Oglądając program "X-Factor" nie przepadałam za Dawidem. Cały czas patrzyłam na jego wokal poprzez pryzmat samej osobowości. Nierzadko zastanawiałam się, czy być może nie wykazuje on objawów lekkiego opóźnienia umysłowego, co rzucało się w oczy szczególnie w wywiadach. Nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać, gdy lekko otępiały opowiadał, że na scenie jest zwierzem, a jego sala prób służy do turlania. Nie wiem, jaki Dawid jest na scenie, ale w studiu na pewno jest dojrzałym, ukształtowanym artystą. Po wysłuchaniu jego debiutanckiego albumu opadła mi szczęka. Obiecałam sobie nigdy więcej nie uprzedzać się do muzyki, bo jeśli takie zaskoczenia będą się pojawiały częściej, to będę zmuszona wykupić sobie karnet u chirurga stomatologa. I absolutnie nie dziwię się, że "Comfort and Happiness" pokryło się platyną i bez ustanku okupuje szczyty list sprzedaży. Zacznijmy jednak od początku. Dawid Podsiadło to laureat programu "X-Factor". Ten dwudziestoletni młodzieniec ukończył szkołę muzyczną, co ciekawe, w klasie puzonu. Jednak na krążku zamiast blaszanych instrumentów dętych usłyszymy popowo-rockowe ballady, utrzymane w bardzo brytyjskim klimacie.
Szábolcs Esztényi to pianista, improwizator, kompozytor i pedagog muzyczny pochodzenia węgierskiego. Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie grę na fortepianie w klasie Margerity Trombini-Kazuro i kompozycję u Witolda Rudzińskiego, kończąc studia z wyróżnieniem. Po studiach pozostał na stałe w Polsce. Występował na wielu estradach koncertowych w kraju i za granicą. Esztényi jest jednocześnie pianistą i kompozytorem, ale wydaje się, że komponowanie i muzyczna improwizacja to dwie sfery najbliższe jego sercu. Być może nawet podział na tworzenie i odtwarzanie muzyki wydaje mu się nieco sztuczny? W jego twórczości dźwięk łączy się z wyobraźnią, a gra na fortepianie to nie tylko bieganie palcami po klawiaturze, ale też eksperymentowanie z brzmieniem tego instrumentu. Esztényi osiąga to przez preparowanie brzmienia, czyli rozszerzanie i wzbogacanie jego naturalnego spektrum instrumentu. Jeżeli wiecie kim jest Leszek Możdżer, na pewno kojarzycie też to nietypowe brzmienie fortepianu i różne tricki z włażeniem do pudła rezonansowego włącznie.
Pierwsze spotkanie z "Several Shades Of Why" może być dla fanów Dinosaur Jr lekkim zaskoczeniem. Ba! Co ja piszę... Może być nie lada szokiem. Nie ma tu głośnych gitar, jazgotu, ściany dźwięków i reszty elementów, do których zespół przyzwyczaił nas przez cały okres swojej kariery. Więc jaki jest "Several Shades Of Why"? Uroczy. Say what?! Urocza to może być dziewczyna, a nie płyta... Tak, wiem o tym, ale żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy. J Mascis nagrał 10 niezbyt długich, uroczych piosenek łączących w sobie elementy folkowe, country, bluesowe no i oczywiście rockowe, ale te ostatnie są tu w zdecydowanym odwrocie. Na krążku przez lekko ponad 40 minut króluje niczym niezmącony spokój. Utwory lekkie przeplatają się z delikatnymi. Te z kolei z jeszcze lżejszymi i delikatniejszymi. Całość opiera się w głównej mierze na gitarze akustycznej, choć oczywiście nie brakuje różnych dodatków.
Kat Edmonson to niezwykła wokalistka. Skromna, pracowita, zdeterminowana, a przede wszystkim kochająca jazz całym sercem. To właśnie nim otaczała się od dzieciństwa, dlatego wśród jej ulubionych muzyków znajdziemy Gene'a Kelly'ego, Binga Crosby'ego, Freda Astaire czy Franka Sinatrę. Komponuje od ósmego roku życia. W wieku 18 lat wzięła udział w programie American Idol, gdzie Simon Cowell porównywał ją do Doris Day. Imała się różnych zajęć - od telemarketingu aż po bycie hostessą i kelnerką. Sama twierdzi, że jej życie uratował jedynie fakt, że była w tym beznadziejna. Wciąż szukała więc sposobu, by zająć się muzyką, występując regularnie w klubie jazzowym Elephant Room. Ostatecznie w 2009 roku nagrała swój pierwszy album "Take To The Sky", który osiągnął szczyt listy Top 20 Billboard's Jazz Chart. Jej debiutancka płyta finansowana była wyłącznie z prywatnych środków artystki, co oczywiście oznaczało kredyt. Dlatego też, aby nagrać kolejny album skorzystała z platformy fundraisingowej Kickstarter, gdzie w zamian za fundusze oferowała inwestorom występy na przyjęciach urodzinowych czy nagrywanie powitań telefonicznych. Pokonując swoje obawy co do nieromantyczności całego projektu, poprosiła swych fanów o aktywne uczestnictwo w tworzeniu krążka. Tak właśnie powstał drugi, studyjny album trzydziestoletniej Amerykanki.
Niech nikogo nie zmyli nazwisko. Brian Massaka pochodzi z Torunia, a obecnie studiuje w duńskim konserwatorium w Odense na wydziale jazzu. Album, który stworzył stanowi jednoosobowe, eksperymentalne przedsięwzięcie. Artysta sam sobie jest sterem, żeglarzem i okrętem. I bardzo dobrze, bo takie projekty bardzo lubię, szczególnie gdy okazuje się, że krążek to kawał dobrej roboty. Dokładnie tak jest w tym przypadku. Już od pierwszego utworu słychać, że mamy do czynienia z ogromną muzykalnością i wrażliwością. Aż trudno uwierzyć, że cały materiał został zrealizowany przez jedną osobę, więc tym bardziej jestem pod wrażeniem. Nie da się jednoznacznie określić charakteru tej muzyki. Na "Brain" składa się jedenaście 2-3 minutowych kompozycji. Każda z nich stanowi odrębną muzyczną podróż, na którą zaprasza nas autor. Dzięki temu każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Jestem fanką kultury skandynawskiej. Zarówno kinematografia, muzyka, jak i ogólnie pojęte północne poczucie estetyki zazwyczaj idealnie zazębiają się z moim własnym. Ponadto Wallumrød to znane w świecie jazzu norweskie nazwisko. Christian jest instrumentalistą klawiszowym oraz kompozytorem. Jego siostra Susanna to wokalistka, brat Fredrik jest perkusistą, zaś kuzyn David to znany pianista. To wszystko sprawiło, że wiele spodziewałam się po kompozycjach członka klanu, w którym celebrowanie muzyki jest tak głęboko zakorzenione. Bardzo chciałabym dowiedzieć się, co więc sprawiło, że "Outstairs" jest aż tak niemuzykalne. Ciężko dyskutować bowiem z ciężkostrawnością tego albumu. Inspiracją do jego stworzenia był rzekomo norweski folk oraz muzyka kościelna. Wpływów tych trzeba jednak szukać z lupą, ponieważ kompozycje składają się wyłącznie z wybrzmiewających w nieskończoność nut, poprzeplatanych ciut za długimi pauzami. Ciężko też pozbyć się chwilami wrażenia losowości znaków zapisanych na pięciolinii.
Kiedy pod koniec ubiegłego roku Jason Newsted - znany przede wszystkim jako były basista Metalliki - ogłosił założenie własnego zespołu, chyba niewiele osób wierzyło, że jest w stanie nagrać cokolwiek ciekawego. Tymczasem wydana na początku bieżącego roku EP-ka "Metal" - zawierająca cztery solidne, metalowe czady - pokazała go jako całkiem niezłego kompozytora. Co prawda nie odkrył na niej niczego nowego, ale czy w ogóle można jeszcze zaproponować cokolwiek nowego w obrębie muzyki metalowej? Raczej nie, a na tle setek grup zjadających własny ogon, materiał grupy Newsted prezentował się całkiem świeżo.
Już biorąc płytę Klary do ręki czuć bijącą od niej magię i dobrą energię. Bajkowe rysunki jej autorstwa, którymi ozdobione jest wydanie oraz fakt, że na liście podziękowań znajdują się leśne elfy - to wszystko sprawia, że oczekiwać można czegoś wyjątkowego. Najlepsze jest jednak to, co zostało zapisane na krążku. Kiedy siedemnastoletnia dziewczyna sama pisze teksty, komponuje i nie ma w tym ani odrobiny infantylności, należą jej się brawa. A jeśli dołożymy do tego grę na kilku instrumentach, talent plastyczny oraz bardzo konkretną wizję niebanalnej, dojrzałej muzyki... Chylę czoła. Cały album jest niezwykle równy i utrzymuje ten sam łagodny klimat od pierwszego do ostatniego utworu. Trudno określić jednym słowem, jaką muzykę proponuje ta młodziutka artystka (w tym przypadku nie ma wątpliwości co do trafności użycia tego słowa). Jest to kompozycja delikatnych, subtelnych, nieco eterycznych dźwięków połączonych z ciepłą barwą kobiecego głosu. Stanowi doskonały przykład, że nie ilość, a jakość decyduje o brzmieniu. Wszystkie piejące damy licytujące się na pojemność płuc i możliwości decybelowe powinny zobaczyć, jak niewiele nut może otulić słuchacza i zatrzymać go w fotelu, relaksując przez długie godziny.
Album "Azure" to kolejny efekt współpracy dwóch znanych i wybitnych muzyków jazzowych. Pierwszym z nich jest amerykański kontrabasista - Gary Peacock. Omówienie jego dorobku i twórczości wymagałoby napisania oddzielnego artykułu, jednakże nawet czytelnicy nieobyci z jazzem powinni skojarzyć Keitha Jarretta czy Milesa Davisa, którym Peacock towarzyszył na scenie. Drugą połówką tego jazzowego jabłka jest amerykańska pianistka Marilyn Crispell. Peacock i Crispell współpracowali ze sobą od lat, tworząc trio wraz z nieżyjącym już perkusistą Paulem Motianem. Ich muzyką zachwycał się świat, a albumy "Nothing Ever Was" i "Amaryllis" ogłoszono najpiękniejszymi wydawnictwami ostatnich lat. "Azure" jest pierwszym owocem samodzielnej współpracy dwojga amerykańskich muzyków, a więc pozycją ciekawą, ale - jak się okazało - niezwykle trudną.
Na początek kto jest kim, czyli kilka słów dla niewtajemniczonych. Ástor Pantaleón Piazzolla to nieżyjący już, argentyński kompozytor, który zasłynął swym oryginalnym stylem "nuevo tango". Źródłem tego nurtu jest tradycyjne tango argentyńskie, jednakże stanowi ono jedynie bazę do różnorakich nawiązań - od barokowych fug i hiszpańskich pieśni przy akompaniamencie gitary, aż do jazzu. Kompozycje Piazolli nie miały służyć już tylko jako akompaniament do tańca, lecz - podobnie jak Tango Igora Strawinskiego - były pełnoprawną muzyką do słuchania. "Piazzoforte" jest zaś projektem polskiego kontrabasisty - Grzegorza Frankowskiego, mającym na celu zaadaptowanie muzyki Piazzolli na kameralny grunt smyczkowy przy udziale fortepianu. Do udziału zaproszono najlepszych polskich instrumentalistów oraz wybitnego amerykańskiego pianistę Kevina Kennera, wielokrotnie nagradzanego, również w rodzimym Konkursie Chopinowskim.
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Bannery boczne
Komentarze
Felek
Mam Venere 2.5, ale po przeczytaniu tego artykułu przerabiam je na Olimpicę II 1/2. To nie będzie III, ale w moim przedziale możliwości dam radę i nie obrażą si...
W świetle tego, co podziało się z Auralikiem, przydałoby się takie urządzenie stworzone przez inną firmę, żeby moja S1 za 1-2 lata nie odmówiła współpracy.
@Garfield - Wsparcie straci raczej zewnętrzna skrzyneczka streamera, bo potrzebna będzie sprzedaż nowego produktu. Nowych formatów już się raczej nie wymyśli, b...
Regulacja głośności jest jedną z najważniejszych funkcji każdego systemu audio. Prawidłowe działanie tego elementu naszego sprzętu ma ogromny wpływ na przyjemność płynącą z jego użytkowania. Kiedy potencjometr zaczyna tracić swoją funkcjonalność, nawet w niewielkim stopniu, jest to niezwykle kłopotliwe, a może też być niebezpieczne dla innych elementów zestawu, takich jak...
Fyne Audio has spent almost a decade building its reputation around conventional passive loudspeakers, from relatively affordable bookshelf models to imposing high-end designs made in Scotland. Cubitt 5 marks a rather important change of direction. It is the company's first...
At the same time that Noble Audio is stripping the formula back to a single dynamic driver with Iris, the company is taking a very different route at the more accessible end of its wired IEM range. Vanguard builds on...
Monitor Audio has introduced Silver Series 8G, the latest generation of one of the most important and best-selling loudspeaker families in its catalog. The company is not presenting this as a cosmetic refresh, but as a comprehensive reinvention of the...
Gdyby ktoś powiedział, że siedziba jednej z najciekawszych i najszybciej rozwijających się firm produkujących wzmacniacze lampowe i podzespoły do sprzętu hi-fi nie mieści się w Monachium, Glasgow czy Tokio, ale w maleńkiej wsi pod Białymstokiem, wielu audiofilów uniosłoby brwi. W końcu to samo serce Podlasia, które w Polsce uważane jest...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.