie jest to tania rozrywka w najprostszej, ordynarnej postaci znanej z polskich wesel. Wręcz przeciwnie. Z każdą kolejną piosenką słychać, że kapela ma do przekazania coś ważnego i uniwersalnego, opakowuje to jednak w odrobinę szaleństwa. Jaki jest więc dokładnie szósty studyjny album grupy Gogol Bordello? Otwierające "We Rise Again" świetnie nawiązuje do całości i było bardzo dobrym wyborem na rozpoczęcie krążka. Tekst w punkowym stylu, mocno wymierzony we władze państwa i korporacje, okraszony solidną dawką cygańskiego sosu. Trzecia zwrotka śpiewana jest po hiszpańsku. Gogol miesza w swoich utworach różne języki, a nawet akcenty, podkreślając wielokulturowość. Kolejnym przykładem jest "Malandrino", gdzie do przyjemnego dźwięku klasycznej gitary dołącza agresywna perkusja i trąbka, tworząc łobuzerską całość "chłopca, urodzonego ze śpiewającym sercem".
Ten album ściągnąłem ze strony zespołu już kilka lat temu, ponieważ został udostępniony za darmo. Leżał na dysku i kurzył się bez nawet jednego odsłuchu. Przypomniałem sobie o nim dopiero kilkanaście dni temu robiąc komputerowe porządki. Odpaliłem go i teraz nadal okupuje mój dysk, a dodatkowo pendrive’a i telefon. Wydawnictwo totalnie mnie wkręciło. Kolejny dowód na to, że meloman powinien drążyć, poszukiwać i poszerzać horyzonty. A z czym to się je? "Dolne Miasto" to concept album tudzież soundtrack do filmu, którego nie ma. Cała koncepcja opiera się na kryminałach noir. Jeśli ktoś kiedyś podjąłby się ekranizacji, ja widziałbym ten obraz w okolicach Sin City - czarno-biały, komiksowy klimat z innymi kolorami tylko w przypadku kluczowych momentów, podobny system narracji i tak dalej. No właśnie – słowo klucz to narracja. W "Dolnym Mieście" raczej się nie śpiewa (chociaż są i takie momenty), warstwa tekstowa jest głównie opowiadana i skupia się na zabójstwie luksusowej prostytutki. Wszystko to nakreślone jest z perspektywy narratora, detektywa i mordercy.
New Order to brytyjska formacja, która powstała trzydzieści lat temu w dość burzliwych okolicznościach. Jej historię kojarzą z pewnością fani Joy Division. Ian Curtis, Stephen Morris, Peter Hook i Bernard Sumner stanowili skład tej ważnej w historii muzyki, post-punkowej kapeli. Po samobójczej śmierci Curtisa pozostali członkowie grupy postanowili nie przerywać swojej muzycznej przygody. Zmienili jednak szyld pod którym pracowali. Zespół przeszedł drobne zmiany składu, jednakże pierwotny duch kapeli się nie zmienił. Krążek jest zapisem występu New Order, który zagrano podczas festiwalu Bestival. Impreza odbywa się od 2004 roku, regularnie przyciągając najbardziej interesujących artystów. W 2012 roku to panowie z New Order stanowili największą atrakcję, występując na głównej scenie obok Stieve'go Wondera czy zespołów Florence + The Machine, Sigur Rós i The XX. Całkowity dochód ze sprzedaży albumu trafia do niezależnej organizacji charytatywnej The Isle of Wight Youth Trust. Cel słuchania jest szczytny, zatem do dzieła!
Rzadko kiedy katastrofa naturalna jest przyczyną powstania cennego projektu muzycznego. Burza, która w 1970 roku przeszła nad Wielkopolską uszkodziła kościół w Borku, a naprawiający poddasze robotnicy odnaleźli bezcenne rękopisy z muzyką polską. Od 2006 roku na Świętej Górze odbywa się festiwal, podczas którego można usłyszeć cudem odnalezione utwory. Autorem jednego z rękopisów jest Piotr Niestrawski - organista i kompozytor. Jego "Missa in G" to dzieło monumentalne, stanowiące rozbudowaną, wieloczęściową całość. Ciężko się przy niej nudzić, ponieważ w kolejnych odcinkach zmianie ulega zarówno tonacja, tempo, obsada instrumentów, jak i ogólny wyraz kompozycji. Partie wokalne w tym przypadku zostały ograniczone do dwóch sopranów, współpracujących zazwyczaj w duecie. Wyjątkiem są dwie solowe arie - Anna Karasińska wystąpiła w "Gratias", zaś Anna Mikołajczyk-Niedźwiedział w "Qui Tollis". Wybór solistek był strzałem w dziesiątkę, ponieważ doskonale współbrzmią razem, okraszając całość barokowym akcentem.
Co łączy postać Kaliguli z japońskim urządzeniem Tenori-On? Nie, nie jest to żart w stylu Karola Strasburgera. Odpowiedzią jest angielska multiinstrumentalistka, piosenkarka, didżejka Victoria Christina Hesketh. Pseudonim został wymyślony przez jej przyjaciela i nawiązywał do niezwykle małych stóp Victorii, a inspiracją był film o wyżej wspomnianym cesarzu rzymskim, którego imię po łacinie oznacza właśnie "Little Boots". Angielka zaczynała od Idola, współtworzyła indie-popowy zespół Dead Disco i umieszczała covery hitów w serwisie YouTube, aż w 2009 roku wydała swój debiutancki album "Hands". Zachwyciła nim krytyków, podbijając europejskie i japońskie listy przebojów. Victoria nie spoczęła na laurach i od 2010 roku w pocie czoła pracowała nad krążkiem, który właśnie trzymam w ręku. Jakie miało być "Nocturnes"? Nieco mroczne, straszne, choć zarazem magiczne. Natchnienie stanowiła poezja Edgara Allana Poe, mistrza makabry i dekadentyzmu. Bardzo starałam się odnaleźć te nurty na krążku, ale niestety nie udało się. Victoria dużo miejsca poświeciła disco w stylu retro, które ponure raczej nie jest. "Broken Rekords" to współczesna kompozycja w stylu ABBY, natomiast pierwszy singiel "Shake" to powrót do lat dziewięćdziesiątych i królującego wtedy syntezatora basowego. Sam wokal kojarzy się z hitami Kylie Minogue z czasów "Fever".
Z muzyką klasyczną jest trochę jak z gramofonami. Niby istnieje jakiś tam odsetek melomanów, którzy słuchają jej namiętnie. Wielu też chciałoby w jakiś bezbolesny sposób zacząć zagłębiać się w ten temat. Audiofile wzdychają do chromowanych i akrylowych szlifierek, ale kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że są przynajmniej trzy poważne problemy - nie ma sprzętu, nie ma płyt albo nie ma wiedzy i umiejętności potrzebnych do obsługi tego cuda. Początkujący amatorzy klasyki mają podobną sytuację. Mogą albo słuchać w kółko największych hiciorów znanych dotychczas głównie z reklam telewizyjnych, albo trafić na materiał bardzo trudny, po którym będą chcieli jak najszybciej wrócić do rocka, bluesa, techno czy czego tam jeszcze. Albumy balansujące na granicy łatwej i trudnej klasyki są moim zdaniem dość rzadkim zjawiskiem. Jak znaleźć płytę, która nie będzie kolejną składanką soundtracków z reklam, ale też nie będzie wymagała fachowej wiedzy i skupienia. Taką, której będzie można słuchać z przyjemnością, ale bez obciachu. Otóż mam wrażenie, że trafił w moje ręce taki właśnie album. Co więcej, to tylko fortepian i wiolonczela, ale jak one się uzupełniają i rozumieją! Zanim przejdę do samej muzyki, słówko, kilka słów, a nawet kilka zdań wprowadzenia.
Brytyjczycy nie słyną z najlepszej kuchni. Poczucie humoru zrozumiałe dla wszystkich też raczej nie jest ich domeną. Ale jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, co do której nie dyskutowałabym z ich gustem, zdecydowanie byłaby to muzyka klubowa. Kiedy więc przeczytałam, że Maya Jane Coles jeszcze przed wydaniem swego albumu była najbardziej rozchwytywaną didżejką w Londynie, byłam pewna, że jej krążek dłużej zabawi w odtwarzaczu. Nie ma się co dziwić talentowi tej pani, skoro muzykalność zawdzięcza genom ojca - Mike’a Colesa, którego na pewno kojarzą wszyscy fani Killing Joke. To jego ręką powstawały charakterystyczne okładki albumów i to on prowadzi wytwórnię płytową Malicious Damage związaną z kapelą. Jak to się stało, że wychowywana na postpunkowym brzmieniu dziewczyna skończyła jako producentka muzyki elektronicznej? Historia w takich przypadkach zawsze jest ciekawa. Maya zaczynała od hip-hopu, jednakże zyskała popularność dopiero jako producentka muzyki techno i house. Nie zamknęła się w tym gatunku, oddając się nowym muzycznym projektom. Chyba najciekawszym z nich jest She Is Danger, gdzie wraz z Leną Cullen tworzyła remixy znanych przebojów. Ich lista jest całkiem długa. Jeśli ktoś z Czytelników może pochwalić się posiadaniem albumu "Heligoland" Massive Attack w wersji Extended Edition, na pewno kojarzy genialną wersję "Girl I Love You" autorstwa właśnie She Is Danger.
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Bannery boczne
Komentarze
Felek
Mam Venere 2.5, ale po przeczytaniu tego artykułu przerabiam je na Olimpicę II 1/2. To nie będzie III, ale w moim przedziale możliwości dam radę i nie obrażą si...
W świetle tego, co podziało się z Auralikiem, przydałoby się takie urządzenie stworzone przez inną firmę, żeby moja S1 za 1-2 lata nie odmówiła współpracy.
@Garfield - Wsparcie straci raczej zewnętrzna skrzyneczka streamera, bo potrzebna będzie sprzedaż nowego produktu. Nowych formatów już się raczej nie wymyśli, b...
Z badań i raportów dotyczących udziału poszczególnych nośników i platform w rynku muzycznym wynika, że pliki i serwisy streamingowe wyprzedzają konkurencję o kilka okrążeń. Temat nośników fizycznych wydaje się zamknięty i nawet ogarniająca cały świat moda na winyle i gramofony nie jest w stanie odwrócić losów tej wojny. O ile...
Fyne Audio has spent almost a decade building its reputation around conventional passive loudspeakers, from relatively affordable bookshelf models to imposing high-end designs made in Scotland. Cubitt 5 marks a rather important change of direction. It is the company's first...
At the same time that Noble Audio is stripping the formula back to a single dynamic driver with Iris, the company is taking a very different route at the more accessible end of its wired IEM range. Vanguard builds on...
Monitor Audio has introduced Silver Series 8G, the latest generation of one of the most important and best-selling loudspeaker families in its catalog. The company is not presenting this as a cosmetic refresh, but as a comprehensive reinvention of the...
Co przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o Francji? Wiadomo - świetna kuchnia, doskonałe wina i sery, luksusowe perfumy, nowoczesna architektura, pokazy mody, festiwale filmowe, słynni malarze i wiecznie zakorkowane uliczki Paryża. Dla amatorów sprzętu hi-fi jest to także jeden z najważniejszych krajów na audiofilskiej mapie świata. To właśnie tutaj...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Michał Chmielewski